Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kremy do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kremy do ciała. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 maja 2014

Love 2 Mix Organic - Kojący krem do ciała Mięta i Lawenda

Daaawno, bardzo dawno już nie pisałam o żadnym smarowidle do ciała, bo prawie ich ostatnio nie używam. Wiem, że powinnam, bo między innymi przez brak odpowiedniego nawilżenia skóry nabawiłam się rozstępów, ale i tak na lato uznałam, że czas jednak zacząć coś znowu stosować na całe ciało. Sięgnęłam o mazidło, które nęciło mnie z szafki zapachem już od dłuższego czasu - kojący krem do ciała o zapachu mięty i lawendy rosyjskiej marki Love 2 Mix Organic. Czy spełnił moje oczekiwania?
  

Opis dystrybutora:
  
Gdzie i za ile: SkarbySyberii.pl, 19,90zł / 250ml
Od razu również wspomnę, że w tej chwili, do 25 maja, trwa promocja z okazji Dnia Matki - przy zamówieniu powyżej 50zł jest darmowa dostawa, ponadto na kod "Mama" otrzymujemy 10% zniżki na cały asortyment :)
  
Skład:
  
Moja opinia:
Krem otrzymujemy w wygodnym czarno-białym plastikowym słoiku, o naprawdę ładnym designie, dość minimalistycznym, ze zdjęciami mięty i lawendy, co nie pozostawia wątpliwości co do zapachu. Lubię też tę formę opakowania, bo pozwala zużyć kosmetyk do końca, dobrze wygląda na półce i wygodnie się je otwiera. Dodatkowym atutem jest plastikowa osłonka, dzięki której krem nie ląduje na samej zakrętce. 
 
 
Nie muszę chyba mówić, że podstawową zaletą jest jednak zapach. Uwielbiam ziołowe zapachy, z miętą i lawendą na czele, a chyba jeszcze nigdy nie miałam ich w połączeniu. Pachnie cudnie, jednak zdecydowanie jest to produkt na noc, bo jest niesamowicie kojący, uspokajający, idealnie, żeby się nieco schłodzić i utulić do snu po ciężkim dniu :)
  
  
Konsystencja kremu sprawia, że lepszym określeniem byłoby "masło". Jest gęsty i bardzo treściwy, dobrze się rozsmarowuje. Niestety towarzyszącą temu wadą jest to, że zostawia lekko tłustą warstwę i wolno się wchłania, a tego naprawdę nie lubię... Muszę jednak przyznać, że nawilżenie, jakie zapewnia, jest co najmniej zadowalające, bo po wieczornym posmarowaniu, efekt jest wyczuwalny na skórze jeszcze rano. Po kilku wieczorach pościel przeszła zapachem mięty i lawendy, co uważam za plus, bo zapach jest naprawdę piękny i idealny do spania w nim ;)
Czy znalazłam jakieś znaczące wady? Wygląda na to, że nie! To już kolejny rosyjski kosmetyk, który mnie zachwycił, więc chyba muszę zainwestować w kolejne ;) Rosjanie dobrze trafiają w moje kosmetyczne potrzeby, pozostaje mi testować kolejne produkty ;) Ten krem zdecydowanie polecam!
  

Lubicie takie ziołowe zapachy? Jakimi nutami lubicie się otaczać do spania? :)

niedziela, 30 czerwca 2013

Love Me Green - Krem do ciała z zieloną herbatą

Na początek kawałek prywaty - skończyłam szkolenie do pracy, pozdawałam wszelkie testy i pozostaje mi podpisać umowę i zarabiać ;) Poza tym w środę mam egzamin licencjacki, więc nadal jestem nim zaabsorbowana, ale już i tak kamień z serca, że choć testami do pracy już nie muszę się martwić - wszystko zdałam z bardzo zadowalającym wynikiem :)
A żebyście nie zapomniały, o czym przede wszystkim jest ten blog, na dziś mam dla Was recenzję... Ba, w dodatku recenzję kosmetyku! Mianowicie kremu do ciała marki Love Me Green. Nie znacie? Nie szkodzi, poczytajcie, a poznacie :)
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: love-me-green.pl, 119,90zł / 200ml
  
Skład:
  
