Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ubrania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ubrania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 grudnia 2012

Lumpeksowe łowy! #3

Dawno nie pisałam posta o stricte lumpeksowych łowach, prawda? :)
Po części na pewno dlatego, że mniej takich zakupów ostatnio robiłam, ale od kiedy trafiłam na bloga BeautyHairAndFashion i jej cudne łupy, strasznie kusiło mnie, żeby wybrać się do lumpka i pobuszować po nim w dniu dostawy, kiedy ciuszki nie są może najtańsze, ale przynajmniej jest w czym wybierać ;) W czwartek dostałam wreszcie stypendium, więc radośnie pobiegłam... je wydać :D
  
   
Jak widzicie, jestem ostatnio dość monotematyczna, jeśli chodzi o kolory ;) Szczerze mówiąc, patrzyłam też na wieszaki z innymi kolorami (w tym lumpku ubrania są posegregowane kolorystycznie ;)), ale nic dla siebie nie znalazłam, choć przydałoby mi się trochę zieleni i beżów w szafie. No nic, na razie uzupełniłam zapasy brudnych/pudrowych różów i fioletów - z beżowym wyjątkiem. Za cztery rzeczy zapłaciłam 38zł.
Pokażę je po kolei :)
  
  
Pierwsza jest bluzka z długim rękawem z H&M, kosztowała 8zł. Jest w kolorze brudnego różu, a najbardziej ujął mnie ten dekolt, choć nie mam pojęcia, jak go określić ;) Może już zauważyłyście, że uwielbiam motyw guziczków przy dekolcie - nieważne, czy odpinanych czy tylko naszytych. Przyznam, że miałam co do tej bluzki mieszane uczucia - na wieszaku mi się spodobała, w przymierzalni już mniej, ale przepadłam, kiedy ją założyłam, jest dla mnie idealna :)
  
  
Druga bluzka jest marki Marks & Spencer, kosztowała 6zł - i dobrze, bo nie zachwyciła mnie aż tak, żebym dała za nią więcej ;) Jest pudrowy róż, są guziczki i są długie rękawy, na których mi zależało, bo mało mam tego typu bluzek. Szału nie ma, ale podoba mi się ;)
  
  
Kolejnym zakupem jest śliczny jasnobeżowy sweterek nieznanej mi marki Lindex (?), kosztował 10zł. Wyszedł na zdjęciach średnio (a może to ja), ale wierzcie mi, na żywo prezentuje się o wiele lepiej ;) Wbrew pozorom jest dość gruby i ciepły, a właśnie takich rzeczy poszukiwałam teraz :)
  
  
Ostatnim lumpkowym łupem jest śliwkowo fioletowy sweterek Isolde - kolejna nieznana mi marka. Kosztował 12zł, ale urzekł mnie. Nie jest może super ciepły, ale na pewno bardzo wygodny, traktuję go jako taką narzutkę na zimowe wieczory. Muszę coś tylko wykombinować z rękawami - są strasznie krótkie, więc noszę je podwinięte, ale zsuwają się przez sztywne mankiety. Trudno, coś wymyślę :)
  
Na koniec jeszcze udałam się do innego sklepu, uzupełnić bieliźniane braki:
  
  
Kosztowały po 7zł, a są naprawdę idealnie dobrane rozmiarowo, jestem w szoku :) Znam swój właściwy rozmiar, jestem "stanikowo uświadomiona", więc mam nadzieję, że uda się nam się tym razem uniknąć tej dyskusji ;) Swoją drogą, czy mi się wydaje, czy naprawdę jest coraz trudniej dostać usztywniany stanik bez push-upa?
   
Jak Wam się tym razem podobają moje łupy? :)
Upolowałyście ostatnio coś ciekawego w lumpku?

wtorek, 20 listopada 2012

Jesienno-zimowe zakupy odzieżowo-dodatkowe

W ciągu ostatniego miesiąca poczyniłam kilka zakupów z nastawieniem na coraz chłodniejsze dni :) Pokazywałam Wam już nowe buty na zimę, czas dzisiaj na pozostałe łupy - ubrania i dodatki ;)

Bez zbędnych wstępów, najpierw kolczyki:
  
  
Kupiłam je zaraz po odebraniu mojej wygranej karty upominkowej z Rossmanna :D Jak łatwo się domyślić, dorwałam je właśnie w Rossmannie i z miejsca się zakochałam, są po prostu urocze ;) Marka to Accessories, kosztowały niecałe 18zł. I co ważne - nie podrażniają mi uszu, jak to ostatnio czynią niemal każde kolczyki... -.- Są lekkie i naprawdę dziewczęce ;)
  
Kolejny kolczyk to zupełnie inna bajka...
 
  
Czasem mam jeszcze przebłyski i odzywa się we mnie mhroczna nastoletnia Orlica, która uwielbiała takie błyskotki ;) Ten jakże przyjazny smok pochodzi ze sklepu BornPrettyStore.com, dokładnie STĄD (klik). Kosztuje poniżej 10zł, przesyłka jest darmowa - uroki sklepów azjatyckich ;) Bardzo mi się podoba, ale są dwie wady - nie ma zatyczki (może to wina mojego egzemplarza ;)) i łatwo spada z ucha. Moje uszyska są dość spore, a kolczyk jest chyba azjatyckich rozmiarów, bo średnio leży, muszę wręcz na siłę wpychać ucho w odpowiednie miejsce, choć brzmi to dziwnie. Mam też tego rodzaju nausznicę z wężem, służy mi o wiele lepiej, dobrze się trzyma i chyba jest ładniejsza ;)
  
No i przechodzimy do ciuchów ;)
   
  
Lubicie oglądać lumpeksowe łowy, prawda? To jeden z moich ostatnich :) Mam ostatnio słabość do takich jasnych ciuchów, delikatnych i kobiecych, dlatego ten sweterek szybko mnie do siebie przekonał. Marki Flash Nights co prawda nie kojarzę, ale jestem tylko blogerką kosmetyczną, nie modową ;) Sweterek kosztował mnie 10zł, jest idealnym stanie, ładnie leży, choć jeszcze nie miałam okazji go założyć ;)
  
I drugi lumpeksowy łup:
  
