Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolekcja limitowana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolekcja limitowana. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lipca 2014

Isana - Żel pod prysznic Lime + Mint = Mojito

Po raz kolejny cierpię przez to, że tak chomikuję, zwłaszcza żele pod prysznic... Zakochałam się bowiem w pewnej limitce Isany o boskim zapachu limonki i mięty, po prostu cudownym zapachu mojito, a okazuje się, że była to wiosenna limitka, której NIGDZIE już nie mogę znaleźć, a bardzo chętnie zrobiłabym spory zapas! Jeśli jakaś torunianka wypatrzy ją w którymś Rossmannie, bardzo proszę o cynk ;)
Tymczasem zapraszam na recenzję :)
  
  

piątek, 9 maja 2014

Isana - Lotion do rąk Moments of Sense

Produkt, o którym dziś napiszę, zrobił całkiem niedawno spore zamieszanie w naszym kosmetycznym światku - każda chciała go mieć, co chwila pojawiał się na blogach i na Instagramie. W końcu dałam się ponieść owczemu pędowi i sama go zapragnęłam. Mowa o limitowanym lotionie do rąk od Isany :)
 
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: w Rossmannie, 7zł / 300ml (!)

Skład:
  
Moja opinia:
Zacznijmy tradycyjnie od opakowania, które tu jest niewątpliwą zaletą. Za niecałe 7zł dostajemy dużą butlę kremu (300ml) w ślicznej fioletowej oprawie - już samo to wystarczyłoby, żeby krem mi się spodobał ;) Dużym plusem jest też pompka, znacznie poprawiająca wygodę używania kosmetyku, choć jednocześnie wykluczająca możliwość zabrania go ze sobą w podróż - myślę jednak, że do torebki czy na wyjazd każda z nas woli mniejsze tubki, a to jest z kolei idealne do postawienia przy biurku czy gdzieś, gdzie możemy często po nie sięgnąć.
Krem jest biały i dość lekki, spodziewałam się jednak innego zapachu. Zgoda, na opakowaniu jest napisane o wanilii i migdałach, design jednak wskazuje na zapach kwiatowy. I to chyba jedyna wada kremu - nie przepadam za takimi nutami zapachowymi, zdecydowanie preferowałabym coś kwiatowego. Ten zapach nie jest w zasadzie brzydki, da się go znieść, moje znajome też się nim zachwycają, po prostu do mnie takie nuty nie trafiają ;)
   
 
Używanie produktu (mimo nietrafiającego do mnie zapachu ;)) jest samą przyjemnością. Trzeba tylko uważać, żeby nie wziąć za dużo lotionu - jedna pełna porcja z pompki mogłaby wystarczyć na trzy pary dłoni ;) Dużych dłoni. Musimy więc wydobywać tylko trochę. Choć krem jest dość lekki, bardzo fajnie nawilża dłonie, dobrze się rozprowadza i nie pozostawia ani klejącego się, ani tłustego filmu, co jest dla mnie dużym plusem, bo po prostu nienawidzę, kiedy mam coś na dłoniach ;) Szybkie wchłanianie jest dla mnie jedną z najważniejszych cech kremu do rąk. 
Cóż, wspólnym mianownikiem dużego opakowania i dużej wydajności jest to, że taka butla starczy nam na wieki. Jest to dobre rozwiązanie dla osób, które często używają mazideł do rąk, jednak dla tych, co używają sporadycznie, radziłabym jednak co innego, chyba że nie przeszkadza Wam, że pewnie część butli się zmarnuje ;) Ze swojej strony polecam, choć wiem, że na pewno nie kupię ponownie - bo i po co? To opakowanie starczy mi na rok albo i dłużej, a po tym czasie nie będzie go już w ofercie (jest to edycja limitowana), a ja będę miała dość zapachu ;)
 

Skusiłyście się na tę sławę? Dobrze Wam służy? :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Original Source - Żel pod prysznic Seasonal Edition - Mandarin & Basil

Mamy już wiosnę w pełni, a ja publikuję recenzję żelu pod prysznic z zimowej limitki Original Source... Może coś ze mną nie tak? Wcale nie - po prostu ten żel ma cudny zapach, który nie jest ani trochę zimowy - jest po prostu uniwersalny :) Właśnie go "wyzerowałam", więc piszę o nim, póki mam świeże wrażenia ;) 