Moja opinia:
Krem do ciała kryje się w przezroczystej butelce z pompką. Bardzo podoba mi się jej design - biała naklejka z zielonymi roślinnymi wzorami wygląda naprawdę zachęcająco :) Dodatkowo sama pompka już stanowi plus. Pompka zresztą jest bardzo praktyczna, bo wydobywa idealną ilość balsamu - dokładnie taką, jakiej potrzeba do posmarowania jednej partii ciała (łydki / uda / brzucha / obu rąk). Krem jest dość gęsty i treściwy, co mi właściwie odpowiada, choć na lato może to być upierdliwe, bo wchłania się dość długo. Zapach ma intensywny, ale nie kojarzy mi się wcale z zieloną herbatą, bardziej właśnie z zieloną kawą i muszę przyznać, że jest to pozytywne skojarzenie, z jakiegoś powodu przywodzi mi na myśl dzieciństwo :)
   
 
Jeśli chodzi o działanie, nie mam w sumie nic do zarzucenia temu kremowi poza tym, że faktycznie mógłby się lepiej wchłaniać. Jest wydajny i gładko rozprowadza się po skórze, zostawia lekki tłusty film, który znika dopiero po jakiejś godzinie. Dodam jeszcze, że zapach również pozostaje długo na skórze. Nawilża jednak prawidłowo, naprawdę skutecznie. Nie czuję tej magii wyszczuplania w nim, ale czego się spodziewać po kremie do ciała? Nawet po kremie za 120zł... Tak, wiem, cena jest co najmniej kosmiczna i prawdę mówiąc, choć krem mi się podoba, nigdy nie dałabym za niego takiej kwoty.
Podsumowując, jest to naprawdę przyzwoity kosmetyk za nieprzyzwoicie wysoką cenę. Jeśli jednak możecie sobie na niego pozwolić, jak najbardziej polecam, wyżej jest link do sklepu, gdzie możecie kupić kosmetyki Love Me Green. Ja mam ich jeszcze kilka, więc możecie liczyć na dalsze recenzje :)
 
   
Znacie markę Love Me Green? Używałyście jakichś kosmetyków z niej?

niedziela, 26 maja 2013

Pharmaceris C - Seria antycellulitowa

Na dziś mam dla Was recenzje dwóch kosmetyków z antycellulitowej serii Pharmaceris. 
Cellulit nigdy nie należał do moich największych "urodowych problemów" - przyznaję otwarcie. Mogłabym określić go słowami "łatwo przyszło, łatwo poszło", bo potrafi mi się utworzyć w krótkim czasie, ale nie opiera się za bardzo, gdy próbuję się go pozbyć. Zazwyczaj wspomagam się wtedy ćwiczeniami i dobrymi specyfikami, tym razem z braku czasu i sił ograniczyłam się tylko do wspomnianych dwóch produktów Pharmaceris. Jesteście ciekawe efektów?
  
    
Myślę, że najczytelniej będzie, gdy podzielę to na dwie osobne recenzje od strony technicznej, a potem opiszę skutki "kuracji" obu kosmetyków jednocześnie, bo przecież nie wiem, który co zrobił, kiedy stosowałam je razem ;)
Zacznijmy od kremu:
   
SKONCENTROWANY KREM-ŻEL ANTYCELLULITOWY O PODWÓJNYM DZIAŁANIU
  




  
Gdzie i za ile: w aptekach, ok. 52zł / 150ml

Moja opinia:
Krem-żel (który dla mnie z jakiegoś powodu jest serum) zamknięty jest w dość małej tubce (zwłaszcza jak za tę cenę!) stawianej na zakrętce. Zamykana jest na zwykły zatrzask, ma dość ładny profesjonalny design.
Samo kremo-żelo-serum ma faktycznie nieco żelową konsystencję i turkusowy kolor, jest dość gęste. Nie wydostanie się samo z tubki, trzeba je wycisnąć. Zapach jest raczej nieokreślony - ładny, świeży, jakby nieco morski i męski, ale nie jest to nic konkretnego. Po posmarowaniu skóry produkt szybko się wchłania, przez chwilkę bardzo delikatnie chłodzi i mrowi, ale jest to tak subtelny efekt, że nie zawsze go czuję. Jest bardzo wydajny.
   
