Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 maja 2012

Kilka prostych i efektownych manicure'ów #2 - Na lato!

Pora na kolejną porcję łatwych do zrobienia wzorków na paznokcie, które sprawią, że Wasz manicure będzie wyglądał wyjątkowo :) 
Tym razem mam dla Was trzy propozycje idealne na lato, które nadchodzi wielkimi krokami... 
  
    
Pierwsza propozycja to arbuzowy mani. Wiem, że moja wersja nie jest perfekcyjna, ale nie szkodzi - wierzcie lub nie, ale nikt nie zwraca uwagi na takie "niedociągnięcia" ;) Do wykonania takiego mani potrzebujemy czterech lakierów - czerwonego, zielonego, białego i czarnego - oraz cienkiego pędzelka i szpilki albo igły. Najpierw malujemy pazurki naszym czerwonym lakierem - u mnie jest to Eveline Colour Show - 636. Teraz cienkim pędzelkiem albo tym z lakieru, jeśli jest dość precyzyjny, robimy zielony pas przy nasadzie paznokcia - u mnie zieleń to China Glaze - Starboard. Jeśli pomaziamy skórki - nie szkodzi, później wyczyścimy ;) Teraz bierzemy biały lakier i robimy dość cienki pasek między zielenią a czerwienią - nie pamiętam, jakiej bieli użyłam, to jakiś lakier no-name był. Czekamy aż całość wyschnie i chwytamy za igiełkę. Nabieramy na nią ciut czarnego lakieru - u mnie też no-name - i delikatnie przykładamy do paznokcia, żeby zrobić dość drobne pestki. Na koniec warto pokryć wszystko topem.
  
   
Moja druga propozycja jest mniej skomplikowana. Wystarczą nam do niej dwa pasujące do siebie lakiery, jakieś ozdóbki (choć obędziemy się i bez nich) oraz kawałek gąbki. Zaczynamy od pomalowania paznokci lakierem bazowym, u mnie to żółty lakier, czyli ArtDeco Mini - 545. Gdy wyschnie, bierzemy drugi lakier, u mnie to Kobo - 20 Crazy Pink - i nakładamy go na gąbeczkę. Teraz ciapiemy nią po części paznokcia, możecie pięknie wycieniować albo zostawić tak jak ja, zależy jak Wam się podoba :) I teraz mamy dwie opcje. Jeśli chcemy użyć ozdóbek - malujemy paznokcie topem i naklejamy na niego te pierdółki. Nie utrzyma się kilku dni, ale na 1-2 dni macmy ładny efekt ;) Druga opcja to dorobić jakieś kropeczki główką szpilki czy zapałki, użytą jak sondą. Wtedy topa nakładamy dopiero na kropeczki :)
  
   
W tym mani czułam się wyjątkowo dobrze :) Również jest łatwy do zrobienia, a efekt zdecydowanie przyciąga wzrok ;) Potrzebujemy ok. 3-4 niebieskich/granatowych/srebrnych lakierów oraz jednego białego, a także kawałka gąbeczki i cienkiego pędzelka. Malujemy pazurki lakierem bazowym, najlepiej gdyby był to jakiś jasny błękit. Kiedy wyschnie, pędzelkiem malujemy na nim ciemniejszym lakierem kształt fali, poprawiamy nieregularnymi "maźnięciami" z użyciem pozostałych "falowych" kolorów, tak, by fala wyglądała na dynamiczną. Na koniec nakładamy odrobinę białego lakieru na kawałeczek gąbki, najlepiej na jej kant, dla lepszej precyzji, i "ciapiemy" nią na szczycie fali, by zrobić jej spienione wykończenie. Pozwalamy lakierom wyschnąć i nakładamy warstwę topa, żeby utrwalić nasz manicure. Teraz wychodzimy z domu i chwalimy się letnimi pazurkami :P Użyte przeze mnie lakiery to  ArtDeco Mini - 515, Essie - Aruba Blue i Essie - Borrowed & Blue oraz Avonowy french ;)

I jak, która z propozycji podoba Wam się najbardziej? Planujecie którąś wykorzystać?
A może robiłyście już właśnie takie pazurki? :)

I jaki zestaw chcecie następnym razem - kwiatki, kropki czy abstrakcję? ;) 

piątek, 11 maja 2012

Kobo True - Wygładzający podkład SPF 10 - 502

Dziś pora na ostatni element najnowszej kolekcji Kobo - True. Padło na podkład wygładzający. Pierwsze wrażenie sprawił bardzo pozytywne, później się nieco zawiodłam, ale ostatecznie nie jest taki znowu najgorszy ;) Przejdźmy do recenzji, gdzie opiszę dokładnie moje wrażenia...
  
   
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: drogerie Natura, 25zł / 40ml
  
Moja opinia:
 Opakowanie podkładu jest charakterystyczne dla Kobo - to plastikowa twarda buteleczka w lekko białawym kolorze, przez co podkład wydaje się jaśniejszy niż jest faktycznie. Choć bardzo lubię kosmetyki Kobo, to buteleczki zawsze mnie wkurzały - trudno z nich coś wycisnąć i pod koniec trudno zużyć kosmetyk do końca bez rozcinania opakowania. W dodatku zdarza mu się "prychać" - a chyba żadna z nas nie chce pobrudzić nowej czarnej sukienki podkładem przy pierwszym jej założeniu, jak ja zrobiłam parę lat temu ;)
Mam odcień 502 - nie jest on najjaśniejszy, bo cała gama ma cztery odcienie, ponumerowane od 501 do 504. Myślę jednak, że 501 bardziej by się dla mnie nadawało, bo 502 jest ciut zbyt ciemny. Aaale, jak na to spojrzeć długoterminowo - będzie na lato, kiedy chcąc nie chcąc się nieco opalę ;)