  
Tym razem jasnobeżowa tunika z drewnianymi guziczkami. Gdybym miała więcej odwagi, pewnie nosiłabym ją jako sukienkę ;) Na metce jest marka Young Canda, ale to znowu nazwa, która nic mi nie mówi - och ja głupia ;) Tunika również kosztowała 10zł. Nosiłam ją i bardzo mi się podoba w połączeniu z czarnym długim kardiganem - jest ciepło i ładnie ;) Naprawdę dobrze się w niej czuję, więc zakup zdecydowanie udany wg mnie :)
  
I ostatni łup...:
  
  
Te spodnie były dla mnie wybawieniem. Po diecie schudłam na tyle skutecznie, że moje "nowe" rurki, które kupiłam, kiedy w nic innego się nie mieściłam, zaczęły leżeć na mnie jak spodnie MC Hammera. Wszystkie pozostałe ze "szczuplejszych czasów" podobnie - wszystko na mnie wisiało, a ja nie miałam kasy na nowe spodnie! Na szczęście wtedy mama dostała te spodnie od znajomej, której nie pasują, i od razu przekazała mi. Pomyślałam "Uuu, 36, wejdę...?" - ale weszłam! Ba, okazały się leżeć idealnie :) Bardzo mi się podobają, zwłaszcza te specyficzne hafty na tylnych kieszeniach. Spodnie są marki Cubus, nie mam pojęcia, ile kosztowały ;)
   
A jak Wasze przygotowania do chłodów? Ciepłe ubrania zgromadzone, zapasy uzupełnione? :) 

czwartek, 4 października 2012

Nie samymi kosmetykami Orlica żyje!

Otóż to, proszę Państwa, wbrew pozorom kosmetyki to nie wszystko! Jest wiele innych ważnych aspektów życia, jak np. ubrania, biżuteria, dodatki, poprawiające humor pierdółki ;) I o takich właśnie chcę Wam dziś napisać. Wiem, że lubicie łupowe posty, a mnie ostatnio udało się upolować kilka ładnych rzeczy, więc postanowiłam, że się nimi z Wami podzielę ;)
  
Po pierwsze - portfel:
  
   
Jestem konsultantką Avonu i lubię niektóre ich kosmetyki. Zawsze jednak sceptycznie byłam nastawiona do ich biżuterii, torebek i dodatków. Uznawałam je za drogie i nieciekawe. Dopóki nie pojawiła się w ofercie seria Tallulah... Obejmowała ona torebkę, portfel, kosmetyczkę, etui na klucze i etui na dokumenty, wszystko to z pięknego tworzywa o skóropodobej fakturze i z moim ukochanym motywem starej mapy - oczywiście zachorowałam na ten komplet od razu! Był jednak za drogi i szkoda mi było jednak pieniędzy, aż w końcu go wycofali. Dostałam w prezencie od firmy kosmetyczkę i napaliłam się jeszcze bardziej na resztę, zwłaszcza na portfel. Wreszcie znalazłam go w ofercie netto dla konsultantek, za 21zł - zamówiłam bez wahania. I nie żałuję ani grosza! Portfel jest bardzo solidny, mocny i praktyczny, a do tego naprawdę piękny! Zakochałam się w nim od razu :) Co ciekawe, moja Mama również go sobie zamówiła i jej wygląda zupełnie inaczej - tzn. jest uszyty z innego kawałka "mapy" :D To świetny patent, bo dzięki temu portfele, choć takie same, całkiem się od siebie różnią :)
Macie jakieś tego typu akcesoria z Avonowych katalogów?
   
  
Wreszcie skusiłam się, żeby wykombinować i dla siebie lakierowy pierścionek! Sama nie wiem czemu wybrałam ciemnozłotą oprawę, bo wolę srebro, ale zaskakująco dobrze się w tym pierścionkiem czuję. Zrobiłam go z jednego z moich ulubionych lakierów - Orly - Space Cadett. Pewnie o nim słyszałyście albo widziałyście albo go macie ;) To niesamowity multichromowy lakier, mieniący się kilkoma kolorami - jak widać na zdjęciach powyżej. Najwięcej w nim widać zieleni, fioletu i pomarańczu, a to bardzo 'moje' kolory :) Od kiedy go założyłam ok. tydzień temu, ani razu nie zdjęłam go na dłużej, tylko do mycia, smarowania się balsamem czy kremem do rąk itd ;) Już przez ten tydzień zebrałam za niego sporo komplementów, więc tym bardziej jestem z niego zadowolona. 
A Wam się podoba? :)
  
  
Zaczęła się typowa jesień, moja ukochana pora roku. I mimo, że ją uwielbiam, to jednak nie przepadam za tymi deszczowymi dniami, zwłaszcza, że do tej pory nie miałam żadnej ładnej parasolki ;) Owszem, targałam ze sobą wielki i nieskładany parasol od Ukochanego, taki w formie laski, ale jednak to było dość uciążliwe, że nie mogłam go schować do torebki. W końcu zdecydowałam się na zakup zwykłego składanego parasola. Natknęłam się na takie w Pepco, kosztowały zawrotną kwotę 7,99zł i miały naprawdę ładne wzory. Oczywiście, nie jest to parasol najwyższej jakości, ale ten sezon powinien przetrwać ;) Wybrałam wzór, który od razu przykuł mój wzrok - fioletowe kwiatki i esyfloresy na czarnym tle. Bardziej "moje" byłyby chyba tylko takie same wzory na białym tle :P Strasznie mi się podoba :) Dodatkowo zaopatrzony jest w pokrowiec z tego samego materiału.
A jak Wy wolicie - tani i ładny parasol średniej jakości czy droższy i na dłużej? :)
  
  
Ostatnio mam mało czasu na chodzenie po lumpeksach, a jak już do jakiegoś zajdę to nie umiem nic sobie znaleźć. Udało mi się jednak upolować śliczny sweterek Atmosphere za 2zł! Nie muszę chyba wspominać o kolorze - jasnofioletowym, moim ukochanym :D Sweterek jest krótki i nietoperzowaty, a od jakiegoś już czasu taki za mną chodził. Całkiem nieźle się w nim czuję, zwłaszcza, że podkreśla talię i brzuch, które, uwaga, mogę już pokazywać :D Jest mięciutki i dość cienki, ale nie wygląda na taki, co z założenia ma grzać ;)
Upolowałyście ostatnio coś ładnego na lumpkach? :)


I na koniec mój mały eksperyment - sypane herbaty. Do tej pory używałam głównie ekspresowych, bo po prostu nienawidzę fusów ;) Ale teraz jakoś sobie z nimi radzę. Dostałam jakiś czas temu propozycję przetestowania i opisania na blogu herbat ze sklepu 1000SmakowSwiata.pl - uznałam, że skoro i tak prowadzę na blogu herbacianą serię to nie zaszkodzi spróbować. Proszę sobie darować żenujące komentarze o sprzedaniu się ;) Dostałam pięć saszetek herbat sypanych, dopasowanych do moich upodobań - za jakiś czas napiszę Wam o nich nieco więcej :)
Tymczasem lecę na herbatkę ;)
  
Podobają Wam się takie posty o niekosmetycznych łupach? Może zrobić z nich blogową serię? :)

czwartek, 27 września 2012

Orlica dietuje... #6 - Już półmetek!