     
DRENUJĄCY PEELING ANTYCELLULITOWY DO MYCIA CIAŁA
   



 
Gdzie i za ile: w aptekach, ok. 32zł / 200ml
 
Moja opinia:
Opakowanie to tuba podobna do tej od kremu-żelu, ale wyższa, mieszcząca 200ml. Cena również jest wysoka, ale trzeba pamiętać, że to kosmetyk apteczny, który ma (podobno ;)) prawo więcej kosztować.
Sam peeling jednoznacznie przypomina mi moje ukochane peelingi do ciała od Lirene - cukrowe ostre drobinki w żelowej bazie, wydajne i dobrze zdzierające, a przy okazji zapewniające świetny masaż przy stosowaniu :) Peeling ten pachnie tak samo jak krem-żel, ma dość rzadką konsystencję, ale nie spływa z dłoni, jest wydajny. Po jego użyciu (stosuję na uda i pupę podczas wieczornej kąpieli) aż czuć, jak pobudza się krążenie, już sam masaż tymi ostrymi kryształkami jest bardzo przyjemny i relaksujący dla mnie. Właściwie to samo mogłabym powiedzieć o peelingach Lirene :)
Chyba nie mam mu nic do zarzucenia w kwestiach technicznych - no, może wolałabym go w słoiczku? ;) Znacie moje spaczenie pt. "Nie lubię tubek" ;)
   
 
OBA KOSMETYKI W DUECIE:
Pisałam Wam, że mojego cellulitu dość łatwo się pozbyć przy ćwiczeniu i dobrym kosmetyku. Pisałam  też, że tym razem etap ćwiczeń ominęłam i byłam ciekawa, jak sprosta temu zadaniu duet Pharmaceris C. Jeszcze miesiąc temu mój cellulit nie był jakiś straszny, ale był widoczny - przynajmniej dla mnie ;) Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że został zredukowany, ale nadal mogę coś tam wypatrzyć. Prawdę powiedziawszy, mając do wyboru ten duet Pharmaceris C w cenie łącznej  84zł, a trio Lirene Stop Cellulit, które łącznie kosztowałoby ok. 43zł, zdecydowanie bardziej stawiam na drugą opcję. Efekty wydawały mi się lepsze, a cena znacznie niższa.
Zainteresowanych zapraszam do recenzji serii Lirene Stop Cellulit (klik).
   
 
Używałyście któregoś z tych kosmetyków? Jak się u Was sprawdziły? 

wtorek, 13 listopada 2012

Isana - Krem do ciała z masłem Shea i Kakao + Wyniki konkursu z Joko!

Wieczory są już chłodne, więc nic nie poprawia nastroju tak jak ciepła kąpiel z ładnie pachnącym żelem, a później wklepanie w ciałko czegoś równie przyjemnego ;) I dzisiaj napiszę co nieco o tym drugim etapie wieczornych przyjemności (trzeci na tym blogu w ogóle pominę, mam nadzieję, że nie macie mi za złe :P). Zapraszam więc do przeczytania moich wypocin na temat popularnego ostatnio kremu do ciała Isany :)
  
  
Opis producenta i skład:
  
   
Gdzie i za ile: Rossmann, 8-10zł / 500ml
  
Moja opinia:
Opakowanie kremu to wielki plastikowy słoik. Nie wygląda zbyt drogo czy elegancko, ale nie jest też brzydki - ot, taki przeciętniaczek w brązowo-białej kolorystyce. Jest jednak przy tym praktyczny, jak to słoik - wystarczy odkręcić, bez męczenia się z wytrząsaniem balsamu, bez wyślizgującej się z dłoni tuby, bez problemów z otwarciem. Poza tym pozwala to na wykończenie kremu do samego końca, bardzo ekonomiczne rozwiązanie ;)
Głównym punktem programu jest oczywiście zawartość ;) Po odkręceniu słoika ukazuje nam się grube "pazłotko", a pod nim... Mmmniam! Budyń czekoladowy! Choć nie radziłabym go jeść ;) Krem ma jaśniuteńko brązową barwę, konsystencję lekko budyniowatą i niesamowicie apetyczny zapach - mnie kojarzy się on właśnie z czekoladowym budyniem! :D Jako ciekawostkę powiem, że spasiony chomik mojej siostry jest gotowy mnie pożreć, gdy czuje na mnie ten zapach :P
   
