Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcesoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcesoria. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

Kilka pomysłów na własnoręcznie robione prezenty świąteczne

Święta zbliżają się coraz bardziej i czas powoli kompletować prezenty dla bliskich. Co prawda ja w tym roku wyjątkowo się pośpieszyłam, bo właściwie ostatnie prezenty kupiłam na początku grudnia, korzystając z Dnia Darmowej Dostawy, więc mam już komplet. Nie wszystkie prezenty są kupne - osobiście uważam, że znacznie cenniejsze i przyjemniejsze są te, które ktoś zrobił własnoręcznie, poświęcając na to uwagę, czas, niekoniecznie pieniądze. Nie zamierzam tu pokazywać, co zrobiłam na prezenty, bo niektórzy z tych, co mają być obdarowani tu zaglądają, ale chętnie podzielę się z Wami kilkoma pomysłami, jak można sprawić bliskim radość czymś bardziej osobistym :)
  
1. Szydełkowe aniołki i inne ozdoby świąteczne
Powyższe cudeńka są dziełem mojej Mamy. Robi ona także aniołki na choinkę, śnieżynki, gwiazdki - słowem - cuda. Przyznam szczerze, że osobiście nie próbowałam, ale w Internecie znajdziecie setki tutoriali, jak takie aniołki wykonać :) Pomysł super, choć typowo świąteczny.
  
2. Ręcznie malowane lampiony
W moim domu rodzinnym goście zawsze zachwycali się kolorowymi lampionami, które zawsze stoją na parapetach i stole. Zależnie od sezonu, są to lampiony świąteczne, jak na zdjęciu powyżej, albo inne, np. zdobione kwiatami czy rybkami. Te na zdjęciu również są dziełem mojej Mamy, ja też próbowałam swoich sił, ale moje lampiony jakoś się rozeszły. Tu wystarczy odpowiednia szklaneczka (koszt kilku złotych) i kilka kolorów farb do szkła. Nie jest to może najtańsza z opcji, które dziś przedstawię, ale na pewno najbardziej "wydajna" - jeśli już zainwestujemy w farbki, można malować dalej ;)
    
3. Nalewki i wina domowej roboty
W tej kategorii mistrzem jest oczywiście mój Tata, którego śliwowica staje się legendą wśród znajomych ;) Zrobienie samego trunku jest może bardziej czasochłonne, ale sprezentowanie go w ładnej oprawie (może być np. butelka po Nalewce Babuni - ta po lewej - albo inne efektowne szkło) i efekt murowany. Przepisów na nalewki również w necie znajdziemy całe mnóstwo, chętnie bym się podzieliła z Wami sekretem śliwowicy Taty, ale nie sądzę, żeby zdradził go nawet mnie ;)
  
4. Bransoletki przyjaźni
Nie byłabym przecież sobą, gdybym o nich nie wspomniała ;) Bransoletka tego typu pozwala na pełną dowolność w kwestii wzoru i koloru, więc możemy ją w 100% dostosować do gustu bliskiej osoby, jednak nie jest to raczej materiał na "główny" prezent, raczej jako dodatek. Ja akurat je sobie daruję jako prezenty świąteczne, bo wszyscy moi bliscy już i tak chodzą "oznakowani" przeze mnie ;) Jeśli szukałybyście inspiracji i porad dotyczących ich zaplatania, zachęcam do zajrzenia na stronę friendship-bracelets.net - to prawdziwa skarbnica wiedzy :)
  
5. Lakierowa biżuteria
To również kiedyś Wam już prezentowałam. Wykonanie takiej biżuterii na pewno nie jest trudne, wystarczy zaopatrzyć się w odpowiednie materiały - bazy i kaboszony oraz oczywiście lakiery. Nie muszą to być wcale dzieła "jednolakierowe" - jak widzicie na zdjęciu powyżej, można także kombinować wzory. Komplet takiej biżuterii, oczywiście również trafiający w gusta osoby obdarowywanej, także powinien być trafionym prezentem.
  
6. Szydełkowe gadżety
O szydełku pisałam już wyżej, ale przecież nie służy ono tylko do wykonywania ozdób świątecznych. Ja dopiero zaczynam przygodę z szydełkiem i na początek zrobiłam etui i na telefon i piórniczek. Wiem, że pozostawiają wiele do życzenia (zwłaszcza etui), to kwestia wprawy - już teraz po trzech dniach z szydełkiem wiem, że jestem w stanie zrobić znacznie ładniejsze etui na telefon i naprawdę nie jest to nic trudnego. TU znajdziecie bardzo przyjemny tutorial :) Jeśli chodzi o piórnik, zrobiłam go po swojemu bez tutorialu, ale z tym każdy, kto zna podstawy szydełkowania, na pewno sobie poradzi. Jeśli nie, będę zaszczycona robiąc własny tutorial :P
   
7. Szydełkowe czapki i szaliki
źródło: http://www.senmai.pl/2013/12/luzna-szydelkowa-czapka-na-chlodne-dni-slouchy-beanie/
Nad taką czapają jak na zdjęciu powyżej właśnie sama siedzę, bo zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia :) Specjalnie kupiłam grubą cieniowaną włóczkę itd :) Jeśli też Wam się podoba, koniecznie zajrzyjcie do linku pod zdjęciem. Taka czapka na pewno ucieszy osoby, które marzną zimą, podobnie dobrym pomysłem może być szalik, na który również są setki wzorów w Internecie.
  
