Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki naturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki naturalne. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

Kilka pomysłów na własnoręcznie robione prezenty świąteczne

Święta zbliżają się coraz bardziej i czas powoli kompletować prezenty dla bliskich. Co prawda ja w tym roku wyjątkowo się pośpieszyłam, bo właściwie ostatnie prezenty kupiłam na początku grudnia, korzystając z Dnia Darmowej Dostawy, więc mam już komplet. Nie wszystkie prezenty są kupne - osobiście uważam, że znacznie cenniejsze i przyjemniejsze są te, które ktoś zrobił własnoręcznie, poświęcając na to uwagę, czas, niekoniecznie pieniądze. Nie zamierzam tu pokazywać, co zrobiłam na prezenty, bo niektórzy z tych, co mają być obdarowani tu zaglądają, ale chętnie podzielę się z Wami kilkoma pomysłami, jak można sprawić bliskim radość czymś bardziej osobistym :)
  
1. Szydełkowe aniołki i inne ozdoby świąteczne
Powyższe cudeńka są dziełem mojej Mamy. Robi ona także aniołki na choinkę, śnieżynki, gwiazdki - słowem - cuda. Przyznam szczerze, że osobiście nie próbowałam, ale w Internecie znajdziecie setki tutoriali, jak takie aniołki wykonać :) Pomysł super, choć typowo świąteczny.
  
2. Ręcznie malowane lampiony
W moim domu rodzinnym goście zawsze zachwycali się kolorowymi lampionami, które zawsze stoją na parapetach i stole. Zależnie od sezonu, są to lampiony świąteczne, jak na zdjęciu powyżej, albo inne, np. zdobione kwiatami czy rybkami. Te na zdjęciu również są dziełem mojej Mamy, ja też próbowałam swoich sił, ale moje lampiony jakoś się rozeszły. Tu wystarczy odpowiednia szklaneczka (koszt kilku złotych) i kilka kolorów farb do szkła. Nie jest to może najtańsza z opcji, które dziś przedstawię, ale na pewno najbardziej "wydajna" - jeśli już zainwestujemy w farbki, można malować dalej ;)
    
3. Nalewki i wina domowej roboty
W tej kategorii mistrzem jest oczywiście mój Tata, którego śliwowica staje się legendą wśród znajomych ;) Zrobienie samego trunku jest może bardziej czasochłonne, ale sprezentowanie go w ładnej oprawie (może być np. butelka po Nalewce Babuni - ta po lewej - albo inne efektowne szkło) i efekt murowany. Przepisów na nalewki również w necie znajdziemy całe mnóstwo, chętnie bym się podzieliła z Wami sekretem śliwowicy Taty, ale nie sądzę, żeby zdradził go nawet mnie ;)
  
4. Bransoletki przyjaźni
Nie byłabym przecież sobą, gdybym o nich nie wspomniała ;) Bransoletka tego typu pozwala na pełną dowolność w kwestii wzoru i koloru, więc możemy ją w 100% dostosować do gustu bliskiej osoby, jednak nie jest to raczej materiał na "główny" prezent, raczej jako dodatek. Ja akurat je sobie daruję jako prezenty świąteczne, bo wszyscy moi bliscy już i tak chodzą "oznakowani" przeze mnie ;) Jeśli szukałybyście inspiracji i porad dotyczących ich zaplatania, zachęcam do zajrzenia na stronę friendship-bracelets.net - to prawdziwa skarbnica wiedzy :)
  
5. Lakierowa biżuteria
To również kiedyś Wam już prezentowałam. Wykonanie takiej biżuterii na pewno nie jest trudne, wystarczy zaopatrzyć się w odpowiednie materiały - bazy i kaboszony oraz oczywiście lakiery. Nie muszą to być wcale dzieła "jednolakierowe" - jak widzicie na zdjęciu powyżej, można także kombinować wzory. Komplet takiej biżuterii, oczywiście również trafiający w gusta osoby obdarowywanej, także powinien być trafionym prezentem.
  
