Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2014

Konad powraca do łask! (+ lakier Avon Gel Finish - Lavender Sky)

Może ktoś z Was pamięta mnie jeszcze z czasów, gdy prowadziłam bloga wyłącznie o paznokciach... Codziennie dodałam wpisy z recenzjami lakierów albo zdobieniami, potrafiłam codziennie zmieniać wzorek... Potem moje paznokcie mocno się osłabiły, a ja stopniowo traciłam do nich serce. Ostatecznie helmer z setkami lakierów i pierdółek do zdobień powędrował w odstawkę i prawie go nie otwierałam, jeśli już malowałam paznokcie to na jeden z kilku ulubionych kolorów, bez szaleństw.
Teraz jednak po dwóch latach odstawki przypomniałam sobie o urokach stempelkowego manicure'u. Wyciągnęłam z szafy wszystkie płytki i zaczęłam się znowu bawić. Ewidentnie wyszłam z wprawy, ale ćwiczenie czyni mistrza, prawda? ;) Kilka takich "świeżych" zdobień pokazywałam już na Instagramie, a dzisiejszym, jeszcze ciepłym, podzielę się dziś na blogu :)
  

Paznokciowe wyjadaczki przepraszam za niedokładnie odbity wzorek na małym paznokciu ;) Wybrałam jeden z moich ulubionych wzorków z płytki Konad m73, będzie idealny kiedyś do ślubu ;) Jako baza posłużył mi nowy lakier Avon Gel Finish w kolorze Lavender Sky, o którym zaraz napiszę parę zdań. Wzorek odbiłam specjalnym lakierem Konad, a całość pokryłam ulubionym topem Barbra Pro - Diamond's Hardener. Dzięki niemu wzorek utrzyma się bez obaw kilka długich dni :)


Jeśli chodzi o lakier bazowy, avonowy Lavender Sky, pochodzi on z nowej serii Gel Finish. Przyznam szczerze, że jestem z tego lakieru bardzo zadowolona, choć nie jest bez wad. Kolor to śliczny chłodny fiolet, faktycznie lawendowy, idealny dla mnie, wiecie, że kocham takie odcienie ;) Do pełnego krycia wystarczy jedna warstwa, ale ja dla pewności dałam dwie. Schnie teoretycznie szybko, ale jeszcze i godzinę po pomalowaniu łatwo nabawić się jakichś odgnieceń - jest suchy, ale "plastyczny". Jego wykończenie faktycznie daje efekt żelowych paznokci - jest bardzo gładki i lśniący, choć przy malowaniu mogą się czasem zdarzyć jakieś grudki, trzeba na nie uważać, żeby w porę usunąć je z paznokcia. Lakier trzyma się też zaskakująco długo - na moich miękkich paznokciach średnia to 2-3 dni, a on i bez topa jest w stanie wytrzymać dłużej bez odprysków. Ogólnie mówiąc - jestem na tak i na pewno skuszę się jeszcze na ze dwa odcienie, zwłaszcza, że w obecnym katalogu kupując dwie sztuki, zapłacimy za nie niecałe 20zł. :)
  
Macie jakieś lakiery z serii Gel Finish czy może zamierzacie je zamówić? I jak Wam się podoba taki manicure? :) Chcecie częściej oglądać tego typu wpisy?

piątek, 6 grudnia 2013

Listopadowe łupy, denka i podsumowanie

 W listopadzie nie miałam czasu prawie na nic, zwłaszcza na myślenie o kosmetycznych zakupach czy czymkolwiek tego typu. Jak zwykle jednak i tak przybyło mi co nieco - część z niezapowiedzianych paczek, część z nieplanowanych (lub planowanych) zakupów - ale jest :)
   
   
Nie jest tego jakoś strasznie dużo, zwłaszcza, że 3-4 rzeczy są z początku grudnia, ale skoro spóźniłam się z podsumowaniem miesiąca, co i tak już policzę je razem ;)
I jak zwykle, podzielę na kategorie:
  
  
Najpierw kosmetyki do włosów, o których niestety niewiele jestem w stanie powiedzieć... Mamy tutaj szampon i odżywkę Selective, które znalazłam w paczce, w której spodziewałam się jedynie tuszu. Wiem o nich tyle, że to marka fryzjerska i że mnie zaintrygowały, teraz czekają na swoją kolej :P W kolejce stoi też duet odżywki i szamponu do włosów farbowanych ciemnych Pilomax - podobna sytuacja, bo to paczka niespodzianka. Z kolei olejek śródziemnomorski z oliwą Avon Planet Spa to jeden z prezentów od Avonu za duże zamówienia - jestem konsultantką od dawna, czasem firma robi takie prezenty (za symboliczną złotówkę ;)) konsultantkom.
  
  
Dalej mamy kosmetyki do ciała - tu tylko trzy, ale powinny być jeszcze dwa czekoladowe produkty Yves Rocher - nie miałam możliwości dołączyć ich do zdjęcia. Mamy tu jednak przegenialne mleczko do ciała Yves Rocher Cacao - czekolada i maliny - pal licho działanie, skoro zapach jest taki cudny, mam ostatnio straszną fazę na maliny :P Kolejny jest spontaniczny zakup z Biedronki - lawendowa sól do kąpieli BeBeauty - kiedyś ją miałam, nie zrobiła na mnie wrażenia, ale postanowiłam dać jej drugą szansę. Ostatni w tej kategorii jest dezodorant w kulce Avon Care - też nie jestem przekonana, ale moje avonowe klientki go sobie chwalą, więc za kilka złotych postanowiłam spróbować - na razie jednak czeka w zapasie.
  