  
Konsystencja kremu wydaje się lekka, łatwo się rozprowadza, na skórze zostają jednak białe smugi, które nie wchłaniają się tak od razu. Trwa to ze dwie-trzy minutki, a my w tym czasie możemy na przykład umyć zęby ;) Jeśli nam się spieszy - nie szkodzi, możemy się ubrać zanim krem wchłonie się całkowicie, bo nie zostawia białych śladów na ubraniach. Po chwili od posmarowania skóra jest bardzo nawilżona i BARDZO pachnąca. Zapach ulatnia się powoli, ale nawilżenie pozostaje - jestem pod wrażeniem tego efektu, bo to jeden z lepszych nawilżaczy, jakie miałam przyjemność stosować (nie mam przesuszonej skóry).
Uważam, że ten krem jest idealny na zimę - możemy się takim budyniem wymaziać, wskoczyć pod kołdrę i cieszyć się słodkim wieczorem ;) Zdecydowanie polecam, bo to świetny kosmetyk za naprawdę niską cenę :) Cudeńko!
  
  
Macie to albo inne smarowidła, które poprawiają Wam humor, gdy za oknem mróz? :)
  
-------------------------------------------------------------

Czas jeszcze na wyniki konkursu z Joko! 
Ostatecznie z przyczyn losowych zwycięzców wybierałam sama. Zwycięzców? Ano, zwycięzców, ponieważ okazało się, że mamy dodatkową nagrodę do wydania! Przyznam, że ułatwiło mi to sprawę, bo początkowo wybrałam 6 odpowiedzi, nie mogłam spośród nich wybrać jednej. Dwie za to udało się wyłonić :)
Oto one:
  
KrOOpko, Ewalucjo, jeszcze dziś się do Was odezwę :) Gratuluję wygranych, Wasze odpowiedzi rozwaliły mnie na łopatki :D Mam nadzieję, że mogę liczyć na jakieś zdjęcia w Waszych przebraniach? :P
  
Przy okazji ostrzegam - bądźcie czujne, bo lada dzień wystartuje nowy konkurs ;)

wtorek, 23 października 2012

Orly Rich Renewal - Kremy do rąk, stóp i ciała Pucker i Passion

O lakierach Orly słyszał chyba każdy. No, może nie każdy miał je w ręce czy w ogóle widział na żywo, ale nie da się ukryć, że marka jest znana. Sęk w tym, że mało kto wie, że nie ogranicza się ona tylko do lakierów do paznokci - notabene rewelacyjnych :) W ofercie mają także kilka rodzajów kremów, które są dość uniwersalne, bo wg producenta mają służyć do rąk, stóp i ciała. Miałam możliwość przetestowania dwóch z nich i dziś Wam o nich napiszę :)
  
  
Opisy producenta:
   
Gdzie i za ile: orlybeauty.pl - 18zł / 59ml, 50zł / 227ml
  
Składy:
   
Moja opinia:
Na samym wstępie powiem, że kremy te recenzuję razem, bo wg mnie nie różnią się niczym poza zapachem. Ja używałam ich wyłącznie do rąk, weźcie to również pod uwagę :)
Kremy dostępne są w dwóch rozmiarach opakowań - 59ml i 227ml. Dostępne są też podobno wielkie butle 950ml, ale nie widziałam ich nigdzie w sprzedaży. Te moje to najmniejsze warianty, między innymi dlatego używałam ich tylko do rąk - do stóp i do ciała zużyłabym je aż za szybko ;) Są to małe tubki, w sam raz do torebki czy nawet do kieszeni, wysokie i smukłe, wyglądające dość "bogato" - czyli adekwatnie do ceny ;) Wadą jest tylko to, że tubki są zakręcane. Zawarte w nich kremy są gęste i nieco maślane, jeśli wiecie o co mi chodzi. Pachną prześlicznie! Pucker ma boski słodko cytrusowy zapach, a Passion kojarzy się bardziej kwiatowo - to taki elegancki zapach. 
  