Trzy czwarte odchudzania za mną, zarówno pod względem czasu, jaki na to przeznaczyłam, jak i przebytej drogi do celu :) Jestem z siebie dumna, choć może brzmi to kretyńsko - w końcu to dopiero półtora miesiąca odchudzania! Cóż, dla mnie to AŻ, bo nigdy tyle nie wytrzymałam i nie osiągnęłam takich efektów.
Jakich? Czytajcie dalej :)
  
  
Przez ostatnie dwa tygodnie (od poprzedniego mojego sprawozdania) nie było kolorowo z odchudzaniem. Całe dnie spędzałam na praktykach, więc miałam rozregulowany jadłospis (np. śniadanie, drugie śniadanie, trzecie śniadanie, obiad, kolacja) albo wręcz pomijałam któreś posiłki. Czasem zdarzyło mi się też zgrzeszyć - w chwili słabości zamówiłam sobie minipizzę do biura, raz też wybrałam się do chińskiej knajpki na mojego ukochanego kurczaka w cieście i w sosie chilli ;) Trafiło się też kilka mniejszych grzeszków. Poza tym, miałam znacznie mniej czasu i siły na ćwiczenia i chyba tylko ze 3-4 razy w ciągu tych dwóch tygodni poszłam na siłownię. Bałam się więc, że wyniki teraz nie będą zbyt dobre - ba, bałam się wręcz, że będzie regres, ale nic takiego się nie stało, zobaczcie same:
  
  
Jak widzicie, i centymetry i kilogramy ładnie lecą w dół :) Jestem z tego szalenie zadowolona, zwłaszcza z faktu, że z samego brzucha udało mi się zrzucić prawie 10cm obwodu! Przyznam, że znacznie bardziej cieszą mnie znikające centymetry niż kilogramy. Oczywiście lecą też nieco nie tam, gdzie trzeba, ale chyba nic na to już nie poradzę ;) Co ciekawe, wg kalkulatora zawartości tłuszczu w organizmie mam 18,5%, co jest już niby niedowagą. Cóż, na niedowagę nadal zdecydowanie nie wyglądam, traktuję więc te kalkulatory z przymrużeniem oka ;) 

Do pierwszego obranego celu - 54kg - brakuje mi nadal 1,8kg. Daję sobie na to ostatnie dwa tygodnie, jakie przeznaczyłam na odchudzanie, myślę, że to wystarczy. Jednak jako, że centymetry są dla mnie ważniejsze niż kilogramy, obrałam sobie nowy cel:
  
  
To zdjęcia sprzed trzech lat, z mojej studniówki. Miałam wtedy sukienkę kupioną na ten cel, ale z założeniem, że jest tak boska, że będę mogła ją nosić także na inne okazje. Uwielbiałam ją, ale niestety długo się nią nie nacieszyłam, bo stopniowo tyłam. Najpierw wyglądałam w niej jak baleron, a później w ogóle nie byłam w stanie się w niej dopiąć... Na studniówce ważyłam 50kg - to były 4kg niedowagi, a jednak wtedy czułam się w swoim ciele najlepiej. Teraz chcę zejść do minimum dla mojego wzrostu, czyli 54kg, ale zrobię co mogę, żeby nadal gubić centymetry, bez wracania do niedowagi - siłownio, przybywam! Tak więc moim nowym celem odchudzania jest... wciśnięcie się w tą kieckę bez wyglądania jak prosię ;) Mam nadzieję, że będę Wam się tu mogła w niej pokazać za jakiś czas, bo wręcz ją kocham i serce się kraje, jak ta śliczna kieca wisi samotnie na wieszaku ;)
  
Zrobiłam sobie też mały motywator:

  
Jestem maniaczką Disney'a - tego starego, ponadczasowego Disney'a. "Mulan" jest jedną z moich ulubionych bajek i do tej sytuacji nadaje się idealnie :) Grafikę tę ustawiłam sobie jako tapetę, jako tło na FB, dodaje mi otuchy jak mam małe chwile zwątpienia - a jakże, zdarzają się i takie ;)
   
Pozostaje mi już tylko prosić Was o kciuki, bo jestem coraz bliżej celu! :)
Moje odchudzające się czytelniczki, a jak idzie Wam? :)

wtorek, 17 lipca 2012

Trochę nowych niekosmetycznych łupów...

Nie samymi kosmetykami żyje człowiek, prawda? Nawet bloggerka kosmetyczna ;)
Dlatego dziś chciałabym Wam pokazać kilka ciekawych niekosmetycznych rzeczy, które ostatnio znalazły u mnie domek. Spora część z nich pochodzi z wymiany - pozbyłam się nieco zalegających kosmetyków i zbyt małych ubrań, z czego bardzo się cieszę. Kupiłam też ciut dla własnej przyjemności (a co, czasem mogę!) i zrobiłam sobie parę błyszczących drobiazgów...

A więc po kolei... a właściwie od końca ;)
  
  
Te kolczyki, jak łatwo się domyślić, zrobiłam sobie sama. Kiedy robiłam lakierowe naszyjniki, kupiłam też jeden komplet półproduktów do zrobienia kolczyków - leżały aż do teraz. Właściwie co chwila próbowałam zrobić naszyjnik albo pierścionek dla siebie, a koniec końców zawsze i tak uznawałam, że coś mi w danym oczku nie pasuje i puszczałam w świat. Wreszcie jednak udało mi się zrobić coś, z czego jestem w pełni zadowolona w kategorii "Będę nosić" ;) Te kolczyki wyczarowałam z lakierów Golden Rose Scales Effect - 13 i Essence - Choose me. Na żywo są bardziej turkusowe niż niebieskie ;) W przyszłości planuję pokombinować z takimi kolczykami dalej, ale na razie brak mi półproduktów i funduszy na nie...
  