  
W kategorii "do twarzy" przybyło mi kilka ciekawostek. Właściwie to najbardziej ciesząca mnie kategoria w tym miesiącu ;) Mamy tutaj płyn do pielęgnacji skóry L'Azel Active, do cery trądzikowej. Oby coś pomógł, bo moja twarz wygląda jak pokryty kraterami księżyc... Podobne nadzieje mam co do kremu z olejkiem z drzewa herbacianego Taoasis Teebaum - dopiero zaczęłam go używać, ale na pewno spodziewajcie się recenzji. Dalej są dwie maseczki Avon Planet Spa - nawilżająca śródziemnomorska i odświeżająca Bali Botanica. Uwielbiam tę serię, śródziemnomorska maseczka to u mnie stały element, a tej niebieskiej chciałam spróbować :) Ostatni w tej kategorii jest krem uniwersalny Oriflame Tender Care - czarna porzeczka - kolejny do kolekcji :P


Najmniejszą kategorią okazał się makijaż. Jest tu rewolucyjny tusz do rzęs Magnetic Lash - baaardzo ciekawa rzecz, niedługo Wam o niej napiszę :) Korzystając z Dnia Darmowej Dostawy postanowiłam też kupić nowy trwały eyeliner Gosh - to mój nr 1 od jakiegoś czasu, a dotychczasowy egzemplarz zaczyna się kończyć - musiałam temu zaradzić ;)

To teraz czas na denka:


Ubyło mi 8 rzeczy. Liczyłam, że będzie więcej, ale sporo "prawiedenek" zostało mi do zużycia w grudniu, więc oby grudzień był lepszy pod tym względem ;) Wydaje mi się, że z powyższego zdjęcia recenzowałam tylko szampon, micela i olejek do kąpieli, ale jeśli macie jakieś pytania o pozostałe produkty, śmiało pytajcie :)

No i na koniec podsumowanie statystyk bloga:
31 października >>> 30 listopada
Obserwatorów GFC: 1790 >>> 1815 (+25)
Fanów na FaceBooku: 906 >>> 927 (+21)
Obserwatorów na Bloglovin: 587

Zauważyłam, że sporo z Was obserwuje mnie poprzez Bloglovin, więc postanowiłam dodać do statystyk i ten serwis :) Mam nadzieję, że będzie Was przybywać nie tylko tam ;)
  
I na sam koniec końców:

Ulubiony kosmetyk listopada:
http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/2013/11/lirene-ideale-fluid-matujaco.html

poniedziałek, 18 listopada 2013

Avon Planet Spa - Maseczka peel-off Egyptian Secrets

Dawno nie pisałam tu o niczym z Avonu :) Jak może pamiętacie, od wielu lat jestem konsultantką, ale nie jestem ślepo zapatrzona w tę firmę. Wiem, że niektórych serii czy konkretnych produktów nie ma sensu tykać, ale znam też swoje ulubione kosmetyki, które urosły u mnie do rangi hitu. Żeby na bieżąco takie hity znajdować, zamawiam czasem jakieś kosmetyki i dla siebie, choć nie zawsze okazują się tak rewelacyjne, jak miałam nadzieję. Bardzo lubię np. serię Planet Spa, zwłaszcza maseczki z tej serii. Kiedy pojawiła się nowa linia, od razu zamówiłam. I jak efekty?
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: u konsultantki Avon albo on-line, 26zł / 75ml (często w promocji, np. za 10zł)
  
Skład:
(do uzupełnienia)
  
Moja opinia:
Maseczkę otrzymujemy w różowej solidnej tubie ze złotymi zdobieniami. Nowy design serii Planet Spa ogólnie mówiąc bardzo mi się podoba, choć i do poprzedniego nie miałam żadnych zastrzeżeń. Tuba stawiana jest na zamknięciu, które stanowi praktyczny zatrzask - jest to dobre rozwiązanie, bo zawartość na bieżąco spływa w dół. Sama maseczka jest biała i bardzo gęsta. Pachnie ładnie, ale zupełnie nie jestem w stanie sprecyzować tego zapachu. Może coś pomiędzy świeżym a słodkim? Na pewno mocno kosmetyczny, nie czuję w nim nic konkretnego.
  
  
Maseczka łatwo rozprowadza się po twarzy, zostawiając intensywnie białą warstwę. W sumie jest też wydajna, bo ta warstewka powinna być dość cienka. Po kilkunastu minutach maseczka jest już odpowiednio zaschnięta i gumowata - możemy ją bez problemów zdjąć w jednym kawałku, tylko na obrzeżach twarzy mogą zostać jakieś pozostałości tam, gdzie warstwa była zbyt cienka, by ją zdjąć. A jaki efekt osiągamy po zdjęciu maseczki? Cóż, cera na pewno jest nieco odświeżona, ale prawdę mówiąc nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów, które byłyby widoczne gołym okiem. Przyznam, że nieco się zawiodłam, bo do tej pory maseczki z serii Planet Spa w większości mnie zachwycały, ta jest zwyczajnie przeciętna. Mimo wszystko lubię jej używać, ot tak, dla samego faktu, że "coś robię dla siebie", poza tym, co tu kryć, uwielbiam maseczki typu peel-off! ;)
Czy polecam? Nie, tej raczej nie... Za to śmiało kupujcie tę z minerałami Morza Martwego, śródziemnomorską czy turecką :) To moje ulubienice.
  
