piątek, 31 stycznia 2014

Serialowe Love #1 - "Two Broke Girls"

Pytałam Was jakiś czas temu, czy byłybyście zainteresowane wpisami na temat seriali - czyli o tym, co zajmuje resztki mojego wolnego czasu. Jestem wręcz uzależniona od seriali, oglądam ich mnóstwo, z każdego rodzaju. Bardzo się więc ucieszyłam, że z entuzjazmem przyjęłyście mój pomysł rozpoczęcia serii na ten temat :)
Jak będzie wyglądać seria? Co jakiś czas napiszę Wam parę zdań na temat jednego z oglądanych przeze mnie seriali. Oczywiście bez spoilerów, gdzieżbym śmiała! ;) Przedstawię wady, zalety, ciekawostki... 

źródło: http://www.movingintonewyork.com/wp-content/uploads/2013/04/ST-2-broke-girls.jpg
Co to takiego?
Pierwszym serialem, którym chciałabym się tu zająć, jest sitcom "Two Broke Girls" - po polsku to "Dwie spłukane dziewczyny" - szacun za porządne tłumaczenie ;) Odcinki trwają średnio 20 minut, nie są jakoś szczególnie powiązane między sobą, ale wiadomo, że ciąg fabuły musi być zachowany.
O czym to?
Bohaterkami są dwie zupełnie różne dziewczyny - Max, która dorastała w biedzie, można powiedzieć, że w patologicznej rodzinie, oraz Caroline, która była córką jednego z najbogatszych biznesmenów w Nowym Jorku i z dnia na dzień straciła wszystko. Teraz, gdy znalazły się w jednakowej pozycji, pracując jako kelnerki w małej knajpce, mają wspólny cel - otworzyć własny biznes.
Co w tym takiego?
Lubię ten serial przede wszystkim za genialny humor i gagi. Przoduje tu Max ze swoim czarnym humorem i nawiązaniami do bieżących wydarzeń z "szołbiznesu", Caroline nie pozostaje w tyle, choć różnica między nimi jest taka, że śmiejemy się z żartów Max i z osoby Caroline, która niezbyt radzi sobie w życiu bez otaczających ją luksusów ;) Max jest moją zdecydowaną faworytką - wbrew pozorom jest inteligentna, piękna i idealnie sarkastyczne ;) Wiele uroku mają także pozostałe postaci - zboczony kucharz Oleg, infantylny szef dziewczyn Han oraz Earl, również pracujący w knajpce. Jest też osoba Sophie, choć o niej wspomnę raczej w następnym akapicie... Zaletą serialu jest też to, że te 20 minut naprawdę potrafi poprawić humor w ciągu dnia, zresztą łatwiej znaleźć czas na odcinek sitcomu niż "zwykłego" serialu.
Co psuje obraz?
Właściwie jedyne, co mi w tym serialu nie pasuje to osoba Sophie. Sophie tak naprawdę ma na imię Zofia, jest Polką i wystawia nam naprawdę średnie świadectwo, nawiązując często do swojej "ojczyzny". Jej image i zachowanie może i jest momentami zabawne, ale nie podoba mi się to, że niestety większość Amerykanów na podstawie tej postaci i jej opowiadań może budować sobie wyobrażenie Polski i Polaków.
Jakieś ciekawostki?
Nie, w tym przypadku raczej nie. Chyba, że jako ciekawostkę można uznać, że tytuł każdego odcinka zaczyna się od "...and" (w domyśle "Two Broke Girls and..."), a ja lubię tego typu konsekwentność ;) Poza tym na końcu każdego odcinka pojawia się na ekranie licznik z kwotą, którą dziewczynom udało się odłożyć na rozpoczęcie swojego biznesu.
Kwestie techniczne:
Serial obecnie ma dwa pełne sezony po 24 odcinki, trzeci dobiega powoli końca. Możemy go oglądać na kanale Comedy Central i oczywiście w internecie ;)
Kilka zdjęć:
źródło: http://newstoshows.com/wp-content/uploads/2013/09/Two-Broke-Girls-3x01-And-the-Soft-Opening-10.jpg
źródło: http://1.bp.blogspot.com/-qvmfHozv_oc/UU0u-1HmwWI/AAAAAAAABF0/2HcX--nq6gw/s1600/sophie-oleg-costume.jpg
źródło: http://channelnine.9msn.com.au/img/t3/2brokegirls/season1/guide/0104.jpg
źródło: http://4.bp.blogspot.com/-NoUpL0surxE/UlVrrt-AR8I/AAAAAAAAC84/e5NI4yyfSh0/s1600/Two-Broke-Girls-3x03-And-The-Kitty-Kitty-Spank-Spank-4.jpg
 To na tyle. Oglądacie "Two Broke Girls"? Lubicie? A może Wasza opinia różni się od mojej? Chętnie podyskutuję ;)
Przy okazji - jakiego rodzaju serial kolejny? Fantastyka, kryminał, komedia, historyczny? ;)

czwartek, 30 stycznia 2014

Paletka Sleek Make-up - Garden of Eden - zdjęcia i swatche ♥♥♥

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z moim bardzo spontanicznym zakupem - przepiękną najnowszą paletką marki Sleek Make-up, Garden of Eden. Kiedy tylko dostałam newsletter z jednej z internetowych drogerii z informacją o tej nowości, bez dłuższego zastanawiania się kliknęłam ją i oto mam - dziś już mogę rozpływać się w zachwytach nad nią ;)
  

Kolory w tej paletce są idealne dla kogoś z jesiennym typem urody - mamy tu przede wszystkim zielenie i brązy, bardzo ładne zresztą. Większość to cienie mocno iskrzące, tak jak lubię. Mamy tu też dwa maty z drobinkami i trzy kompletne maty. Jak w większości paletek Sleeka - są to najsłabsze ogniwa tej paletki, mają najsłabszą pigmentację...