  
Tutaj z kolei mamy dość przypadkowy zakup - weszłam do marketu dla zabicia czasu (czekałam na kogoś) i przechodząc między półkami trafiłam na szafkę z takimi zapachowymi świecami. Kosztowały 5,19zł i spośród kilku wersji wybrałam dwie - zieloną herbatę i bez, jedne z moich ukochanych zapachów. Zielonej herbaty co prawda raczej bym nie rozpoznała, ale pachnie ładnie ;) Bez za to jest rozpoznawalny, co bardzo mnie cieszy :) Plusem tych świeczek jest też to, że etykiety są foliowe, nie papierowe, więc bez problemu je można odkleić i cieszyć się szklanymi naczyniami i użyć ich choćby jako świeczników ;)
Przy okazji uświadomiłam sobie, jakie imię nadam drugiej córce, jeśli takowa mi się trafi :P Pierwszą na pewno nazwę Wiktoria - uwielbiam to imię, ale... Aurelia będzie następna ;)
  
Teraz słów parę o wymiankach:
  
  
Tę torebkę dostałam w zamian za parę kosmetyków. Od dawna szukałam takiej z gobelinowym wzorem, ale z czarną oprawą - wszędzie tylko beże... Jest bardzo wygodna i dość pojemna, choć minimalnie za mała na zmieszczenie formatu A4. Trzeba dodać, że jest bardzo solidna - mogłabym w niej przenosić cegły ;) Wolę jednak nosić w niej kalendarz, Kindle'a, kosmetyki... Czy ktoś mi się dziwi? ;)
  
  
Te dwie bluzeczki dostałam w zamian za inne ciuchy, które zalegały mi w szafie. Podoba mi się zwłaszcza druga, pudrowa bluzeczka Atmosphere z rękawem 3/4. W pierwszej podoba mi się przede wszystkim wzór, ale to też już chyba tu nikogo nie dziwi ;)
  
 
  

Od dawna też chciałam sobie sprawić body - nie nosiłam ich od czasów niemowlęcych, a strasznie byłam ciekawa, czy jest to wygodne itd. To body dostałam od tej samej osoby co pudrową bluzkę Atmosphere i była to udana wymiana, mimo małej nieścisłości ;) Body okazało się bardzo wygodne! Przyznam, że w upały chodziłam po domu tylko w nim i byłam z tego powodu naprawdę zadowolona ;) Teraz zastanawiam się, gdzie upoluję ładną elegancką koszulę z body, najlepiej także z żabotem - zależy mi czymś takim na egzaminy i inne "odświętne" okazje - wyglądam zawsze jak sierota z koszulą na spodniach, a ze spodni mi wyłazi ;) Znacie sklep, gdzie dostanę coś takiego w przyjemnej dla portfela cenie?
   



   
Przy okazji włosowego posta, napisałam Wam, że zamówiłam na Allegro trochę włosowych pierdół. Za paczkę o powyższej zawartości zapłaciłam 25zł. Po przetestowaniu każdej z tych rzeczy, wyceniam ją na 4zł - po złotówce za każde opakowanie gumeczek i wsuwki. Niestety tzw. hairagami okazały się nie do włosów, a do dupy - bo nic się nie da z nimi zrobić. To większe, bardziej charakterystyczne, skręca się sekundę po rozprostowaniu i jeszcze ani razu nie udało mi się zrobić z tym koka - nie mówiąc już o porządnym koku. Te plastikowe, pakowane po dwa, nie dają się za to zamknąć - mają tzw. kulkowe zapięcie, które zapinać daje radę tylko mój ojciec - nie ma szans, żeby udało się zapiąć je na sobie, w dodatku bez rozwalania fryzury, trzeba by było włożyć w to naprawdę duuużo siły. Nie wspomnę już o tym, że i tak nie trzyma włosów. Gumeczki i wsuwki są OK, ale co mogłoby z nimi być nie tak? Albo nie pytam, bo pewnie coś by się znalazło... Niby nie straciłam dużo pieniędzy, a i tak jestem na siebie zła. Pozostaje mi poczekać aż włosy trochę podrosną i spróbować znowu koka na skarpecie... 
  
A jakie ciekawe rzeczy Wam ostatnio przybyły? Kupiłyście coś ładnego?
A może dostałyście w prezencie jakiś drobiazg? Opowiedzcie :)

czwartek, 17 maja 2012

Tęczowa kreska i bardzo udane zakupy na lato :)

Hej hej!
Dziś znowu pora na niekosmetycznego posta - i Wy i ja musimy odsapnąć od recenzji, prawda? ;)
 Najpierw chcę się Wam pochwalić tęczową kreską, którą zmalowałam jakiś czas temu:
  
   
Nie jest może perfekcyjna, w jednym miejscu prześwituje, ale ogólnie mówiąc byłam w sumie zadowolona, bo udało mi się w miarę ładnie wycieniować granice między kolorami :) Jak Wam się podoba?
Użyłam głównie cieni z paletki Collection 2000 - Poptastic (znajdziecie jej zdjęcia i recenzję tu na blogu). Kolory nakładałam ściętym pędzelkiem Essence i z pomocą bazy pod pigmenty sypkie z KOBO. Do tego wytuszowałam rzęsy i voila - delikatny, ale przyciągający wzrok makijaż na lato gotowy :) W sumie robi się go szybko, ale ja muszę na całą powiekę nałożyć jeszcze cielisty cień, bo inaczej szybko będę miała dwie tęcze :P

A z innej beczki - wczoraj mama wyciągnęła mnie na zakupy. Tak, wyciągnęła, wręcz siłą, bo wcale nie miałam ochoty się ruszyć, choć wiedziałam, że muszę kupić buty i spodnie. W końcu dałam się przekonać i ruszyłyśmy do Galerii Copernicus - najlepszej w Toruniu wg mnie, a przy tym najbliższej :)
Rozglądałam się za spodniami z wysokim stanem, bo biodrówki mnie już dobijają... Weszłyśmy najpierw do mojego ukochanego sklepu, gdzie zawsze znajdę coś dla siebie, czyli do Top Secret. Spodni nie znalazłam, ale oczywiście nie wyszłam z pustymi rękoma:
  
