niedziela, 19 maja 2013

Fotoprzegląd #1

Postanowiłam i ja pokazać wycinek mojego życia w zdjęciach. Wiem, że lubicie tego typu posty na innych blogach, uznałam, że też chcę się z Wami podzielić takimi "głupotkami", czyli co mnie zajmuje, kiedy nie zajmuje mnie blog ;) Na szczęście nabrałam już nieco nawyk, żeby robić zdjęcia zwykłym sytuacjom, więc mam co Wam pokazywać w razie czego ;)
Oczywiście jak już zrobiłam sklejki zdjęć z ostatnich dni uświadomiłam sobie, że zapomniałam o kilku istotnych dla mnie elementach, ale o tym najwyżej kiedy indziej ;)
Nie będę pisała, że jest to przegląd ostatniego tygodnia czy miesiąca, bo znam siebie i wiem, że nie będę robić takich postów regularnie. No, chyba że chcecie, żebym konkretnego dnia danego miesiąca podsumowywała tak ostatnie 30 dni ;) Robię tak z kosmetycznymi łupami i z aktualizacjami włosowymi, więc nie powinno to być specjalnie uciążliwe. Co o tym sądzicie? :)
  
A żeby Wam nie truć już za bardzo, zapraszam do obejrzenia tych kilku zdjęć :)

1. Wizyta w chińskiej knajpce z Seraphine, moją bratnią duszą :)
2. Nowy nabytek - szminka Revlon Colorburst w odcieniu Chocolate, która ostatnio gości na moich ustach.
3. Zaczynam walkę o mocne paznokcie...
4. Zaczęłam się znowu bawić w robienie lakierowej biżuterii - możecie ją znaleźć na moim FB :)
5. A wieczory umilają mi owocowe woski Yankee Candle, niedługo wpis o nich!
6. Jeden z ostatnich lumpkowych łupów, z których jestem zadowolona - sukienka Kappahl.
7. Moja codzienna dawka słodyczy - Tymon i Missy i ich wzajemna toaleta <3
8. Gra, w którą ostatnio grałam z Ukochanym, a którą on zrecenzował O TU.
9. Raz jeszcze kocio - moja "pułapka na koty", czyli karton, który wiecznie jest oblegany, głównie przez Missy. Wychodzi na to, że Tymonowi muszę wykombinować jakieś większe pudło ;)

I co sądzicie o tego typu wpisach? :) Chcecie je czytać regularnie? :)

sobota, 18 maja 2013

Joko - Poczwórne cienie prasowane - J407

Miewacie tak, że coś Was zachwyca na pierwszy rzut oka, a potem z chwili na chwilę zawodzi po kolei wszystkie Wasze oczekiwania? Mnie się to czasem zdarza, choćby teraz, kiedy zakochałam się z miejsca w pięknej poczwórnej paletce cieni Joko - niestety ona tylko sprawia wrażenie pięknej...
  
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: na stoiskach z Joko (w małych drogeriach), na Inermis.pl itd., ok. 25zł / 6g
  
  
Moja opinia:
Jak już pisałam, na pierwszy rzut oka cienie prezentują się rewelacyjnie - elegancka solidna kasetka, wyglądająca dość drogo i ekskluzywnie, a w niej cztery piękne cienie, które idealnie ze sobą współgrają i zapowiadają śliczny dzienny makijaż. Do tego dołączona jest też dwustronna pacynka z gąbeczkami o różnych wielkościach. Mogłaby być nawet wygodna, ale i tak wolę używać pędzelków. 
Cienie mają satynowe wykończenie, ich kolorystyka najbardziej mnie urzekła. Niestety są strasznie miękkie, przez co raz, że sypią się po całej kasetce przy próbie nałożenia, a dwa, że osypują się mocno na policzki przy malowaniu powiek. Ba, mam wręcz wrażenie, że więcej ich na policzkach niż na oczach!
Cienie nie są zbyt dobrze napigmentowane:
  
  
Dodatkowo znikają przy rozcieraniu, zostaje ich na powiece coraz mniej, mimo użycia dobrej bazy. Trudno też odróżnić kolory, nieco się zlewają. Jeśli chodzi o trwałość, określiłabym ją jako przeciętną. Na bazie trzymają się jakieś 8-9h na moich tłustych powiekach, ale po tym czasie nie tylko rolują się, ale także w pewnym stopniu mocno blakną i są coraz mniej widoczne.
Zdaję sobie sprawę z tego, że mistrzem makijażu nie jestem i może ktoś bardziej doświadczony lepiej by sobie z nimi poradził, ale myślę, że przeciętna kobieta kupująca taką poczwórną paletkę cieni też nie ma jakichś super-umiejętności... I pewnie nie dla każdej kobiety taki efekt jak poniżej byłby wart 24zł.
Nie jest może tragicznie, ale i nie jest dobrze. Paletka mnie nie zachwyciła, mam masę innych cieni, które znacznie lepiej nadają się do dziennych makijaży i z którymi lepiej mi się pracuje. Tym razem Joko mówię "nie".
  