  
Oczywiście już kartonik jest ładny, choć miałam nadzieję, że będzie bardziej nawiązywał do designu tej limitki, tak jak prezentowany był w reklamach:


Kasetka wygląda tak jak w przypadku wszystkich innych paletek - uważam, że mogłaby mieć chociaż nazwę danej paletki na górze...
  
  
No i najważniejsze - kolory! Bardzo lubię w Sleeku to, że każdy cień ma swoją nazwę. Te wymyślone na potrzeby Garden of Eden też strasznie mi się podobają, nawiązują tematycznie do Edenu i pasują do kolorów, same zobaczcie :)
  
  
Najbardziej podobają mi się cztery środkowe kolory, czyli Paradise on Earth, Python, Fig i Evergreen. Dopiero teraz zauważyłam, że nie zrobiłam zdjęcia paletki z tej perspektywy, ale bez folii z nazwami, ale myślę, że i tak całkiem dobrze widać kolory. Najmniej ciekawe wg mnie są Entwined i Forbidden (bardzo do siebie podobne) i śliczny, choć prawie niewidoczny Adam's Apple.
Zobaczcie jeszcze swatche:
  
  
Słońce niestety nie dało mi możliwości pokazania tych cieni w swoich promieniach, ale może uda mi się to kiedyś nadrobić. Ogólnie mówiąc - jestem paletką zachwycona i zaraz lecę strzelić sobie pierwszy Edenowy makijaż na egzamin ;)
  
Uprzedzając pytania - swoją paletkę kupiłam na Kosmetykomanii za 37,49zł. KLIK

Jak Wam się podoba ta paletka? Skusicie się na nią? A może już się skusiłyście? ;)

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Alverde - Odżywka do włosów Repair - Winogrona i Awokado

Przy okazji wpisu o ratowaniu przeproteinowanych włosów wspomniałam o odżywce, którą sięgnęłam wreszcie z zapasów ze względu na znikomą ilość protein w składzie. Jest to odżywka Alverde z winogronem i awokado, czyli składnikami, które moje włosy lubią od zawsze. Także i ten kosmetyk się u mnie bardzo dobrze sprawdził :)
  
  
Opis producenta:
 A dla niezgermanizowanych krótki opis polskiego dystrybutora: Regenerująca odżywka z cennym ekstraktem z winogron i pielęgnującym olejkiem z awokado regeneruje łamliwe włosy od środka i na zewnątrz. Bogata, czysta, roślinna receptura z lecytyną, panthenolem i biotyną (witamina H) chroni włosy przed dalszymi uszkodzeniami.

Gdzie i za ile: w drogeriach DM, w polskich sklepach internetowych, ok. 17zł / 200ml
  
Skład:
    
Moja opinia:
Odżywka mieści się w plastikowej butelce stawianej na zamknięciu, typowym zatrzasku. Opakowanie jest ładne i praktyczne, nie mam mu nic do zarzucenia. Dobrze prezentuje się na półce, a dzięki temu, że zamknięcie jest na dole, nie ma problemu z wydobyciem odżywki ze środka. Plastik jest gruby, ale pod światło da się zobaczyć, ile produktu jeszcze zostało.
Sama odżywka jest gęsta i bardzo kremowa. Ma biały kolor i dość ładny zapach, czuć w nim na pewno winogrona, ale na mój nos zapach jest zbyt drogeryjny, a za mało naturalny. Nie pozostaje on jednak na włosach.
  
   
Jeśli chodzi o działanie, tu nie mam się do czego przyczepić. Odżywka świetnie rozprowadza się na włosach, po kilku minutach bezproblemowo spłukuje, pozostawiając włosy bardzo wygładzone. Bardzo ogranicza plątanie się włosów, niezależnie od użytego szamponu, sprawia, że dużo łatwiej się rozczesują i mniej plączą potem. Jedyną jej wadą, jakiej się dopatrzyłam, jest wydajność. Niestety trzeba użyć jej nieco więcej, więc szybko ubywa z opakowania, a nie jest to łatwo dostępny produkt - ani najtańszy. 17zł za odżywkę to nie jest może dużo, ale gdybym używała codziennie to pewnie starczyłoby mi na góra dwa tygodnie używania. Tę butelkę będę oszczędzać jak się da, aż wreszcie kiedyś uzupełnię niemieckie zapasy, gdy ktoś znajomy będzie jechał w okolice DM ;)
Czy polecam? Zdecydowanie! :)
  
  
Używałyście jakichś kosmetyków marki Alverde? Polecacie coś konkretnego? A może coś odradzacie? ;)

wtorek, 21 stycznia 2014

Fotoprzegląd #5

Myślałam, że całkiem niedawno publikowałam wpis z tej serii, a okazało się, że było to w połowie listopada! Czas najwyższy na kolejny przegląd - ostatnie dwa miesiące w zdjęciach :) Pominęłam kwestie pracy i studiów, które zajmują mnie w 90%, ale i bez tego znalazło się kilka rzeczy, o których warto wspomnieć :)
 