  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 8zł / 250ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Zacznę może od tego, że gdy trafiły do mnie oba żele z limitki (przypominam, że drugi do malina i kakao, recenzja TUTAJ),  ten drugi zachwycił mnie duuużo bardziej zapachem - tak, że przyćmił mandarynkowego brata. Dopiero kiedy wystawiłam go na łazienkową półkę, ujął mnie i on, bo w kąpieli, na ciele, pachnie znacznie lepiej niż w butelce. 
Sama butelka jest taka sama jak w przypadku wszystkich OSów - stawiana na otwarciu typu zatrzask, chropowata po bokach, dzięki czemu nie wyślizguje się z mokrych dłoni, ładna. Niestety brakuje w niej silikonowego niekapka, który był genialnym pomysłem w pierwszych latach funkcjonowania marki w Polsce, teraz z niekapków zrezygnowano i zamiast tego są krateczki przy wylocie butelki. Niestety niewiele one zmieniają i jeżeli zostawimy otwarty żel - ucieknie. Można po prostu przekładać zamknięcia ze starych butelek OSa, co sama praktykuję.
Żel jest dość gęsty, typowo żelowy (nie ma konsystencji galaretki) i ma wściekle pomarańczowy kolor. O jego zapachu już wspominałam, ale wypada napisać więcej. Otóż pachnie na pewno mandarynką (choć dla mnie to równie dobrze mogłaby być pomarańcza) i czymś świeżym - nie rozpoznałabym bazylii, ale dodaje ona takiej pikantno - świeżej nutki do zapachu, co sprawia, że jest nietypowy i naprawdę bardzo mi się podoba :)
  
  
Jakościowo żel odpowiada mi znacznie bardziej niż malinowy brat. Pieni się o wiele lepiej i jest dużo bardziej wydajny - we dwoje używaliśmy go przez miesiąc, podczas gdy zużycie malinowego zajęło nam 2-3 tygodnie. Znam osoby, które narzekają, że żele OS je wysuszają. Mnie jeszcze żaden z nich tak nie potraktował, dlatego niezmiennie od kilku lat utrzymuję, że to moja ulubiona marka żeli pod prysznic :)
Dodam jeszcze, że trafia teraz na półki już nowa wersja limitowana na lato - tym razem będzie to żel o zapachu karamboli - wierzcie mi - warto powąchać na półce, jest co najmniej intrygujący :)
  

Co sądzicie o Original Source? Jesteście na tak czy na nie? :) Macie ulubione zapachy?

czwartek, 30 stycznia 2014

Paletka Sleek Make-up - Garden of Eden - zdjęcia i swatche ♥♥♥

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z moim bardzo spontanicznym zakupem - przepiękną najnowszą paletką marki Sleek Make-up, Garden of Eden. Kiedy tylko dostałam newsletter z jednej z internetowych drogerii z informacją o tej nowości, bez dłuższego zastanawiania się kliknęłam ją i oto mam - dziś już mogę rozpływać się w zachwytach nad nią ;)
  

Kolory w tej paletce są idealne dla kogoś z jesiennym typem urody - mamy tu przede wszystkim zielenie i brązy, bardzo ładne zresztą. Większość to cienie mocno iskrzące, tak jak lubię. Mamy tu też dwa maty z drobinkami i trzy kompletne maty. Jak w większości paletek Sleeka - są to najsłabsze ogniwa tej paletki, mają najsłabszą pigmentację...

  
Oczywiście już kartonik jest ładny, choć miałam nadzieję, że będzie bardziej nawiązywał do designu tej limitki, tak jak prezentowany był w reklamach:


Kasetka wygląda tak jak w przypadku wszystkich innych paletek - uważam, że mogłaby mieć chociaż nazwę danej paletki na górze...
  
  
No i najważniejsze - kolory! Bardzo lubię w Sleeku to, że każdy cień ma swoją nazwę. Te wymyślone na potrzeby Garden of Eden też strasznie mi się podobają, nawiązują tematycznie do Edenu i pasują do kolorów, same zobaczcie :)
  
  
Najbardziej podobają mi się cztery środkowe kolory, czyli Paradise on Earth, Python, Fig i Evergreen. Dopiero teraz zauważyłam, że nie zrobiłam zdjęcia paletki z tej perspektywy, ale bez folii z nazwami, ale myślę, że i tak całkiem dobrze widać kolory. Najmniej ciekawe wg mnie są Entwined i Forbidden (bardzo do siebie podobne) i śliczny, choć prawie niewidoczny Adam's Apple.
Zobaczcie jeszcze swatche:
  