   
Co myślicie o takich paletkach?
Wolicie same skomponować kolory czy zdarza Wam się korzystać z gotowych zestawień?

czwartek, 16 maja 2013

Coś do poczytania... #8

Mam dziś mnóstwo do zrobienia, więc oczywiście wolę napisać notkę ;)
Uzbierało mi się kolejne pięć książek, którymi chciałabym się z Wami podzielić - myślę, że znajdziecie tu coś interesującego dla siebie, choćby powieści Lindy Howard, a może koci poradnik?
Zapraszam do czytania :)
   
"Dość już łez" Linda Howard
  
"Milla po porwaniu jej maleńkiego synka ma w życiu tylko jeden cel – odnalezienie dziecka. Całe swoje życie podporządkowuje tragedii. Rozstaje się z mężem i zakłada organizację, która pomaga rodzinom znajdować ich zagubionych bliskich. Jej obsesyjną potrzebą pozostaje jednak odnalezienie własnego syna. Po dziesięciu latach daremnych poszukiwań do pomocy wynajmuje tajemniczego Diaza, podejrzanego człowieka znanego jako łowca. Ten samotny wilk, z którym wbrew swojemu rozsądkowi nawiąże gorący romans, pomoże jej odnaleźć odpowiedzi na pytania, które zadawała sobie od lat."
  
Pierwsze wrażenie o tej książce nie było zbyt pozytywne ze względu na styl pisania autorki, która namiętnie powtarzała te same informacje po kilka razy, jakby czytelnik był idiotą. Im dalej jednak czytałam, tym mniej mi to przeszkadzało, ponieważ niewątpliwym atutem powieści jest świetna fabuła, która niesamowicie wkręca. Książka nie jest może napisana najlepszym językiem i w najlepszy sposób, ale na pewno jest godna uwagi, momentami bardzo wzruszająca, a na pewno trzymająca w napięciu. Zryczałam się kilkukrotnie podczas czytania, poza tym zdążyłam sama niemal zakochać się z Diazie - która kobieta by takiego nie chciała? ;) Nie ukrywam, że elementy romansu zostały świetnie wplecione w thrillerową fabułę, bez nich nie byłoby już tak ciekawie ;)
  
  
 "Niebezpieczne zbliżenie" Linda Howard
  
"Po śmierci męża Baily Wingate dziedziczy fortunę. Jego dorosłe dzieci szczerze nienawidzą młodej macochy. Zmęczona wiecznymi kłótniami, Baily postanawia wyjechać. Prywatny samolot, którym leci do Denver, rozbija się w Górach Skalistych... Przyzwyczajona do luksusu, delikatna kobieta musi samotnie zmierzyć się z bezlitosną przyrodą i uratować rannego pilota. Wokół jest tylko śnieg i bezkresne pustkowie. A katastrofa nie była wcale nieszczęśliwym wypadkiem..."
  
Jeden luźny dzień w pracy i przeczytałam całą książkę za jednym zamachem!
To moje druga, po "Dość już łez", powieść tej autorki i mogę z całą pewnością powiedzieć, że się polubiłyśmy z Lindą. Jest to idealny rodzaj literatury na długie wieczory - elementy kryminału, thrillera, przygody z odpowiednią dawką romansu, w dodatku napisane w naprawdę dobry sposób. Tak jak w tej pierwszej książce irytowały mnie pewne zabiegi językowe autorki, tak tutaj nie mam się do czego przyczepić - czytałam z zapartym tchem i żadne błędy czy nieścisłości nie odwracały mojej uwagi od fabuły. Dodać do tego zaskakujące zakończenie i voila - mamy bardzo udaną powieść :)
  