  
Lubicie maseczki Planet Spa? Jakich używałyście? :)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Dzikie Wyzwanie - Tydzień 1 - TYGRYS + Wyniki konkursu z Original Source

Wyzwanie, które ogłosiłam na blogu parę dni temu, zmotywowało także i mnie do odkopania swoich nieużywanych od ponad roku albo i dwóch lat pędzelków do zdobień. 
Wyzwanie dotyczy dzikich zwierząt, pierwszy tydzień poświęcamy tygrysowi, a więcej szczegółów znajdziecie pod TYM LINKIEM. 
    
Przedstawiam Wam zatem z niejaką dumą mojego tygrysa:
  
zdjęcie można nieco powiększyć
  
Wiem, że nie jest to arcydzieło, ale i tak jestem z siebie dumna, że po takim czasie dałam radę namalować na paznokciu cokolwiek, co faktycznie przypomina tygrysa ;) Ba, nawet nie wydłubałam sobie przy tym oka pędzelkiem! Jesteście ze mnie dumneee? :D
Właściwie nie wzorowałam się na żadnym konkretnym zdjęciu, więc nie mogę podać inspiracji... Wpisałam w Google Grafika "tygrys" i patrzyłam na wszystkie zdjęcia naraz :P
W sumie poza palcem serdecznym, gdzie poszalałam z tygrysowym pysiem, na reszcie paznokci poszłam nieco na łatwiznę, bo tygrysie pręgi zrobiłam z użyciem stempli Konad.
Oto cały mój arsenał, którego użyłam przy tym manicurze:
  
  
Są tu dwa pędzelki do zdobień, płytka Konad M57, lakier Sparitual - Death by Chocolate, Wibo Express Growth - 126, biały avonowy staroć do frencha, czarny staroć My Secret i odrobina różu Rimmel Salon Pro by Kate - 227 New Romantic. Powinny w sumie znaleźć się tu cyrkonie i top Seche Vite, ale to akurat mogło być cokolwiek ;)
  Teraz zaczynam myśleć o kolejnym tygodniu Dzikiego Wyzwania, czyli o kameleonie:
  
  
Na Wasze tygrysy czekam do końca dnia 6 czerwca, potem opublikuję wszystkie w jednym zbiorczym poście - i tak co tydzień ;) Gorąco zachęcam do wzięcia udziału w wyzwaniu, bo to świetna zabawa, możliwość poćwiczenia swoich makijażowych i manicure'owych zdolności, a dla tych, co wezmą udział w każdym etapie wyzwania... także szansa na nagrodę :)
  
A teraz na szybko ogłoszę jeszcze wyniki ostatniego konkursu z Original Source:
  
  
Pytanie konkursowe brzmiało "Czym pachnie Twoje życie?". Spośród Waszych odpowiedzi szczególnie jedna mi się spodobała i to właśnie ją chciałabym nagrodzić. Chodzi o odpowiedź...

RODZYNKI1989:
  
    
Rodzynko, gratuluję, już piszę do Ciebie maila :)
Pozostałym dziękuję za wzięcie udziału i jak zwykle zapewniam, że jeszcze będą tu szansy na zgarnięcie ciekawych nagród w konkursach :)

środa, 28 listopada 2012

Ku przestrodze - krem-morderca z Avonu!

Ostatnio pewien miły anonim zarzucił mi, że piszę zbyt pozytywne recenzje i na pewno mi za to płacą, więc dobrze się składa, że akurat dziś mam dla Was coś, co powinno Was uprzedzić, a miłego anonimka nieco udobruchać :P
W sumie tak lekko zaczęłam, a wcale nie jest mi do śmiechu. Wiecie, że jestem konsultantką Avonu i zawsze chętnie dzieliłam się tu z Wami moimi pozytywnymi odkryciami z logiem tej marki. Nie zawsze jednak jest kolorowo...
   
  
Jakiś czas temu kupiłam za grosze podwójną miniaturkę kremu do twarzy Avon Solutions Complete Balance. Słoiczek składał się z dwóch komór, w jednej był krem na dzień, a w drugiej żelowy krem na noc. W przypadku tego dziennego bardzo nie odpowiadała mi jego konsystencja, był zbyt ciężki do mojej cery, więc szybko z niego zrezygnowałam - chyba po pierwszym użyciu. Ten żel na noc za to służył mi dość dobrze i wreszcie go zużyłam. Pozostała więc jedna pełna komora kremu, a że szkoda mi go było wyrzucić, postanowiłam zużyć go do ciała. Przecież coś, co ma być do twarzy, musi być łagodne, prawda?
   
  
Najwyraźniej nie. 10 ml kremu wystarczyło mi na trzykrotne posmarowanie rąk i nóg. Rankiem po trzecim posmarowaniu zauważyłam, że na nogach zaczynają wychodzić mi krostki. Do wieczora moje nogi wyglądały już jak spuchnięta różowa ropucha, całe w drobnych swędzących bąblach. Kolejnego dnia to samo było już z rękami. Zawaliłam dwie noce, bo nie mogłam spać przez to swędzenie. Zaczęłam nawet używać Pudrodermu - leku, który używany jest przy ospie, żeby zniwelować świąd. Nie pomogło, choć wyglądałam na pewno uroczo, mając całe nogi i ręce w białe kropki ;) Teraz jest trzeci dzień od kiedy wystąpiła taka reakcja i powoli zaczyna ona słabnąć, ale bliska jestem udania się do dermatologa, zobaczymy jutro.