Po nałożeniu na twarz, sprawia, że jest ona gładziutka i rozświetlona - naprawdę pozytywne wrażenie. Podkład kryje całkiem nieźle i pięknie wyrównuje koloryt. Jest też dosyć ciężki, ale nie tworzy plam, łatwo go rozprowadzić. Nie matuje jakoś specjalnie, ale w tym przypadku ujdzie to nawet bez pudru, bo rozświetlenie jakoś optycznie niweluje ewentualny lekki błysk twarz ;) W każdym razie dzieje się tak przez pierwszą godzinę noszenia podkładu. Po tym czasie moja mieszana cera zaczyna "pocić się" łojem, przez co świeci się niemiłosiernie, tak, że nawet nałożony na nią puder na wiele się nie zda. Dobrze, że ani razu nie zdarzyło mi się wyjść w tym podkładzie na dłużej - zwykle zdążałam wrócić do domu, zanim błysk osiągnie apoeum ;) W związku z powyższym, nie miałam okazji przetestować jego trwałości w normalnych warunkach, myślę jednak, że na cerze innej niż mieszana - mocno tłusta w strefie T - powinien odpowiadać. Poza tym na opakowaniu napisane jest, że poleca się go zwłaszcza osobom z cerą dojrzałą - mojej do takiej brakuje paru lat, ale prawdopodobnie tak właśnie jest - dla kobiet z dojrzałą cerą powinien być w sam raz. Wiadomo, że z wiekiem zazwyczaj cera staje się coraz suchsza i mniej się przetłuszcza, więc może oto w tym chodzi? ;) Na próbę raz dałam go do spróbowania mojej mamie i ona była bardzo zadowolona, więc myślę, że powędruje on do niej na stałe ;)
Cóż, krótko mówiąc, u mnie się nie sprawdził, ale to pewnie wina mojej cery. Myślę, że mogę go polecić osobom o cerze suchej czy dojrzałej, nie powinno być problemów... :)
 
 
I co, skusiłyście się na coś z nowej kolekcji Kobo? 
Albo może macie jakichś ulubieńców wśród ich stałej oferty? :)

piątek, 4 maja 2012

Kobo True - Mineralny puder matujący 202

Ciekawe byłyście letniej kolekcji Kobo, więc na dziś przygotowałam recenzję pudru mineralnego :) Z tego kosmetyku jestem najbardziej zadowolona, choć i podkład zapowiadał się rewelacyjnie, a później mnie nieco zawiódł. Niemniej, puder okazał się naprawdę świetny. Zapraszam do bardziej szczegółowej lektury :)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: drogerie Natura, 23zł / 8g

Skład: Talc, Titanium Dioxide C.I. 77891, Mica, Kaolin Clay C.I. 77004, Zinc Oxide C.I. 77947, Polymethylsilsesquioxane (and) HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Theobroma Grandiflorum Seed Butter, Calcium Carbonate, Bambusa arundinacea Stem Powder, Caprylic/Capric Triglyceride
Pigmenty: C.I.: 77-019, 77-891, 77-492, 77-491, 77-492, 77-499
Mica (and) Titanium Dioxide (and) Iron Oxides

(Skład zdobyty dzięki Trustmyself :))

Moja opinia:
Mam odcień 202 - jest to wersja ciemniejsza, ale choć jestem bladziochem, całkiem nieźle mi pasuje :)
Puder zamknięty jest w solidnym plastikowym słoiczku. Po jego odkręceniu ukazuje nam się "sitko", zaklejone folią ochronną. To, co lubię w produktach Kobo to fakt, że ta folia ochronna ma perforację pośrodku, co umożliwia oderwanie tylko jej połowy, żeby nie wysypywało się za dużo pudru - bardzo praktyczna sprawa.
Sam puder ma lekko piaskowy odcień, ale wydaje mi się, że ładnie stapia się on z kolorem cery. Aplikacja jest przyjemna, choć nieco się osypuje, jak to puder sypki... Mimo to, łatwo i szybko możemy przypudrować całą twarz, uzyskując ładny zdrowy mat bez płaskiego efektu. W dodatku mat ten utrzymuje się zaskakująco długo - teraz, w te upalne dni, utrzymuje się około trzech godzin - na mojej tłustej cerze to naprawdę dobry wynik. Kiedy mat znika, a cera zaczyna się świecić, nie tworzą się żadne spływające plamy - możemy spokojnie przypudrować ponownie. Puder nie podkreśla suchych skórek ani porów, wygląda na twarzy naprawdę ładnie i naturalnie.
Nie wiem, jak to się ma do "mineralności", ale przypasował mi on znacznie bardziej niż mineralny puder La Rosa, o którym również niedługo napiszę. 
Szkoda, że to kolekcja sezonowa, bo kiedy mi się skończy, na pewno nie będzie go już w sprzedaży, a naprawdę mi się spodobał. Ba, to chyba najlepszy puder sypki, jaki znam :)
 
     
A jacy są Wasi sypcy ulubieńcy w tej kategorii? :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Kobo True - Rozświetlacz modelujący

Jestem szczęśliwą posiadaczką nowej wiosenno-letniej kolekcji Kobo, o nazwie True. Zawiera ona cztery produkty: rozświetlacz modelujący, podkład, puder matujący oraz tusz do rzęs. Mam je wszystkie, poza tuszem, a dziś zajmę się rozświetlaczem, który mi służy jako korektor pod oczy.
  
  
Opis producenta:
Pozwala na idealne wymodelowanie i podkreślenie wybranych partii twarzy. Rozświetla skórę sprawiając, że wygląda ona świeżo i promiennie. Perfekcyjnie maskuje oznaki zmęczenia, cienie pod oczami oraz drobne zmarszczki i linie. Zapewnia szybką i łatwą aplikację.
Dostępny w dwóch kolorach.
  