  
 "Prawdziwe morderstwa" Charlaine Harris
  
"Poznajcie Aurorę Teagarden - kolejną z bohaterek wykreowanych przez bestsellerową autorkę, Charlaine Harris. Niezwykłą bibliotekarkę, której inteligencja, intuicja i przenikliwość pozwalają rozwikłać najbardziej niezwykłe tajemnice oraz pełne mroku zagadki. Lawrenceton w stanie Georgia, przedmieścia nieustannie rozwijającej się Atlanty, to de facto nadal małe miasteczko. Bibliotekarka Aurora „Roe” Teagarden wychowała się tutaj i wie więcej, niż trzeba, o mieszkańcach miasta, także o tych, którzy podobnie jak ona interesują się ciemniejszą stroną ludzkiej natury. Wraz z tymi ludźmi Aurora należy do klubu nazywanego Prawdziwe Morderstwa, którego członkowie spotykają się raz w miesiącu, by analizować słynne sprawy kryminalne. To nieszkodliwe hobby przyjmuje całkiem inny obraz, gdy pewnego wieczoru Roe znajduje ciało członkini klubu, zamordowanej w sposób, przypominający zbrodnię, którą tego dnia klub miał omawiać. Po kolejnych przypadkach „kopiowanych” zabójstw, Roe będzie musiała się dowiedzieć, kto ukrywa się za tą przerażającą zabawą, w której wszyscy członkowie Prawdziwych Morderstw, z nią włącznie, są głównymi podejrzanymi… i potencjalnymi ofiarami."
  
Od dawna czaiłam się na tę książkę, więc kiedy udało mi się ją dorwać, od razu zabrałam się za czytanie.
Lektura była przyjemna i szybka - cały czas miałam wrażenie, że czytam jakąś mini-powieść. Mimo wszystko nie porwała mnie. Fabuła ciekawa, ale wg mnie za mało rozwinięta - cała akcja książki mogłaby z powodzeniem zapełnić kilka tomów, a zaskakujące zakończenie tylko dodałoby smaczku. Tutaj jakoś za szybko się to wszystko wyjaśnia. Styl pisania prosty i jasny, ale nie zachwyca błyskotliwością ani niczym specjalnym. Poza tym mam wrażenie, że pani Harris szczególnie upodobała sobie trójkąty miłosne, bo chyba wszystkie jej bohaterki nie umieją skupić się na jednym facecie... ;)
Podsumowując - zwyczajne czytadło. 
Tutaj dodam, że drugi tom był już nieco lepszy ;)
  
    
 "Kobieta na krańcu świata 3" Martyna Wojciechowska

"Tsepal ma trzech mężów, których poślubiła tego samego dnia - okazuje się, że takie związki mają zdecydowanie więcej zalet niż małżeństwo jednego mężczyzny z trzema kobietami. Hilda swojego pierwszego byka zabiła, kiedy miała 14 lat. Dziś ta drobna, wyglądająca niczym licealistka dziewczyna jest jedną z najlepszych matadorek świata. Shirley uwielbia zwierzęta, a one kochają ją jak matkę. Uratowała i wykarmiła dziesiątki malutkich koali i kangurów. Amina została wygnana z wioski, ponieważ krewni oskarżyli ją o czary. Czy faktycznie jest wiedźmą czy był to pretekst, żeby pozbyć z domu się starej kobiety? Heather jest idealną panią domu, a jednocześnie mistrzynią świata BASEjumpingu –najbardziej niebezpiecznym sporcie świata. Tyle że skoki spadochronowe zaczęła uprawiać dopiero po 40-tce… Martyna Wojciechowska ma dar do wynajdywania niezwykłych bohaterek i skłaniania ich do intymnych wyznań. W trzeciej serii „Kobiety na krańcu świata” dziennikarka porusza tematy kontrowersyjne… Na Samoa rozmawia z kobietami, które urodziły się w ciałach mężczyzn, w Nepalu bada zawiłości seksu z trzema mężami, w Indiach próbuje zrozumieć czy w imię wiary można jeść ze szczurem z jednej miski, przyznaje się też do całowania się z kobietą. A wszystko to po to, żeby pokazać różnorodność świata, na którym żyjemy i nauczyć siebie i innych większej tolerancji."

Choć uwielbiam wręcz Martynę Wojciechowską, tym razem przez jej książkę nie mogłam przebrnąć. Pierwszy rozdział ciągnął mi się niemiłosiernie, zwłaszcza, że bardzo długo nie poznaliśmy w ogóle jego głównej bohaterki. Na pewno w końcu bym przeczytała, bo na Martynę muszę mieć najwyraźniej nastrój, ale na razie muszę oddać książkę właścicielce. Jak tylko będę miała okazję znowu ją dorwać - podejmę kolejną próbę ;)
  