  
Oba kremy są bardzo treściwe, a przez to wydajne. Mała ilość wystarczy to posmarowania obu dłoni. Teoretycznie wchłania się szybko, ale jeszcze długo zostaje na skórze efekt taki, jakby była mokra. Z jednej strony nie jest to nieprzyjemne tak, jak tłusty film w niektórych przypadkach, ale z drugiej to również nie należy do najbardziej pożądanych efektów w moim mniemaniu ;) Muszę jednak przyznać, że dawno nie czułam, żeby jakiś krem mi tak rewelacyjnie nawilżył dłonie! Efekt miękkiej i jędrnej skóry utrzymuje się przez parę dobrych godzin. Poza tym długo czuć także śliczny zapach, co dla mnie jest zdecydowanie zaletą - zwłaszcza w przypadku wersji Pucker ;)
Zdaję sobie sprawę z tego, że kremy te są drogie, zwłaszcza, jeśli chcemy je traktować jako balsamy do ciała czy do stóp. To jednak odradzam, bo zwyczajnie się nie opłaca - zużyłybyśmy tubkę w tydzień. Jako krem do rąk - polecam z całego serducha! Myślę nawet, że kiedyś sprawię sobie jeszcze kolejną tubkę - albo znowu Pucker albo może coś nowego, np. Paradise? :) Normalnie taka cena za tubeczkę kremu jest dla mnie nie do pomyślenia, ale w tym przypadku mogłabym zrobić wyjątek :)
  
  
Słyszałyście wcześniej o kremach Orly? A może używałyście ich lakierów? :)

poniedziałek, 9 lipca 2012

Oriflame Nature Secrets - Krem do rąk i ciała Lawenda i Figa

Właściwie to ta recenzja czekała wypunktowana gdzieś w moich notatkach od dawna i jakoś o niej zapomniałam - teraz czas najwyższy wreszcie ubrać ją w ładne słowa i opublikować :) To jeden z nielicznych kosmetyków Oriflame w mojej kolekcji - jak dotąd większość z nich okazała się dobra, ale nie super-ekstra-rewelacyjna. Ten nie będzie pod tym względem wyjątkiem, choć jednak nieco się zawiodłam...
   
   
Opis producenta:
 Relaksujący krem o kojącym zapachu lawendowego olejku, z przeciwutleniającym ekstraktem z figi. Zapewnia trwałe nawilżenie dzięki bogatej formule, która odżywia skórę.
  
Gdzie i za ile: u konsultantki Oriflame, 19zł / 200ml (aktualnie w promocji za 13zł)
  
Skład:
   
Moja opinia:
Na wstępie powiem, że mnie ten krem służył wyłącznie do ciała - bo do rąk w ogóle mało czego używam ;)
Opakowanie kremu to nieprzezroczysty plastikowy słoik - biały z oliwkową zakrętką. Jest solidny i naprawdę ładnie prezentuje się na półce - bardzo podoba mi się szata graficzna tej serii. Sam krem określiłabym raczej mianem masła - jest bardzo gęsty i zbity, co dla mnie jest plusem, lubię masełka do ciała ;) Jest do tego jasnofioletowy i pięknie pachnie - czuć w nim właśnie lawendę i figę, zapach jest cudnie naturalny i konkretny. Cóż, ja już jestem kupiona, przez sam zapach i wygląd ;)
  
   
Jeśli chodzi o działanie, nie jest tu już tak kolorowo. Nie mam wymagającej skóry - poza stopami i czasem dłońmi nie jest ona przesuszona, więc prawdę powiedziawszy, balsamów do ciała używam głównie dla przyjemności. Lubię uczucie nawilżenia po zastosowaniu jakiegoś smarowidła, ale nienawidzę czuć na skórze tłustego filmu. Ten krem rozprowadza się na skórze łatwo, mimo gęstej konsystencji, jest dość wydajny. Jednak nie zauważyłam, żeby jakkolwiek nawilżał - szybko się wchłania, pozostawiając ładny zapach, ale poza zapachem zostawia też lekki film - nie widzimy go i nie czujemy za bardzo, ale nie radzę się ubierać czy rozbierać krótko po posmarowaniu - na ciuchach mogą zostać białe smugi, coś jak od talku. Byłabym w stanie to wybaczyć, gdyby porządniej nawilżał, ale niestety tego nie robi. 
Ostatecznie okazuje się, że stosowałam ten krem właściwie tylko dla przyjemności - bo ona zdecydowanie była, dzięki zapachowi i poczuciu, że robimy coś dla siebie ;) Są jednak lepsze smarowidła do ciała... To pewnie zużyję do końca - zostało mi pół opakowania - ale więcej się raczej nie skuszę.
  
  
Stosowałyście może ten krem? Jakie są Wasze wrażenia?
Jakie kosmetyki Oriflame możecie polecić, a jakie odradzacie?