8. Kosmetyki domowej roboty
źródło: http://pl.dawanda.com/product/57646195-Scrub-do-ciala
Jeśli chodzi o własne kosmetyki, sama robiłam jedynie balsamy do ust i olejki do paznokci, jednak możliwości są niezliczone. Jeśli nie czujecie się na siłach, zapraszam do sklepiku Craft&Beauty - link pod zdjęciem, jednak można spróbować zrobić takie produkty samemu. Sporo przepisów i tutoriali znajdziecie np. na blogu Smyka, jednej z właścicielek Craft&Beauty, o TU.
  
Cóż, właściwie to tyle, jeśli chodzi o moje pomysły na własnoręcznie wykonywane prezenty. Chętnie poczytam o Waszych! :)

niedziela, 15 września 2013

Cleanic na każdą okazję - waciki, patyczki, chusteczki i więcej chusteczek

Jakiś czas temu zostałam wyposażona w cały zestaw różnego rodzaju kosmetycznych akcesoriów marki Cleanic. Były tu waciki, patyczki do uszu, kilka rodzajów chusteczek, z założenia taka letnia wyprawka na wyjazdy. W sumie zamysł świetny, bo są rzeczy, które zawsze wolimy mieć przy sobie, niekoniecznie w wielkiej pełnowymiarowej wersji, a taki zestaw okazał się praktyczny! Same zobaczcie:
  
  
Zawartość pudełka to:
+ płatki kosmetyczne
+ 2x dezodorant w chusteczce
+ 2x chusteczki nawilżane
+ chusteczki do demakijażu
+ chusteczki do higieny intymnej
+ patyczki do uszu
  
Napiszę parę słów o każdym składniku :)
  
  
Waciki, bądź też płatki kosmetyczne, to małe opakowanie zawierające 30 sztuk. Waciki nie są najlepszymi, jakich używałam, ale są przyzwoite - nie rozdzielają się, choć nie są w żaden sposób złączone na brzegach (a wg mnie powinny być ;)), są grube i dobrze chłoną. Rozmiar mają raczej standardowy, a ich fakturze nie mam nic do zarzucenia - są miękkie i gładkie, nie drapią, jak niektóre tego typu produkty ;)
  
  
Te cudeńka są niezłym zaskoczeniem dla mnie. Nie pocę się nadmiernie, ale dezodorant muszę mieć naprawdę skuteczny, żeby czuć się pewnie przez cały dzień. Właściwie to mam jeden sprawdzony, do którego zawsze wracam, a po tych nie spodziewałam się niczego dobrego. Okazały się rewelacyjne. Pachną ładnie i naprawdę działają - ochrona 12h to nie ściema :) Jedyną wadą jest strrrasznie nieprzyjemne uczucie na dłoniach po użyciu - takie, jakby psiknąć sobie dezodorantem pudrowym w spray'u, mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Tak czy owak, do tych chusteczek na pewno powrócę, osobiście wolę wersję Fresh.
  
  
Chusteczki nawilżane zawsze mam przy sobie. Te nie różnią się specjalnie o wielu innych marek, jedyna odmienna cecha to zapach - obie pachną intensywnie i charakterystycznie. Do mnie o wiele bardziej przemawia wersja Clean & Chic, ale w obu przypadkach słyszałam pytanie "Ooo, czym pachniesz?" ;) Opakowania są w porządku, choć jeśli zbyt długo nosimy je w torebce, ryzykujemy, że plastikowe zamknięcie prędzej czy później się odklei, a chusteczki zwyczajnie wyschną - ale tak chyba jest w każdym przypadku tego typu chusteczek?
 
   
Chusteczki do demakijażu mnie niestety rozczarowały. Myślę, że równie dobrze mogłabym zmywać makijaż zwykłymi chusteczkami nawilżanymi, co czasami w ekstremalnych warunkach mi się zdarzało. O ile z delikatnym pudrem czy cieniami sobie radzą, o tyle mocniejszy tusz czy liner, o trwałej szmince nie wspominając, zwyczajnie przerastają ich możliwości. Te chusteczki bardziej rozmazują tego typu makijaż zamiast faktycznie go zmywać. Niestety akurat tego produktu nie polecam!
   
   
Tu dla niektórych może temat tabu, a uważam, że nie powinno tak być - higiena intymna, konkretnie chusteczki do higieny intymnej. Przyznam szczerze, że wyjeżdżając na jakikolwiek wyjazd nie pakuję do kosmetyczki tego typu produktów, po prostu ze względu na oszczędność miejsca. Wolę przez te kilka dni użyć żelu pod prysznic czy czegoś do mycia twarzy. Wiadomo jednak, że warto stosować rzeczy do tego celu stworzone, więc mała paczka chusteczek do higieny intymnej, które faktycznie odświeżają i zapewniają komfort to dobry wynalazek. Nie zajmuje dużo miejsca, a poprawia samopoczucie ;)
   
 
I ostatni produkt z paczki - profilowane patyczki do uszu. Tu powinno nastąpić kolejne wyznanie z mojej strony - mam manię czyszczenia uszu. Prędzej zapomnę o wieczornym myciu zębów niż czyszczeniu uszu. Wiem, że patyczki nie są wg niektórych najzdrowsze, ale uważam, że to kwestia umiejętnego ich stosowania. Te patyczki wyjątkowo przypadły mi do gustu - jedna ich strona jest profilowana (dokładnie widać na obrazku na pudełku), co pozwala na dokładne wybranie czegokolwiek z uszu. Wg mnie wręcz obie końcówki powinny być takie :) Te patyczki również na stałe zagoszczą w mojej łazience.
   