Zastanawiam się, co by było, gdybym potraktowała kilka razy tym kremem twarz... Wiem, że należy używać kosmetyków zgodnie z ich przeznaczeniem, ale trudno mi wyobrazić sobie produkt, który jest łagodny na delikatnej skórze twarzy, a tak strasznie podrażnia znacznie "odporniejszą" skórę ciała.
  
W każdym razie - chciałabym Was przestrzec, nie kupujcie go!
W obecnym katalogu strona z tym kremem wygląda tak:
  
 
Proponuję od razu ją wydrzeć i spalić ;)
A tego posta udostępnijcie, gdzie się da, żeby przestrzec więcej osób...
      
Miałyście podobne przygody z jakimiś morderczymi kosmetykami?
   
PS: Proszę o kciuki - lecę zaraz do dentysty, a PANICZNIE się tego boję, brrr...

piątek, 2 listopada 2012

Avon - Szminka Extra Lasting - Totally Twig

W poprzednim katalogu Avonu trafiłam na ciekawą promocję - szminki Extra Lasting za 9,99zł. Nigdy żadnej z nich nie miałam, ale słyszałam wiele bardzo dobrych opinii. Zamówiłam więc sobie dwie - Cappuccino i Totally Twig. Pierwsza z nich to taki "mój" kolor, bardzo bezpieczny, a druga wręcz przeciwnie. Kiedy do mnie dotarły szybko przekonałam się, że tym razem bezpieczny kolor wcale nie jest najlepszy - Totally Twig totalnie mnie urzekła!
   
  
Avon właściwie nie ma żadnych opisów kosmetyków, więc tym razem sobie to daruję. Składu też nie mam - musiał być na foliowej osłonce, którą zdarłam i wyrzuciłam. Ograniczę się więc do ceny - szminka kosztuje  w cenie regularnej 26zł, ale często jest w promocji, np. w aktualnym katalogu kosztuje 17,99zł. Do wyboru jest 11 odcieni.
  
  
Szminka kryje się w wąskim sztyfcie, bardziej korektorowym niż szminkowym. Muszę jednak przyznać, że bardzo wygodnie się nią posługuje - drobny sztyft pozwala na dokładność i precyzję przy malowaniu ust - tak tak, nakładam szminkę bezpośrednio na usta :P Opakowanie jest czarne z czerwonymi elementami, wygląda nieźle, dość profesjonalnie. Jest też solidne, choć łatwo zostawić szminkę niedomkniętą.
Jej kolor jest dość ciemny, ale nie umiem opisać odcienia... Brudna czerwień? Miedziany brąz, jak określiła to Kasia? Oceńcie same ;)
  
 
Szminkę nakłada się na usta bez problemu - nie jest sucha ani tępa, łatwo się rozprowadza. Można regulować intensywność koloru ilością "maźnięć" ;) Ja się sobie spodobałam w ciemnych ustach, więc zawsze kilka razy poprawię ;)
Głównym atutem tej szminki jest niewątpliwie jej trwałość. Bez problemu pozostaje na ustach ok. 8h, mimo picia i jedzenia. Jak już zaczyna znikać, to robi to dość równomiernie, choć wiadomi, że ze środka warg zniknie szybciej ;) W ogóle nie czujemy jej na sobie, bo wtapia się mocno w skórę. Może nawet zbyt mocno, bo nieco przesusza usta. Możemy je posmarować na szminkę dodatkowo balsamem, ale to trochę obniży trwałość koloru.
Czy polecam? Zdecydowanie! Czy kupię ponownie? Tak, ale jak zużyję tę - inne kolory jak na razie nie korcą mnie za bardzo :) Jeśli macie swoje konsultantki, śmiało zamawiajcie te szminki :)
 
  
Używałyście tych szminek? A może innych z Avonu? Jakie są Wasze wrażenia?

sobota, 29 września 2012

Avon SuperShock - Żelowa kredka do oczu - Golden Fawn

Jakiś czas temu wiele dobrego słyszałam o nowych kredkach do oczu z Avonu. Jestem konsultantką, a nigdy dotąd się na nie nie skusiłam, więc po kolejnej pełnej zachwytów opinii w końcu zamówiłam jeden kolor. I już wiem, że kupię więcej! :) Poczytajcie "kolejną pełną zachwytów" recenzję kredki SuperShock :)
  
  
Opis producenta:
brak ;)

Gdzie i za ile: u konsultanki Avon, średnio ok. 15zł
 
      
Moja opinia:
Kredka wygląda jak... kredka, ale powiedziałabym, że to żelowy eyeliner w formie kredki. Zasłonięta jest ona plastikową skuwką, napisy na kredce są srebrne i trwałe, nie ścierają się ani nie "odpryskują". Plusem jest też to, że końcówka kredki jest w tym samym kolorze co sam wkład - przydaje się to, kiedy wszystkie produkty do oczu, jak w moim przypadku, są w jednej szufladce, w której trzeba pogrzebać, żeby znaleźć konkretny kosmetyk ;)
Wybrałam odcień Golden Fawn, bo od jakiegoś czasu szukałam czegoś delikatnego, to podkreślenia i rozjaśnienia spojrzenia. Ten odcień okazał się idealny. To coś pomiędzy beżem a złotem, pięknie i nietandetnie błyszczy (nie ma drobinek), daje naprawdę śliczny delikatny efekt.
  
