Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziwadła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dziwadła. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 września 2012

Misslyn - Naklejany lakier do paznokci

Swego czasu, jako lakierowa maniaczka, byłam na bieżąco ze wszystkimi nowinkami w tej kategorii - różnymi lakierami o nowych formułach, specyficznymi ozdobami i sposobami zdobienia, a także z cudem określanym jako naklejany lakier do paznokci. W większości naklejki te nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia - były sztywne, odklejały się, nie przylegały ładnie do płytki paznokcia. Zdążyłam już uznać to za cechę charakterystyczną, gdy niedawno trafiłam na nowości od Misslyn. Zmieniłam zdanie! Poczytajcie :)
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: na stanowiskach Misslyn (np. w Hebe), 35zł za komplet
  
Instrukcja obsługi:



Nie jest po polsku, więc spróbuję ją przetłumaczyć ;)
1. Wybierz odpowiedni rozmiar paska dla konkretnego paznokcia i oderwij ten odcinek od reszty arkusza.
2. Oderwij grubszą przezroczystą folię. Przytrzymaj naklejkę za srebrny fragment i delikatnie usuń cienką folię ochronną.
3. Umieść naklejkę na paznokciu tak, by zaokrągloną częścią była przy skórkach, dociśnij.
4. Zagnij pozostałą część naklejki pod paznokieć i delikatnie spiłuj ją pilniczkiem. Dla utrwalenia efektu możesz pokryć naklejkę topem.





Moja opinia:
W swojej recenzji zajęłam się konkretnym wzorem o wdzięcznej nazwie Burlesque i o numerku 40. To piękny wzór o beżowym tle z motywem czarnej koronki - uwielbiam takie!
  
   
W opakowaniu, które nota bene jest dla mnie horrendalnie wręcz drogie, znajdujemy 16 naklejek, tak, by mieć odpowiedni wybór w rozmiarach. Są one zapakowane w szczelnie zamkniętą poprzez zgrzew saszetkę, mamy pewność, że nikt przed nami ich nie macał ;) Zebrane są w dwa arkusiki po 8 naklejek, ułożonych wg rozmiaru. Prawdę powiedziawszy, mi do kompletnego manicure'u wystarczyło... 6 naklejek! Jakim cudem? Mam aktualnie dość krótkie paznokcie, więc cztery naklejki mogłam przeciąć na pół, jedną część zaokrąglić i przykleić na dwa paznokcie. Tylko paznokcie na kciukach okazały się zbyt długie. W ten sposób mam nadal dość naklejek do kolejnego użycia, co znacznie poprawia relację cena / użyteczność, bo 35zł za jeden manicure to za dużo, za dwa - już nie tak źle ;)
    
   
Przyklejenie tych naklejek okazało się dziecinnie proste. Nie ma tu bawienia się klejami czy suszarką, jak w przypadku innych naklejek, po prostu zdejmujemy folię i przyklejamy. Naklejki są tak cienkie i delikatne, że przylegają tak idealnie, że widać na nich było nawet moje naturalne podłużne bruzdy na paznokciach! Naprawdę mnie to pozytywnie zszokowało :)
Poza tym... trwałość. W przypadku naklejek, które testowałam wcześniej, bardzo szybko zaczynały się odklejać czy też odstawać. Tutaj byłam zaskoczona, bo choć nie utrwaliłam jej topem, piękna koronka na paznokciach wytrzymała dwa dni, w tym szorowanie garów, dłuuugą kąpiel w gorącej wodzie, z peelingiem - nawet lakier nie wytrzymałby tego nienaruszony na moich paznokciach! Te naklejki wymiękły dopiero przy drugiej gorącej kąpieli, zaczęły się nieco odklejać, ale tak, że mogłabym je jeszcze pewnie ponosić. Ja mam to do siebie, że wszystko co mogę to zdzieram, zdrapuję itd, więc jak tylko się odchyliły od paznokci, zerwałam je z nich do końca ;) Płytka paznokcia była nienaruszona, mimo mocnego kleju. Zostawiłam kilka naklejek, żeby upewnić się tylko, jak wygląda kwestia zmywania - faktycznie zmywacz do paznokci nieźle z nimi sobie radzi :)
Ogólnie mówiąc, jestem z tych naklejek baaardzo zadowolona, przeraża tylko cena. Zważywszy jednak na to, ile płacimy w salonie kosmetycznym za zwykłe pomalowanie paznokci, wychodzi to całkiem nieźle, zwłaszcza, że jedno opakowanie może wystarczyć nam na dwa razy :)

Zobaczcie jeszcze, jak wyglądają te cudeńka na paznokciach - prawda, że ładnie lśnią, nawet bez topa?
  