  
To byłoby tyle, jeżeli chodzi o letnie produkty Cleanic. Miałyście okazję używać któregoś nich? Lubicie tego typu różne chusteczki i akcesoria higieniczne?

środa, 17 lipca 2013

Azjatyckie akcesoriowe zakupy

Już kiedyś pisałam Wam o sklepie BuyInCoins.com, w którym co jakiś czas robię zakupy. Kupuję tam głównie tanie pierdółki, bo wydaję na nie grosze, a za przesyłkę nie płacę - z jakiegoś tajemniczego powodu przesyłki z Hong Kongu zwykle są do Polski darmowe ;)
Także i tym razem skusiłam się na małe zamówienie pierdółek, głównie do paznokci:
    
  
Na całą przesyłkę wydałam 7$, czyli około 21zł. Zobaczmy, co znalazło się w moim koszyku :)
  
  
Po pierwsze, zamówiłam coś, co wołało mnie od dawna - maleńki kieszonkowy pilniczek, który możemy złożyć bez obaw, że zniszczy nam coś w kosmetyczce. Ma on kilka powierzchni o różnej fakturze, są tu pilniczki i polerki, w sam raz na nagłe wypadki ułamania pazurka "w drodze" ;) Akurat ten zakup uważam za bardzo udany :)
  
  
Kolejne są pisaki-zmywacze do paznokci, cena dotyczy jednej sztuki. Ich plus polega na tym, że wlewamy do środka swój ulubiony zmywacz i możemy go napełniać do woli. Do każdego pisaka dołączane są trzy zapasowe końcówki, więc tym bardziej na plus :) Tego zakupu również ani trochę nie żałuję :)
  
  
Te szczoteczki z kolei "ani mnie ziębią, ani grzeją" - po prostu nic specjalnego. Cena dotyczy pary. Szczoteczki są maleńkie, bardziej nadawałyby się chyba do mycia zębów niż paznokci, ale niech już będą ;) Są też niestety średnio wygodne, bo trudno chwycić porządnie te malutkie uchwyty. 
  
  
Tę miseczkę zamówiłam z nadzieją, że będę w niej moczyć pazurki w ciepłej oliwie. Niestety, jak dotąd nie miałam okazji, bo zawsze są ważniejsze rzeczy do zrobienia... Trudno mi więc na razie mówić o jej funkcjonalności, ale mam nadzieję, że jeszcze mi się przyda :) Teraz mogę napisać tylko tyle, że dłoń wygodnie na niej leży.
  
  
Myjka to z kolei totalny niewypał. Jest kompletnie bez objętości, normalnie myjki składają się z 5x większej ilości tej siateczki. Ta niestety nawet nie spieni porządnie żelu pod prysznic, dla mnie porażka. Wolę używać mojej starej postrzępionej myjki niż tego...
  
  
Ostatni zakup to ręcznik do włosów z mikrofibry. Uszyty jest tak, żeby łatwo można było w niego zawinąć włosy po umyciu. Ma swoje plusy i minusy... Faktycznie łatwo zawinąć włosy w turban, jednak przy włosach o długości moich zaczyna się robić to problematyczne - trzeba końcówki trochę podwinąć. Turban taki dobrze utrzymuje włosy, ale nie wysusza ich - lepiej schną zawinięte w zwykły ręcznik, poza tym woda strasznie cieknie po twarzy, szyi, karku... Można więc powiedzieć, że nadaje się na chwilę - po wyjściu z kąpieli, zanim zdążymy wytrzeć czy wysuszyć włosy inaczej. Może się nadać także do zabezpieczania pościeli przy olejowaniu włosów.
  
Jeżeli byłybyście zainteresowane zakupami w tym sklepie, możecie skosić mały rabat - 5 albo 10%, nie jestem pewna... - jeżeli przy zamówieniu wpiszecie mój nick "Orlica91" jako "Recommender". W sklepie BuyInCoins.com znajdziecie chyba wszystkie możliwe pierdółki, warto zajrzeć, zwłaszcza, jeśli lubicie biżuterię czy tego typu akcesoria ;)
  
Jak Wam się podobają takie pierdółkowe zakupy? Wolicie wydać więcej pieniędzy na porządne akcesoria czy może lubicie eksperymentować z "tanizną" tak jak ja? ;)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Co pachnie w moim pokoju?