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Avon Anew Clinical - Krem modelujący sylwetkę + coś do poczytania

Jako, że już prawie 3 tygodnie (taaak, to bardzo duży sukces jak dla mnie ^^) regularnie ćwiczę, uznałam, że dobrze będzie wesprzeć działanie ćwiczeń jakimś kosmetykiem. Sięgnęłam więc po krem Avon Anew, który od paru miesięcy leżał na półce smutny i osamotniony ;) Dziś napiszę Wam o nim parę zdań :)
   
   
Opis producenta:
 Zaawansowany kosmetyk, który działa jak zabieg liftingujący, nadając skórze jędrność i wyszczuplający sylwetkę. Nowy krem tworzy napinającą siateczkę w oparciu o ShapeWear Technology*, dzięki czemu pomaga ujędrnić powierzchnię skóry oraz pobudza produkcję kolagenu i elastyny, widocznie uelastyczniając skórę oraz stymuluje produkcję włókien skóry przez co wzmacnia łączność między jej warstwami, poprawiając jej jędrność w 4 strategicznych miejscach:
1. na brzuchu 2. na pośladkach 3. na biodrach 4. na udach
Zaraz po zastosowaniu pozostawia uczucie napięcia i ujędrnienia skóry.
  
Gdzie i za ile: u konsultanki Avon, cena regularna to 85zł / 150ml, ale zwykle można kupić za o wiele mniejszą kwotę :) 
  
Skład: niestety musiał być na kartoniku, który wyrzuciłam, w necie też nie mogę znaleźć...
   
     
Moja opinia:
Przyznam szczerze, że w życiu bym tego kremu nie kupiła sama z siebie - cena jest dla mnie powalająca. Dostałam go jednak jako jakiś prezent dla konsultanki od Avonu i zaczęłam używać. Z początku mi się nie spodobał, ale potem zaczęłam zauważać efekty :) Ale po kolei.
Opakowanie to srebrno-biała tuba, zamykana na zatrzask i na tym zatrzasku stawiana. Jej pojemność to 150ml, czyli właściwie dość mało, zwłaszcza, za taką cenę, ale to uroki "luksusowych" kosmetyków. Sam krem ma dziwną, nieco ciągnącą się konsystencję, jest średnio gęsty i ma miodowy kolor. Zawiera też złote drobinki, co dla mnie jest raczej wadą - smaruję się nim zwykle po ćwiczeniach i specjalnie muszę lecieć do łazienki, żeby zmyć z dłoni te drobinki, bo doprowadzają mnie do szału :P Krem może też nieco pobrudzić bieliznę. Zapach jest przyjemny, nie pachnie niczym konkretnym, ale na pewno nie śmierdzi. 
   
   
Co do działania - po posmarowaniu nie ma niestety efektu schłodzenia czy rozgrzania skóry - niestety, bo lubię ten efekt, mam wtedy wrażenie, że kosmetyk działa od razu ;) Owszem, czuję, że skóra jest bardziej napięta, ale i tak brakuje mi tego chłodzenia/rozgrzewania. Krem rozprowadza się łatwo, wchłania dość szybko. Przy regularnym stosowaniu, przy regularnych ćwiczeniach, naprawdę można z jego pomocą osiągnąć porządne efekty. Już po tych 3 tygodniach czuję, że boczki są mniejsze, cellulit zniknął prawie całkowicie (ale mój ma taki urok, że znika równie łatwo, jak się pojawia ;)). Zaznaczam tylko, że nie uwierzę, że jakikolwiek kosmetyk dostępny dla "zwykłych śmiertelniczek" jest w stanie poprawić nasz wygląd bez jakichkolwiek ćwiczeń. 
Podsumowując, krem polecam, choć może nie w takiej cenie, jaką oferuje producent bez promocji - jest stanowczo za wysoka. Tak czy siak, krem sprawdzi się super, stosowany jako wsparcie do ćwiczeń. :)
     
Pokazuję jeszcze moje "plany czytelnicze" na najbliższe dni. "Zapiski (pod)różne" Martyny Wojciechowskiej już przeczytałam i muszę Wam powiedzieć, że zakochałam się w jej sposobie pisania. Na pewno w najbliższym czasie sięgnę po kolejne jej powieści. Teraz zaczęłam czytać "Wampira z M-3" Pilipiuka i tutaj już nie jest tak kolorowo - Pilipiuk już dawno spoczął na laurach i zaczął pisać dla pieniędzy (nawet sam tego nie krył, miałam przyjemność (?) przeprowadzać z nim wywiad), ale nie spodziewałam się, że upadnie tak nisko jak przy tej książce... Szkoda.
 Co Wy teraz czytacie?