Gdzie i za ile: drogerie Natura, 20zł / 9ml
  
  
Moja opinia:
Cóż, jest to jeden z bardzo nielicznych produktów Kobo, na których się zawiodłam. Po prostu nie sprawdził się za dobrze w żadnej z ról, w których go wypróbowałam. Ale zacznijmy od spraw technicznych.
Korektor zamknięty jest w opakowaniu typowym raczej dla błyszczyka, odkręcanym, z pędzelkiem na końcu. Dzięki temu aplikacja jest wygodna, nakładamy na twarz odrobinkę rozświetlacza w formie kropek i rozprowadzamy odpowiednio palcami. Ja mam wersję 101, tę jaśniejszą, jest to ładny porcelankowy beż, bardzo jasny, także na plus. Nie zauważyłam, żeby miał jakieś drobinki czy najdrobniejszy chociaż pyłek, a spodziewałabym się tego po rozświetlaczu. 
Nałożony pod oczy, daje niestety dość nienaturalny efekt - nie rozświetla, nie tuszuje cieni pod oczami, tylko je lekko zakrywa, ale końcowy efekt jest dość żałosny - jakbym była mocno chora, gorzej niż bez rozświetlacza. W dodatku na tej delikatnej skórce pod oczami bardzo łatwo się roluje przy rozprowadzaniu palcami. 
Próbowałam nałożyć go również jako rozświetlacz na kości policzkowe. Rozprowadził się ładnie, nie zrolował, ale efekt był znikomy - tylko rozjaśnienie, bez rozświetlenia. Poza tym po chwili zaczęły mnie piec policzki w tych miejscach, gdzie go nałożyłam, a chyba na palcach jednej ręki mogłabym policzyć kosmetyki, które mnie kiedykolwiek podrażniły... 
Aż mi przykro, że muszę wystawić negatywną opinię kosmetykowi Kobo, bo bardzo lubię tę markę, ale ten rozświetlacz nie sprawdził się u mnie w ogóle... Na szczęście puder i podkład są znacznie lepsze, ale o nich za jakiś czas :)
 
 

wtorek, 3 kwietnia 2012

Nowy domek dla cieni Kobo - małe DIY

W końcu zaczęły mnie wkurzać walające mi się wszędzie pojedyncze cienie... Trudno w nich zachować porządek, zajmują sporo miejsca, gubią się... Ale nigdy więcej ;)
  
  
Tak, tak, zaserwowałam moim Kobowym dzieciom nowy domek :D Od kilku dni trzymam ciągle paletkę pod ręką i patrzę na nią z dumą ^^ A jak do tego doszło?
Otóż dawno, dawno temu...
  
  
Były sobie biedne pojedyncze cienie Kobo, które bardzo chciały zamieszkać razem ;)
Najpierw trzeba je było więc eksmitować z dotychczasowych domków. Z wkładami, tymi w bezbarwnych plastikowych opakowaniach, nie było problemu, wystarczyło je stamtąd wyjąć. Podobnie było z cieniami w podwójnych paletkach - były zamocowane na magnesiki (a paletki kiedyś mi się jeszcze przydadzą). Najgorszej było z tymi jedynkami, które mieszkały w solidnych czarnych opakowaniach. Najpierw było trzeba je brutalnie rozwalić, odrywając dolną część, żeby móc dotrzeć do warstwy plastiku bezpośrednio pod cieniem. Wtedy w ruch poszła zapalniczka i chwilę podgrzałam od dołu każdy cień - to po parunastu sekundach pozwoliło na swobodne podważenie cieni i odklejenie ich - klej pod wpływem ciepła zmiękł i odpuścił ;) Teraz biedne sierotki czekały na nowy domek.
  
  
A domek wyglądał tak. To zwyczajna, niemagnetyczna paletka z aluminiowymi podkładkami pod cienie. Zamówiłam ją w osławionym już na forum sklepie www.buyincoins.com ;) Już myślałam, że zaginęła gdzieś w świecie, bo czekałam na nią ponad miesiąc. 
  
  
Te aluminiowe pierdółki były tylko powkładane w okrągłe luki w paletce - ani przyklejone ani wciśnięte - po prostu luźno leżały, poza tym wg mnie były one do niczego, chyba, że chciało się kombinować własne cienie. Teoretycznie każda z tych "dziur" ma 26mm - tyle, ile większość cieni do powiek - Kobo, Inglot itd. Jednak są one dość luźne, więc cienie wypadałyby z nich. Trzeba więc było dodać tej paletce nieco magnetycznej mocy ;)
   
  
Chwyciłam więc klej, spory magnes na samochód, który kiedyś dostałam w ramach jakiejś promocji, oraz nożyczki. Można też kupić folię magnetyczną, ale po co narażać się na niepotrzebne wydatki, skoro w większości domów na lodówkach wiszą jakieś zbędne reklamowe magnesy ;)
  
   
Wystarczyło więc pociąć ten magnes na kawałki - nieważne, czy będą one kształtne, byle mieściły się w tych lukach i były na tyle duże, żeby utrzymać solidnie cień :) Bierzemy klej i umieszczamy każdy kawałeczek w luce na cień :)
  
   
Teraz rozklejamy palce (ćśśś :P), czekamy, aż klej porządnie wyschnie i sklei, a potem z wielką radością umieszczamy w paletce nasze cienie - dobrze dla nas, jeśli wcześniej nakleimy na ich spód karteczki z nazwami cieni, kiedyś się przydadzą ;) Moje Kobosie rozgościły się o tak:
  
  
Cieszymy przez chwilę oko nową paletkę, po czym kierujemy się do Ukochanego, mamy, siostry lub kogokolwiek i marudzimy "Zrobiłam sobie taką śliczną paletkę na cienie do powiek! Tylko jest problem, bo jest w niej aż 5 wolnych miejsc! I co ja mam teraz zrobić...?" ;)
   
I jeszcze bonusik:
  
  
Smętne cmentarzysko starych opakowań cieni ;) Kojarzą mi się ze skorupkami zjedzonych małży :P

Od razu zamówiłam dwie kolejne paletki. Jedną myślę, że zrobię dla siebie - pokombinuję tak, żeby nie było luk, tylko cała powierzchnia z magnesem, dla innych cieni, np. prostokątnych Catrice. Drugą może zrobię dla kogoś, bo jestem pewna, że w Polsce, gdzie GlamBoxy są tak drogie, ktoś skusi się na moją wersję - uproszczoną, ale na swój sposób ładną ;)

Jak Wam się taka paletka podoba? Chciałybyście taką czy wolałybyście wydać więcej na GlamBoxa? :)

poniedziałek, 19 marca 2012

Oh So Specjalny makijaż #2 - Na bogato!