6. Szydełkowe gadżety
O szydełku pisałam już wyżej, ale przecież nie służy ono tylko do wykonywania ozdób świątecznych. Ja dopiero zaczynam przygodę z szydełkiem i na początek zrobiłam etui i na telefon i piórniczek. Wiem, że pozostawiają wiele do życzenia (zwłaszcza etui), to kwestia wprawy - już teraz po trzech dniach z szydełkiem wiem, że jestem w stanie zrobić znacznie ładniejsze etui na telefon i naprawdę nie jest to nic trudnego. TU znajdziecie bardzo przyjemny tutorial :) Jeśli chodzi o piórnik, zrobiłam go po swojemu bez tutorialu, ale z tym każdy, kto zna podstawy szydełkowania, na pewno sobie poradzi. Jeśli nie, będę zaszczycona robiąc własny tutorial :P
   
7. Szydełkowe czapki i szaliki
źródło: http://www.senmai.pl/2013/12/luzna-szydelkowa-czapka-na-chlodne-dni-slouchy-beanie/
Nad taką czapają jak na zdjęciu powyżej właśnie sama siedzę, bo zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia :) Specjalnie kupiłam grubą cieniowaną włóczkę itd :) Jeśli też Wam się podoba, koniecznie zajrzyjcie do linku pod zdjęciem. Taka czapka na pewno ucieszy osoby, które marzną zimą, podobnie dobrym pomysłem może być szalik, na który również są setki wzorów w Internecie.
  
8. Kosmetyki domowej roboty
źródło: http://pl.dawanda.com/product/57646195-Scrub-do-ciala
Jeśli chodzi o własne kosmetyki, sama robiłam jedynie balsamy do ust i olejki do paznokci, jednak możliwości są niezliczone. Jeśli nie czujecie się na siłach, zapraszam do sklepiku Craft&Beauty - link pod zdjęciem, jednak można spróbować zrobić takie produkty samemu. Sporo przepisów i tutoriali znajdziecie np. na blogu Smyka, jednej z właścicielek Craft&Beauty, o TU.
  
Cóż, właściwie to tyle, jeśli chodzi o moje pomysły na własnoręcznie wykonywane prezenty. Chętnie poczytam o Waszych! :)

czwartek, 15 listopada 2012

Kosmetyki Smyka - balsam do ust i balsam do ciała

Jakiś czas temu otrzymałam paczuszkę od Patrycji, znanej w blogosferze jako Smyk z bloga www.scianymajauszy.blogspot.com. Wiedziałam, że znajdę w niej dwa cuda - balsam do ciała i balsam do ust. W kwestii zapachów zdałam się na Smyka. Oto, co znalazłam w paczce: 
  
  
Kosmetyki zostały pięknie opakowane i zaopatrzone w etykiety z dokładnym opisem i składem produktu. Byłam baaardzo pozytywnie nastawiona, od razu pocykałam zdjęcia, żeby móc zacząć ich używać bez wyrzutów sumienia ;) Z zapachami Patrycja trafiła idealnie! Ale może o tym już w opisach poszczególnych cudeniek? ;)

Najpierw spójrzmy na balsam do ust :)

  
Opis i skład:
   
Moja opinia:
Jak widzicie, balsam jest umieszczony w ślicznym słoiczku w kształcie serduszka. Bałam się, że balsam wrzucony luzem do kieszeni czy torebki może się otwierać, ale jak dotąd mi się to nie zdarzyło :) Wolałabym jednak, gdyby słoiczek był zakręcany, a nie "nakładany", czułabym się pewniej ;) Patrycja wybrała mi do niego zapach szarlotki i naprawdę tak pachnie! Czuję w nim jabłka, cynamon, takie ciepłe korzenne nutki, idealne na zimę :) Konsystencję określiłabym jako wazelinową, ale z jedną różnicą - bardzo szybko topi się pod wpływem ciepła, więc przy nakładaniu najlepiej posłużyć się wierzchem paznokcia - wtedy topi się dopiero w kontakcie z ustami i bardzo łatwo się rozprowadza. Daje efekt lekkiego połysku, ale takiego naturalnego, a nie błyszczykowego. No i najważniejsze - działa naprawdę rewelacyjnie! Świetnie nawilża i chroni, jest idealny na wyjście z domu w taką pogodę jak teraz mamy za oknem. Dlatego niemal od razu wylądował w kieszeni mojego płaszcza jako PBW - podręczny balsam wychodzący ;) No OK, jeden z trzech w tej kieszeni, znacie moją manię :D
Bardzo chętnie zaopatrzyłabym się jeszcze w parę innych wariantów zapachowych. Wam też zdecydowanie polecam :) Poniżej zaraz podam odpowiednie linki, gdzie można to cudo zamówić ;)
  
Najpierw jednak jeszcze parę zdań o balsamie do ciała :)
  