  
Słońce niestety nie dało mi możliwości pokazania tych cieni w swoich promieniach, ale może uda mi się to kiedyś nadrobić. Ogólnie mówiąc - jestem paletką zachwycona i zaraz lecę strzelić sobie pierwszy Edenowy makijaż na egzamin ;)
  
Uprzedzając pytania - swoją paletkę kupiłam na Kosmetykomanii za 37,49zł. KLIK

Jak Wam się podoba ta paletka? Skusicie się na nią? A może już się skusiłyście? ;)

piątek, 13 grudnia 2013

Original Source - Żel pod prysznic Seasonal Edition - Malina i Kakao

Pisałam ostatnio o mleczku do ciała o zapachu malin z czekoladą, wspomniałam, że to nie jedyna rozkosz o tym zapachu, której obecnie używam :) Miałam na myśli żel pod prysznic z limitowanki Original Source - Raspberry & Cocoa, albo Malina i Kakao, jak kto woli.
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: w Rossmannach, 9zł / 250ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
O opakowaniu nie ma się co rozpisywać - butla typowa dla Original Source, z "szorstkimi" brzegami, stawiana na zamknięciu na zatrzask, wylot niestety bez niekapka, jak i w poprzednich nowych limitkach. Sam żel ma kolor bardziej czerwony niż malinowy, jego konsystencja jest nieco galaretkowata, przez co jeszcze bardziej kojarzy się z malinowymi delicjami (są one teraz stałym wyposażeniem mojej lodówki ;)). W zapachu czuć dokładnie maliny z czekoladą, to jest właściwie nie do pomylenia - kolejny plus dla OSa za wyczarowanie tak realnego zapachu, że maliny z czekoladą wręcz stają nam przed oczami :)

   
Konsystencja żelu powoduje, że wydaje się on wydajny, jednak pod tym względem wcale szału nie ma - żel nie pieni się zbyt dobrze. Zwykle jedną porcją jakiegokolwiek żelu na myjce jestem w stanie umyć całe ciało, tutaj albo trzeba dolać żelu, albo myć się prawie bez piany. To właściwie cecha niemal wszystkich żeli z limitek OS, ale tu wydaje mi się jak dotąd najbardziej wyraźna. Cóż, żel myje dobrze, tego mu nie można odmówić, ale mógłby się po prostu bardziej pienić. Niestety nie sprawdza się jako płyn do kąpieli, z tego samego powodu. Warto zaznaczyć, że żel nie wysusza skóry.
Podstawową zaletą tego żelu jest jego zapach, niesamowicie uprzyjemniający kąpiel. I myślę, że właściwie to tyle, jeśli chodzi o zalety... Zapach nie pozostaje na skórze, nie unosi się w łazience po kąpieli. Bez zapachu żel był zwyczajnym przeciętniaczkiem. Teraz jest pięknie pachnącym przeciętniaczkiem ;)
Czy polecam? To zależy, czego oczekujecie od żelu pod prysznic. Myślę, że ja dla samego zapachu wzięłabym go jeszcze kiedyś. 
  
  
Macie już któryś z nowych żeli OS? :)

sobota, 7 grudnia 2013

Yves Rocher Cocoa - Mleczko do ciała Czekolada i Malina

I przyszedł czas na kolejną, ostatnią już właściwie, recenzję kosmetyków Yves Rocher z limitowanej serii Cocoa. Na koniec zostawiłam najlepsze - czekoladowo-malinowe mleczko do ciała, jeden z dwóch powodów, dla których mam ostatnio straszną fazę na maliny, których fanką wcześniej nie byłam ;) Mleczko to podbiło moją łazienkę i serce ;)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Yves Rocher, stacjonarnie albo na Yves-Rocher.pl, 19,90zł / 300ml
  
Skład:
      
Moja opinia:
Kształt butelki jest znany osobom, które korzystają z kosmetyków tej marki. W takich samych butelkach są np. niektóre szampony - tak samych, tzn. w bezbarwnych wysokich, zwężanych ku górze, z zamknięciem za zatrzask. Opakowanie wygodne, choć żałuję, że nie można go postawić do góry nogami, bo pod koniec trudno będzie wydobyć resztkę mleczka.
Mleczko ma konsystencję... cóż, mleczka. Nie jest za gęste, jest wręcz dość lekkie. Pachnie po prostu OBŁĘDNIE. Niesamowicie apetycznie, po pierwszym posmarowaniu nabrałam strasznego apetytu na malinowe Delicje, zwłaszcza, że obecnie używam też żelu pod prysznic o tym zapachu, choć innej firmy. Zapach pozostaje też na skórze dość długo, więc bardzo przyjemnie zasypia się wśród nutek czekoladowych malin, mniam! ;)
    