  
1 - 3. Melkor będzie musiał wybaczyć mi, że kocią część dzisiejszego wpisu zdominowała... jego siostra. Pamiętacie kotkę z wpisu sprzed kilku dni? Postanowiłam ją adoptować, będzie już u mnie na stałe w lutym :) Jakby tego było mało... wszystko wskazuje na to, że jest to właśnie jego siostra :) Zapewne się o niej bardziej rozpiszę, gdy ślicznotka będzie już u nas, wtedy też dokładnie Wam wszystko opowiem :)
4. Eksperymentuję sobie z nowymi odcieniami cieni Kobo, głównie we fioletach i zieleniach :) Oczywiście fotografowanie makijażu nadal mi nie idzie, bo na żywo kolory są znacznie bardziej intensywne.
5. Dzięki koleżance ze studiów, która, jak się okazuje, śledzi blogowego FB, udało mi się zdobyć słynną paletkę Lovely :) Idealna do dzienniaków :)
6. Pierwszy raz w życiu pokusiłam się też na zakup "odpowiedników oryginalnych perfum" na mililitry. Wąchałam ich dziesiątki i w końcu wybrałam odpowiednik Versace Versense, 17ml za 20zł. W sumie nie żałuję, choć temat tego typu zapachów jest kontrowersyjny...
7. A tak spędziłam ostatnio przyjemny wieczór z Ukochanym, który zresztą rzadko kiedy chce ze mną w cokolwiek gra, bo zwykle wygrywam :P O przepraszam, zwykle oszukuję w jego mniemaniu :P
8. Poza tym maziam sobie biżuterię lakierową ;) Akurat to oczko na zdjęciu było robione na zamówienie :)
9. Udało mi się też wreszcie wyrwać do kina - kiedyś to była jedna z ulubionych form rozrywki, a nie byłam w kinie od roku! Poszliśmy na "Hobbita" i na koniec miałam ochotę zrobić komuś krzywdę, bo szłam na film naiwnie przekonana, że część druga będzie ostatnią - a akcja urwała się oczywiście w kluczowym momencie i na trzecią część czekamy rok. Buuuu! :(

niedziela, 19 stycznia 2014

Hipnotycznie i magnetycznie - KONKURS z Magnetic Lash

Po moim wpisie z recenzją maskary Magnetic Lash zauważyłam, że cudeńko to robi na Was tak samo wielkie wrażenie jak na mnie, a że nie należy do najtańszych, chciałabym Wam również umożliwić zapoznanie się z "magnetyczną magią" :) Dlatego dziś, wspólnie z marką Magnetic Lash, zorganizowałam dla Was konkurs, w którym aż dwie z Was mogą zdobyć swój zestaw maskary! Zainteresowane? :)
   

Co należy zrobić, by wziąć udział w konkursie?
- być publicznym obserwatorem bloga poprzez GFC, Bloglovin albo Facebooka
- polubić profil Magnetic Lash na Facebooku - KLIK
- stworzyć hipnotyczny makijaż oka :) Nie ma tematu czy jakichkolwiek ograniczeń - po prostu zahipnotyzujcie nas spojrzeniem :) Tym razem nie musicie maziać całej twarzy i bać się pokazania swojego oblicza - zdjęcie samego oka w zupełności wystarczy! :)

Regulamin:
1. Konkurs jest organizowany przez autorkę bloga "Orlica o wszystkim i o niczym" wraz z dystrybutorem Magnetic Lash - domspa.eu. Realizowany jest na zasadach określonych niniejszym regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa.
2. Sponsorem nagród jest marka Magnetic Lash. Nagrody stanowią 2 zestawy produktów Magnetic Lash.
Nagroda nie podlega zamianie na inną, ani zamianie na ekwiwalent pieniężny.
3. Uczestnicy mają za zadanie śledzić bloga i polubić profil produktu na portalu Facebook oraz wysłać swoje zgłoszenie na maila polishpolishaholic@gmail.com - zgłoszenie musi zawierać:
- tytuł maila: Konkurs Magnetic Lash - *tu Twój nick*
- załączone zdjęcie makijażu oka (max. 800px, najlepiej poziome, w odpowiedniej jakości) oraz zdjęcie z karteczką z napisem "Konkurs Magnetic Lash" na tle makijażu - zbyt łatwo byłoby znaleźć w internecie odpowiednie zdjęcie i zgłosić jako swoje ;)
- informację, pod jakim nickiem bądź imieniem i nazwiskiem śledzisz mojego bloga i profil Magnetic Lash na FB.
4. Wysyłając swoje zgłoszenie, autor tym samym przyjmuje warunki Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie danych osobowych (Dz. U. Nr.133 poz. 883) oraz na publikację swojej pracy na blogu "Orlica o wszystkim i o niczym" po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń.
5. Każdy uczestnik może wysłać tylko jedno zgłoszenie.
6. Ostateczny termin wysyłania prac upływa z dniem 2 lutego 2014 r., o północy.
7. Spośród wszystkich wysłanych zgłoszeń zostaną wyłonione 2 zwycięskie osoby - jedną wybierze autorka bloga, a drugą przedstawiciel marki Magnetic Lash.
8. Wyniki zostaną ogłoszone do 9 lutego 2014 r. za pośrednictwem bloga, a nagroda zostanie wysłana pocztą za pośrednictwem marki Magnetic Lash. Na dane adresowe do wysyłki nagród czekamy 7 dni od zakończenia konkursu.
9. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, musisz mieć zgodę rodzica lub opiekuna na udział w konkursie.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych (Dz.U. 2009 nr 201 poz. 1540 z późn. zm.).
11. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia.
Powodzenia! Nie mogę się doczekać Waszych prac :)
 Jeśli nie do końca wiecie, czym jest Magnetic Lash - zapraszam do mojej recenzji >KLIK< oraz na stronę MagneticLash.pl :)

piątek, 17 stycznia 2014

Taoasis - Intensywny krem do twarzy Teebaum

Moja cera lubi płatać figle... Od kiedy w moim życiu się tak wiele zmieniło, również i stan cery się pogorszył. Stres, brak czasu na odpowiednią pielęgnacje, gorsza dieta... Wszystko to wpływa na to, że częściej wyskakują mi nieprzyjemne niespodzianki na twarzy, a zły efekt wzmaga to, że odruchowo wszystko zdrapuję... Moja twarz więc pełna jest blizn i ranek. Chyba nie da się tego wyeliminować przy moim obecnym trybie życia, ale jest szansa na zmniejszenie tych objawów... Szansą okazał się krem z olejkiem z drzewa herbacianego z Taoasis.
  

Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: akebia.pl, 39zł / 30ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Opakowanie kremu jest dość ciekawe - to plastikowa butelka typu air-less, dzięki czemu krem dłużej pozostanie świeży, jest wygodna w użyciu, pompka odpowiednio dawkuje kosmetyk. Design też mi się podoba - wygląda inaczej już większość kosmetyków na rynku.
Sam krem na początku mnie przeraził. Gdy pierwszy raz chciałam go wydobyć, z pompki wydostał się przezroczysty płyn z białymi farfoclami - i tak wyglądało wiele pierwszych "dawek" kremu. Dopiero po kilku dniach dotarłam do właściwej części kremu - czyli o kremowej konsystencji. Nie wiem, czy krem się po prostu rozwarstwił czy jakoś zważył (próbowałam go rozmieszać wstrząsając, ale nic to nie dało), ale nawet w tej płynnej wersji mi nie zaszkodził - wiem, ryzykowałam, używając go wtedy. W swojej normalnej formie jest białym dość rzadkim i bardzo lekkim kremem - emulsja to dobre określenie. Nie mogę przemilczeć intensywnego zapachu olejku z drzewa herbacianego - jest strasznie mocny, mój Ukochany zawsze marudzi, jak kładę się spać po posmarowaniu się tym kremem. Lubię ten zapach, ale przyznaję, że może być męczący i uciążliwy...
  
    
Co się zaś tyczy działania... Przyznam, że sama nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. Znam właściwości olejku z drzewa herbacianego i to właśnie on najbardziej do mnie przemawiał w tym kremie - ma działanie bakterio- i grzybobójcze, ściąga pory, oczyszcza cerę... Słowem - zbawienie dla skóry trądzikowej. W moim przypadku niestety nie spowodował, że niespodzianki pojawiają się rzadziej, ale widocznie szybciej się goją - mimo ciągłego ich drapania, na które nie mogę nic poradzić... Stosowany miejscowo może również przyspieszyć rozwój jakiejś wyjątkowo męczącej podskórnej guli.
Mimo wszystko jednak uważam, że nie jest to krem do stosowania na co dzień, a jedynie w okresach, kiedy cera bardziej go potrzebuje. Niestety podstawową wadą jest niedostateczne nawilżenie - do przesuszonej cery mi daleko, ale jednak przydałoby się jej nieco więcej wody. 
Podsumowując, jest to całkiem dobry krem dla osób, które borykają się z trądzikiem, ale odradzam stosowanie go non stop. Mi została jeszcze jakaś 1/3 część opakowania i tę ilość zostawię na sytuacje awaryjne, kiedy moja cera znowu zacznie bardziej przypominać księżyc. W tej chwili zaserwuję jej więcej nawilżenia :)
  
  
Co sądzicie o tego typu kremach opartych na jednym konkretnym składniku? Używałybyście kremu Taoasis?

środa, 15 stycznia 2014

Ile można zmienić w 2 miesiące?

Wiecie zapewne, że śledzę i dopinguję działania toruńskiej Fundacji KOT. W listopadzie opublikowali zdjęcia kotki, która została wzięta z ulicy w celu sterylizacji, ale okazało się, że miała pogruchotaną tylną łapkę. Operacja "składania" jej była tak skomplikowana, że potrzebny był przeszczep kości z biodra kotki, a także założenie zewnętrznego stabilizatora... Kotka wyglądała jak siedem nieszczęść...
Chcecie wiedzieć, jak wygląda teraz?
 
  
Dacie wiarę, że między zdjęciami lewymi a prawymi są tylko dwa miesiące różnicy?
Ta sytuacja i historia tej kotki sprawia, że mam ochotę oddać oszczędności życia na cele dalszych działań tego typu, przywraca to wiarę w ludzi... Zobaczcie, jak wiele dobrego uczyniła fachowa opieka i ludzka miłość dla tej cudnej kotki!
TUTAJ możecie zobaczyć jej więcej zdjęć i szczegóły historii.
Zachęcam także do śledzenia fanpage'a Fundacji KOT - jak zawsze, fundacyjnym kotom przyda się każdego rodzaju wsparcie - od pieniędzy, przez wirtualne adopcje, aż po dary rzeczowe - karmy, drapaki... Może któraś z Was może pomóc? :)

sobota, 11 stycznia 2014

Jak uratować przeproteinowane włosy w tydzień?

Tak naprawdę post ten powinnam zacząć od mowy pochwalnej dla naszej blogowej koleżanki - Kascysko. Pisałam Wam tydzień temu o moich problemach z włosami, które stały się strasznie szorstkie, łamliwe, a przede wszystkim niemiłosiernie się plątały. To właśnie Kasia uświadomiła mi wtedy, że winą są proteiny z mlecznej maski BingoSpa, której używałam. W całość wpisu można zagłębić się TUTAJ, ja jednak streszczę Wam, że ostateczną konkluzją było to, że moje włosy są przeproteinowane. Mimo, że ich stan był opłakany, Kasia doradziła, że da się je jeszcze odratować, nie trzeba ich wcale ścinać. Podała mi wiele praktycznych rad. Co z tego wynikło? Cóż - wielka poprawa stanu włosów w ciągu siedmiu dni! Oto, jak prezentują się teraz:
  
Wybaczcie kiepskie zdjęcie i pranie w tle, skazana byłam na samowyzwalacz ;)
A jak wyglądały zaledwie tydzień temu?