  
Kredka jest niesamowicie miękka, dzięki czemu makijaż nią możemy wykonać w kilka sekund. Uwielbiam takie produkty! Przyznam się nawet, że przez ostatnie dwa tygodnie pracy w biurze podróży ta kredka stanowiła właściwie cały mój makijaż oka - dokładnie tak, jak na zdjęciu poniżej. Nie było potrzeby nakładania cieni czy eyelinerów, skoro oko obramowane tą kredką i z wytuszowanymi rzęsami już było pięknie i naturalnie podkreślone. 
Jeśli chodzi o trwałość... Na dolnej powiece kredka trzyma się nienaruszona przez calutki dzień, chyba, że rozmażemy ją palcami ;) Na górnej, a zaznaczam, że mam tłuste powieki, po jakimś czasie migruje w postaci mikroskopijnych drobinek po całej powiece, ale nie wygląda to źle - oko jest ładnie i subtelnie rozświetlone. W postaci kreski trzyma się tuż przy linii rzęs. 
Nie ma problemów z temperowaniem jej, choć proponuję wcześniej włożyć ją do lodówki. Wkład jest tak mięciutki, że może się złamać. Dodam też, że kredka jest wydajna. Oczywiście temperować ją trzeba częściej niż twarde kredki, ale przy jej miękkości i tak starcza na długo :)
Dość zachwytów. Wy popatrzcie sobie na efekt na oku, a ja idę dumać nad kolejnym kolorem ;)
  
  
Używałyście kredek z Avonu? Jakich? Lubicie je? :) 
I jakie odcienie polecacie z rodzinki tej mojej kredki? ;)

sobota, 25 sierpnia 2012

Avon Clearskin Professional - Roll on redukujący ślady po trądziku

Wśród kosmetyków Avonu mam paru swoich ulubieńców, ogólnie mówiąc, lubię tę markę, choć jako konsultantka wiem od dawna, czego nie warto kupować, a które kosmetyki są warte uwagi. Tym razem jednak zakupu dokonałam w ciemno, jak tylko ten produkt pojawił się w sprzedaży. Chodzi o roll on redukujący ślady po trądziku z serii Avon Clearskin Professional. Bardzo długo zbierałam się do napisania tej recenzji, cały czas mając nadzieję, że coś się zmieni, bo miałam duże nadzieje w związku z tym produktem, niestety mnie zawiódł...
  
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: u konsultantki Avon, 22zł - często w promocji
  
Moja opinia:
Jak sama nazwa wskazuje, kosmetyk ten ma formę roll-ona, czyli kulki. To tubka średniej wielkości, a kulka jest dosyć spora, jak na preparat punktowy, bo ma średnicę 2cm. Preparat pachnie ładnie, bardzo delikatnie, choć obawiałam się lekkiego smrodku. Jest bezbarwny, na skórze nie widać go, poza tym, że ma taki "mokry błysk", jeśli wiecie, co mam na myśli - nie wchłania się do końca tylko zostawia lekką warstewkę, dlatego lepiej stosować go na noc. Aplikacja jest raczej bezproblemowa - kulka nie zacina się, rozprowadza równomiernie, choć trudno jest nałożyć ten preparat na jeden punkcik o małej powierzchni.
  
   
Co się zaś tyczy działania... Tu niestety nie mogę powiedzieć nic dobrego, bo kosmetyk zwyczajnie... nie działa. Po nałożeniu go na ślad po krostce nie czuję żadnego mrowienia czy szczypania, nawet jeśli ślad jest dość świeży. Czuć za to zapach - jest delikatny, ale trwały, mnie on nie przeszkadza.
Stosowałam ten produkt przez dwa miesiące na zmiany potrądzikowe, przebarwienia, blizny. W żadnym z tych przypadków niestety nie zdziałał cudów. Ba, nic nie zdziałał - albo ja tego nie zauważyłam. Przyznaję, powinnam była zrobić zdjęcia przed "kuracją", żeby móc później porównać, może wtedy widziałabym różnicę, ale bez zdjęć wydaje mi się, że Avon tym razem zawiódł.
Miałam nadzieję, że trafił się w Avonie produkt, który zastąpi NoScar, na którego mnie wiecznie nie stać, ale nie udało się. Pozostaje mi znowu tylko dumać nad zakupem droższych specyfików.
  
   
A może Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na blizny i ślady po krostkach?

czwartek, 26 lipca 2012

Czy ja jestem normalna...?

Dziś trochę nietypowo, bo mam do Was małe pytanie.
Tak, widzicie je w tytule posta - czy ja jestem normalna? :P
  
  
Od jakiegoś czasu dbam o stan moich ust - wcześniej wiecznie były suche, spierzchnięte, poharatane - miałam nawyk obgryzania suchych skórek... Wzięłam się jednak za siebie i zaczęłam regularnie stosować balsamy do ust. I kupować nowe... Na chwilę obecną mam ich 13 (jedno cudo tutaj to szminka, trafiło na zdjęcia przez pomyłkę) i jeden jeszcze w drodze do mnie. A wiecie co jest najlepsze? Wszystkich używam!
  
  
Mam je porozkładane w strategicznych miejscach, żeby zawsze przy okazji wysmarować czymś usta. Np. klasyczny Carmex w sztyfcie stosuję na noc, więc mieszka pod poduszką i stanowi jedyny niezastąpiony element mojej kolekcji - jest genialny. Aktualnie mi się kończy i już wiem, że mimo takiego arsenału, kupię kolejny. 
  