   
Opis i skład:
   
Moja opinia:
Balsam do ciała ma formę twardej zbitej masy w kształcie babeczki. Podchodziłam do niego podejrzliwie, bo z taką formą się jeszcze nie spotkałam ;) Babeczka tkwi w papilotce jak do muffinków, która pozwala na higieniczne jej przechowywanie - ja do tego znalazłam jeszcze słoik po starym balsamie, żeby babeczka miała gdzie spokojnie mieszkać ;) W tym przypadku Patrycja również trafiła idealnie z zapachem. Zielona herbata z miętą? No kuuurde! :D Pięknie pachnie, bardzo świeżo :) Sam balsam jednak wzbudził we mnie mieszane uczucia. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę jest niesamowity - ale dla mnie chyba aż za bardzo. Po zastosowaniu go na długo pozostaje tłusty film, który wchłania się dłuuugo. Kolejnego dnia jednak okazuje się, że nasza skóra jest maksymalnie nawilżona! Niewiele kojarzę produktów, które dają taki efekt już po pierwszym zastosowaniu. Na co dzień jednak pozostaję przy zwykłych "ciekłych" balsamach, a ten będzie moją tajną bronią przeciwko przesuszeniom - spróbuję go także do stóp :)
  
A teraz, jak obiecałam, krótkie info, jak możecie zaopatrzyć się w wyroby Patrycji :)
Otóż wystarczy, że wejdziecie na TĘ STRONĘ, czyli Sklepik Smyka. Możecie tu zamówić balsamy do ciała, balsamy do ust, a także sole i kule kąpielowe. Do wyboru macie naprawdę sporo wariantów zapachowych, co mnie osobiście dodatkowo strasznie korci - uwielbiam pięknie pachnące kosmetyki :D

Bardzo Was zachęcam do składania zamówień, zwłaszcza, jeśli macie ochotę na takie kosmetyki samoróbki, a jesteście leniuchami, którym nie chce się eksperymentować ze składnikami ;)
  
Używałyście już jakichś produktów od Smyka? A może właśnie składacie zamówienie? ;)

środa, 19 września 2012

Made from Earth - Oliwkowy krem do twarzy na noc

Zmolestowałam wreszcie Mamę, żeby podyktowała mi recenzję ostatniego produktu ze sklepu Made from Earth - jej przypadł w udziale oliwkowy krem na noc. Używała go od dwóch miesięcy, więc myślę, że spokojnie możemy się już pokusić o recenzję - doceńcie ją, bo wydusić z Mamy opinię jest naprawdę trudno ;)
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: w sklepie Made from Earth, $40
   
Opinia Mamy:
Opakowanie kremu to prosty, zwyczajny słoiczek. Nie jest najpiękniejszy, ale też nie straszy z półki. Jest funkcjonalny i bezpieczny, bo plastikowy – nie ma obaw, że stłucze się o kafelki w łazience przy upadku. Sam krem pachnie mało przyjemnie, ale da się jakość  znieść, z czasem można się przyzwyczaić do tego zapachu. Konsystencja jest rzadka, bardzo lekka, łatwo się rozprowadza i szybko się wchłania. Przy okazji, wbrew pozorom krem jest bardzo wydajny, używam go i używam i nie chce się skończyć ;)
       
   
Po nałożeniu na twarz szybko wnika w skórę, nie pozostawiając żadnego filmu, choć przez jakiś czas po użyciu skóra jest lekko „śliska” i świecąca. Później cera pozostaje gładka i sprężysta i milusia i fajna. No. (cytuję Mamę słowo w słowo! :P) Czuć też duże nawilżenie, z którego jestem bardzo zadowolona.
Podsumowując, nieco przeszkadza mi jego zapach. Do konsystencji musiałam się przekonać, ale w końcu ją doceniłam, bo dzięki niej krem jest lekki. Czy kupiłabym go znów? Niekoniecznie, bo raczej szukam takiego kremu o przyjemniejszym zapachu i nieco niższej cenie, łatwiej dostępnego.
    