  
Jako, że mleczko jest lekkie, nie możemy oczekiwać od niego jakiegoś wielkiego nawilżenia - na co zresztą już i sama nazwa "mleczko" zdaje się wskazywać. Tak też jest - produkt ten nie zaserwuje nam porządnego nawilżenia. Ale właściwie nie jest mi ono nawet w tej chwili potrzebne. W tym przypadku działanie jest raczej doraźne i prawdę mówiąc, mam wrażenie, że w tym produkcie chodzi bardziej o przyjemność stosowania niż działanie. Bo przyjemność jest niewątpliwa - mleczko dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy, jedynie śliczny zapach.
Myślę, że nie mam na co narzekać przy tym produkcie i chętnie je Wam polecę, tylko zaznaczę - nie nastawiajcie się na nawilżenie ;)
   
  
Która z linii zapachowych serii Cocoa przypadła Wam do gustu najbardziej? :)
Przypominam, że Yves Rocher zaproponowało połączenie czekolady z maliną, pomarańczą, pistacją i wanilią - same pyszności! ;)

czwartek, 28 listopada 2013

Yves Rocher Cocoa - Żel pod prysznic z drobinkami Czekolada i Pomarańcza

Czekoladowej limitki Yves Rocher ciąg dalszy :)
Dziś będzie o czekoladowo-pomarańczowym żelu pod prysznic z rozświetlającymi drobinkami lub, jak kto woli, ze złotym brokatem. Zainteresowane? Zapraszam do czytania, nie chcę więcej zdradzać na wstępie :P
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Yves Rocher, stacjonarnie albo na Yves-Rocher.pl, 19,90zł / 250ml
  
Skład:
nigdzie nie znalazłam...
  
   
Moja opinia:
Na wstępie zaznaczę, że jak dotąd używałam tego żelu jako płynu do kąpieli, bo byłam przekonana, że właśnie z nim mam do czynienia :P Zasugerowała mi to przede wszystkim butelka - jest okrągła, pękata, kojarzy się raczej z "bombką" właśnie na jakiś pachnący specyfik do wlania do wanny. Właśnie - wlania, ponieważ nie ma ona żadnego zwężenia przy wylocie - zwykły zakręcany gwint. Może jest to w tym przypadku dobre rozwiązanie, bo żel jest bardzo gęsty i trudno byłoby go wylać przez drobniejszą dziurkę.
Jego zapach jest cudny, ale jak dla mnie zbyt mało intensywny. Pachnie pięknie, naturalnie, czuć bez problemu i czekoladę i pomarańczę, ale żeby się w pełni tym zapachem rozkoszować, trzeba byłoby użyć sporo żelu...
  
  
Przerażały mnie nieco te drobinki - nie jestem fanką błyskotek i nie chciałabym po kąpieli wyglądać jak Edward w słońcu... Na szczęście jakimś cudem drobinki nie zostają ani na skórze, ani na wannie, może się w jakiś magiczny sposób rozpuszczają ;) I bardzo dobrze, bo nie są to maleńkie delikatne drobinki, a zwykły złoty brokat. Żel jest wydajny - tzn. pieni się dobrze, ale jak już mówiłam - żeby go docenić, trzeba użyć go więcej, żeby poczuć w pełni zapach i żeby miał on szansę pozostać na skórze. Jako płyn do kąpieli za to nie sprawdził się najlepiej - robił bardzo mało piany.
Żel ten myje przyzwoicie, jest delikatny dla skóry, nie wysusza, nie podrażnia. Jest zwyczajnie poprawny, jednak mam niedosyt. Nie rzucił mnie na kolana, co tu kryć. 
Czy polecam? Sama nie wiem. Serię czekoladową jako ogół - jak najbardziej, ale jeśli jesteście ciekawe tej konkretnej linii zapachowej, może jednak zwykły żel pod prysznic - tańszy, bez drobinek, w większej butelce? :)
 