Czas na drugi makijaż, który wykonałam posługując się wyłącznie paletką Sleek Make-up - Oh So Special
Stwarza ona wiele możliwości makijażu - od ledwie widocznych stonowanych dziennych aż do mocnych wieczorowych świecidełek. Wczorajszy należał do pierwszej kategorii, dlatego dziś chcę pokazać tę drugą. 
     
   
Makijaż ten kojarzy mi się z jakimś ekskluzywnym wieczorowym wyjściem, może jakaś gala? ;)
Jest mocny i błyszczący, choć nie przesadnie krzykliwy, dodaje spojrzeniu głębi :) Połączyłam tu jasny cień z dużo ciemniejszym, chcąc sprawdzić, jaki da to efekt - i ja z niego jestem zadowolona. Co prawda na ostatnim zdjęciu widać, że ciemnego w pewnym miejscu zabrakło, ale na żywo w ogóle tego nie było widać.
Żałuję tylko, że nie zrobiłam także zdjęcia w sztucznym świetle - byłoby widać, jak pięknie migotliwy jest ten makijaż. 
  
A czego do niego użyłam?
   
  
Zaczęłam od nałożenia bazy Hean. Na wewnętrzną połowę powieki dałam jasny łososiowy cień, czyli Organza, a na zewnętrzną stronę ciemny brąz - Celebrate. Starałam się ładnie wycieniować na granicy cieni, żeby przechodziły w siebie w miarę płynnie - Wy oceńcie, czy mi się to udało. Roztarłam też cienie ku górze. Wąskim pędzelkiem nałożyłam także te dwa cienie na dolną powiekę, w takim samym układzie jak na górnej. Czarną kreskę zrobiłam z użyciem cienia Noir, skośnego pędzelka Essence oraz bazy pod pigmenty sypkie Kobo.
Rzęsy wytuszowałam wydłużającą maskarą Hean (czy tylko mi się wydaje, że jakoś mało czarny jest ten tusz?), a brwi podkreśliłam zestawem do brwi Oriflame. I to by było na tyle, jeśli chodzi o kosmetyki użyte przy tym makijażu.

Jak się on Wam podoba? Kojarzy Wam się podobnie jak mnie? Wiem, że nie jest to skomplikowane cudo, ale jak dla mnie wystarczające na jakąś uroczystość czy coś ;)
  
Czekam na Wasze opinie :)

niedziela, 18 marca 2012

Oh So Specjalny makijaż #1 - Orzechowo

Zgodnie z obietnicą, zaczynam dziś krótką serię makijaży wykonanych wyłącznie przy użyciu paletki Sleek Make-up - Oh So Special
Pierwszy z nich zrobił się właściwie sam - chciałam zmalować coś prostego, a jednocześnie zaeksperymentować i wyszło coś takiego, co mi się właściwie spodobało ;) Zresztą powiem szczerze - każdy z tych trzech makijaży, które tu pokażę, mi się podoba, bo cienie są śliczne i idealnie pasują do moich brązowych oczu. Ba, podobają mi się na tyle, że nie jestem w stanie za bardzo technicznie ocenić tych makijaży, więc tę kwestię zostawiam Wam ;)
   
   
Ten makijaż kojarzy mi się z orzechem, podkreśla ładnie brązową tęczówkę. Kreska nie wyszła mi idealnie, ale kto by się przyglądał ;) Eksperyment w tym przypadku polegał na tym, że jeszcze chyba nigdy nie zaznaczałam tak wyraźnie linii załamania powieki :P Co więcej, podoba mi się ta rozmyta krecha, więc pewnie będę stosować tego myku częściej ;)

A czego użyłam?


Zaczęłam od nałożenia bazy pod cienie Hean. Później właściwie całą powiekę potraktowałam jasnym beżem, czyli cieniem The Mail. Nie jest jakoś super napigmentowany, ale nadał powiece ładnego jednolitego odcienia. W zewnętrznym kąciku nałożyłam nieco ciemniejszego brązu, czyli Boxed. Oba te cienie są pięknymi matami. Na drobniutki pędzelek nałożyłam wówczas odrobinę czerni, Noir, która okazała się nie tak znowu matowa - ma trochę drobinek - i pomaziałam nim lekko linię załamania powieki, na koniec porządnie ją rozcierając, pędzelkiem kulką z Essence.
Na górnej powiece zrobiłam kreskę czarnym linerem Kobo - dość grubą, żeby makijaż nabrał wyrazu. Na dolną powiekę zaś użyłam białej kredki Maybelline na linię wodną i troszkę poniżej rzęs - dziwaczny i średnio udany eksperyment ;) Rzęsy wytuszowałam maskarą dodającą objętości Rival de Loop (pamiątka z Berlina :P) i - UWAGA - podkreśliłam brwi paletką Oriflame ;)

To by było chyba na tyle, jeśli chodzi o kwestie techniczne.
Jak Wam się podoba ten makijaż? A jednocześnie moja pierwsza próba tego typu z podkreślonym załamaniem? ;) Co powinnam poprawić / zmienić / dopracować?

Jak zwykle, czekam na Wasze opinie i sugestie :)

piątek, 17 lutego 2012

Kobo - Pojedyncze cienie do powiek - 4 nowe kolory

Pisałam już Wam kiedyś o tych cieniach, ale jakiś czas temu wpadły mi w łapki cztery nowe kolory, więc o nich też chciałam skrobnąć Wam parę słów :)
Moją wcześniejszą recenzję tych cieni znajdziecie TUTAJ.
Dziś nie będę recenzować ich jako serii, ale napiszę parę słów o każdym po kolei :)
   
  
Moje nowe cztery kolorki to:
  • Mono Eyeshadow - 109 English Rose
  • Mono Eyeshadow - 128 Golden Olive
  • Fashion Eyeshadow - 212 Turquoise
  • Fashion Eyeshadow - 205 Golden Rose
Jak widzicie, są to wkłady, które można umieścić w magnetycznej paletce, którą Kobo także ma w swojej ofercie. Paletka kosztuje 15zł, jeśli dobrze pamiętam, a cienie w formie wkładów są o parę złotych tańsze, niż w tradycyjnych osobnych opakowaniach. Muszę sobie sprawić paletkę! :)
 