      
Na razie to ostatnia recenzja tej marki, ale mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będę miała okazję próbować ich produktów :) Większość z tych dotychczasowych bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła :)
 A Wy skusiłyście się może na zakupy w tym sklepie?

wtorek, 4 września 2012

DIY - Naturalne balsamy do ust domowej roboty :)

Tak jak zapowiadałam, podzielę się dziś z Wami relacją z tworzenia balsamów do ust ze składników, które ostatnio kupiłam na ZrobSobieKrem.pl :) Aktualnie z moimi balsamikami już się nie rozstaję, bo są one tak dobre, że w pełni zastąpiły mi zużytego ostatnio Carmexa. Jestem z siebie dumna z efektu ostatecznego, co z tego, że osiągnęłam go dopiero przy trzeciej próbie ;)
  
Oto, czego użyłam:
 - wosk pszczeli biały
- wosk Candelilla
- olej avocado (tu jest inny, bo w ostatniej chwili zmieniłam zdanie)
- olejek eteryczny grejpfrutowy
- opakowania po Carmexie i jakiejś próbce z Douglasa
  
Teraz przyda nam się jakieś naczynie, w którym całą mieszankę będziemy tworzyć, w moim przypadku padło na filiżankę z "dzióbkiem", taką do mleka ;) Najpierw sypiemy woski - ja dałam ich dosyć mało na pierwszy rzut. Na pewno lepiej dać więcej pszczelego, a mniej Candelilla, który jest strasznie twardy - trudno się topi i utwardza balsam.
       
  
Teraz dolewamy oleje. Za pierwszym podejściem (niestety tym udokumentowanym na zdjęciach) dałam zdecydowanie za mało oleju avocado i musiałam dwukrotnie stapiać gotowe balsamy, bo były za twarde. Myślę, że najlepsza proporcja to 1:1 z woskami. Dodajemy też parę kropel olejki eterycznego, w moim przypadku grejpfruta, ale musimy się najpierw upewnić, czy na pewno może on być stosowany na skórę.
  
  
Pora na stopnienie składników, żeby się ujednoliciły i wymieszały, polecam kąpiel wodną. Wstawiłam moją filiżankę do głębokiego talerza i zalałam go wrzącą wodą, tak, że była dookoła filiżanki. 
   
 
Nie roztapiało się błyskawicznie, dwa razy musiałam wymieniać wodę na gorącą, ale w końcu się udało:
  
   
Po uzyskaniu jednolitego płynu, szybko przelałam go do opakowań. Część mieszanki zastygła już na brzegach filiżanki, więc "zdrapałam ją" drewnianą szpatułką, roztopiłam raz jeszcze i uzupełniłam w opakowaniach. Oto, co wyszło:
   
  
W wersji ostatecznej, czyli tej składającej się z większej ilości oleju avocado, balsam ma świetną konsystencję - idealną do sztyftu, całkiem niezłą do słoiczka. Osobiście balsamy w słoiczkach używam tak, że nabieram odrobinę wierzchem paznokcia i tak nakładam na usta - nienawidzę babrać się paluchami... Przy tej konsystencji moja metoda jest najlepsza, bo palcem za dużo się nie nabierze raczej. Balsamy pachną ślicznie, choć np. moja mama, zamiast grejpfruta, czuje w nich ciasteczka ;) Po tej porcji ze zdjęć zrobiłam jeszcze kilka balsamów, już w "profesjonalnych" świeżutkich sztyftach i słoiczkach :) Zrobiłam im także ładne etykietki ze składem i prezentują się świetnie :)
  
Dziewczyny na FaceBookowym profilu bloga już pytały, czy zamierzam je sprzedawać - już teraz uprzedzę kolejne pytania i odpowiem - zastanawiam się nad tym ;)
  
Proszę o wyrozumiałość do tego tutorialu, pierwszy raz robiłam jakiś tego typu ;)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Moje pierwsze zakupy - Zrób Sobie Krem

Jakiś czas temu skusiłam się wreszcie na pierwsze zamówienie w sklepie internetowym ZróbSobieKrem.pl.
Długo dumałam nad tym co wziąć, kilkukrotnie edytowałam koszyk, aż wreszcie zamówiłam. 
Musiałam niestety czekać na zamówienie prawie dwa tygodnie, bo trafiłam akurat na urlop jego właścicieli. Za to dostałam 4% rabatu - zawsze coś ;) Wczoraj dotarła paczuszka, a oto, co w niej znalazłam:
  
  
I może więcej szczegółów:
  
WOSKI:
   
OLEJE:
   
POZOSTAŁE:
   