  
Dorobiłyście się już czegoś z limitki Cocoa? ;)

środa, 20 listopada 2013

Yves Rocher Cacao - Krem do rąk Czekolada i Pistacja

Yves Rocher, jak wiele firm, na zimę wypuścił kolekcję czekoladowych kosmetyków w różnych kombinacjach - z maliną, z pomarańczą, z pistacją, z wanilią... Słowem - mniamuśnie! :) W moich zbiorach znalazły się trzy czekoladowe kosmetyki tej marki, ale mam wrażenie, że to nie ostatnie... Na pierwszy rzut napiszę Wam o kremie do rąk w wersji Czekolada + Pistacja - om nom nom!
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: Yves Rocher, stacjonarnie lub internetowo, 11,90zł / 75ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Opakowanie kremu można opisać krótko - tubka jak tubka. Wykonana jest z brązowego plastiku ze złotymi nadrukami i motywem pistacji i kakaowca. W sumie kojarzy się ogólnie mówiąc mocno świątecznie, brakuje tylko bombek albo ośnieżonej choinki w tle ;) Z tyłu tubki wydrukowane są podstawowe informacje o produkcie i składzie, oczywiście nie po polsku - za to jest malutka naklejka z króciutkim opisem. Zawsze uważałam, że YR mógłby się bardziej wysilić w kwestii ilości informacji na etykietkach po polsku...
Krem jest biały i dość rzadki, może nieco spływać z rąk przed rozsmarowaniem. Jego zapach jest baaardzo specyficzny, ja w nim czuję marcepan, a nie pistacje, ale i tak mi się podoba - jest w sam raz na tę porę roku, zwłaszcza, że długo utrzymuje się na skórze.
  
  
Krem jest bardzo wydajny - odrobinka wystarczy do posmarowania obu dłoni. Mam jednak mieszane uczucia co do jego treściwości. Zimowe kremy zazwyczaj są gęste, tłuste, mocno nawilżające, bo wówczas nasze dłonie właśnie czegoś takiego potrzebują. Ja za takimi tłuściochami nie przepadam, ale od jakiegoś czasu uważam je za zło konieczne. Tymczasem okazuje się, że ten krem jest... leciutki. Zmienić zapach i byłby idealny na lato, do smarowania dłoni co godzinę. Niestety w tym kremie brakuje mi nieco nawilżenia. Ma to oczywiście i swoje plusy - nie brudzimy niczego tłustymi dłońmi, możemy od razu po posmarowaniu normalnie funkcjonować, a więc i częściej możemy takiego kremu używać. Mimo wszystko jednak wolałabym na teraz dużo treściwszy krem, żeby wystarczyło użyć go raz - dwa razy dziennie.
Jeżeli nie potrzebujecie jakiegoś szczególnego nawilżenia - warto spróbować choćby dla zapachu. Mnie jednak ten krem nieco zawiódł, ale z przyjemnością zużyję go zapewne do końca.
  
 
 Lubicie czekoladowe zapachy? Jeśli czekolada - to z czym? :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Październikowe łupy, denka i podsumowanie

Od dłuższego czasu nie miałam niestety czasu, żeby robić podsumowania miesiąca jak do tej pory... W październiku jednak uznałam, że warto wreszcie się spiąć i udało mi się ogarnąć, co przybywa, co ubywa, a nawet pod koniec miesiąca porobić zdjęcia, więc oto mamy: podsumowanie października :)
  
  
Jeśli chodzi o łupy, powiem Wam szczerze - może nie jest tego najmniej, ale z każdej jednej rzeczy się tu niesamowicie cieszę :) I pewnie prędzej czy później doczekacie się recenzji większości z tych kosmetyków. Za nami kosmetyczna gazetka w Biedronce, nowości wypuszczane na rynek, zamówienie ze sklepu Naturaija.pl, kompletowanie chciejlisty z Kobo... Uzbierało się :)
  
  
Zaczynając od włosów...
Mamy tu mały olejek avocado, właściwie bezmarkowy, teoretycznie do masażu, w praktyce moje włosy go uwielbiają, więc na pewno będzie miał zastosowanie :) W końcu skusiłam się także na kaktusowy olejek Dabur Vatika do włosów, migdałowa wersja mi się podobała, a nuż kaktusowa sprawdzi się jeszcze lepiej? Podobnie z henną Venita w kolorze Kasztan - od dawna chciałam spróbować tego rodzaju farbowania włosów, jak tylko znajdę czas i będzie możliwość, nałożę to cudeńko na włosy :) Mamy tu też dwa szampony DeBa BioVital z Biedronki - nie mogłam się zdecydować na jeden, więc wzięłam dwa - jestem kobietą, mogę! :P Patrzyłam w sumie bardziej na składniki niż na oficjalne zastosowanie, najbardziej przemówiła do mnie wersja z szałwią i olejem Babassu i ta z migdałowym olejem i cytrusami.
  