  
Zakochałam się z miejsca w tej bluzeczce, a kompletnie wpadłam, kiedy ją przymierzyłam - leży idealnie, jakby była szyta na mnie *.* Kosztowała 39,90zł, więc nie taki znowu majątek, a jest całkiem dobrej jakości :) Ponadto miły Pan przy kasie namówił mnie do założenia karty rabatowej, gdzie na start, za wypełnienie danych takich jak data urodzenia czy stan cywilny dostaje się 10zł rabatu na kolejne zakupy :)
  
Poszłyśmy dalej po sklepach, ale nigdzie nie znalazłam odpowiednich dla mnie spodni, bo albo były za krótkie, albo na mnie wisiały, albo wręcz nie mogłam się dopiąć. Poza tym nie znalazłam żadnych z naprawdę "wyższym" stanem, choć już wiem, że trzeba w tym celu zajrzeć jeszcze do H&M (nie lubię tego sklepu, ale skoro tam są... ;)). Kupię je jednak za jakiś czas, bo na chwilę obecną już mnie na nie nie stać :P
W końcu zawędrowałyśmy do Deichmanna. Miałam możliwość wybrania czegoś za 99zł, bo reklamowałam zimowe buty i zwrot dostałam w formie karty upominkowej. Szukałam wygodnych lekkich butów na lato, takich na górskie wędrówki, bo ostatnie moje sandały się rozleciały, a w tym roku pół czerwca spędzam w górach, później jeszcze w wakacje mam nadzieję pojechać znowu :) O dziwo, znalazłam odpowiednie buty:
  
  
Większość z Was pewnie by nawet na nie nie spojrzała, ale w tej sytuacji wygoda przede wszystkim - do chodzenia po górach uwielbiam takie buty, bo nie zawsze da się wytrzymać w traperach ;) Są marki Highland Creek i kosztowały mnie 79zł, więc miałam do dyspozycji jeszcze 20zł ;) Torebki żadne mnie nie zainteresowały, ale akurat ekspedientka wykładała do kosza przy kasach świeżo dowiezione portfele. Mój akurat jest w stanie agonalnym, więc przejrzałam je i wybrałam jeden:
  
  
Jest tak duży, że wygląda jak kopertówka, ale ja właśnie takie lubię, bo muszę mieć wszystko w jednym miejscu - pieniądze, karty kredytowe, dokumenty, milion kart z różnych sklepów, wizytówki, klucze... ;) W tym celu jest jak znalazł :) Kosztował 29zł, sygnowany jest po prostu etykietką Deichmann

A wracając wstąpiłyśmy jeszcze do sklepu u dumnej nazwie "Chińskie Centrum Handlowe" - można tu znaleźć niezłe rzeczy za niską cenę, ale większość to chłam ;) Niemniej, wypatrzyłam coś dla siebie:
  
  
Panie stanikowo-uświadomione pewnie mnie zjedzą, ale uwielbiam staniki z takich sklepów, kosztujące kilkanaście złotych i porządnie usztywnione (choć unikam tych wypchanych gąbką ;)). Łatwo tu o "mój rozmiar" (tak, zjedzą mnie... ;)), bo większość jest po prostu popularnym 75B albo 80B ;) Ten staniczek kosztował mnie zawrotną kwotę 12zł. Marki Wam nie podam, bo etykietka wypisana była krzaczkami :P Dodam jeszcze, że na żywo nie jest tak błyszczący, to wina flasha ;)
Kupiłam też uroczy i milusi szal w groszki (kojarzy mi się z blogiem One Little Smile :P), jest długi i szeroki, można się nim porządnie opatulić, co od razu przetestowałam ;) Kosztował 11zł i też jest "noł-nejmowy".

Ogólnie mówiąc, dawno nie byłam tak usatysfakcjonowana zakupami, choć nie kupiłam jeszcze spodni ;) Dorwałam parę śliczności, a wydałam ok. 70zł, dzięki tej karcie w Deichmannie :) Jestem baaardzo zadowolona!

I co powiecie o tych łupach? ;) Nie przeraziły Was buciory czy chiński stanik? ;)

PS: Na dniach będą nowe naszyjniki w sprzedaży, kto zainteresowany? ;)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Lumpeksowe łowy! #2

Ostatni mój post o lumpeksowych łowach bardzo Was zainteresował, dlatego tym razem też przychodzę do Was chwalić się najświeższymi zakupami ;) Nie mam teraz za bardzo czasu na bieganie po lumpkach, ale w zeszłym tygodniu udało mi się wstąpić do dwóch i wyszłam z nich z czterema nowymi ciuszkami, uboższa o 20zł :) Może nie wszystko Wam się podobać, bo mój styl ubierania się jest specyficzny i nieprzewidywalny, ale co tam ;)
Bez dalszych wstępów, przedstawiam moje zdobycze:
  
  
Z tej pięknej koszulki nocnej jestem chyba najbardziej dumna. Jest bielutka, mięciutkiej satyny, z delikatnym, ledwo widocznym wzorem na materiale, dodatkowo dekolt, dół i ramiączka są w koronce. Co najciekawsze, wygląda zupełnie jak nowa, nie ma żadnego najmniejszego uszkodzenia czy śladów noszenia, a kosztowała mnie... 2zł! Wg metki marka to Chantelle - nic mi to nie mówi, ale nie orientuję się w bieliźnianych markach ;) To, co mnie boli, to fakt, że obok marki napisane jest straszne słowo "large" - a koszulka jest naprawdę maleńka, bałam się, że z moim S/M się w nią nie wcisnę ;) Wcisnęłam się jednak bez większych problemów, leży świetnie, ale z dość oczywistych względów się Wam w niej nie pokażę ;)
  
   
Drugi mój zakup to tunika w kolorze ecru i czarnym (tu ten ecru wygląda jak biały ;)) Dla równowagi, jest to rozmiar XS/S (wiem, sama się teraz pocieszam po tej lardżowej koszulce ;)). Jest bardzo wygodna, podoba mi się jej marszczony dekolt i wcięcie pod biustem, nadaje kobiecych kształtów ;) Sam motyw, kropeczki i kwiatki, też wyjątkowo przypadły mi do gustu, choć kwiaty lubię w nieco innym wydaniu, a na kropeczki nigdy szału nie miałam ;) Tunika jest marki Sisters Point i kosztowała mnie 10zł. Również nie widać na niej śladów użytkowania :)
  