Za wszystko to, łącznie z przesyłką, zapłaciłam ok. 43zł - najtaniej to nie jest. Miałam szczerze mówiąc taką złudną nadzieję, że hydrolat jest lekki i to 75g będzie miało większą objętość, albo że może ktoś zjadł jeszcze jedynkę przed tą pojemnością, ale nie, otrzymałam małą buteleczkę, którą pewnie będę oszczędzać jeszcze bardziej niż mój ukochany hydrolat geraniowy... Pachnie bosko - tak cierpko, ale cytrusowo, bardzo specyficzny zapach, ale od razu mi się spodobał :)
Z reszty produktów także jestem zadowolona :)
 
Wszystkiego, poza hydrolatem, potrzebuję do wyrobu konkretnego produktu - domyślacie się, co chcę stworzyć? ;)


 

I jeszcze mała przypominajka:
Został już tylko tydzień do końca urodzinowego konkursu!
Nadal czekam na Wasze zgłoszenia - odpowiedzi, makijaże, manicure'y :) Nie mam na razie zbyt dużego wyboru, ale mam nadzieję, że dostanę jeszcze wiele ciekawych prac :) 
Pamiętajcie, że do wygrania są AŻ TRZY NAGRODY! :)


piątek, 17 sierpnia 2012

Made From Earth - Miodowe mleczko do ciała

Czas na kolejną recenzję cuda od Made From Earth - amerykańskiej marki, produkującej kosmetyki naturalne, organiczne, wegańskie, a nawet koszerne ;) Zachwycałam się już tutaj ich balsamem do ust i peelingiem do twarzy, teraz czas na mleczko do ciała. Oddałam je do recenzji siostrze, bo dla mnie niestety zapach był nie do zniesienia - nienawidzę miodu w kosmetykach... Zobaczmy więc, co Sara sądzi o tym mleczku ;)
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: na MadeFromEarth.com - 23$ / 236ml
  
Opinia Sary: 
Jako, że mam dość wrażliwą skórę, postanowiłam wypróbować naturalniejszych kosmetyków. Wybór padł na miodowy balsam do ciała firmy Made From Earth. Jest to wolny od chemii balsam nawilżający o dość rzadkiej konsystencji. Jego zapach… nie jest rewelacyjny. Mówiąc szczerze, większości zwyczajnie się nie podoba, ale mnie nie przeszkadza. Opakowanie balsamu to zielona plastikowa butelka, lekko przezroczysta, otwierana na pstryczek. Wygląd jest prosty, bez zbędnych zdobień, druków i ozdób. Mi na myśl przywodzi naturę… ona też jest na swój sposób czysta i nie potrzebuje sztucznych ozdób ;)
   
  
Kosmetyku tego używałam po poparzeniach słonecznych. Wtedy okazał się być rewelacyjny, bo w przeciwieństwie do innych nie wchłaniał się natychmiastowo, ani też nie ściekał po gorącej skórze. Większość balsamu wchłania się dość szybko, dając uczucie miękkości skóry, zostaje jednak cienka, tłusta warstwa. Przy poparzeniach mi to odpowiadało, teraz nieco mniej, ponieważ ogólnie nie przepadam za taką tłustą pozostałością. Nie mniej balsam skutecznie nawilża, a przede wszystkim w żaden sposób nie drażni. Okazał się być bardzo przyjazny dla mojej wrażliwej skóry.
Dla osób które cierpią przez nadwrażliwość swojej skóry, lub zwyczajnie lubią kontakt z naturą – jest to idealny kosmetyk!
   
   
Niedługo jeszcze moja Mama opowie nam parę słów o oliwkowym kremie na noc z Made From Earth.
Jesteście nadal ciekawe tych produktów? Który kusi Was najbardziej?  

poniedziałek, 16 lipca 2012

Made From Earth - Peeling do twarzy z herbatą rooibos

Jakiś czas temu pisałam Wam o amerykańskim sklepie, który zachwycił mnie swoimi naturalnymi produktami - Made From Earth. Prezentowałam już ich balsam do ust, dziś pora na genialny peeling do twarzy z herbatą rooibos, którą uwielbiam - pierwszy raz widzę ją w kosmetykach :) Ten peeling był chyba największym "chciejstwem" z tej strony, więc z wielką radością zabrałam się do testów i nie zawiodłam się.
  