Słowem - jeden wielki kołtun. Może i prezentują się lepiej przez błysk, ale to tylko zasługa flesza z aparatu.
  
Idąc za radami Kasi, wzięłam się za porządną regenerację moich włosów. Oczywiście przede wszystkim wykluczyłam z pielęgnacji wszystko, co zawierałoby proteiny, stawiając na emolienty. Drugim ważnym elementem kuracji były oleje. Oto cały mój arsenał stosowany w minionym tygodniu:
    
 
      Zacznę może od olejów. Stosowałam je codziennie przed myciem, minimum na 30 minut. W praktyce zazwyczaj udawało mi się znaleźć czas, żeby nieco dłużej posiedzieć z olejem na głowie. Stsowałam zamiennie olej arachidowy, kokosowy i dwie mieszanki - Alterra z brzozą i pomarańczą (moja ulubiona, już chyba wycofana :() i oliwka dla dzieci BabyDream. Moje włosy najbardziej lubią avocado, ale akurat nie mam go na stanie :( Czasami na olej nakładałam dodatkowo naftę kosmetyczną, również za radą Kasi.
      Oleje zmywałam dwukrotnie szamponem. Może dwa razy to zbytek, ale jak hopsa na punkcie świeżych włosów i zawsze boję się, że po jednym umyciu mogą być jeszcze nieco tłuste ;)
      Po zmyciu oleju nakładałam na włosy nowo odkryte cudo - odżywkę Alverde z avocado i winogronem. Okazała się idealna dla mnie i już wiem, że ilekroć ktoś z bliższych znajomych będzie jechał do Niemiec czy innych państw, gdzie jest DM, będę składać zamówienie właśnie na tę odżywkę. Włosy po niej są niesamowicie wygładzone i ślicznie pachną. 
       Cała ta procedura sprawiła, że obecnie moje włosy są w o niebo lepszym stanie. Wiadomo, nadal nie są idealne, ale porównując z tym, co było tydzień temu - miodzio! Nawet odważam się czasem wyjść z domu w rozpuszczonych włosach - wcześniej kończyłoby się to jednym wielkim dredem, teraz są tylko lekko poplątane. Dla pewności i tak jeszcze staram się je zaplatać w warkocz ;)
 
        Dzięki Kasi nie muszę ścinać włosów, a tego się najbardziej obawiałam - w końcu zapuszczam je od dwóch lat... Kasia jest prawdziwą skarbnicą wiedzy, więc gorąco zachęcam Was do śledzenia jej bloga: kascysko.blogspot.com - znajdziecie tam masę przydatnych informacji na temat zdrowej pielęgnacji włosów i cery :)

piątek, 10 stycznia 2014

Aussie - Szampon Aussome Volume

Po raz kolejny biorę się za recenzję szamponu w momencie, kiedy została mi już tylko pusta butelka po nim... Przy kolejnym będę musiała nadrobić z czasem ;) Tym razem używałam szamponu australijskiej marki Aussie, w wersji dodającej objętości, czyli Aussome Volume - podoba mi się ta gra słów ;)
 
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: drogerie sieciowe, 28zł / 300ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
     Tradycyjnie zacznę od opakowania. Jest to plastikowa biała butelka z fioletowymi i zielonymi napisami, wygląda estetycznie i przyciąga wzrok. Nie jest jednak bez wad. Po pierwsze, plastik jest na tyle gruby, że nie da się nawet pod światło podejrzeć, ile produktu zostało. Po drugie, pod koniec opakowania trzeba stawiać butelkę do góry nogami, żeby szampon spłynął. Nie jest to dobre rozwiązanie, bo raz, że zamknięcie w ten sposób nieco przecieka, a dwa - butelka łatwo się przewraca przez to, że góra z zamknięciem jest znacznie węższa od samej butelki.
     Sam szampon ma żelową konsystencję, jest dość gęsty i ma kolor pomarańczowy. Jego zapach na początku strasznie mnie drażnił... Wiem, że wiele z Was zapach uważa za jedną z zalet marki Aussie, ale do mnie w ogóle nie trafia, jest duszący i typowo drogeryjny. Dla mnie pachnie czymś pomiędzy gumą balonową a lakierem do włosów. W końcu jednak się do niego przyzwyczaiłam i przestał mi przeszkadzać, ale na pewno mi się nie podoba ;)
  

      Przy używaniu tego szamponu, miałam wrażenie, że pieni się on już od samego kontaktu z wodą. Bardzo łatwo na włosach powstaje piana - gęsta i drobna, dość nietypowa. Łatwo jednak jest ją spłukać. Szampon na pewno jest wydajny, bo z małą jego ilością można spokojnie umyć całe długie włosy. A jak z efektami?
       Prawdę mówiąc, nie zauważyłam, żeby szampon jakkolwiek wpływał na objętość włosów. Bardzo się zawiodłam na tej linii... Dobrze myje włosy, ale to chyba wszystko, jeśli chodzi o jego pozytywne skutki. Negatywnych raczej nie ma, ale czy to już jest zaletą? Raczej nie. Włosy po nim nieco się plączą (nawet przed przeproteinowaniem ;)) i niestety (stety?) zapach na nich pozostaje jeszcze kilka godzin.
        Ogólnie mówiąc, jestem zawiedziona, bo okazało się, że jest to najzwyklejszy, choć wydajny szampon. Cena jednak sprawia, że wymaga się od niego nieco więcej niż od produktów za kilka złotych... Ja na pewno po niego więcej nie sięgnę.
  