   
Teoretycznie z tego, co zauważyłam, w serii Mono są maty, choć cień 128 Golden Olive jest drobnym odstępstwem od tej reguły, czym mnie baaardzo pozytywnie zaskoczył. 212 Turquoise z kolei nieco zawiódł... Ale może napiszę o nich po kolei :)
  • 109 English Rose to różowy mat, taka nieco blada fuksja. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że na skórze będzie bardziej blady i brudny ten kolor, bo właśnie z takim odcieniem różu kojarzy mi się nazwa English Rose. Jak wszystkie z tych czterech cieni, jest dość mocno napigmentowany, choć jako "rasowy" mat, jest nieco trudniejszy w obsłudze niż pozostałe.
  • 128 Golden Olive jak już pisałam okazał się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. O ile w opakowaniu wygląda na lekko iskrzącą zieleń, o tyle na skórze ukazuje się w nim sporo złota :) Na powyższym swatchu to złoto widać głównie na "obrzeżach" zielonej plamki. Obstawiam, że będzie świetnie wyglądał na oku w wersji solo, mocno roztarty na zewnątrz powieki, choć jeszcze go w tej roli nie próbowałam, zostawię to na wiosnę :) Jest dobrze napigmentowany.
  • 212 Turquoise wbrew moim oczekiwaniom okazał się bardziej niebieski niż turkusowy, a liczyłam chociaż na morski odcień... Niestety taki odcień niebieskiego strasznie wygląda na moich powiekach, więc nie miał za bardzo możliwości, żeby się sprawdzić. Pigmentacja jest bardzo dobra, wykończenie takie nieco metaliczne.
  • 205 Golden Rose to mój ulubieniec :) Delikatny cień, mieniący się złotem, pomarańczem, różem, brzoskwinią, łososiem, zależnie od światła. Świetnie prezentuje się solo na oku, co zaraz Wam zaprezentuję. Dobrze się go rozciera, przy czym mam wrażenie, że im bardziej jest roztarty, tym więcej widać w nim złota. Baaardzo mi się podoba ten cień :)
Jako, że już wspomniałam, że odcień 205 Golden Rose to mój zdecydowany faworyt, ciąg dalszy poświęcę wyłącznie jemu ;) Kilka, jeśli nie kilkanaście już razy użyłam go właśnie to makijażu w wersji solo i za każdym razem byłam zachwycona i zbierałam komplementy. Kiedyś zapytałam mamę, ile wg niej mam cieni na powiece. Przypatrzyła się i uznała, że pewnie ze trzy ;)
Oto, jak wygląda takowy makijaż z tym cudownym cieniem:
   
   
Efekt jest subtelny, delikatny, ale zdecydowanie widoczny. Tu, poza cieniem, mam tylko czarną kredkę, którą również pokryłam tym cudem, żeby nie kontrastowała za mocno, no i oczywiście tusz. Jak Wam się podoba taki makijaż? 
Tu, po prawej stronie, macie zdjęcie z bliska na ten cień. Niestety, aparat nie dał rady uchwycić, jak jest on niesamowity, nieco "spłaszczył" kolory...
   
I co, jak Wam się podobają te cienie? Który z tych czterech najbardziej przypadł Wam do gustu?
A może macie któreś z tych cieni w swojej kolekcji? Lubicie je?

wtorek, 7 lutego 2012

Kobo - Szminki Fashion Colour - Mocha i Hollywood Red

Tak, jak Wam obiecałam, dziś pora na recenzje szminek Kobo z serii Fashion Colour. Mam w swojej kolekcji dwa kolory, oba są śliczne, choć jeden z nich zdecydowanie nie jest dla mnie - będę musiała puścić go w świat... Ale po kolei ;)
   
   
Opis producenta:
Zdecydowane kolory i doskonale podkreślone usta. Kremowa formuła wzbogacona o liczne składniki odżywcze, ochronne i pielęgnacyjne, nadaje ustom miękkość i gładkość oraz przedłuża trwałość pomadki.
   
Gdzie i za ile: Drogerie Natura, 16zł (aktualnie w promocji za 13zł)
  
   
Moja opinia:
Jak pisałam i jak widzicie, mam dwa odcienie - beż, czyli 103 Mocha oraz jasną czerwień, czyli 112 Hollywood Red. O ile Mocha jest kolorem dla mnie stworzonym i chyba najbezpieczniejszym w makijażu dla kobiet z jesiennym typem urody, o tyle z przykrością stwierdzam, że ta czerwień, choć piękna, wygląda na mnie tragicznie - albo raczej ja wyglądam tragicznie w niej. Szkoda... W ciemnej czerwieni czuję się i wyglądam znacznie lepiej, miałam nadzieję, że z jasną będzie podobnie, ale niestety nie :(
  
  
Opakowania są czarne ze srebrnym paseczkiem i napisem, dość klasyczne, ładne, eleganckie :)
Szminki są dość twarde, przez co nieco tępo się nimi maluje, ale kolor na ustach jest intensywny i trwały. Pierwsze wrażenie jest kiepskie, bo szminki wyglądają średnio na tak poharatanych ustach jak moje, ale po paru minutach dzieje się cud - usta faktycznie miękną i wygładzają się nieco. Nie towarzyszy temu żadne uczucie mrowienia, jak w przypadku niektórych szminek czy błyszczyków. Można więc powiedzieć, że obietnice producenta o właściwościach odżywczych i pielęgnacyjnych to nie takie znowu bajki ;) Oczywiście nie zastąpi nam to balsamu ochronnego, ale można szminkę nałożyć na balsam, choć wtedy wydaje mi się, że jest mniej trwała. Swoją drogą, jeśli chodzi o trwałość, może wytrzymać niemal cały dzień, choć nieco znika przy jedzeniu. 
Tutaj jeszcze zdjęcia, jak wyglądają na ustach:
  

Macie jakieś szminki Kobo? Lubicie je? A może dopiero Was zachęciłam do zakupu? ;)

czwartek, 26 stycznia 2012

Kobo - Wypiekane cienie do powiek Luminous Baked Colour

Jakiś czas temu stałam się posiadaczką sześciu odcieni wypiekanych cieni Kobo, które z początku mnie zachwyciły - piękne kolory, ładne opakowania, wszystko cacy. Dopóki się ich nie wypróbuje na oczach... Ogłaszam więc wszem i wobec, że to mój pierwszy i jak dotąd ostatni zawód, jeśli chodzi o kosmetyki Kobo... Ale do rzeczy.
   