  
Opis producenta (znowu nie tłumaczę, żeby nic nie przekręcić):
This moisturizing face scrub is designed to release toxins and improve skin cell circulation. When combining Rooibos tea with aloe vera, our scrub creates a powerful mix of antioxidants designed to penetrate your skin and detoxify. It contains bioflavonoid, vitamins, plant oils, fruit flavonoids, and Rooibos Tea. Jojoba beads gently clear away dead skin cells while the potent antioxidant Rooibos tea releases toxins improving skin texture. These antioxidants help slow the aging process and boost the immune system.
This is a moisturizing face scrub that will not strip the delicate vitamin and nutrients from your face. For some skin types, a moisturizer may not be needed after using the face scrub since it contains moisturizing properties. This is why the scrub is perfect for both oily AND dry skin types. For oily skin its great because after using the scrub you may not need an additional moisturizer. And its great for dry skin because it will not overly dry out your face like other cleansers.
  
Gdzie i za ile: na madefromearth.com, 25$ / 59g
    
Skład:
   
Moja opinia:
Pamiętacie, co Wam pisałam o składzie balsamu do ust? Jeśli byłam w stanie go w całości zinterpretować, naprawdę musiał być naturalny. Tak samo jest i tu - nie widzę tu żadnej chemii, aż miło się czyta :) Peeling jest na bazie organicznego soku z aloesu i kokosa, dalej występuje ekstrakt z herbaty rooibos, która ma silne działanie antyoksydacyjne. Dalej mamy wosk, odpowiadający za konsystencję (poprawcie mnie, jeśli się mylę, nie umiem tego lepiej określić po polsku ;)), rośliną glicerynę, która jest, uwaga, koszerna, oliwę z oliwek, kwas stearynowy, "kuleczki" z wosku jojoby, olej jojoba, avocado, oczar wirgiński, witaminę E, gumę ksantanową oraz korę z czarnej wierzby. Patrząc na sam skład, można się domyślać porządnego działania detoksykującego, antyoksydacyjnego, nawilżającego, no i, jak na peeling przystało, złuszczającego. I wiecie, co Wam powiem? Dostajemy to wszystko.
  
   
Z kwestii technicznych - peeling kryje się w plastikowym słoiczku z prostym subtelnym designem. Wadą jest jednak to, że uszczelniająca warstwa od wieczka mi się od razu oderwała, więc kiedy odkręcam peeling, w ręce mam sam plastik, a peeling przykryty jest tą folio-gąbką uszczelniającą. Sam kosmetyk jest bardzo rzadki, ma konsystencję...hmm, no właśnie czego? Rzadkiej kaszki mannej? Jest biały i kremowy, choć nieco przejrzysty - widać w nim małe drobinki, które są kuleczkami z wosku jojoba - tak w każdym razie wynika ze składu. Drobinek jest sporo, co naprawdę lubię. Dodam jeszcze, że produkt pachnie bardzo specyficznie - zdecydowanie czuć w nim herbatę rooibos, co jeszcze bardziej mnie zachwyca :)
Dotychczas moim ulubionym peelingiem był peeling z Avonu, już niestety wycofany. Od niego wymagałam jedynie porządnego złuszczania i to robił naprawdę dobrze. I to by było na tyle. Ten peeling natomiast sprawia, że cera "czuje" się znacznie lepiej! Po użyciu go, twarz jest gładka, niesamowicie odświeżona i nawilżona. Drobinki pięknie ścierają martwy naskórek, robiąc to jednak tak delikatnie, że nie ma mowy o jakimkolwiek podrażnieniu. Po spłukaniu resztek peelingu (choć mam wrażenie, że wchłonąłby się sam w cerę), ukazuje nam się naprawdę "nowa" skóra. Byłam pod wielkim wrażeniem przy pierwszym użyciu - i nadal przy każdym kolejnym nie mogę się nadziwić ;) 
Przeraża tylko cena - 25 dolarów, czyli ok. 90zł... Nieco boli, prawda? Zwłaszcza, że musimy dodać do tego koszty wysyłki do Polski, które też do tanich nie należą. Pozostaje nam mieć nadzieję, że pewnego pięknego dnia ten amerykański sklep internetowy (bo nie wiem, czy ich produkty są dostępne też stacjonarnie) dostrzeże wieeelki potencjał na polskim rynku ;) Jeśli tak, kupujcie ten peeling bez wahania! ;)
  