  
 "Jak kot z kotem" Pam Johnson-Bennett
  
""Jak kot z kotem" to doskonała książka nie tylko dla opiekunów więcej niż jednego kota. Autorka, Pam Johnson-Bennett, doskonale rozumie koty i świetnie zna ich psychikę. Profesjonalnie acz bardzo przystępnie wprowadza czytelnika w świat widziany kocimi oczami. Dzięki tej pozycji każdy koci opiekun będzie nie tylko lepiej rozumiał zachowanie swego mruczącego przyjaciela, lecz także będzie umiał z nim wejść w dialog. Książka jest pełna bezcennych życiowych porad i uwag dotyczących zarówno zachowania czystości, znaczenia terytorium, wprowadzania kolejnego kota pod własny dach, socjalizacji, ale także wielu, wielu innych aspektów życia z kotami we wspólnym domu. Mam wielką nadzieję, że książka pogłębi wiele kocio-ludzkich przyjaźni i pomoże uniknąć wielu kocio-ludzkich nieporozumień.Wojciech – Albert Kurkowski, Międzynarodowy sędzia felinologiczny FIFe. Książka polecana przez: Polską Federację Felinologiczną "Felis Polonia" (FPL)"
   
Czytanie tej książki mi się nieco dłużyło (tak mam z książkami bez fabuły ;)), ale muszę przyznać, że jest bardzo ciekawa. Jako, że niedawno mój domowy zwierzyniec wzbogacił się o drugiego kota, chętnie zabrałam się za czytanie. Z książki dowiedziałam się sporo ciekawych rzeczy, nauczyłam się zwracać uwagę na niektóre kocie interakcje i interpretować je odpowiednio. Naprawdę już nieco inaczej patrzę na zachowanie moich futrzaków :) Co by nie było zbyt słodko, brakowało mi w tej książce... obrazków. I nie, nie dlatego, że nie lubię książek bez obrazków, ale po prostu były momenty, gdy autorka usilnie stara się coś opisać, ale jej to nie idzie - a wystarczyłby dołączony szkic... Tak samo warto byłoby dodać obrazki do rozdziału o kociej "mimice", łatwiej byłoby wszystko dokładnie pojąć.
Ogólnie mówiąc, nie żałuję, że przeczytałam, ale pewien niedosyt mam nadal. 
  
  
Czytałyście którąś z tych książek albo może zachęciłam Was właśnie do lektury? :) 
 
Zdjęcia okładek i opisy pochodzą ze strony LubimyCzytac.pl

środa, 15 maja 2013

Isana Med - Żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym

Dziś na tapecie żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym marki Isana Med z Rossmanna. Z jakiegoś powodu zapomniałam o tym żelu w ostatnich facebookowych zapowiedziach, ale i tak postanowiłam go zrecenzować, bo tak mi się spodobał, że strasznie mnie korci, żeby o nim pisać :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Rossmannach, ok. 6zł / 250ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Na wstępie po prostu muszę zaznaczyć, że dawno nie spodobał mi się tak żel pod prysznic - tym razem pod każdym względem! Chyba niczego mu nie mogę zarzucić :)
Opakowanie jest bardzo proste i estetyczne - to biała butelka z kolorowymi nienachalnymi napisami. Wylot butelki jest najzwyczajniejszy, po prostu mała dziurka, choć w pierwszym momencie myślałam, że jest tam silikonowy niekapek - nie ma. Opakowanie wygląda poważniej niż standardowa seria Isany, choć nie wiem, czy "med" nie jest zbyt dużym określeniem - w tej kwestii może niech wypowiedzą się osoby, które lepiej ode mnie znają się na składach itd. ;)
Żel jest gęsty, przezroczysty, lekko pomarańczowy, ale to, co najłatwiej zauważyć to zapach - po prostu cudny! Przede wszystkim żel pachnie bardzo naturalnie, czuję w nim owoce tropikalne, mam wrażenie, jakbym myła się sokiem multiwitaminą - kojarzycie jego smak i zapach? :) Mniamuśny i bardzo przyjemny!
   
  
Działanie też mnie zachwyca. Przede wszystkim, żel sprawia wrażenie nieco oleistego, ale w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie jest tłusty, ale czuć, że olejki jakieś zawiera. Skóra też to czuje, bo po umyciu sprawia wrażenie nie tylko nie wysuszonej, ale nawet trochę nawilżonej! Ponadto żel pieni się świetnie, dzięki czemu jest naprawdę wydajny, co dodatkowo cieszy. Dodatkowym atutem jest na pewno także cena - niziutka, jak za takie cudo. Naprawdę nie mam mu nic do zarzucenia, uśmiechnęłabym się tylko bardzo do producenta, żeby zaserwował nam więcej wariantów zapachowych w tej linii - wtedy byłoby po prostu idealnie :)
Chyba nie muszę na koniec pisać, czy polecam? BARDZO polecam :)
  