   
Opis producenta:
Cień wypiekany do stosowania na sucho, dzięki czemu uzyskamy delikatnie połyskujący kolor oraz mokro, co pozwoli wydobyć intensywny kolor o metalicznym wykończeniu. Dzięki zastosowanej technologii wypiekania pozwala uzyskać niezwykły efekt rozświetlenia i blasku. 

Gdzie i za ile: Drogerie Natura, 19,99zł / szt
   
  
Moja opinia:
Jak widzicie, są to typowe cienie wypiekane - są wypukłe w opakowaniach, widać na nich jakąś fakturkę, która bardzo mi się podoba. Wyglądają naprawdę świetnie. Co więcej, dwa z nich, 102 Peach Blush i 101 Coral Blush, wg producenta nadają się także jako róże do twarzy - nie wiem, nie próbowałam, ja wolę bronzery ;) Niestety, jak dla mnie, to zalety tych cieni kończą się w tym miejscu...
Cienie są słabo napigmentowane - a może raczej po prostu w ogóle nie trzymają się powieki, nawet na bazie... Próbowałam je zastosować na bazę pod pigmenty sypkie z Kobo, ale nie było szans na równomierne pokrycie powieki... W tym połączeniu sprawdziły się tylko do zrobienia kreski. 
Najpierw może swatche:

  
312 Snowy White - perłowa biel, dobra do wewnętrznego kącika, ale średnia pod brew
308 India Rose - "różowy brąz" - zakochałam się w nim, zanim go wypróbowałam, mocno iskrzący.
305 Emerald - piękny iskrzący szmaragd - wydaje się głęboki, ale malutko go zostaje na powiece...
102 Peach Blush - brzoskwiniowy kolor pełen drobinek, nie wyobrażam sobie go na policzkach...
302 Night Sky - podobnie jak Emerald, na powiece słabiutki, lekko się iskrzy
101 Coral Blush - bardziej pomarańcz niż koral, prawie mat z odrobiną maleńkich iskierek




Próbowałam zrobić kilka, jeśli nie kilkanaście, makijaży z tymi cieniami - żaden nie wyszedł tak, jak trzeba. Cienie znikały z powiek zanim się na nich pojawiły, lekko się osypywały. Tak jak mówiłam - na zwykłej bazie było tak samo, na płynnej bazie pod pigmenty sypkie były nierówne plamy... Może to kwestia mojego braku wprawy czy umiejętności, ale po prostu absolutnie sobie z tymi cieniami nie radziłam...
Chyba jedyny makijaż, który w miarę mi wyszedł, to ten:
   
   
Jak widzicie, poza kreską pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. Użyłam tu cienia 101 Coral Blush na całą powiekę, zewnętrzny kącik i załamanie podkreśliłam cieniem 305 Emerald, który wylądował też przy linii rzęs jako kreska zrobiona z pomocą bazy pod pigmenty sypkie, również Kobo. Na dolnej powiece i pod brwią jest odrobina 312 Snowy White. Chyba każda z nas przyzna, że makijaż jest mocno przeciętny i technicznie słaby. A to naprawdę najlepszy z tych, które nimi próbowałam zrobić.

Szczerze mówiąc, mam wręcz wyrzuty sumienia publikując tę recenzję, bo jak dotąd Kobo nigdy mnie nie zawiodło - wszystkie kosmetyki, których jak dotąd używałam były albo hitami, albo "przeciętniakami". Nie trafił się jeszcze kit. Aż do teraz :(
   
Używałyście tych wypiekanych cieni? Macie o nich lepszą opinię niż ja? 
Chętnie się dowiem, czy to wina samych cieni czy moich braków ;)

piątek, 20 stycznia 2012

Twarzowo-dzienniakowych eksperymentów ciąg dalszy...

Kiedy przy poprzednim dziennym makijażu pokazałam Wam twarz i napisałam, co mi się w tych zdjęciach nie podoba, dostałam parę rad, jak to ominąć. I zaczęłam się do nich stosować, w efekcie czego na zdjęciach nos już nie zasłania mi całej reszty twarzy - dziękuję Wam ;)
Pozbyłam się też drugiego problemu - na zdjęciach zawsze było widać wszelkie najmniejsze blizny potrądzikowe na twarzy, a mam ich sporo, bo namiętnie wszystko zdrapywałam swego czasu... Zresztą nadal mi się zdarza... W każdym razie wszelkie te zaczerwienienia itd. bardzo uwidaczniały się na zdjęciach. Podkładów nie lubię używać, bo zawsze bardzo je czuję na twarzy i mi przeszkadzają, zresztą na żywo te moje małe skazy w ogóle nie rzucają się w oczy. ALE ;) Odkryłam za sprawą blogerek podkład Rimmel Match Perfection w żelu i muszę przyznać, że już go pokochałam. Pięknie ujednolica kolor cery, rozświetla, aż czuję się ładniejsza ;) Za jakiś czas napiszę jego obszerniejszą recenzję, teraz jednak oznajmię tylko, że dzisiejsze zdjęcia poniżej są tu dzięki uprzejmości tego podkładu, że dał mi możliwość wyglądania jak człowiek, i to bez retuszu :P
   
Oto moje kolejne dzienniakowe próby :)
   
  
Tutaj zaserwowałam sobie złoty makijaż w ciemnej oprawie, choć widzę w nim po czasie pewne niedociągnięcia - np. zbyt obniżony kącik kreski na górnej powiece czy za mało wyciągnięty cień. Niemniej jednak, bardzo dobrze czułam się w tym makijażu - zresztą zawsze dobrze się czuję w złotym i brązowym kolorze na oczach :) 
Użyłam tutaj:
A oto sam makijaż:
  