  
Kolejna tunika. Jest mi nieco za mała w biuście, ale co ja poradzę, że to mi się w niej podoba - ładnie wygląda dekolt ^^ Bałam się, że będzie mnie optycznie pogrubiać, ale chyba nic takiego się nie dzieje, jak uważacie? Dodam, że świetnie wygląda pod moją brudnoróżową marynarką z poprzedniego lumpeksowego posta, pamiętacie? Tunika uszyta jest z materiału w biało-szarą kratkę z elementami fioletu i ociupinką zieleni. Odcięta jest pod biustem, choć te sznureczki to przyszyta atrapa. To, co mnie w niej wkurza, to podszewka, dużo bardziej obcisła niż sama tunika, i niewygodna, będę musiała ją odpruć. Tunika jest marki H&M i kosztowała mnie 6zł. :)
   
  
Hmmm, ten zakup zrobiłam na takiej zasadzie, jak przygarnia się brzydkiego psa do swojego domu (bo brzydkich kotów nie ma ;)). Ta babcina kamizelka kosztowała grosze, niby niczym mnie nie zachwyciła, ale z jakiegoś powodu uznałam, że ma potencjał :P Teraz pozostaje tylko pytanie - jaki potencjał? Jest mi nieco za szeroka, choć w talii ma przeciągnięty sznureczek do zawiązania. Związana z przodu wygląda tragicznie, z tyłu już lepiej - tak mam na zdjęciu. Jak myślicie, jak mogłabym ją nosić? Czy może nie ma dla niej przyszłości w mojej szafie? ;) Nie ma żadnych metek, więc możliwe, że jest to robótka ręczna, kosztowała mnie 2zł.
  
A Wam udało się ostatnio upolować coś ciekawego? :)
I czy osoby sceptycznie nastawione do lumpków zaczynają się nawracać? ;)

czwartek, 22 marca 2012

Lumpeksowe łowy! #1

Wiem, że wiele z Was z niecierpliwością czekało na tego posta. Co chwila słyszę od kogoś "Eee, ja tam nie potrafię nic znaleźć w lumpie" albo "Tam przecież nigdy nie ma nic ciekawego!" - wtedy pokazuję np. coś co mam na sobie i mówię, że kosztowało mnie 5zł właśnie w takim sklepie. 
Rozumiem sceptycyzm, jednak te opinie niewiele mają wspólnego z prawdą. W lumpeksach łatwo można znaleźć świetne ciuchy za grosze, czasem nawet trafi się coś z nienaruszoną metką, więc nie są to tylko używane czy znoszone ciuchy.
Jak byłam młodsza, cierpiałam katusze, kiedy będąc z mamą na zakupach, wchodziłyśmy do jakiegoś lumpka i długo musiałam czekać, jak mama grzebała między wieszakami. Wreszcie i mnie to zainteresowało i stopniowo nauczyłam się przekopywać stosy ubrań i rzędy wieszaków w poszukiwaniu prawdziwych perełek ;)

Dziś pokażę Wam kilka z moich ostatnich łupów. Najchętniej udaję się na takie zakupy w soboty, kiedy w niektórych sklepach towar jest przebrany, ale kosztuje 1-2zł za sztukę, a w innych jest dzień do dostawie, czyli -50%. Nawet w takich "resztkach" potrafię coś dla siebie znaleźć, bo mam dość specyficzny styl, albo jak mawia mój Ukochany - moda za mną nie nadąża :P A jeśli nie znajdę nic w sam raz, znajdę coś, co można ciekawie przerobić ;)

W ostatnią sobotę właśnie udałam się na lumpeksowe łowy, wróciłam z nich zadowolona i uboższa o 20zł ;)
  
  
Z tej zdobyczy jestem najbardziej dumna. Jest to nowiutka (choć bez metek) marynarka nieznanej mi marki Little Woods, w kolorze jasnego przybrudzonego różu, z lśniącą podszewką, zapinana z przodu na jeden guzik. Kosztowała zawrotną kwotę 10zł ;) Właściwie była w komplecie ze spodniami, ale nie nadawały się one do niczego - mogłyby być dla mnie "skejciarskimi" rybaczkami :P To moja pierwsza marynarka, chyba zaczynam dojrzewać ;) W każdym razie szalenie mi się podoba, nie wierzyłam własnym oczom, jak wypatrzyłam ją na wieszaku w takiej cenie ;)
(Nie, nie jest mi za mała, jakoś tak dziwnie się ułożyła :P)
  
  
Ta bluzka pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale ja byłam oczarowana. Jest cieniutka, bawełniana, w kolorze brudnego różu (tak, wiem, znowu :P), marki Only. Podobają mi się zwłaszcza te "szlufki" przy rękawach i guziczki przy dekolcie (mimo, że to "atrapa" - nie można ich rozpiąć). Jest dziewczęca, ale z jakimś takim charakterkiem ;) Poza tym lubię takie luźne bluzki, łatwiej pod nimi ukryć boczki ;) Kosztowała mnie 8zł - w sumie mogłaby być tańsza, ale kupiłam ją w euforii razem z powyższą marynarką :P
  
  
To już dla Was pewnie szczyt dziwactwa :D Otóż w tego typu długich rękawach, rozpinanych pod szyją, uwielbiam chodzić po domu, kiedy jest chłodno. To tak bardziej dla wygody niż wyglądu, ale konsekwentnie Wam to pokazuję ;) Raczej na zajęcia czy do znajomych w niej nie pójdę, ale przed Wami nie mam przecież tajemnic :P Jeśli kiedyś złożycie mi niezapowiedzianą wizytę, będę miała na sobie taką bluzkę i spodnie od dresu :P Bluzka nie ma żadnej metki, więc nie wiem, jakiej jest marki, ale kosztowała mnie 2zł, więc dużo nie "straciłam" ;)
  
  
A żeby łatwiej było Wam się pozbierać po poprzedniej bluzce, pokażę też łowy, które upolowałam w ciągu ostatnich paru miesięcy. Pierwszą sukienkę właściwie upolowała moja mama dla siebie, ale okazało się, że jest jej za mała, więc przygarnęłam ;) Sukienka jest bez ramiączek, ma blado żółty kolor (wiem, że tu wygląda jak biały) i prześlicznie wygląda na kimś, baaardzo dziewczęco. Kosztowała 3zł - mama ma większy talent do wykopywania takich cudów ;)
Drugą sukienkę znalazłam sama przypadkiem, przechodząc koło wieszaka z ubraniami... dziecięcymi :D Jakimś cudem się w nią wcisnęłam i zakochałam się z miejsca! Te pasy powinny być związane za plecami oczywiście, ale chciałam, żeby były dobrze widoczne na zdjęciu - na żywo związane z tyłu robią piękne wcięcie pod biustem. Sukienka sięga mi do kolan, więc nie jest aż tak dziecięca :P Kosztowała, jeśli dobrze pamiętam ok. 15zł
Może kiedyś, latem, pokażę je na sobie ;)

Zainteresowały Was moje lumpeksowe łupy?
Jesteście ciekawe dalszych? Jeśli tak, mogę co jakiś czas publikować takie posty jak ten ;)

A jakie jest w ogóle Wasze podejście do tego typu sklepów? Chętnie o tym poczytam :)

poniedziałek, 27 lutego 2012

O 5. rocznicy, ostatnich zakupach, ratunku w chorobie i kilku promocjach...