Pewnie już nieraz wspominałam, że uwielbiam pachnące gadżety, które dodają "klimatu" mojemu małemu pokojowi. Wypróbowałam już chyba wszystkie tego typu "sprzęty", poza tymi elektrycznymi - wszelkim rozpylaczom i innym wtyczkom mówię stanowcze NIE! ;) Stawiam na bardziej tradycyjne metody rozprzestrzeniania zapachu. A jakie? Poczytajcie :)
  
  
Przede wszystkim świece. Są one najłatwiej dostępne, a przy tym przyjemne w używaniu - to je palę najczęściej :) Przyznam szczerze, że nie rozumiem fenomenu średniej wielkości świec za kilkadziesiąt złotych. Za swoją najdroższą dałam chyba 12zł i to w zupełności wystarcza ;) Przetestowałam już różne świece z tych niższych półek cenowych i nikogo chyba nie zaskoczę, że zdecydowanie najlepsze są biedronkowe LaRissy. Kosztują 4-5zł, mają duży wybór zapachów, pięknie pachną i dobrze się palą, a do tego łatwo je kupić. Czego chcieć więcej? :) Próbowałam też między innymi świec Aurelia za ok. 7zł - tutaj były bardzo duże różnice w jakości i zapachu poszczególnych świec, ale mają one jedną wspólną cechę - nie topi się cały wosk (pozostaje on przy brzegach), często zdarza się, że knot się kruszy i zatapia. Nie mam na nie nerwów i pewnie więcej nie kupię ;) Największą świecę na tym zdjęciu kupiłam z okazji jakiejś tematycznej akcji w Biedronce, za 11 albo 12zł. Firma to Oriental Spa, świeca pachnie ślicznie i bardzo intensywnie, trzymam ją na wyjątkowo chandrowe wieczory ;) Mam wersję "Cytrusy i jaśmin" i to była chyba jedyna, która pachniała dobrze z tej serii ;) Plus za to, że jest zamykana, więc zapach nie wietrzeje.
  
  
Drugi mój sposób to olejki i różnego rodzaju kompozycje zapachowe. Nie mam ulubionej marki, więc tutaj niewiele Wam powiem, ale są niektóre zapachy, które w ciągu nocy potrafią wyleczyć z potężnego kataru (mięta, eukaliptus) i takie, które momentalnie poprawiają humor (w moim przypadku to cytrusowe i leśne zapachy). Aromaterapia to bardzo ciekawa sprawa, choć przyznam, że nigdy nie zainteresowałam się nią na tyle, żeby zgłębić jej tajniki, znam podstawy ;) Olejki tego typu palimy w ten sposób, że dolewamy parę ich kropel do wody w kominku zapachowym, a pod spód kładziemy podgrzewacz. Jeśli nie wiecie, o co dokładnie chodzi, pokażę mój nowy nabytek - właśnie kominek zapachowy, bo stary już nie nadążał ;)
  
  
Ten wygląda jak kubek, ale to taki psikus tylko, jest wiele rodzajów i wzorów kominków :) Na górze mamy płytkie wgłębienie, gdzie nalewamy wody z olejkiem, a podgrzewacz wkładamy do środka. Nic skomplikowanego, żadnej alchemii ;) Ten kominek kupiłam w tanim sklepie typu "Wszystko po Xzł", kosztował niecałe 8zł. 
Poza olejkami, możemy palić w nim również woski:
  
  
Chodzi oczywiście o woski Yankee Candle. O nich pewnie już słyszałyście, bo to ostatnio modny temat w blogosferze ;) Ja dopiero zaczynam je testować, dostałam w prezencie od Sabbathy kilka kawałków różnych wosków i jeden cały. Czekam też na moje własne zamówienie - z okazji Dnia Darmowej Dostawy zamówiłam sobie aż jeden wosk na próbę ;) Używa się ich na podobnej zasadzie co olejków - kładziemy kawałeczek wosku (w żadnym wypadku nie cały!) na górze kominka, nie dodajemy wody, tylko podkładamy podgrzewacz. Wosk topi się, wydzielając piękny i intensywny zapach. Po pół godziny gasimy płomyk i cieszymy się zapachem. Jeden kawałek wosku można topić trzy i więcej razy, póki pachnie ;) Muszę przyznać, że bardzo mi odpowiada ta forma "pachnienia pokoju", choć denerwuje mnie, że mam zablokowany kominek, póki kawałeczek wosku jeszcze pachnie ;) Podobno można je bez szwanku wyjmować z kominka, ale jeszcze nie próbowałam.
  
  
Możemy również palić zapachowe podgrzewacze. Jest to kiepski pomysł w przypadku kominka, kiedy zapach podgrzewacza kłóciłby się z olejkiem lub woskiem, ale lubię te je zapalić kiedy mam ochotę na konkretny zapach, a nie mam takiej świecy - albo mam i nie chcę na chwilę napoczynać ;) Tutaj również bardzo wybijają się podgrzewacze z Biedronki, LaRissa. Pachną intensywnie i naprawdę ładnie, są tanie i łatwo dostępne. Z tej samej półki zapachowej są podgrzewacze z Lidla, Adritt, ale one nawet do knota nie dorastają tamtym ;) Zapachy są średnie i nietrwałe, choć można trafić na jakieś ciekawe - jak np. irys, jak widzicie na zdjęciu. 
   