  
Teraz czas na ciało :)
Najpierw kolejne chciejstwo od dłuższego czasu - olejek kąpielowy Green Pharmacy - pomarańcza bergamota i limonka - pachnie niesamowicie ładnie i świeżo, ale chyba niezbyt na zimę - na razie powędrował do szafy. Druga rzecz na zdjęciu to nowość Lirene - fluid-balsam do ciała. Brzmi dziwnie? Nie szkodzi, bo ładnie zakrywa siniaki, pajączki na nogach itd, do tego daje ładny efekt, więc na jakieś wyjścia będzie w sam raz :) Pianka do golenia Venus o zapachu konwalii to zakup konieczny - piankę Wilkinsona, która średnio mi przypadła do gustu, przejął Ukochany :P Na koniec jeszcze dwa limitowane żele pod prysznic Original Source - mandarynka + bazylia i malina + kakao. Wydaje mi się, że to zdecydowanie bardziej udana limitka od zeszłorocznej zimowej, malina i kakao to mój faworyt :)
  
  
I ostatnia kategoria - twarz i makijaż.
Przybyły mi cztery cienie Kobo Fashion w kolorach, w których się zakochałam: Pale Violet, Aubergine, Green Pistachio, Forest Green, a do nich zostałam uszczęśliwiona paletką magnetyczną. Przybyło też sześć matowych cienie Kobo - to te nowe kolory :) Do tego cztery kredki do oczu Sensique w bezpiecznych kolorach, oraz nowość od Kobo - dwie szminki Fashion Colour w nowych odcieniach - Drop of Wine i English Rose. Obie bardzo 'moje' ;) Dalej mamy dwie nowości Lirene - podkład Glam&Matt oraz cudeńko Lirene Magic Make-up, czyli krem, który zmienia się w podkład. Nie jest to BB, ale żeby pokazać Wam jego działanie musiałabym nagrać filmik, postaram się to wykombinować przy okazji recenzowania go :) Na koniec jeszcze krem-nektar Dr Irena Eris - pisałam już wstępną recenzję na jego temat :)
  
I przechodzimy do denek!
  
  
Nie jest tego dużo, ale i tak jestem całkiem zadowolona. Poszły mi głównie kosmetyki do włosów i do kąpieli - bo wanna stała się znowu moją przyjaciółką po 14h w pracy ;) O włosy też staram się znowu bardziej dbać, więc i kosmetyków więcej idzie. Właściwie prawie wszystko (poza solą do kąpieli i żelem Avon) już tu recenzowałam, więc jeśli jesteście zainteresowane, bez problemu znajdziecie odpowiedni wpis :)
   
Hmmm..., tu powinno pojawić się teraz podsumowanie statystyk. Niestety nie śledziłam ich, więc nie wiem, z jakim stanem zaczynałam miesiąc, zrobię więc może podsumowanie na podstawie statystyk z... czerwca, bo to ostatnia data, kiedy je zanotowałam...
  
30 czerwca >>> 31 października
Obserwatorów GFC: 1688 >>> 1790 (+102)
Fanów na FaceBooku: 866 >>> 916 (+50)
  
Właściwie "bez szału", ale cieszę się, że mimo braku regularności w pisaniu blog i tak jako tako szedł do przodu przez te miesiące, mam nadzieję, że teraz jeszcze uda mi się pogonić go (i siebie), by znowu ruszył z kopyta jak kiedyś ;)
Dziękuję stałym czytelniczkom, że nadal są ze mną! :)
  
Ulubiony kosmetyk października:
http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/2013/10/peggy-sage-paletka-cieni-do-powiek.html

piątek, 25 października 2013

KONKURS - Jesienna limitka Original Source może być Twoja!

  
Zapowiadałam niedawno nowy konkurs, może skojarzyłyście to z "premierą" nowej limitki Original Source :) Jak łatwo się domyślić, mam dla Was przygotowany zestaw nowości! 
  