  
Jaki jest Wasz stosunek do kosmetyków ze słówkiem "med" w nazwie? :)

wtorek, 14 maja 2013

Włosowa aktualizacja - Maj

Jakoś szybko minął mi ten miesiąc od ostatniej włosowej aktualizacji :)
Przez ten czas trochę się działo w tej sferze - przede wszystkim pofarbowałam włosy, nieco zmieniłam pielęgnację, a właściwie dodałam do niej jeden element, zaczęłam myśleć o podcięciu włosów. 
Wszystko po kolei - moje obecne włosy:
  
          
Długość z przodu - 51 cm
  
                                                                                                                     A w kwietniu:
   
  
Może i urosły tylko ok. 1cm, ale mam wielką frajdę z tego, że to comiesięczne zdjęcie jest coraz bardziej kwadratowe niż prostokątne :P
Co prawda wygląda na to, że będę musiała się z 2cm pozbyć, ale takie poświęcenia czasem trzeba uskuteczniać ;) Wyjdzie to włosom tylko na dobre. Właściwie myślę o lekkim pocieniowaniu ich - co myślicie? Już kilka osób mi to radziło, a ja nie jestem przekonana, więc chętnie poczytam Wasze opinie.
 
  
 
Jeśli chodzi o moją obecną pielęgnację, nieco się zmieniła, bo przede wszystkim musiałam zacząć zabezpieczać końcówki. Nigdy tego nie robiłam, ale i nigdy nie miałam z nimi większych problemów. Ostatnio jednak zauważyłam kilka rozdwojonych końcówek i postanowiłam zacząć działać, póki sytuacja jest do opanowania ;)
Moja codzienna pielęgnacja wygląda więc tak:
  
  
Tak, dobrze widzicie - dwie odżywki i dwa szampony.
Zacznę może od nowości - szamponu i odżywki Shielo z serii Volume. To amerykańska marka, dostałam te kosmetyki do testów dawno temu i szczerze mówiąc jakoś o nich zapomniałam. Teraz wreszcie po nie sięgnęłam i mam maksymalnie mieszane uczucia ;) Za jakiś czas będziecie mogły poczytać ich recenzję, ale na razie jeszcze się z nimi pomęczę (głównym czynnikiem "męczenia" jest okropny, duszący, fryzjerski zapach, fuj!).
Poza tym co parę dni daję włosom odpocząć i używam szamponu Alterra z granatem i aloesem. Za nim też nie przepadam, ale uparłam się, że go wykończę - zostało jeszcze na parę razy :P
Dodatkowo wykańczam też odżywkę Joanna Naturia z pokrzywą i zieloną herbatą - stosuję ją tym razem bez spłukiwania, na same końcówki. Sprawdza się całkiem nieźle.
  
  
Dodatkowo w miarę regularnie staram się używać jeszcze odżywki pokrzywowej Anna jako wcierki - również mam już końcówkę, a w tym przypadku ostatnio zapominam o sumiennym stosowaniu...
I kolejna końcówka - maska regenerująca BioVax - stosuję do kilka dni, nie widzę żadnych spektakularnych efektów, ale też chcę ją wreszcie wykończyć, żeby nie musieć pokazywać w kolejnej aktualizacji :P
Kompletną nowością jest serum wzmacniające A+E BioVax - używam go do zabezpieczenia końcówek przed wyjściem z domu. To chyba moje pierwsze zetknięcie z tego typu produktem i na razie sama nie wiem, co mam o tym myśleć ;)
Zobaczymy za jakiś czas, co na to moje końcówki :)
  
Na koniec dodam jeszcze, że "zabezpieczam" moje włosy na co dzień, czesząc je w najzwyklejszego koczka "ślimaczka":
  
   
Przyznam szczerze, że sama nie wiem, czy faktycznie jest to dla nich zdrowsze niż chodzenie w rozpuszczonych, ale dla mnie na pewno wygodniejsze ;) Zauważyłam, że w takiej postaci też dłużej pozostają świeże :)
Przy okazji możecie podziwiać, jak maleńki koczek może powstać z tak długich włosów, jeśli jest ich tak mało jak u mnie ;) Przynajmniej po rozpuszczeniu go fale dają efekt 200% objętości ;)
   
Na dziś to tyle, jeśli macie jakieś pytania lub o czymś zapomniałam - wiecie, gdzie pytać :)
  
Jak się mają Wasze włosy? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...