  
Do nadawania zapachu pomieszczeniu służą też kadzidełka. Swego czasu je uwielbiałam, ale chyba mi zbrzydły, teraz prawie ich nie używam. Ich zapach jest dla mnie zbyt duszący. Jeśli jednak już mnie najdzie ochota na kadzidełko, najczęściej wybieram firmę Hem - nie są może najtańsze, ale zdecydowanie najlepsze moim zdaniem. Aktualnie leżą i wietrzeją, ale regularnie podsuwam któreś opakowanie Ukochanemu - obecnie on lubi je znacznie bardziej niż ja ;)
     
A co pachnie u Was? Może możecie mi polecić coś ciekawego do wypróbowania? :)

wtorek, 20 listopada 2012

Jesienno-zimowe zakupy odzieżowo-dodatkowe

W ciągu ostatniego miesiąca poczyniłam kilka zakupów z nastawieniem na coraz chłodniejsze dni :) Pokazywałam Wam już nowe buty na zimę, czas dzisiaj na pozostałe łupy - ubrania i dodatki ;)

Bez zbędnych wstępów, najpierw kolczyki:
  
  
Kupiłam je zaraz po odebraniu mojej wygranej karty upominkowej z Rossmanna :D Jak łatwo się domyślić, dorwałam je właśnie w Rossmannie i z miejsca się zakochałam, są po prostu urocze ;) Marka to Accessories, kosztowały niecałe 18zł. I co ważne - nie podrażniają mi uszu, jak to ostatnio czynią niemal każde kolczyki... -.- Są lekkie i naprawdę dziewczęce ;)
  
Kolejny kolczyk to zupełnie inna bajka...
 
  
Czasem mam jeszcze przebłyski i odzywa się we mnie mhroczna nastoletnia Orlica, która uwielbiała takie błyskotki ;) Ten jakże przyjazny smok pochodzi ze sklepu BornPrettyStore.com, dokładnie STĄD (klik). Kosztuje poniżej 10zł, przesyłka jest darmowa - uroki sklepów azjatyckich ;) Bardzo mi się podoba, ale są dwie wady - nie ma zatyczki (może to wina mojego egzemplarza ;)) i łatwo spada z ucha. Moje uszyska są dość spore, a kolczyk jest chyba azjatyckich rozmiarów, bo średnio leży, muszę wręcz na siłę wpychać ucho w odpowiednie miejsce, choć brzmi to dziwnie. Mam też tego rodzaju nausznicę z wężem, służy mi o wiele lepiej, dobrze się trzyma i chyba jest ładniejsza ;)
  
No i przechodzimy do ciuchów ;)
   
  
Lubicie oglądać lumpeksowe łowy, prawda? To jeden z moich ostatnich :) Mam ostatnio słabość do takich jasnych ciuchów, delikatnych i kobiecych, dlatego ten sweterek szybko mnie do siebie przekonał. Marki Flash Nights co prawda nie kojarzę, ale jestem tylko blogerką kosmetyczną, nie modową ;) Sweterek kosztował mnie 10zł, jest idealnym stanie, ładnie leży, choć jeszcze nie miałam okazji go założyć ;)
  
I drugi lumpeksowy łup:
  
  
Tym razem jasnobeżowa tunika z drewnianymi guziczkami. Gdybym miała więcej odwagi, pewnie nosiłabym ją jako sukienkę ;) Na metce jest marka Young Canda, ale to znowu nazwa, która nic mi nie mówi - och ja głupia ;) Tunika również kosztowała 10zł. Nosiłam ją i bardzo mi się podoba w połączeniu z czarnym długim kardiganem - jest ciepło i ładnie ;) Naprawdę dobrze się w niej czuję, więc zakup zdecydowanie udany wg mnie :)
  
I ostatni łup...:
  
  
Te spodnie były dla mnie wybawieniem. Po diecie schudłam na tyle skutecznie, że moje "nowe" rurki, które kupiłam, kiedy w nic innego się nie mieściłam, zaczęły leżeć na mnie jak spodnie MC Hammera. Wszystkie pozostałe ze "szczuplejszych czasów" podobnie - wszystko na mnie wisiało, a ja nie miałam kasy na nowe spodnie! Na szczęście wtedy mama dostała te spodnie od znajomej, której nie pasują, i od razu przekazała mi. Pomyślałam "Uuu, 36, wejdę...?" - ale weszłam! Ba, okazały się leżeć idealnie :) Bardzo mi się podobają, zwłaszcza te specyficzne hafty na tylnych kieszeniach. Spodnie są marki Cubus, nie mam pojęcia, ile kosztowały ;)
   
A jak Wasze przygotowania do chłodów? Ciepłe ubrania zgromadzone, zapasy uzupełnione? :) 

niedziela, 11 listopada 2012

Tangle Teezer? Mam i ja!