W skład nowej limitki wchodzą dwa żele o cudnych zapachach - wiem, bo wypróbowałam! Żele te to Mandarynka + Bazylia oraz mój faworyt - Malina + Kakao - naprawdę boski zapach :)
  
A co zrobić, żeby je wygrać?
Wystarczy wymyślić hasło reklamowe któregoś z tych wariantów i wypełnić formularz poniżej:
  

REGULAMIN KONKURSU
 
Informacje ogólne:
1. Organizatorem konkursu jestem ja, autorka i właścicielka bloga "Orlica o wszystkim i o niczym". 
2. Fundatorem nagrody jest firma Original Source. 
3. Konkurs trwa od dnia 25.10.2013 do dnia 07.11.2013, godz. 23:59.
4. Jeśli nie masz skończonych 18 lat, musisz mieć zgodę rodzica lub opiekuna na udział w konkursie.
5. Konkurs nie podlega przepisom Ust. z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)
6. Biorąc udział w konkursie automatycznie akceptuje się regulamin i jego warunki.
  
Warunki wzięcia udziału w konkursie:

7. Warunkiem jest publiczne obserwowanie bloga poprzez GFC albo lubienie bloga na FaceBooku
8. Każdy uczestnik może wysłać tylko jedno zgłoszenie.
9. Aby wziąć udział w konkursie należy wypełnić formularz i wymyślić hasło reklamowe dla wybranego wariantu zapachowego żelu OS.
   
Wyłonienie zwycięzców i wysyłka nagród: 

10. Zwycięzca z pytania kreatywnego zostanie wybrany przeze mnie.
11. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w ciągu 72h od zakończenia konkursu oraz powiadomieni mailowo.
12. Wysyłka nagród jest możliwa tylko na terenie Polski - jeśli mieszkasz za granicą, w przypadku wygranej paczkę mogę wysłać do Twojej rodziny w Polsce.

Czas - start, do dzieła! :)

środa, 23 października 2013

Yves Rocher - Żel pod prysznic i do kąpieli Owoce Leśne Smoothie

Wygląda na to, że nadrabiam zaległości w "letnich" recenzjach, chyba wychodzę na prostą ;)
Na dziś mam dla Was kilka zdań na temat żelu, który właśnie powoli sięga dna na mojej wannie - czyli o produkcie Yves Rocher, który służy zarówno jako żel pod prysznic, jak i płyn do kąpieli. Czy się sprawdza w obu formach? Poczytajcie :)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: Yves-Rocher.pl, 15,90zł / 400ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Jak zwykle - zaczynam od opakowania. Jest to butelka z grubego bezbarwnego plastiku, ładna, pękata, z ładną etykietą. Niestety jest średnio praktyczna, bo jej zamknięcie to zwyczajna zakrętka, pod którą kryje się dość szeroki gwint. Jasne, może dokupić pompkę do butelek z tej serii, ale nie bardzo rozumiem, czemu musi to być osobny wydatek? Właściwie to i bez pompki nie byłoby problemu, wystarczyłoby zamiast niej jakieś zwężenie wylotu... W dodatku moja butelka w czasie transportu uległa uszkodzeniu - pękła właśnie zakrętka na samej górze, w wyniku czego owocami leśnymi upaćkane było wszystko inne w paczce, a teraz butelka musi zawsze stać pionowo (zdarzało się, że kot spacerujący po wannie ją przewrócił i trochę żelu się zmarnowało...).
Jeżeli chodzi o sam żel, ma on bladoróżowy kolor, jest dość gęsty, całkiem wydajny. Ważną cechą jest jego zapach - określiłabym go jako specyficzny. Mnie osobiście się podoba, ale np. mój Ukochany twierdzi, że to zapach syropu na gorączkę dla dzieci - i ma rację, zapach jest bardzo zbliżony i rozumiem, że niektórym może się źle kojarzyć ;)
  