Dziś nie będzie recenzji... Chcę Wam napisać o paru innych sprawach :)
  
 
Po pierwsze, dzień dzisiejszy jest dla mnie dniem szczególnym - dokładnie 5 lat temu mój Ukochany porwał mnie z lekcji, zaciągnął nad rzekę i sprawił, że jestem jego, a on jest mój. Przez te 5 lat nie zawsze było między nami kolorowo, ale bez wątpienia to najszczęśliwszy czas w moim życiu :) Wierzę, że za 50 lat będziemy wspominać początki naszego związku, wtuleni w siebie przed kominkiem, bo ten Pan na zdjęciach powyżej jest nie tylko moim Ukochanym, ale także najlepszym przyjacielem - nie wyobrażam sobie związku bez tego elementu :)

Rocznicy co prawda nie spędzamy dziś razem, ale za jej świętowanie uznajmy ostatnio cudowny tydzień, kiedy u niego mieszkałam :) Było lepiej, niż mogłabym się spodziewać :)
   
   
Z mniej romantycznych tematów ;) Odkryłam ostatnio, że w sklepie Pepco można dorwać ładne ciuszki za naprawdę niską cenę. Oczywiście nie są one jakieś super jakościowo, ale na pewno nie podrą się tak od razu ;) Skusiłam się więc na zakup dwóch bluzek, obu marki Beloved...
  
  
Pierwsza z nich kosztowała 15zł. To lekki t-shirt w kolorze miętowym, który dziwacznie wyszedł na zdjęciach - musicie wierzyć mi na słowo ;) Bardzo podoba mi się ten czarny kwiatowy wzór, na środku każdego kwiatka są przyklejone cyrkonie, ale nie rzucają się w oczy, bo są maleńkie.
   
  
Druga kosztowała 20zł. To biała nietoperzowata bluzka z rękawem 3/4 i motywem sowy. O ile te wszechobecne ostatnio sowy mi się nie podobają, o tyle na tej bluzce wygląda nieźle :) Najpierw miałam w koszyku wersje czarną z szarą sową, ale wyglądałabym w niej jakoś smutno, bo zazwyczaj noszę czarne spodnie ;) 

I jak Wam się podobają moje zakupy? Kupowałyście kiedyś ciuszki w Pepco? Co myślicie o ich jakości?
   
    
Chciałabym Wam jeszcze napisać o moim tegorocznym odkryciu - tak tak, nigdy wcześniej nie używałam tego typu preparatów na katar i nie wiem, jak mogłam bez nich żyć. Na chwilę obecną jestem mocno przeziębiona, mam tragiczny katar i zawalone zatoki. Parę dni temu, Ukochany widząc mnie w takim stanie, dał mi do wypróbowania aerozol do nosa Xylorin - byłam w szoku, jak on działa. W ciągu 5minut udrożnił mi zupełnie nos, mogłam swobodnie oddychać, a zatoki już nie bolały. Efekt ten trzymał się ok. 4-5h. Teraz kupiłam tańszy odpowiednik tego preparatu, czyli Otrivin (kosztował niecałe 13zł). Działa nieco słabiej, tzn. na efekt czeka się ok. 15 minut, a trwa on 3-4h, ale nie wysusza przy okazji nozdrzy, jak robił to Xylorin. Dzięki temu cudeńku jestem w stanie normalnie funkcjonować ;)
   
Na koniec jeszcze mały cynk o promocjach w drogeriach Natura:
  

Promocja trwa do 7 marca.
Przy realizacji zdjęć promocyjnych nie ucierpiały żadne kosmetyki ;)

piątek, 30 grudnia 2011

Avon Planet Spa - Maseczka błotna z minerałami Morza Martwego + wyprzedażowe łupy

Ostatnio mało kosmetycznie tutaj, więc dziś czas na recenzję ;) Wiem, że wiele z Waz niechętnie patrzy (albo nie patrzy w ogóle) na posty o wypiekach, herbatach, tekstach mojego faceta czy o czymkolwiek niekosmetycznym, ale ja lubię sobie co jakiś czas dla odmiany napisać o czymś innym ;) Można więc powiedzieć, że to już "babski" blog, a nie stricte kosmetyczny. 
Na dziś więc mam dla Was recenzję jednej z moich ulubionych maseczek - słynnej błotnej z serii Avon Planet Spa. Uwielbiam zresztą wszystkie maseczki z tej serii, ale ta jest moim faworytem jak na razie :)
   
  
Opis producenta:
Bogata maska o kremowej konsystencji głęboko penetruje pory, by usunąć wszelkie zanieczyszczenia oraz suche, martwe komórki naskórka. Wyrównuje koloryt, wygładza i pomaga pozbyć się toksyn. Dzięki niej cera jest zdrowa, jędrna i pełna blasku. 
  