Jeszcze nie tak dawno temu upierałam się, że pewnego rodzaju kosmetyczne gadżety, jak Tangle Teezer, Beauty Blender itd., są mi zdecydowanie zbędne. Ostatnio jednak zaczęłam mięknąć w pierwszym przypadku i w końcu zapragnęłam wypróbować tej magicznej szczotki, Tangle Teezera ;) Może to kwestia narastającego włosomaniactwa albo coraz to nowych pozytywnych recenzji na jej temat, ale cóż, Tangle Teezer w końcu wylądował w moich łapkach :)
  
  
Szczotka u polskiego dystrybutora dostępna jest w oficjalnym sklepie internetowym Tangle Teezer (KLIK). Mój model, czyli Salon Elite w kolorze Posh Purple (no bo w jakim innym ;)) kosztował 55zł. Szczotka ta została właśnie nagrodzona w plebiscycie magazynu "InStyle" Best Beauty Buys 2012. Jest to właściwie najbardziej podstawowa i uniwersalna wersja - dostępne są też kompaktowe, specjalne do mokrych włosów itd.
Producent obiecuje, że Tangle Teezer Salon Elite doskonale radzi sobie z rozczesywaniem zarówno mokrych, jak i suchych włosów, nie szarpie, nie wyrywa, nie elektryzuje. Czy to prawda?
  
  
Przyznaję, że byłam nieco zaskoczona, ale tak, to prawda! Szczotka naszpikowana jest "igiełkami" o dwóch długościach, dzięki czemu naprawdę skutecznie rozczesuje włosy - i mokre, i suche. Nie ma mowy o szarpaniu czy wyrywaniu, bo jest przy tym naprawdę delikatna, a te "igiełki" fundują nam niezły masaż skalpu ;) Muszę tylko zauważyć, że z początku trudno było mi tę szczotkę opanować, bo piękne rozczesywała włosy z wierzchu, a te "głębiej" nadal pozostawały skołtunione. Jak wiecie, mam tych włosów mało, więc zdziwiło mnie to, że i tak szczotka nie obejmuje ich wszystkich, ale ostatecznie nabrałam wprawy w posługiwaniu się nią i już rozczesuję się cała bez problemów ;)
Ciekawostką jest fakt, że dzięki tej szczotce pierwszy raz w życiu doświadczyłam... czesania przez Ukochanego! ^^ Pochwaliłam mu się nowym nabytkiem, wziął go do ręki, uznał, że leży idealnie i po prostu zaczął mnie z zapamiętaniem czesać :D Co z resztą jest zrozumiałe, bo po pierwsze - szczotka naprawdę idealnie leży w dłoni, a po drugie - sama przez pierwsze kilka dni czesałam się jak szalona ;)
  
  
Jeśli kusi Was ta szczotka i liczyłyście, że moja recenzja Was zniechęci - przykro mi, nie ma mowy! 
Szczotka jest świetna, nie wiem, jak wcześniej mogłam używać innych ;) Zdecydowanie ją polecam!
Dodam też w tajemnicy - nie mówcie nikomu! - że niedługo będziecie miały okazję ją zdobyć! Nie ten model, ale i tak obiecuję Wam, że będzie o co walczyć ;)
  
Macie Tangle Teezera? Należycie już do jego wyznawczyń, a może jesteście sceptyczne, jak ja byłam? ;)

środa, 24 października 2012

Maseczka do twarzy w... tabletce?

Na dziś mam dla Was krótki post z kategorii "Ciekawostki" ;)
Słyszałyście o maseczkach w tabletkach? Pokazywałam je jakiś czas temu i wiele z Was było nimi zaintrygowane, więc dziś pokrótce przybliżę co to takiego :)
  
  
Jak widzicie, wygląda to jak cukierek, w żadnym wypadku nie jak maseczka. Zafoliowany biały krążek, jakieś chińskie dziwadło ;) Oczywiście od razu się rzucamy i rozrywamy opakowanie:
  
  
Żeby z tego małego badziewia zrobić maseczkę potrzebujemy kilku rzeczy:
  
  
... czyli samej tabletki, jakiegoś małego pojemniczka - u mnie najlepiej sprawdziła się zwykła nakrętka od butelki - oraz coś do nasączenia maseczki. Może to być hydrolat czy jakiś napar ziołowy, byle miało jakieś dobre działanie dla cery :) Płynu nalewamy do nakrętki do pełna, wtedy wrzucamy też tabletkę...
  
  
Wybaczcie słabą jakość filmiku, inaczej nagrać nie mogłam, a koniecznie chciałam pokazać, jak to wygląda ;) Jeśli nie możecie go z jakiegoś powodu odtworzyć, streszczę Wam fabułę :P Po wrzuceniu tabletki do płynu, w ciągu sekundy tabletka wchłania wszystko i pęcznieje. Teraz możemy ją rozłożyć i otrzymujemy takie coś:
  
  
Od razu staje mi przed oczami dość schizowy film "Skóra, w której żyję" - widziałyście? ;)
Nakładamy to cudo na twarz i trzymamy, póki jest mokre, chyba, że znudzi nam się wcześniej.
Możemy też wyjść z maseczką na miasto i straszyć - jak znalazł na Halloween, nie sądzicie?
  
  
Maseczki takie możecie kupić na eBay'u za grosze. Sama niedługo będę zamawiać nową porcję :)
Przykładowe aukcje: 10 sztuk, 30 sztuk, 50 sztuk, 100 sztuk.
Wygląda na to, że najbardziej opłaca się kupować większe ilości.
  
Skusiłybyście się na takie cudo czy może to zbędny dla Was gadżet? :)

wtorek, 17 lipca 2012

Trochę nowych niekosmetycznych łupów...