   
I jeszcze kolejny mój eksperyment dzienniakowo-twarzowy ;)
    
  
Tym razem eksperymentowałam dalej z Avonową paletką Water Colour. Użyłam brudnego, lekko iskrzącego różu, przyciemniając go dodatkowo czernią w zewnętrznym kąciku oka i przy rzęsach. O dziwo, też całkiem nieźle się w tym makijażu czułam :)
Czego użyłam?
I sam makijaż:
   
   
  
I jak Wam się podobają moje dzienniaki? Nie za mocne? Nie za delikatne?
Chętnie przeczytam wszelkie sugestie, bo zaczynam dopiero przygodę z typowymi dziennymi makijażami i mam wrażenie, że albo ich nie widać, albo są za mocne ;) 
Tylko czekam, aż dotrze do mnie mój prezent urodzinowy od Sabbathy, czyli paleta 28 neutralnych odcieni, wtedy zacznę szaleć z dzienniakami ^^

środa, 11 stycznia 2012

Twarzowo-dzienniakowy eksperyment

Hej!
Od jakiegoś czasu w komentarzach do wszelkich moich makijaży prosicie o zdjęcia całej twarzy, a ja uparcie odmawiam. Otóż dlatego, że uważam, że na każdym portretowym zdjęciu mój nos zasłania resztę twarzy :P "Na żywo" nie jest jakiś specjalnie duży, nie zwraca na siebie uwagi, ale na zdjęciach wychodzi właśnie na pierwszy plan i wygląda na o wiele większy niż w rzeczywistości. Inna bajka, że moja cera na zdjęciach wychodzi mocno niezdrowo ;)
Dziś jednak postanowiłam się przełamać, no, prawie, i przy okazji eksperymentowania z delikatnym dziennym makijażem porobiłam parędziesiąt (...) zdjęć całej twarzy. Po zgraniu na kompa zaczęłam je kolejno usuwać, aż zostały trzy :P Makijaż i zdjęcia robiłam przy sztucznym świetle, bo malowałam się raniutko na zajęcia, na dworze jeszcze ciemnawo było ;)

Oto, co wynikło z tej małej sesji zdjęciowej przy biurkowej lampce...
    
   
"Zarzucano" mi, że albo maluję się jak papuga, albo wcale. Dlatego od paru dni próbuję swoich sił w delikatnych dziennych makijażach. Na chwilę obecną mam tylko ze 4 cienie, które do tego celu by się nadawały i staram się je odpowiednio skomponować (czekając na piękną paletkę 28 neutalnych kolorów, które dostanę jako wczesny prezent urodzinowy od Sabbathy). 
Przy tym makijażu użyłam:
- baza pod cienie Virtual
- korektor pod oczy Kobo Perfect Cover Stick
- dwa cienie z paletki Avon Water Colour 8in1 (beż i czerń)
- kredka MaxFactor Kohl Pencil 020 Black
- puder Rimmel Stay Matte 003 Peach Glow

I jeszcze zdjęcie samego makijażu:
   
   
I co myślicie o tym eksperymencie? :>
Macie może jakieś triki, jak optycznie zwężyć nos na zdjęciu? 
Dostałam już radę, żeby robić zdjęcia z dużej odległości, następnym razem spróbuję.

sobota, 7 stycznia 2012

Makijaż w MONACO #3 - Syrenka

Czas na trzeci i jak na razie ostatni makijaż wykonany w całości paletką Sleek Make-up - Monaco. Z każdym jej użyciem, zakochuję się w niej coraz bardziej, tak samo było w przypadku paletki Original :) Chętnie zmalowałabym jeszcze kilka ekperymentalnych makijażów, ale ile można pisać o tym samym ;) Jutro już na blogu zagości coś innego :) 
Co do tego makijażu, już wiem, że wzbudzi kontrowersje kolorystyką :D Zdaję sobie sprawę, że zaszalałam, ale mamy karnawał, a ja się w takim makijażu o dziwo całkiem dobrze czułam! Ja w nim widzę syrenkę, a moja mama pawie oko (czym podsunęła mi pomysł na inny makijaż :)).
Oto makijaż:
      
   
Zdjęcie można powiększyć, klikając w nie.
Wiem, że kolorystyka zdjęć wyszła dziwna, ale przynajmniej odcienie i nasycenie cieni jest tym razem oddane ;) Metodą prób i błędów - kiedyś się nauczę, obiecuję :D
W samym makijażu zaczęłam od korektora pod oczy (Kobo Perfect Cover Stick), który niestety niewiele dał przy paskudnych cieniach, jakie mam teraz, i bazy pod cienie (Virtual). Z cieni na oko najpierw nałożyłam jasną zieleń, czyli odcień Kiwi Zest, na środek powieki. W wewnętrznym kąciku wylądował mój faworyt z tej paletki, czyli jasny fiolecik Lotus Flower - jest prześliczny! Na załamanie powieki i jej zewnętrzny kącik nałożyłam inny przepiękny odcień - Humming Bird, czyli piękny turkus, w którym chyyyba dostrzegam złoty blask ;) Roztarłam cienie w górę pędzelkiem kulką Essence i dorobiłam kreski - na obu powiekach za pomocą cienia Humming Bird. Starałam się, żeby kolor kreski był intensywniejszy niż kolor cienia na górnej powiece. W dodatku postanowiłam poekperymentować i spróbować zrobić dwukolorowe kreski - na górnej dodałam nieco Kiwi Zest przy wewnętrznym kąciku, a na dole, też wewnątrz, dodałam Lotus Flower. Na zdjęciach słabo to widać, jeśli w ogóle - następnym razem nie będę kłaść jednego cienia na drugim przy próbie cieniowania kreski ;) Rzęsy wytuszowałam maskarą Avon SuperShock Max i na tym skończyłam makijaż. 
Co do wad - po czasie, patrząc na zdjęcia sama widzę, że przydałby się tu ciemniejszy akcent, choćby czarna kreska eyelinerem albo bardziej teatralnie wytuszowane rzęsy - o ile to możliwe w przypadku moich rzęsiątek ;)
  
Oto cienie, których użyłam w tym makijażu:
  
   
I co sądzicie o tym makijażu? Odrzucają Was jaskrawe, papuzie kolory czy może uważacie, że są OK na karnawał? :) Dodałybyście ciemny akcent? Jaki?