  
Używałyście produktów Aussie? Jakie są Wasze wrażenia? Polecicie jakieś konkretne kosmetyki tej marki?

czwartek, 9 stycznia 2014

Coś do poczytania... #12

Miałam ostatnio 6 dni wolnego, wyobrażacie sobie? Rozchorowałam się, dostałam L4 i spędziłam kilka cudownych dni w wyrku, z książką, kotem, ciepłą herbatą i... cóż, antybiotykami, nie mogło być zbyt pięknie ;) W każdym razie udało mi się trochę poczytać, więc dziś podzielę się z Wami opiniami o pięciu ostatnio przeczytanych książkach - choć zaczęłam już gromadzić kolejną piątkę do kolejnego wpisu ;)
 
 
"Piekło czy niebo?" Linda Howard

"Nieznośny upał nie dawał zasnąć. Spacer po plaży mógł być ostatnim ratunkiem. Idąc powoli brzegiem oceanu i wpatrując się w jego ciemne wody Rachel nagle wyczuła jakieś zagrożenie. Wtedy fale wyrzuciły na brzeg nieprzytomnego mężczyznę. Miał dwie rany postrzałowe. Życie powoli z niego uciekało. Kim był: przestępcą czy ofiarą?
Instynkt podpowiedział Rachel , by nie wzywała policji. Nadludzkim wysiłkiem zataszczyła nieznajomego do swego domu, opatrzyła mu rany, udzieliła schronienia. Szybko stają się sobie bliscy, rodzi się między nimi wielka miłość i szalona namiętność. Mimo to rozstanie jest nieuniknione?"

Lindy nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu, choć to chyba najgorsza z jej książek, jakie miałam przyjemność czytać. Bo przyjemność z czytania niewątpliwie jest - jest to lekka i łatwa literatura. Tu jednak mam wrażenie, że książka jest mniej dojrzała, jakby Linda pisała ją jako młodziutka kobieta (szczerze mówiąc, nie wiem, jak chronologicznie ustawić ją w twórczości pani Howard) - bohaterka, niby doświadczona, 30letnia wdowa, a zachowuje się średnio racjonalnie. Poza tym nie ma tego zaskoczenia, które do tej pory serwowała nam autorka na koniec powieści.
Krótko mówiąc - Lindę Howard polecam, ale raczej inne pozycje.
 
   
 "Pamiętnik" Nicholas Sparks
 
"W starym, wytartym notatniku kryje się kronika pewnej miłości, która rozkwitła po zakończeniu II wojny światowej gdzieś w Karolinie Północnej. Noah Calhoun odczytuje ją wieczorami w domu opieki pewnej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzheimera. Dzięki sile uczucia przeżywa na nowo cudowne chwile swojej wielkiej miłości. Przypomina sobie, kiedy w 1932 roku po raz pierwszy zobaczył Allie Nelson - ich potajemne spotkania, wspólne wakacje i trudny okres rozstania, gdy zniknęła z jego życia na czternaście lat..."

Zabrałam się za tę książkę tylko dlatego, że wiele moich znajomych jest zachwyconych historią - zazwyczaj ekranizacją tej powieści. Cóż, przez film nie przebrnęłam, postanowiłam dać szanse książce. Pierwsze wrażenie? Ckliwy język na samym wstępie i wielki druk jak w książce typu "Czytam sam!". Zupełnie nie porwała mnie historia miłosna sprzed lat, opowiadana przez Noah, tym bardziej nie porwał mnie styl autora. Gdyby powieść składała się tylko z tych elementów, dostałaby pewnie najniższą z możliwy not. Jednak ostatnie kilkadziesiąt stron... to, co się dzieje obecnie w życiu Noah i Allie, ich listy... OK, przyznaję, ta część jest mocno poruszająca, uroniłam kilka łez, doceniłam historię. Mimo wszystko nadal uważam, że takie ckliwe przesłodzone powieści nie są dla mnie i może coś nie tak z moim postrzeganiem świata albo wiarą w ludzi, ale trudno mi sobie wyobrazić taką miłość i takie wyznania pary w tak podeszłym wieku - mimo że jestem od siedmiu lat w szczęśliwym związku.
 
  
 "Perfumy Kleopatry" Jina Bacarr
 
"Europa, 1939 rok. Nad światem zbierają się ciemne chmury, wybuch wojny jest tylko kwestią czasu. Jednak elity balują i bawią się w ekskluzywnych klubach, w których królują dekadencja i perwersja. Jedynym zmartwieniem tych ludzi jest zaspokojenie własnych żądzy...
Lady Eve Marlowe ma wszystko, co potrzebne do prowadzenia rozwiązłego życia - dobre pochodzenie, majątek, urodę i nieposkromiony apetyt seksualny. Ma też wyjątkowo cenny skarb - recepturę perfum przygotowanych ponoć dla samej Kleopatry. Niepokojący, uwodzicielski zapach działa na zmysły i wyzwala pożądanie. Siła starożytnego eliksiru wciąga Eve w niebezpieczną grę. Przemierzając metropolie Europy i Afryki, lady Marlowe odrzuci resztki wstydu i zasmakuje w czysto cielesnej rozkoszy."


Dawno nie czytałam tak chaotycznej powieści. Zdecydowana większość fabuły to pamiętnik głównej bohaterki, która co rusz zmienia omawiany okres w swoim życiu, przez co bardzo trudno jest połapać się w chronologii zdarzeń. Wydaje mi się, że cała fabuła utkana jest tylko po to, żeby upchać jak najwięcej erotycznych zwierzeń i opowieści bohaterki, a cały wątek szpiegowski mógłby być ciekawy, gdyby go bardziej rozwinąć. Szczerze mówiąc nieco męczyłam się przez tę książkę - nie porywa, za mało tu akcji i jakiegoś płynnego ciągu przyczynowo-skutkowego.
 