I jeszcze jedno pytanie. Wiem, że blog robi się coraz mniej kosmetyczny, że pojawiają się kolejne serie - "I jak tu go nie kochać...?" i "Może herbaty?", ale co powiedziałybyście, gdybym na dodatek od czasu do czasu publikowała jakieś banalne przepisy na wypieki? :) Uwielbiam piec, wykombinowałam nawet parę własnych przepisów, chętnie czasem bym się czymś podzieliła :)

sobota, 10 września 2011

Avon Planet Spa - Śródziemnomorski krem do ciała z oliwką

Naprawdę się dziwię, że do tej pory nie publikowałam tu nic z Avonu. Jestem konsultantką od wielu lat i zwykle Avon przeważa w moich kosmetykach. Teraz już chyba nie, szał na zamawianie z każdego katalogu mi minął, ale jednak nadal mam sporo kosmetyków z tej firmy. Głównie z dwóch moich ulubionych serii - Planet Spa i Naturals. Na dziś mam więc jeden z hiciorów z Planet Spa - w każdym katalogu mam przynajmniej jedno zamówienie na ten krem, klientki go uwielbiają, ja wreszcie też się skusiłam.
   
   
Opis producenta:
Bogaty, przyjemny w użyciu krem do pielęgnacji ciała z mikrogranulkami z oliwą z oliwek, które pękają przy wcieraniu, uwalniając swoją zawartość. Oliwa, zwana przez Homera "złotym płynem" znana jest już od starożytności jako środek pielęgnujący urodę. Zawiera cenne witaminy minerały i kwasy tłuszczowe, nawilża i wygładza skórę, ma właściwości antyrodnikowe. Śródziemnomorski krem o wspaniałym zapachu sprawi, że twoja skóra będzie znakomicie nawilżona oraz idealnie gładka i miękka.
  
 Cena: 42zł / 200ml (zwykle jednak w promocji)
  
Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Isopropyl Palmitate, Myristyl Myristate, PEG-40 Stearate, Cetyl Alcohol, Cetyl Lactate, Glycerin, Hydrogenated Vegetable Oil, Squalane, Glyceryl Stearate, Steareth-2, Olea Europaea Oil, Decyl Oleate, Diisostearyl Malate, Parfum, Hydroxyethylcellulose, Microcrystalline Cellulose, Imidazolidinyl Urea, Methylparaben, Carbomer, Triethanolamine, Olea Europaea Leaf Extract, Disodium EDTA, Lactose, Tocopheryl Acetate, Phosphoric Acid, Propylene Glycol, Alcohol Denat., CI 77288, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 15510, CI 42090, CI 47005. <25741-02>
    
   
Moja opinia:
Myślę, że od tego kremu będę bardziej polegać na klientkach - faktycznie jest niezły :) Cena jest wysoka, chociaż w promocji można dostać ten krem za duuużo mniejszą kwotę. Opakowanie kremu odpowiada cenie - to ładny przezroczysty słoik z białą nakrętką - skromny, elegancki, ale w jakiś sposób ekskluzywny. Dzięki tej formie opakowania, łatwo nabrać na dłoń taką ilość kosmetyku, jakiej potrzebujemy i bez problemu możemy kontrolować pozostałą ilość ;) Sam krem kojarzy mi się bardziej z masłem - jest naprawdę gęsty, choć nie tłusty. Biały krem zawiera zielone granulki z oliwą, bez problemu pękają one przy wsmarowywaniu i wchłaniają tak samo jak sam krem - czyli dość szybko i bezproblemowo - nie zostaje film na skórze, z czego się bardzo cieszę, bo nienawidzę się "ślizgać" :P Po użyciu skóra jest porządnie nawilżona i ładnie pachnie - świeżo, naturalnie :)
Wad się właściwie nie dopatrzyłam - no, może poza ceną regularną ;) Ogółem, jeśli traficie na nie kiedyś w promocji (teraz można kupić nawet dwa za 36,90zł łącznie ;)) to nie wahajcie się :)
  

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...