   
Używałyście kiedyś ozdób tego typu? Jakie były Wasze wrażenia? :)

poniedziałek, 24 września 2012

Bielenda EcoCare - Algi do mycia ciała

Dawno dawno temu wygrałam na Papilocie zestaw kosmetyków Bielendy. Wśród nich było opakowanie o tajemniczej i jakże intrygującej nazwie... algi do mycia ciała. Strasznie byłam tych alg ciekawa, ale chciałam je zostawić na "specjalną okazję". Specjalna okazja się znalazła - wygrzebałam je z półki i zobaczyłam, że zbliża się termin ważności - oto okazja ;) Cóż, przyznaję, że po takiej nazwie spodziewałam się cudów i dziwów. Trochę się zawiodłam...
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: ok. 22zł / 80g (200ml), ale gdzie - nie mam pojęcia
  
Skład:
   
Moja opinia:
Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać po tych algach - dlatego zżerała mnie ciekawość co do nich... Moja Mama się śmiała, że po zetknięciu z wodą zmienią się w plątaninę wodorostów i czegoś takiego się spodziewałam, choć oczywiście nie w takiej skali - tzn. myślałam, że napęcznieją i zmiękną, a nic takiego się nie stało. No, ale może po kolei...?
Opakowanie alg to plastikowy dwuwarstwowy słoiczek, częściowo przezroczysty, z zieloną nakrętką. Bez tekturowej nakładki, na której znajdują się wszystkie informacje, nie wygląda wcale imponująco. Po odkręceniu mamy zabezpieczające sreberko - tak sztywne i grube, że można się nim pociąć - dlatego ja zdarłam je całe od razu. Pod spodem kryją się algi pod postacią drobnych granulek, raczej suchych, ale zbrylonych. Pomiędzy nimi znalazłam miarkę. Granulki są zielone z czarnymi ziarenkami czegoś ;) Pachną specyficznie, takim morskim błotkiem. O dziwo, choć lubię takie zapachy, ten średnio przypadł mi do gustu. 
  
  
Po zwilżeniu na skórze nie stało się nic - grudki alg stały się mokrymi grudkami alg, wcale nie zmieniły swojej konsystencji ani twardości, nic. Puściły tylko nieco zielonego barwnika - nie łudzę się nawet, że naturalnego, zwłaszcza, że barwniki mamy jak byk w składzie. Nałożyłam tę breję na skórę i próbowałam rozsmarować - szło jak krew z nosa. Tępo, drapiąco, nieprzyjemnie. Wtedy uznałam, że potraktuję to nie jako coś do mycia ciała, jak wskazuje producent, a jako peeling - i tu sprawdził się znacznie lepiej. Wzięłam nieco mniejszą ilość i rozmasowywałam po skórze - dawno nie używałam tak dobrego zdzieraka. Sprawił, że skóra była gładka i idealnie wręcz złuszczona. Muszę jednak przyznać, że wcale się umyta nie czułam, więc żel pod prysznic i tak był koniecznością. 
Podsumowując, jeśli potraktujemy to cudo jako peeling - będzie super. Ale nie próbujcie się tym myć ;) Nie wiem właściwie, czy zachęcać Was do zakupu, bo nigdy nie widziałam tych alg w sklepach. Wiem, że można je kupić w necie, ale nawet na stronie Bielendy nie ma już informacji o tej serii. Czyżby ją wycofali?
  
  
Używałyście tego typu dziwactw? Może macie na nie jakieś patenty?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...