  
"Ryzykowny pomysł" Jacek Dąbała

"'Ryzykowny pomysł' to kryminał Jacka Dąbały, powieściopisarza, literaturoznawcy, antropologa mediów, wieloletniego dziennikarza telewizyjnego. Opublikował powieści: Telemaniak, Prawo śmierci, Pieszczochy losu, Diabelska przypadłość, i Złodziej twarzy, jest także współautorem scenariusza do filmu Młode wilki Jarosława Żamojdy. 'Ryzykowny pomysł' przedstawia losy Artura Brandta, znanego scenarzysty i reportera telewizyjnego, dla którego pomyłkowy telefon staje się początkiem niebezpiecznego, dziennikarskiego śledztwa. Czy podejmując zagadkowy trop, zrealizuje reportaż swojego życia, czy też straci więcej, niż przypuszczał, czytelnik musi przekonać się sam."

Rzadko sięgam po polskie książki, a tę wzięłam z biblioteki właściwie przypadkiem. Opisana jest jako kryminał, a okazuje się, że to bardzo przyjemna lekka lektura z wielką dozą humoru. Bardzo spodobał mi się styl autora, to jak buduje fabułę i w jednym zdaniu zawiera cały zwrot akcji. Dotarłam do świetnego, zaskakującego zakończenia, a wtedy okazało się, że po nim następuje jeszcze jedno, lepsze i bardziej zaskakujące zakończenie w epilogu. Na pewno nie jest to książka, którą zapamiętam na lata, ale nie żałuję tych kilku godzin poświęconych na czytanie jej :)
 
 
 "Grobowy zmysł" Charlaine Harris

"Martwi leżą dosłownie wszędzie. Harper wyczuwa ich grobowym zmysłem. Harper zarabia na życie czymś w rodzaju słuchu i węchu, ale…metafizycznego. „Czuje” człowieka, który wybrał się na polowanie ze swoim wrogiem i od lat leży w zaroślach pod tamtym drzewem. Widzi kości pechowej kelnerki, co obsługiwała niewłaściwą osobę i skończyła pod dachem opuszczonej rudery. Słyszy historię nastolatka, który wypił za dużo w nieodpowiednim towarzystwie. Podły los zgotował mu płytki grób w sośniaku. Gdzieś tam, wśród zwłok zakopanych w ogródku, zatrzaśniętych w bagażnikach porzuconych aut, obciążonych blokami cementu i zatopionych w jeziorze, może być jej siostra."
 
Uwielbiam książki pani Harris! Nie te, które przyniosły jej największą sławę i na ich podstawie nakręcono serial 'True Blood', ale z zapałem pochłaniam wszystkie inne jej serie. Teraz trafiłam na kolejną, tym razem bohaterką jest Harper, która po wypadku w dzieciństwie jest w stanie wyczuć ciała zmarłych, oraz jej brat, z którym łączą ją podejrzane relacje. Jak inne książki autorki, tak i tę czyta się niesamowicie płynnie i szybko, fabuła bardzo wciąga i skłania czytelnika do wyciągania własnych wniosków - a i tak końcówka powoduje wielkie "Ahaaaa..." ;) Z wielkim entuzjazmem wzięłam się także za pozostałe tomy ("Grób z niespodzianką", "Lodowaty grób" i "Grobowa tajemnica") i od razu mogę Wam powiedzieć, że trzymają poziom - jeśli przeczytacie pierwszy, zdecydowanie zachęcam również do pozostałych :)
 
I tradycyjnie zapytam - czytałyście którąś z tych pozycji? A może zamierzacie przeczytać? :) Zapraszam do dyskusji! (Coś czuję, że tym razem o "Pamiętniku" będzie tu najgłośniej ;)).
 
Jeszcze jedna mała kwestia - na próbę wyjustowałam posta, choć zwykle piszę z wyśrodkowanym tekstem i już się przyzwyczaiłam... Chciałabym jednak Was zapytać - czy tak czyta Wam się lepiej? A może nie robi Wam to różnicy? :) Dajcie znać!

Zdjęcia okładek i opisy pochodzą ze strony LubimyCzytac.pl

środa, 8 stycznia 2014

Tusz do rzęs Magnetic Lash - skuteczna ciekawostka :)

Myślę, że w definicji słowa "kobieta" powinno być przynajmniej wspomniane, że istota ta z natury lubi ciekawostki kosmetyczne :) Jedna z takich ciekawostek trafiła do mnie jakiś czas temu i z wielkim entuzjazmem i zainteresowaniem zabrałam się od razu do testów. Chodzi o bardzo specyficzny tusz do rzęs, który działa jak przedłużanie, a to za sprawą... magnetycznych włókienek. Ciekawe szczegółów? Zapraszam do czytania :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: np. na DomSpa.eu, 119zł
  
Skład:
  
Moja opinia:
Właściwie nie jest to tusz, a system do przedłużania rzęs. Składa się on z dwóch elementów, wyglądających z pozoru jak zwykłe tusze do rzęs, oznaczone cyferkami 1 i 2. Pierwszy z nich jest faktycznie maskarą - jednak w jakiś sposób magnetyczną. Jest zrobiona z włosia, a nie silikonowa, jak lubię, ale w tym przypadku nie przeszkadza mi to jakoś strasznie. Drugie opakowanie to "lash builder" i jego wygląd jest dość zaskakujący - nie jest to szczoteczka, a patyczek z dużą ilością maleńkich włókienek, które zostają na rzęsach tworząc niesamowity puchaty efekt. Zdjęcia obu końcówek zobaczycie zaraz poniżej.
  