Gdzie i za ile: u konsultantki Avon, cena regularna to 29,90zł / 75ml, ale często można ją kupić np. za 9,90zł, więc warto czekać na odpowiednią promocję ;)
   
Skład:
   
Moja opinia:
To już chyba trzecia tubka tej maseczki i już się kończy, a to już coś musi oznaczać - mi kosmetyki schodzą w baaardzo wolnym tempie, bo zwykle używam po kilka z danego rodzaju - naprzemiennie ;) Do tej maseczki jednak będę pewnie wracać zawsze, dopóki jest w ofercie Avonu ;)
Maseczka zamknięta jest w bardzo estetycznej szarej matowej tubce - ogólnie uwielbiam szatę graficzną opakowań serii Planet Spa. W tej pod światło jesteśmy w stanie zobaczyć, ile produktu zostało w opakowaniu, ale trudno to jednak określić, bo maseczka jest na tyle gęsta, że nie spływa w dół opakowania, tylko gromadzi się na ściankach. Po "wykończeniu" tubki, warto ją rozciąć - w środku znajdzie się jeszcze dość maseczki na 3-4 użycia ;)
Sama maseczka jest bardzo gęsta, jak już pisałam, ma kremową konsystencję, a zapach powala na kolana - niektórym może się nie podobać, ale mnie odpręża już właśnie sam ten zapach, kiedy mam tę maseczkę na twarzy. Pachnie tak... błotniście :P Taki ziołowy zapach, ale z nutką czegoś morskiego ;) Bardzo trudno jest go opisać. Po nałożeniu na twarz nawet cieniutkiej warstwy, całą buzię mamy szaro-niebieską, bardzo łatwo się rozprowadza, nie ma też większych problemów ze zmyciem jej. Po zmyciu okazuje się, że nasza cera nagle zrobiła się super odżywiona, odprężona i gładziutka. Działanie oczyszczające też jest zauważalne, ale w pierwszej chwili jednak zwracamy uwagę właśnie na poprawioną kondycję cery. 
Maseczka jest wydajna, dość tania, przy odpowiedniej promocji i zdecydowanie godna polecenia - uwielbiam ją i wiem, że nie jestem w tej opinii osamotniona :)
Za jakiś czas napiszę Wam też o maseczce peel-off z białą herbatą z tej serii :)
   
   
Dziś niestety bez mojego "uroczego" zdjęcia w maseczce, wybaczycie mi tym razem? ;) Może z czasem je dodam, ale na razie nie miałam za bardzo czasu, żeby nakładać maseczkę, bo ciągle gdzieś latam - np. na Sylwestra muszę upiec 4 albo 5 blach różnego rodzaju muffinek i ciasto, uzbierało się trochę zamówień od rodzinki mojej i Pana i Władcy ;)
Ale znalazłam ostatnio trochę czasu, żeby wybrać się na wyprzedażowe łowy! Poszukiwałam czegoś ciepłego - sweterka czy jakiejś dłuższej marynarki. Niestety, wszystkie marynarki jakie widziałam były krótkie i się błyszczały, a ja chcę matową ;) Więc kupiłam dwa sweterki :)
   
Ten pierwszy jest w kolorze rozbielonego fioletu (jak jagódki ze śmietaną, om nom nom! :3) i kupiłam go w Reserved za 49,90zł zamiast 89,99zł ;) Baaardzo się już z nim polubiłam, jest cienki, ale bardzo ciepły i przyjemny. Swoją drogą kiedyś nawet nie wchodziłam do Reserved, mówiąc, że tam są ciuchy bardziej dla mojej mamy niż dla mnie. Nie wiem, czy teraz zmienił się tam charakter asortymentu, czy ja "dojrzałam", ale coraz więcej ciuchów stamtąd mi się podoba ;)
Drugi zakup jest ze sklepu Tally Weijl, który od razu polubiłam, mimo kiczowatego wystroju i muzyki ;) Ciuszki tam mają ładne, dość dobre jakościowo i całkiem tanie, w każdym razie tańsze, niż bym się spodziewała. Ten ciemnoszary sweterek dorwałam na wyprzedaży za 39,99zł zamiast 59,99zł. Był ostatni w moim rozmiarze, więc cieszę się bardzo. Jest bardzo mięciutki i aż miło się go nosi :)
   
I jak Wam się moje drobne łupy podobają? 
I co Wam się udało upolować w szale wyprzedaży? :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

ORIGINALny makijaż #2 - Złocona lawenda + ciuchowe zakupy

Dziś pora na kolejny makijaż zrobiony paletką Sleek Make-up - Original (stąd tytuł posta, więc Mistrzom Ortografii tym razem podziękuję w kwestii komentarzy ;)). Szczerze mówiąc, zrobiłam go razem z poprzednim, więc nie zastosowałam się tu jeszcze do Waszych rad, ale teraz właśnie mam na oczach makijaż na jutro, myślę, że Wam się spodoba ;)
   
Wiecie pewnie, jak bardzo kocham fiolety. Na oczach zwykle wyglądają u mnie średnio, ale ja uparcie szukam jakiegoś rozwiązania, żeby prezentowały się dobrze i u mnie ;) Teraz postanowiłam spróbować połączyć fiolet ze złotem, które pasuje mi bardzo. Oto efekt...
   
    
Makijaż jest prościutki, niestety aparat zjadł kolory, m.in. na górze powieki - musicie uwierzyć mi na słowo, że ładnie roztarłam w górę ;) Ten fioletowy kolor kojarzy mi się z odcieniem lawendy, więc bardzo pozytywnie ;) Oto, jakich cieni użyłam:
   
   
Najpierw nałożyłam fiolet na całą właściwie górną powiekę. Na jej środek dodałam trochę tego cielistego różu, żeby nieco rozjaśnić - na zdjęciach średnio to widać... Odrobinkę tego cienia dałam też w wewnętrzny kącik oka. Złotą kreskę zaś najpierw zrobiłam pigmentem sypkim Inglot - 69, a później poprawiłam złotkiem z tej paletki, używając bazy pod pigmenty Kobo. Rzęsy wytuszowałam maskarą Avon - SuperShock Max.
  
Tak zakochałam się w tej paletce, że na dniach, jak tylko kupię ostatnie gwiazdkowe prezenty dla rodziny, kliknę kolejnego Sleeka - i padnie pewnie na Monaco, które śni mi się też od dłuższego czasu ;)
   
Z innej beczki - w sobotę udałam się na zakupy do New Yorkera, bo dzięki koleżance miałam tam spory rabat :) Szczerze mówiąc kiedyś bardziej lubiłam ten sklep, ale i teraz znalazłam sobie dwa ciuszki, które nie dość, że ładnie wyglądały na wieszaku, to jeszcze całkiem nieźle leżą na mnie - co nie zdarza się często ;)
   
  
Pierwszy zakup to morska bluzeczka z marszczeniem na ramionach, taka prosta, na co dzień :) Ostatnio podobają mi się takie kolory, a fioletowych nie było :P Kosztowała wg metki 40zł, więc dość tania.
Druga bluzka jest wg mnie ciekawsza - biało-czarna, zapinana na ozdobny pasek pod biustem, choć ten pasek wymienię chyba na inny ;) Też ma marszczenia na ramionach, do tego dekolt, jaki lubię ;) Wg metki kosztowała 70zł. 
Jak Wam się podobają? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...