Nie samymi kosmetykami żyje człowiek, prawda? Nawet bloggerka kosmetyczna ;)
Dlatego dziś chciałabym Wam pokazać kilka ciekawych niekosmetycznych rzeczy, które ostatnio znalazły u mnie domek. Spora część z nich pochodzi z wymiany - pozbyłam się nieco zalegających kosmetyków i zbyt małych ubrań, z czego bardzo się cieszę. Kupiłam też ciut dla własnej przyjemności (a co, czasem mogę!) i zrobiłam sobie parę błyszczących drobiazgów...

A więc po kolei... a właściwie od końca ;)
  
  
Te kolczyki, jak łatwo się domyślić, zrobiłam sobie sama. Kiedy robiłam lakierowe naszyjniki, kupiłam też jeden komplet półproduktów do zrobienia kolczyków - leżały aż do teraz. Właściwie co chwila próbowałam zrobić naszyjnik albo pierścionek dla siebie, a koniec końców zawsze i tak uznawałam, że coś mi w danym oczku nie pasuje i puszczałam w świat. Wreszcie jednak udało mi się zrobić coś, z czego jestem w pełni zadowolona w kategorii "Będę nosić" ;) Te kolczyki wyczarowałam z lakierów Golden Rose Scales Effect - 13 i Essence - Choose me. Na żywo są bardziej turkusowe niż niebieskie ;) W przyszłości planuję pokombinować z takimi kolczykami dalej, ale na razie brak mi półproduktów i funduszy na nie...
  
  
Tutaj z kolei mamy dość przypadkowy zakup - weszłam do marketu dla zabicia czasu (czekałam na kogoś) i przechodząc między półkami trafiłam na szafkę z takimi zapachowymi świecami. Kosztowały 5,19zł i spośród kilku wersji wybrałam dwie - zieloną herbatę i bez, jedne z moich ukochanych zapachów. Zielonej herbaty co prawda raczej bym nie rozpoznała, ale pachnie ładnie ;) Bez za to jest rozpoznawalny, co bardzo mnie cieszy :) Plusem tych świeczek jest też to, że etykiety są foliowe, nie papierowe, więc bez problemu je można odkleić i cieszyć się szklanymi naczyniami i użyć ich choćby jako świeczników ;)
Przy okazji uświadomiłam sobie, jakie imię nadam drugiej córce, jeśli takowa mi się trafi :P Pierwszą na pewno nazwę Wiktoria - uwielbiam to imię, ale... Aurelia będzie następna ;)
  
Teraz słów parę o wymiankach:
  
  
Tę torebkę dostałam w zamian za parę kosmetyków. Od dawna szukałam takiej z gobelinowym wzorem, ale z czarną oprawą - wszędzie tylko beże... Jest bardzo wygodna i dość pojemna, choć minimalnie za mała na zmieszczenie formatu A4. Trzeba dodać, że jest bardzo solidna - mogłabym w niej przenosić cegły ;) Wolę jednak nosić w niej kalendarz, Kindle'a, kosmetyki... Czy ktoś mi się dziwi? ;)
  
  
Te dwie bluzeczki dostałam w zamian za inne ciuchy, które zalegały mi w szafie. Podoba mi się zwłaszcza druga, pudrowa bluzeczka Atmosphere z rękawem 3/4. W pierwszej podoba mi się przede wszystkim wzór, ale to też już chyba tu nikogo nie dziwi ;)
  
 
  

Od dawna też chciałam sobie sprawić body - nie nosiłam ich od czasów niemowlęcych, a strasznie byłam ciekawa, czy jest to wygodne itd. To body dostałam od tej samej osoby co pudrową bluzkę Atmosphere i była to udana wymiana, mimo małej nieścisłości ;) Body okazało się bardzo wygodne! Przyznam, że w upały chodziłam po domu tylko w nim i byłam z tego powodu naprawdę zadowolona ;) Teraz zastanawiam się, gdzie upoluję ładną elegancką koszulę z body, najlepiej także z żabotem - zależy mi czymś takim na egzaminy i inne "odświętne" okazje - wyglądam zawsze jak sierota z koszulą na spodniach, a ze spodni mi wyłazi ;) Znacie sklep, gdzie dostanę coś takiego w przyjemnej dla portfela cenie?
   



   
Przy okazji włosowego posta, napisałam Wam, że zamówiłam na Allegro trochę włosowych pierdół. Za paczkę o powyższej zawartości zapłaciłam 25zł. Po przetestowaniu każdej z tych rzeczy, wyceniam ją na 4zł - po złotówce za każde opakowanie gumeczek i wsuwki. Niestety tzw. hairagami okazały się nie do włosów, a do dupy - bo nic się nie da z nimi zrobić. To większe, bardziej charakterystyczne, skręca się sekundę po rozprostowaniu i jeszcze ani razu nie udało mi się zrobić z tym koka - nie mówiąc już o porządnym koku. Te plastikowe, pakowane po dwa, nie dają się za to zamknąć - mają tzw. kulkowe zapięcie, które zapinać daje radę tylko mój ojciec - nie ma szans, żeby udało się zapiąć je na sobie, w dodatku bez rozwalania fryzury, trzeba by było włożyć w to naprawdę duuużo siły. Nie wspomnę już o tym, że i tak nie trzyma włosów. Gumeczki i wsuwki są OK, ale co mogłoby z nimi być nie tak? Albo nie pytam, bo pewnie coś by się znalazło... Niby nie straciłam dużo pieniędzy, a i tak jestem na siebie zła. Pozostaje mi poczekać aż włosy trochę podrosną i spróbować znowu koka na skarpecie... 
  