Producent zaleca konkretny sposób używania tego cudaka. Najpierw nakładamy warstwę maskary, czyli opakowania nr 1. Po chwili, zanim wyschnie, "głaszczemy" rzęsy włókienkami z opakowania nr 2, a na koniec wygładzamy całość raz jeszcze maskarą. Dodatek "powtórz jeśli konieczne" jest dla mnie nieco śmieszny, bo w moim przypadku już jednokrotne przeprowadzenie tej procedury daje niesamowicie mocny i intensywny efekt.
   
Efekt zobaczycie na koniec, ale wypadałoby wspomnieć o nim i pisemnie ;) Otóż na rzęsach widać te maleńkie włókienka dopiero jak ktoś się przyjrzy z bliska, inaczej rzęsy wyglądają wręcz jak doklejone - są grubsze, dłuższe, po prostu piękne. Jako, że włosowe szczoteczki mi nie służą, rzęsy mogą być nieco posklejane po trzecim kroku, ale wtedy warto je porozdzielać np. grzebykiem do rzęs albo starą szczoteczką od innego tuszu, trzeba tylko uważać, żeby nie wyczesać włókienek. Efekt tych niesamowitych rzęs w ciągu dnia nieco słabnie, mam wrażenie, że włókienka po prostu odpadają, choć nie widać ich na policzkach pod oczami. Mimo wszystko wieczorem i tak rzęsy wyglądają naprawdę nieźle - może już nie jak sztuczne, ale jak porządnie wymaziane porządnym tuszem ;)
  

Ogólnie mówiąc, cacko to oceniam bardzo pozytywnie. Nie jest najtańsze, kosztuje 119zł, ale wiem, że są osoby, które spokojnie wydadzą tyle na zwykły tusz do rzęs, więc spokojnie można zainwestować także i w tego dziwaka :)
  
  
Co sądzicie o takich wynalazkach? Używałybyście? :)

wtorek, 7 stycznia 2014

Co nowego u Króla Melkora?

Ciągle dopytujecie się, co słychać u Melkora, więc chyba szykuje się nowa blogowa seria ;)
Na dzień dzisiejszy mogę Wam napisać, że Melkor, którego historię możecie przeczytać TUTAJ (klik), ma się już zupełnie dobrze. Przybrał na wadze, jest już wielkim zdrowym kociskiem, godnym miana "norweski kot leśny" - zdaję sobie sprawę, że nie jest rasowy w pełnym tego słowa znaczeniu, ale wszystko wskazuje na to, że najwięcej krwi tej właśnie rasy w nim płynie.
  
  
Kocurek już nawet nie pamięta o jakichkolwiek pasożytach, jest zdrowy, strasznie gadatliwy i strasznie przytulaśny :) Jedynie po oczkach widać, że nie jest to kot, który zawsze miał kochający dom. Straszna kondycja, w jakiej do nas trafił, spowodowała widoczne wewnętrzne powieki, myślałam, że cofną się one, gdy wydobrzeje, ale na razie nic się tu nie zmienia. Pewnie zostanie mu tak już na stałe. Kocurek ma też lekkiego zeza, ale to dodaje mu tylko uroku, nie wydaje mi się, żeby wpływało jakoś na jego wzrok :)
  

Oczywiście jak to kot - najwięcej czasu spędza na parapecie, albo zerkając za okno, albo grzejąc się, gdy kaloryfer pod spodem jest włączony. Ostatnio jednak znajduje sobie i inne legowiska:
  
  
Łazienka to bez wątpienia najcieplejsze pomieszczenie w naszym mieszkanku, więc Melkor często sypia w zlewie lub w wannie :)
Na niektórych zdjęciach może wydawać się już tłuściutki, ale daleko mu do tego :) Jest strasznie puchaty przez swoją długą sierść, myślę, że wagę ma jak najbardziej prawidłową, mimo, że kilka miesięcy temu zafundowaliśmy mu zabieg kastracji - najadłam się trochę stresu przed, w trakcie i po zabiegu, ale wszystko przebiegło szybko i bezproblemowo. Od tamtego czasu Melkor nigdzie nie zostawił nam mokrej niespodzianki, je jak dotychczas, nie rozpasa się :)
  
  
Jest strasznym dzikusem - jak ma swoją "głupawkę" biega po całym domu i miauczy w niebogłosy. W okresie świątecznym oboje z Ukochanym mieliśmy taki sam grafik w pracy. Kiedy wracaliśmy do domu po 14godzinnej zmianie nie było szans, żeby wynudzony kociak dał nam spać - trzeba się było z nim pobawić i go wymiziać ;) Jego ulubionymi zabawkami są kulki z folii aluminiowej - wierzcie lub nie, ale on APORTUJE :) Jak rzucimy mu kulkę (im więcej rykoszetów o ściany tym lepiej ;)), po chwili przynosi ją z powrotem, żeby znowu mu rzucić. Inną zabawą jest oczywiście ściganie laserowego punkciku i... skakanie po meblościance - jak próbowałam uchwycić na zdjęciach powyżej ;)
  
  
Po cichu się Wam przyznam, że rozglądam się za towarzyszką życia dla Melkora, żeby nie nudził się, gdy zostaje sam w domu :) Ma to być młodziutka kotka, nie mam wielu "wymagań" pod tym względem, choć marzy mi się rudość albo trikolorka ;) Nie szukam na siłę, ale jak kiedyś zobaczę odpowiednie ogłoszenie na stronie z ogłoszeniami lokalnymi, ze schroniska albo Fundacji KOT - zgłaszam się od razu :)
  
A na koniec jeszcze ostatnie zdjęcie, jak spędziłam ostatnie kilka dni z kotem (byłam na L4 <3):
 
  
Mruczaśne pozdrowienia od Melkora, wymiziajcie swoje futra! :) >^.^<

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...