  
Aktualnie mój mały zestawik zawiera:
1. Nivea Pure&Natural, Milk & Honey - średnia...
2. Carmex Original w sztyfcie - niezastąpiony!
3. Lip Smacker Sprite - całkiem niezły
4. Yves Rocher, Balsam w słoiczku Truskawka - bardziej dla siebie niż dla ust
5. Avon Naturals, Balsam z woskiem pszczelim - świetny, nie tylko do ust :)
6. Blistex, Wygładzający balsam z masażerem - nieco słabsza wersja Carmexa
7. W7, Balsam do ust Perky Peach, 7g - cudo, głównie za opakowanie ;)
8. Oeparol, Pomadka ochronna z filtrami UVA i UVB - świetna na co dzień
9. FlosLek Lip Care, Wazelina Pomarańcza, 15g - bardzo przyjemna
10. Carmex, Balsam do ust w tubce, Mięta, 10g - skuteczny, ale śmierdzący
11. Carmex, Balsam do ust w tubce, Jaśmin Zielona Herbata, 10g - skuteczny i pachnący
12. Made from Earth, Balsam do ust Citrus Fresh, 4,25g - świetny!
13. Yves Rocher, Balsam do ust Winogrono, 4g - średni, nieco tępy...

A w drodze jest jeszcze truskawkowa pomadka Miraculum... 
  
Macie jakieś bziki tego typu? Nie mówię tu o zapasach stojących w kartonach, ale właśnie o sytuacji, kiedy mamy otwarte X produktów pielęgnacyjnych (bo kolorówka jest jak najbardziej zrozumiała) i wszystkich używamy, bo lubimy.

czwartek, 5 lipca 2012

Avon Naturals Herbal - Szampon z łopianem i pokrzywą

Jak już pewnie wiecie, jestem konsultantką Avonu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że marka ma wiele nieudanych kosmetyków na koncie, ale wiem też, że ma parę kwiatuszków. Za kwiatuszki uważam serię Naturals - w każdym razie kosmetyki do ciała. Tych do twarzy i do włosów zawsze się nieco bałam ;) Ostatnio jednak skusiłam się na szampon z nowej "podserii" - Naturals Herbal, czyli ziołowe kosmetyki do włosów. I z pewnym zaskoczeniem muszę przyznać, że nie żałuję ;)
  
  
Opis producenta:
Dobroczynna moc ziół jest znana już od wieków. Tradycyjna ziołowa mieszanka to cenne źródło składników i minerałów, które niezwykle korzystnie działają na urodę. Naturals Herbal to linia kosmetyków, która śmiało korzysta z tych sprawdzonych receptur opartych na naturalnych skarbach. Nowe ziołowe szampony zapewnią włosom wszystko, czego potrzebują – zdrowie i piękny wygląd.
Odżywczy szampon odpowiednio zadba o słabe i łamliwe włosy. Dzięki starannie dobranym naturalnym składnikom włosy stają się mocne, sprężyste i pełne blasku. Są też odpowiednio chronione przed niszczącym je łamaniem. Dzięki wyciągowi z pokrzywy kosmetyk wzmacnia strukturę włosów od cebulek aż po same końcówki. Natomiast łopian odżywia włosy, a także wspomaga ich naturalny wzrost. Systematyczne stosowanie szamponu przywraca im zdrowy wygląd i witalność. 
  
Gdzie i za ile: u konsultantki Avon, zwykle ok. 7zł / 250ml
   
Skład:
    
Moja opinia:
Najpierw może o składzie - nie patrzę na niego jakoś specjalnie, zwykle to nie on decyduje o zakupie, ale w przypadku szamponów staram się unikać tych z dłuuugim składem z SLSami na początku. Tutaj akurat mamy SLES i SLS, więc oba, co mnie nieco przeraża ;) Jest tu też silikon, ale nie ma parabenów, za to widzimy sporo ziołowych ekstraktów - chociaż to na plus ;) Co prawda w pierwszej kolejności jest nie łopian i pokrzywa, ale koniczyna, rozmaryn, lawenda i chmiel, potem szałwia, wreszcie łopian i pokrzywa. Wszystkie te ziółka mogą mieć jednak dobry wpływ na włosy.
  
   
Szampon zamknięty jest w plastikowej bladozielonej butelce - jest nieprzezroczysta, trudno zobaczyć, ile szamponu zostało. Otwierana jest na "zatrzask" na górze. Sam szampon ma postać lekko perłowego żelu (kiedyś wyczytałam, że tego perłowego zabarwienia w szamponach też powinno się unikać - co je powoduje?), jest dość gęsty, powiedziałabym, że taki w sam raz. Naprawdę niewielka ilość wystarczy do umycia włosów. Może nie pieni się jakoś rewelacyjnie, ale na pewno wystarczająco. Pachnie bardzo ładnie, ziołowo, naturalnie - ale akurat zapachy zawsze były mocną stroną serii Naturals :)
Spłukuje się bez problemów, choć zostawia włosy nieco poplątane - nieco, ale bez tragedii. Po rozczesaniu okazuje się, że są one mięciutkie i puszyste, zdecydowanie oczyszczone i pachnące. Pod tym względem nie mam mu nic do zarzucenia. Nie podrażnia, ale nie zauważyłam też, żeby jakoś pozytywnie wpływał na stan włosów - nie wypadają mniej, nie zniknął mi mój minimalny łupież, nie przetłuszczają się wolniej.
Powiedziałabym, że za tę cenę to bardzo dobry szampon. Nie jakieś cudo, które uratuje nam włosy, ale do codziennego użytku jak najbardziej.
  