  
Produkt ten ma pełnić rolę żelu pod prysznic i płynu do kąpieli. Przyznaję, że nie przepadam za takimi uniwersalnymi kosmetykami, choć zwykle i tak żel pod prysznic leję do wanny jako płyn ;) W tym przypadku używam w obu formach jednocześnie. Jako żel sprawdza się średnio - nie pieni się jakoś szczególnie na myjce, słodki syropowy zapach sprawia, że nie czuję się dokładnie umyta, a wręcz klejąca ;) Z kolei znacznie bardziej podoba mi się jako płyn do kąpieli - robi dużą i gęstą pianę, która utrzymuje się zaskakująco długo (chyba, że dodamy jeszcze jakiegoś specyfiku, np. spłuczemy szampon z włosów). Jest dość wydajny, ale ja zawsze leję go więcej niż trzeba z kilku powodów - po pierwsze większa piana, po drugie, szybciej zdenkuję dużą pojemność, zanim mi się znudzi ;)
Czy polecam? Tak, ale najpierw lepiej zapoznać się z zapachem, bo niektórych naprawdę może odrzucać ten "panadolek". Jeśli zapach Wam niestraszny, myślę, że warto spróbować - drogi nie jest, poza tym to limitka ;)
  
  
Używałyście jakichś kosmetyków z tej serii limitowanej Yves Rocher? Jakie były Wasze wrażenia? :)

czwartek, 19 września 2013

My Secret - Letnie pachnące lakiery do paznokci

Czas na recenzję, bo się trochę niekosmetycznie rozgadałam ;)
Dziś mam dla Was parę słów o lakierach, które pochodzą z letniej kolekcji My Secret. Taaak, wiem, że mamy prawie październik, ale wiem też, że kolekcję tę nadal można znaleźć w drogeriach Natura, więc nie czuję się aż tak spóźniona ;) Mowa tu oczywiście o pachnącej czwórce My Secret.
  
   
Jak to zwykle w kolekcjach My Secret bywa - część jest zdecydowanie godna uwagi, część jest mocno przeciętna. Znacie mniej więcej mój gust, więc pewnie wiecie, co będzie w ciągu dalszym, co? ;)
  
  
Lakier 167 Kiwi to mój absolutny faworyt. Ma piękny jasnozielony odcień i urocze czarne matowe drobinki. Wykończenie jest po prostu kremowe, ale te czarne kropeczki zupełnie zmieniają wygląd lakieru. Jak dla mnie mogłyby być nawet większe i lepiej widoczne. Lakier kryje przy dwóch warstwach, ale kusi się o nałożenie i trzeciej, bo jednak tworzy lekkie prześwity, jak widać na zdjęciach powyżej. Schnie szybko, łatwo się rozprowadza, tu nie mam nic do zarzucenia. Wart uwagi jest fakt, że ładnie pachnie - nie powiedziałabym, że kiwi, ale na pewno ładnie, poza tym zapach czułam jeszcze kolejnego dnia po pomalowaniu :)
  
  
Lakier 168 Fruit Cocktail to chabrowy niebieski odcień, choć nie tak intensywny jak typowy chaber. Ma zwykłe kremowe wykończenie, ładnie lśni i kryje idealnie przy dwóch cienkich warstwach. Również pachnie, ale mnie się ten zapach kojarzy bardziej z płynem do płukania tkanin niż z koktajlem owocowym ;) Nie da się ukryć to mocne drugie miejsce na podium - jest śliczny i dobry jakościowo, a do tego tani, w końcu to My Secret :)
  
  
Lakier 169 Candy psuje w tym momencie moją epopeję pochwalną o tej kolekcji. To bardzo pospolity kolory, określiłabym go po prostu jako malinowy, taki jakich pełno. Co ciekawe, to nie on nosi miano "Raspberry" w tej kolekcji. Pachnie faktycznie cukierkowo, ale nietrwale. Kryje przy dwóch warstwach, ale schody zaczynają się przy próbie zmycia, bo odbarwia płytkę i skórki dookoła paznokcia. Wg mnie zdecydowanie nie jest wart uwagi.
  
  
I ostatni lakier - 170 Raspberry, który malinowy wcale nie jest. To czerwień z lekką domieszką różu, również bardzo powtarzalny kolor. Plusem jest to, że kryje bardzo dobrze - na upartego mogłaby komuś wystarczyć już jedna grubsza warstwa, ja na zdjęciach mam dwie. Jeśli chodzi o zapach, cóż, mogę powiedzieć tylko tyle, że pachnie. Ani konkretnie, ani trwale, więc chyba nie ma za bardzo o czym mówić. Ze swojej strony również nie polecam.
   
   
Skusiłyście się na jakieś lakiery z tej kolekcji? Jak Wam się podobają?
Słowo ode mnie - jak zobaczycie w Naturze jeszcze Kiwi - śmiało bierzcie ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...