  
Miałyście kiedyś coś z tej firmy? Albo może chociaż obiło Wam się o uszy? ;)

piątek, 6 lipca 2012

Made From Earth - Organiczny balsam do ust Citrus Fresh

Mam ostatnio manię smarowania ust wszelkimi balsamami, pomadkami ochronnymi itd. Dlatego w ciągu ostatnich paru miesięcy ilość moich smarowideł wzrosła do liczby 12. I wiecie co jest najlepsze? Wszystkich używam! ;) Jedną z nowych zdobyczy jest pomadka Made From Earth. Pewnie nie znacie tej marki... Trafiłam jakiś czas temu na stronę ich amerykańskiego sklepu i przepadłam - stuprocentowo naturalne i organiczne kosmetyki, całkiem ładna oprawa graficzna, wszystko eko - po prostu ślinotok ;) Co więcej - udało mi się jakimś cudem nawiązać współpracę z tym sklepem - taaak, pierwszy raz od bardzo dawna sama się odezwałam do firmy w tym celu :P W efekcie będziecie tu niedługo mogły poczytać nie tylko o balsamie do ust, ale także o mleczku do ciała, peelingu do twarzy i kremie na noc. 
Na razie zapraszam na kilka słów o balsamie :)
  
  
Opis producenta (nie będę tłumaczyć, żeby nie przeinaczyć):
Citrus Fresh tastes like a delicious mix of lemons, limes and fresh squeezed oranges.
This organic and chemical free lip balm contains vitamin-rich sunflower seed oil and protecting beeswax to avoid a chapped lip texture to aid the production of collagen in the lips, with the sweet taste of oranges.
Directions: Apply to lips as needed.
About our Ingredients:  Citrus fruits has been proven to have detoxification properties due to the high concentration of vitamin C. In topical form, they can help to alleviate skin problems, and when used on a regular basis, protect the skin from sun damage and aging.
    
 Gdzie i za ile: MadeFromEarth.com, 3,99 $ / 4,25g
 
Skład:
   
Moja opinia:
Słuchajcie, jeśli sama jestem w stanie zidentyfikować cały skład, to oznacza tylko jedno - kosmetyk jest naprawdę prosty i naturalny :) Balsam ten jest więc na bazie oleju słonecznikowego i wosku pszczelego, zawiera też olej jojoba, olejki eteryczne z pomarańczy, cytryny i limonki, witaminę E, a także ekstrakt z rozmarynu i nagietka. Ot, i cały skład :)
  
   
Balsam ma postać tradycyjnego wykręcanego sztyftu. Opakowanie jest drobne i naprawdę solidne, porównałabym je do klasycznego Carmex'a. Sam sztyft jest bladopomarańczowy i dość twardy. Mimo to, łatwo rozprowadza się na ustach, nie jest tępy. Pachnie zdecydowanie cytrusowo - i bardzo naturalnie, ma się ochotę zlizywać go z ust :D Trzyma się na ustach jednak dość długo i nie "zatłuszcza" ich okolic - jak to mi się zdarzało z mocnymi balsamami. Dobrze nawilża usta - nie ma mowy, żeby się spierzchły, kiedy używamy akurat tego balsamu. Właściwie nie wiem, czy świadczy to bardziej o dobrych właściwościach nawilżających, czy ochronnych. Nie znam się też za bardzo na filtrach, ale nie widzę tu nigdzie napisu "SPF..." - czyli filtrów nie ma najwyraźniej. I to chyba jedyna jego wada, jaką dostrzegłam.
Dodam jeszcze, że na ustach go właściwie nie widać - daje tylko delikatną nieco jaśniejszą powłokę, nie błyszczy się ani nie zmienia specjalnie koloru - zobaczcie na zdjęciu poniżej.
Podsumowując, napiszę tylko, że owszem, są lepsze balsamy. Ten nie jest niezwykły, ale zdecydowanie jeden z przyjemniejszych, jakie do tej pory używałam :) 
Wiem, że nie jest to produkt dostępny w Polsce, jednak gdybyście kiedyś zamawiały coś z tego cudnego sklepu, warto skusić się na jakiś balsam - jest także jagodowy, miętowy i miodowy :)
    
 
Słyszałyście kiedyś o marce Made From Earth?
Skusiłaby Was takimi naturalnymi organicznymi produktami? :)

sobota, 12 maja 2012

Biochemia Urody - Hydrolat geraniowy

Macie kosmetyki, które używacie tylko od święta, bo zwyczajnie Wam ich szkoda? Ja mam takich kilka... Jednym z nich jest hydrolat geraniowy z Biochemii Urody. Do tej pory popełniłam tylko jedno zamówienie w tym sklepie, ale od dłuższego czasu korci mnie kolejne - może wkrótce ;)
Tymczasem, mam dla Was parę słów na temat hydrolatu :)
  