Czekam na wszelkie Wasze sugestie, a tymczasem pokombinuję coś w kwestii tego makijażu a'la pawie pióro, bo mama mnie mocno zaintrygowała tym pomysłem ;)

piątek, 6 stycznia 2012

Makijaż w MONACO #2 - Słodkości

Na dziś mam dla Was kolejny mój eksperyment, na który pomysł podsunęła mi Magdawe, w komentarzu do posta o samej paletce Sleek Make-up - Monaco.
Mnie ten makijaż kojarzy się z jakimiś lukrowanymi słodyczami, z jagodzianką, niewątpliwie z czymś słodkim - choć to może dlatego, że nadal staram się być na diecie, choć różnie mi to wychodzi (wczoraj np. objadłam się na maksa w chińskiej knajpce, a wszystko przez Groupona! ;)). Czułam się dziwnie w tym makijażu, bo takie ciemne kolory wydają mi się nieodpowiednie dla mnie, czego nie potwierdzicie na razie, bo zdjęcia całej twarzy nie mam ;)
Bez dalszych wstępów... oto on:
  
  
Zdjęcie można powiększyć, klikając w nie. 
Zaczęłam od korektora pod oczy (Kobo Perfect Cover Stick) i bazy pod cienie (Virtual). Nakładanie cieni zaczęłam od matowej magenty, czyli cienia Magenta Madness, który wylądował na całej ruchomej powiece. Potem dodałam w wewnętrznym kąciku jasny perłowy fiolet, czyli Lotus Flower. Z początku uznałam, że ten cień w kąciku gryzie się z resztą matowego makijażu, ale stwierdziłam, że niech to będzie po prostu kolejny eksperyment ;) W załamanie powieki nałożyłam granat, czyli Midnight Garden, starając się go ładnie rozetrzeć. Może się Wam wydawać, że jest on tu ponad załamaniem powieki, ale to tylko kwestia tego, że na zdjęciach unoszę brwi, żeby było widać makijaż, bo normalnie mam dość mały odstęp od brwi do samego oka ;) Przy rozcieraniu tego granatu pod brwią pomogłam sobie beżem, Sand Walker. Faktycznie wklepywanie tych matowych odcieni jest o wiele bardziej skuteczne niż ich zwykłe "wcieranie" :) Na koniec na górnej powiece zrobiłam krechę, znowu cieniem Midnight Garden, a na dolną dałam kreskę zrobioną z użyciem Magenta Madness, choć teraz, jak patrzę krytycznym okiem na ten makijaż to widzę, że dolną powiekę mogłam podkreślić czymś ciemniejszym, choćby znowu granatem. Rzęsy wytuszowałam maskarą Avon SuperShock Max i "poprawiłam" jeszcze z pomocą Kobo Lash Modeling Mascara.  
   
A to cienie, których użyłam:
   
     
Wiem, że makijaż nie jest idealny, sama widzę na zdjęciach to, co powinnam poprawić, a samo to już uznaję za swego rodzaju progres, skoro już sama jestem w stanie wskazać swoje błędy - szkoda, że po czasie ;)

Oczywiście czekam na Wasze opinie - czy połączenie matów z perłą nie wyszło tak źle? Czy faktycznie dolna powieka mogłaby być mocniej podkreślona? Coś jeszcze spieprzyłam? ;)
Każdy komentarz z konstruktywną krytyką jest dla mnie ważny, choć pochwały też się czasem przydadzą :P

czwartek, 5 stycznia 2012

Makijaż w MONACO #1 - Mięta w czekoladzie

Czas na pierwszy makijaż wykonany w całości paletką Sleek Make-up - Monaco.
Przyznaję bez bicia, że z początku próbowałam się inspirować pięknym makijażem, wykonanym przez Kleopatre - o tutaj. Dopiero w trakcie mojego maziania dotarło do mnie, że samą paletką takiego cuda nie wyczaruję, więc zmieniłam nieco zamysł i dałam się ponieść mojej kiepsko rozwiniętej makijażowej fantazji ;)
Oto, co z tego wynikło...
   
   
Zdjęcie można powiększyć, klikając w nie.
Zaczęłam od korektora pod oczy (Kobo Perfect Cover Stick) i bazy pod cienie (Virtual). Najpierw na ruchomą część powieki nałożyłam matowy cień Summer Breeze. Na oku okazał się średnio nasycony, a może ja źle go nakładałam, w każdym razie dodałam jeszcze na niego odrobinę ciemniejszego cienia Aquamarine. W wewnętrzny kącik oka nałożyłam ciutkę beżu Bamboo. W załamaniu powieki wylądował z kolei brąz Moors Treasure, który też średnio chciał współpracować - choć w tym przypadku to dobrze, bo chciałam dać tego brązu tylko trochę. Dla upstrzenia i dla eksperymentu dorobiłam trzy kreski - na górnej powiece krecha tym samym brązowym cieniem (mogłam ją bardziej przeciągnąć przy rzęsach i unieść kawałek dalej, ale jest jak jest ;)), na dolnej powiece z kolei kolorem Sunset. Między nimi zrobiłam lekką kreskę cieniem Summer Breeze, żeby nie było 'pusto' ;) Rzęsy pomalowałam tuszem Avon SuperShock Max i właściwie na tym kończy się ten makijaż.
Jak Wam się podoba to połączenie kolorów? I moje kreskowe eksperymenty?
Już po fakcie dowiedziałam się, że Sleekowe maty najlepiej wklepywać, wtedy wychodzą bardziej nasycone. W makijażu, który opublikuję jutro już tę radę wykorzystałam i dało się wyciągnąć kolor z tych matów :)
  
A tutaj cienie, których użyłam:
   
   
Czekam na Wasze opinie! :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...