  
Używałyście szamponów Avon Naturals? Jakie są Wasze wrażenia?

czwartek, 24 maja 2012

Kilka prostych i efektownych manicure'ów #2 - Na lato!

Pora na kolejną porcję łatwych do zrobienia wzorków na paznokcie, które sprawią, że Wasz manicure będzie wyglądał wyjątkowo :) 
Tym razem mam dla Was trzy propozycje idealne na lato, które nadchodzi wielkimi krokami... 
  
    
Pierwsza propozycja to arbuzowy mani. Wiem, że moja wersja nie jest perfekcyjna, ale nie szkodzi - wierzcie lub nie, ale nikt nie zwraca uwagi na takie "niedociągnięcia" ;) Do wykonania takiego mani potrzebujemy czterech lakierów - czerwonego, zielonego, białego i czarnego - oraz cienkiego pędzelka i szpilki albo igły. Najpierw malujemy pazurki naszym czerwonym lakierem - u mnie jest to Eveline Colour Show - 636. Teraz cienkim pędzelkiem albo tym z lakieru, jeśli jest dość precyzyjny, robimy zielony pas przy nasadzie paznokcia - u mnie zieleń to China Glaze - Starboard. Jeśli pomaziamy skórki - nie szkodzi, później wyczyścimy ;) Teraz bierzemy biały lakier i robimy dość cienki pasek między zielenią a czerwienią - nie pamiętam, jakiej bieli użyłam, to jakiś lakier no-name był. Czekamy aż całość wyschnie i chwytamy za igiełkę. Nabieramy na nią ciut czarnego lakieru - u mnie też no-name - i delikatnie przykładamy do paznokcia, żeby zrobić dość drobne pestki. Na koniec warto pokryć wszystko topem.
  
   
Moja druga propozycja jest mniej skomplikowana. Wystarczą nam do niej dwa pasujące do siebie lakiery, jakieś ozdóbki (choć obędziemy się i bez nich) oraz kawałek gąbki. Zaczynamy od pomalowania paznokci lakierem bazowym, u mnie to żółty lakier, czyli ArtDeco Mini - 545. Gdy wyschnie, bierzemy drugi lakier, u mnie to Kobo - 20 Crazy Pink - i nakładamy go na gąbeczkę. Teraz ciapiemy nią po części paznokcia, możecie pięknie wycieniować albo zostawić tak jak ja, zależy jak Wam się podoba :) I teraz mamy dwie opcje. Jeśli chcemy użyć ozdóbek - malujemy paznokcie topem i naklejamy na niego te pierdółki. Nie utrzyma się kilku dni, ale na 1-2 dni macmy ładny efekt ;) Druga opcja to dorobić jakieś kropeczki główką szpilki czy zapałki, użytą jak sondą. Wtedy topa nakładamy dopiero na kropeczki :)
  
   
W tym mani czułam się wyjątkowo dobrze :) Również jest łatwy do zrobienia, a efekt zdecydowanie przyciąga wzrok ;) Potrzebujemy ok. 3-4 niebieskich/granatowych/srebrnych lakierów oraz jednego białego, a także kawałka gąbeczki i cienkiego pędzelka. Malujemy pazurki lakierem bazowym, najlepiej gdyby był to jakiś jasny błękit. Kiedy wyschnie, pędzelkiem malujemy na nim ciemniejszym lakierem kształt fali, poprawiamy nieregularnymi "maźnięciami" z użyciem pozostałych "falowych" kolorów, tak, by fala wyglądała na dynamiczną. Na koniec nakładamy odrobinę białego lakieru na kawałeczek gąbki, najlepiej na jej kant, dla lepszej precyzji, i "ciapiemy" nią na szczycie fali, by zrobić jej spienione wykończenie. Pozwalamy lakierom wyschnąć i nakładamy warstwę topa, żeby utrwalić nasz manicure. Teraz wychodzimy z domu i chwalimy się letnimi pazurkami :P Użyte przeze mnie lakiery to  ArtDeco Mini - 515, Essie - Aruba Blue i Essie - Borrowed & Blue oraz Avonowy french ;)

I jak, która z propozycji podoba Wam się najbardziej? Planujecie którąś wykorzystać?
A może robiłyście już właśnie takie pazurki? :)

I jaki zestaw chcecie następnym razem - kwiatki, kropki czy abstrakcję? ;) 

wtorek, 22 maja 2012

Avon Naturals - Mus do ciała Róża i Brzoskwinia

Zapowiadałam Wam, że będzie tu teraz zatrzęsienie mazideł do ciała, bo używam aktualnie kilku zamiennie. Tego jednak już nie używam, bo zostawiłam końcówkę na sytuacje awaryjne. Właściwie nie miałam go recenzować, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie - dlatego tym razem na zdjęciach nie ma pełnego opakowania, jak zwykle robię ;) A czemu zmieniłam zdanie? Bo jestem konsultantką Avonu i czuję się w obowiązku pisać o kosmetykach, które WARTO kupić tej marki - bo zdaję sobie sprawę, że większość z Was za Avonem nie przepada ;) Ja znam kilka kwiatuszków z logiem Avon i dziś chcę Wam napisać o moim niedawnym odkryciu, które mnie zachwyciło :)
  