A jakie ciekawe rzeczy Wam ostatnio przybyły? Kupiłyście coś ładnego?
A może dostałyście w prezencie jakiś drobiazg? Opowiedzcie :)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Nowy domek dla cieni Kobo - małe DIY

W końcu zaczęły mnie wkurzać walające mi się wszędzie pojedyncze cienie... Trudno w nich zachować porządek, zajmują sporo miejsca, gubią się... Ale nigdy więcej ;)
  
  
Tak, tak, zaserwowałam moim Kobowym dzieciom nowy domek :D Od kilku dni trzymam ciągle paletkę pod ręką i patrzę na nią z dumą ^^ A jak do tego doszło?
Otóż dawno, dawno temu...
  
  
Były sobie biedne pojedyncze cienie Kobo, które bardzo chciały zamieszkać razem ;)
Najpierw trzeba je było więc eksmitować z dotychczasowych domków. Z wkładami, tymi w bezbarwnych plastikowych opakowaniach, nie było problemu, wystarczyło je stamtąd wyjąć. Podobnie było z cieniami w podwójnych paletkach - były zamocowane na magnesiki (a paletki kiedyś mi się jeszcze przydadzą). Najgorszej było z tymi jedynkami, które mieszkały w solidnych czarnych opakowaniach. Najpierw było trzeba je brutalnie rozwalić, odrywając dolną część, żeby móc dotrzeć do warstwy plastiku bezpośrednio pod cieniem. Wtedy w ruch poszła zapalniczka i chwilę podgrzałam od dołu każdy cień - to po parunastu sekundach pozwoliło na swobodne podważenie cieni i odklejenie ich - klej pod wpływem ciepła zmiękł i odpuścił ;) Teraz biedne sierotki czekały na nowy domek.
  
  
A domek wyglądał tak. To zwyczajna, niemagnetyczna paletka z aluminiowymi podkładkami pod cienie. Zamówiłam ją w osławionym już na forum sklepie www.buyincoins.com ;) Już myślałam, że zaginęła gdzieś w świecie, bo czekałam na nią ponad miesiąc. 
  
  
Te aluminiowe pierdółki były tylko powkładane w okrągłe luki w paletce - ani przyklejone ani wciśnięte - po prostu luźno leżały, poza tym wg mnie były one do niczego, chyba, że chciało się kombinować własne cienie. Teoretycznie każda z tych "dziur" ma 26mm - tyle, ile większość cieni do powiek - Kobo, Inglot itd. Jednak są one dość luźne, więc cienie wypadałyby z nich. Trzeba więc było dodać tej paletce nieco magnetycznej mocy ;)
   
  
Chwyciłam więc klej, spory magnes na samochód, który kiedyś dostałam w ramach jakiejś promocji, oraz nożyczki. Można też kupić folię magnetyczną, ale po co narażać się na niepotrzebne wydatki, skoro w większości domów na lodówkach wiszą jakieś zbędne reklamowe magnesy ;)
  
   
Wystarczyło więc pociąć ten magnes na kawałki - nieważne, czy będą one kształtne, byle mieściły się w tych lukach i były na tyle duże, żeby utrzymać solidnie cień :) Bierzemy klej i umieszczamy każdy kawałeczek w luce na cień :)
  
   
Teraz rozklejamy palce (ćśśś :P), czekamy, aż klej porządnie wyschnie i sklei, a potem z wielką radością umieszczamy w paletce nasze cienie - dobrze dla nas, jeśli wcześniej nakleimy na ich spód karteczki z nazwami cieni, kiedyś się przydadzą ;) Moje Kobosie rozgościły się o tak:
  
  
Cieszymy przez chwilę oko nową paletkę, po czym kierujemy się do Ukochanego, mamy, siostry lub kogokolwiek i marudzimy "Zrobiłam sobie taką śliczną paletkę na cienie do powiek! Tylko jest problem, bo jest w niej aż 5 wolnych miejsc! I co ja mam teraz zrobić...?" ;)
   
I jeszcze bonusik:
  
  
Smętne cmentarzysko starych opakowań cieni ;) Kojarzą mi się ze skorupkami zjedzonych małży :P

Od razu zamówiłam dwie kolejne paletki. Jedną myślę, że zrobię dla siebie - pokombinuję tak, żeby nie było luk, tylko cała powierzchnia z magnesem, dla innych cieni, np. prostokątnych Catrice. Drugą może zrobię dla kogoś, bo jestem pewna, że w Polsce, gdzie GlamBoxy są tak drogie, ktoś skusi się na moją wersję - uproszczoną, ale na swój sposób ładną ;)

Jak Wam się taka paletka podoba? Chciałybyście taką czy wolałybyście wydać więcej na GlamBoxa? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...