  
Opis producenta:
Hydrolat geraniowy łączy w sobie zapach kwiatowo-ziołowy przełamany odświeżającą nutą mięty. Działa antybakteryjnie, łagodząco, regulująco, antyoksydacyjnie, antyzmarszczkowo, promuje gojenie, zmniejsza zaczerwienienie. Polecany dla cery naczynkowej, zaczerwienionej, podrażnionej, tłustej, trądzikowej, dojrzałej, wrażliwej i suchej.
  
Gdzie i za ile: np. na BiochemiaUrody.com (aktualnie nie mają go w ofercie), ok. 10zł / 150ml
  
Skład: Pelargonium Graveolens
  
   
Moja opinia:
Najpierw może małe wyjaśnienie, co to w ogóle jest hydrolat:
Hydrolaty (Hydrosols) są nazywane inaczej ‘wodami kwiatowymi’, ‘wodami roślinnymi’ lub destylatami. Nazwa ‘woda kwiatowa’ może być nieco myląca, gdyż terminem tym określane są często wody powstałe przez wymieszanie syntetycznych olejków zapachowych lub naturalnych olejków eterycznych z wodą. Tak otrzymana woda kwiatowa nie ma nic wspólnego z naturalnym hydrolatem, którego nie da się otrzymać poprzez wymieszanie olejku z wodą.
Prawdziwe hydrolaty powstają jako uboczny produkt pozyskiwania olejków eterycznych w procesie destylacji z parą wodną całych roślin lub ich części. Podczas procesu destylacji para wodna porywa nierozpuszczalne w wodzie drobiny olejku eterycznego, a następnie po wychłodzeniu olejek jest oddzielany od wody. Pozostała woda destylacyjna, która zawiera rozpuszczalne w wodzie części składowe materiału roślinnego oraz niewielkie (0.02% - 0.5%) ilości olejku eterycznego to właśnie hydrolat.                                                                 Źródło: mazidla.com
 Przyznam od razu, że jest to mój pierwszy tego typu produkt i chyba się zapłaczę, jak mi się skończy. Do czego go używam? Okazyjnie jako tonik (muszę mieć naprawdę kiepski nastrój ;)), a najczęściej do rozrabiania maseczek w postaci proszku, jak np. algowe czy glinkowe. Dodaje to im nowych właściwości pielęgnacyjnych, no i boski zapach.
Właśnie, zapach... To najbardziej wybijająca się zaleta tego hydrolatu. Właściwie to zamawiałam zdaje się cytrynowy, a że było to wspólne zamówienie, znajoma się pomyliła i przez pomyłkę trafił do mnie ten. Księżniczko, chwała Ci za tę pomyłkę ;) Otóż hydrolat ten pachnie po prostu przebosko - czyste kwiaty, słodki zapach z lekką goryczką, taki ciężki, a jednocześnie bardzo świeży... Wiem, że opisuję jak Czesław Mozil, którego nie trawię, ale tego zapachu inaczej nie umiem określić ;)
Konsystencja i wygląd - zupełnie jak woda. Przetarcie twarzy tym hydrolatem daje uczucie odświeżenia i takiej cudnej rześkości. Co do efektów długoterminowych, niewiele mogę powiedzieć, bo nie stosuję go jako toniku regularnie. Jeśli chodzi o stosowanie go jako składnika maseczek, sprawdza się rewelacyjnie. Kiedy rozrabiałam je wodą mineralną, po zmyciu cera była jakby zmęczona. Przy użyciu hydrolatu nie ma mowy o takim efekcie. Cera jest taka, jak po przetarciu wacikiem z hydrolatem, no i oczywiście oczyszczona, jeśli stosujemy np. glinkę zieloną :)
Planuję już od dłuższego czasu zastąpienie toników hydrolatami, na razie jednak muszę zużyć zapasy, które mam - nie chodzi o to, że je kupuję, ale ilekroć dostanę do recenzji albo jako gratis, zostawiam sobie i nie puszczam w świat, bo większość z nich mi odpowiada ;) W efekcie teraz w kolejce mam jakieś 5 toników... ;)


A Wy czego używacie - toników czy hydrolatów? Jakie są Wasze ulubione? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...