  
Opis producenta:
Nie istnieje :P
  
Gdzie i za ile: u konsultantki Avon, 17zł / 200ml (często w promocji np. za 8zł)
  
Skład:
     
Moja opinia:
Mus zamknięty jest w białym plastikowym słoiku, odkręca się on bezproblemowo, bardzo wygodnie się w tej sposób nabiera kosmetyku. Sam mus jest biały i gęsty, ma maślaną konsystencję. Właściwie, czego oczekujemy po słowie "mus do ciała"? Ja nie miałam zbyt wielkich nadziei, kupiłam go ze względu na opakowanie i zapach, bo czasem weźmie mnie na coś różanego. A okazuje się, że MUS to idealne określenie dla tego produktu - jest leciutki, kojarzy się z gęstą pianką, naprawdę jeden z najprzyjemniejszych pod tym względem kosmetyków, jakie używałam - cudeńko! Do tego zapach - myślałam, że róża będzie dominująca, a brzoskwini nie wyczuję, a jednak czuć oba te składniki, które pięknie się komponują w zapachu :) Nie jest to duszący różany odór jak w przypadku niektórych kosmetyków, pachnie słodko, ale i dość świeżo :)
  

A jak wygląda działanie musu? Równie rewelacyjnie! Mus rozprowadza się bardzo łatwo, wchłania szybciutko i pozostawia skórę otuloną taką gładziutką warstwą, kojarzy mi się to tylko z puchową kołderką, bo nie jest to tłusty film. Nawilżenie jest rewelacyjne, czuć je, wraz z tą "kołderką" niemal 24h, aż do następnego mycia ciała. Byłam w szoku, że jakiś kosmetyk może tak działać, i to bez tłustej warstwy :) Dodam jeszcze, że zapach utrzymuje się parę godzin, co dla mnie jest dużą zaletą, bo smaruję się wieczorem, więc do snu lula mnie cudny różano-brzoskwiniowy zapach :) Jedyną wadą tego musu jest to, że zostawia białe ślady na ubraniach, jeśli ubierzemy się zbyt szybko - najlepiej jest odczekać parę minut, a w tym czasie umyć kiełki i twarz, zanim wskoczymy w piżamkę :P
Poza tą jedną małą wadą, mus uważam za idealny. Są dostępne jeszcze dwie wersje zapachowe - mleko + miód oraz wanilia, ale mnie nie kuszą - zdecydowanie wolę różę i brzoskwinię ;)
  
  
Używałyście któregoś z avonowych musów? Polubiłyście je?
A może jesteście tak uprzedzone do marki, że nie wierzycie, że mają też cudeńka? ;)

wtorek, 20 marca 2012

Oh So Specjalny makijaż #3 - Wiosennie

Pora na trzeci już i na razie ostatni makijaż, który wykonałam, używając wyłącznie cieni z paletki Sleek Make-up - Oh So Special - już kocham ją tak, jak pozostałe moje sleekowe dzieci - Original i Monaco :)
  
Korzystając z faktu, że mamy w tej paletce kilka jasnych perłowych cieni, postanowiłam stworzyć lekki wiosenny makijaż, który nadawałby blasku twarzy - taki optymistyczny, delikatny... Mam nadzieję, że mniej więcej wiecie, co mam na myśli ;) Właściwie widzę taki makijaż niemal wyłącznie z zielonymi elementami, ale spróbowałam wykonać go dostępnymi w tej paletce cudeńkami.
Z moich starań wyszedł następujący makijaż:
  
   
Właściwie przyznam szczerze, że z niego jestem najbardziej zadowolona, jeśli chodzi o prezentowane tu makijaże z Oh So Special. Wyszedł tak jak miał - delikatnie, świeżo, rozświetlająco - kilka osób nawet zwróciło uwagę, że oczy w takim makijażu zdają się uśmiechać ;) Przy okazji odkryłam, że nadal jestem w stanie zrobić cieniutką kreskę linerem - choć nie takim w pisaku. Znalazłam po prostu w kosmetyczce niemal zaschnięty liner w pędzelku - mój ulubieniec sprzed paru lat z Lovely ;)
    
A czego jeszcze użyłam, do wykonania tego makijażu?
    
   
Jak w przypadku poprzednich makijaży, zaczęłam od bazy Hean. W wewnętrznym kąciku powieki nałożyłam złotawo-łososiowy cień o nazwie Organza, dalej mniej więcej na środkowej części powieki wylądował złoty cień, czyli Gift Basket, a zewnętrzny kącik przyciemniłam odrobiną stalowego metalika, czyli Glitz. Na dolnej powiece nałożyłam drobnym pędzelkiem raz jeszcze Organzy. Całość oczywiście porozcierałam, żeby granice między cieniami zanikły, a stal w zewnętrznym kąciku nie "obciążała" makijażu.
Kreskę wykonałam linerem w pędzelku Lovely - mój jest już stary i zaschnięty, ale chyba kupię nowy (albo zainwestuję w rimmelowy, też dużo dobrego słyszałam). Rzęsy wytuszowałam avonową maskarą SuperShock Max, a brwi tym razem pominęłam - nie pasowało mi to jakoś do tak delikatnego makijażu.
  
Jak Wam się podoba ten makijaż? Co byście w nim zmieniły?
I który z prezentowanych tutaj trzech makijaży podobał Wam się najbardziej, a który najmniej? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...