Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatne zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatne zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2014

Przygotowania do ślubu czas zacząć...

W marcu chwaliłam się Wam, że wreszcie doczekałam się pewnego szczególnego pierścionka na palcu... Od tamtego czasu minęło już ponad pół roku, więc można powiedzieć, że jestem w trakcie przygotowań do ślubu, który odbędzie się 18 lipca. Bierzemy ślub kościelny, głównie ze względu na Narzeczonego, więc niestety mamy do załatwienia znacznie więcej formalności niż się spodziewałam.
   
źródło: http://www.circusreno.com
 
Dzisiejszy wpis to właściwie taki mój raport z tego, co dzieje się na ślubno-weselnym froncie, bo wiem, że wiele z Was bardzo to interesuje. Biała suknia ślubna, patetyczne "tak" i wiele innych elementów zawierania małżeństwa to coś, o czym marzy każda dziewczynka, a potem kobieta, przynajmniej na pewnym etapie życia - jedne marzą o tym jako małe dzieci, inne jako nastolatki, inne nie mogą się doczekać, kiedy już zbliża się na to czas ;)
Mam 23 lata, a podejście moich rówieśniczek mogę podzielić na dwa rodzaje. Po pierwsze - koleżanki, które same są po ślubie, mają dzieci (czasem już kolejne w drodze), gratulują, wypytują, pytają, kiedy dziecko. Po drugie - koleżanki, które dziwią się, że już i po co - to głównie osoby studiujące, tak jak ja kończące magisterkę i pewny etap w życiu, ale nie myślące o zakładaniu rodziny. Oba te podejścia traktuję z przymrużeniem oka, bo właściwie z żadną z grup nie jestem w stanie się uosobić. Jestem z moim Narzeczonym razem już prawie 8 lat, więc ślub i własna rodzina to naturalna kolej rzeczy, która była dla nas jasna od dawna. Ponadto coś, co cieszy naszych bliskich, a dziwi znajomych to to, że od razu po ślubie zamierzamy starać się o dziecko. Uważam, że dla nas ten czas jest najlepszy :)
źródło: wikiperia.org
  
 
Jak już pisałam, mamy już "zaklepany" termin na 18 lipca, ślub odbędzie się w kościele, który bardzo cenię jako osoba po studiach z turystyki i jako dumna mieszkanka gotyckiego Torunia - u św. Jakuba. Cieszę się bardzo, bo kościół jest piękny, od kilku lat systematycznie odrestaurowywany, wewnątrz panuje lodowaty gotycki klimat ;) Wesele za to mamy umówione w restauracji-hotelu "Lokomotywa", też miejsce z ciekawym klimatem.



Domyślam się jednak, że Was najbardziej interesuje to, co będę miała na sobie ;) Obecnie moja figura pozostawia wiele do życzenia, zamierzam oczywiście schudnąć ile się da do samego ślubu, ale patrząc realnie wiem, że nie będę smukłą i zwiewną panną młodą. Szukałam sukni, która przynajmniej by nie podkreślała moich mankamentów i w internetowych katalogach najbardziej urzekła mnie taka:
 
źródło: TwojaSuknia.pl

 
Pojechałam więc z Mamą do salonu sukien ślubnych, żeby poprzymierzać różne kroje i zorientować się, czy na pewno będzie mi w takim jak powyżej dobrze. Przyznam się Wam szczerze, że w jednej z mierzonych sukien poczułam się jak księżniczka, nie sądziłam, że to określenie będzie odnosić się i do mnie. Kiedy Pani z salonu zapięła mi mocno suknię nagle zaczęłam wyglądać na rozmiar albo i dwa mniejszą ;) Przy okazji okazało się, że choć planowałam białą suknię, znacznie lepiej prezentuje się na mnie ecru. Moja suknia będzie szyta przez krawcową, ale będzie zbliżona do tego, co możecie zobaczyć na zdjęciu obok. Na pewno nie będzie tej błyskotki pod biustem, a dekolt z tyłu będzie duży, ale bez tego zapięcia na karku - czyli po prostu w kształcie U. Koronka również będzie nieco inna - już mam kupione materiały, koronka jest z motywem róż, choć nie wiem, czy ta ze zdjęcia nie podoba mi się bardziej... Trudno było mi gdziekolwiek w Toruniu dostać ładną koronkę w kolorze ecru w odpowiednim odcieniu... Na razie materiały leżą (muszę jeszcze dokupić kilka elementów), może w międzyczasie znajdę ładniejszą koronkę.

Zdjęcia i film na ślubie i weselu oraz sesję plenerową będzie nam zapewniać firma PhotoKot, której współwłaścicielką jest moja znajoma "z Internetów", a właściwie z Wrocławia ;) Zachęcam do zapoznania się z ich portfolio na FB [klik] albo stronie [klik] - robią piękne zdjęcia! Nasza sesja plenerowa prawdopodobnie odbędzie się na zamku w Malborku :)
  
Ślub i wesele to jeszcze cała masa innych aspektów, ale o nich może napiszę kolejnym razem - po pierwsze, już się rozpisałam aż za bardzo i za chaotycznie, po drugie jeszcze mamy sporo do ustalenia ;) Pozostaje pytanie, czy na pewno Was interesują wieści z ślubno-weselnego frontu? ;)

Przy okazji chciałam Was zaprosić do zajrzenia na stronę KodyRabatowe.pl - można tu znaleźć kody i promocje do różnych sklepów internetowych i nie tylko, czaję się właśnie na ciekawe okazje, żeby kupić ostatnie prezenty świąteczne :)

piątek, 23 maja 2014

Fotoprzegląd #8

Pora na kolejną porcję zdjęć prosto z mojego telefonu - czyli fotoprzegląd miesiąca :) Będzie tu wyjątkowo mało kotów tym razem, bo mam sporo innych rzeczy, o których warto wspomnieć :) Zapraszam!
  
 
1-4. Pamiątki po wyjątkowo udanym dniu z przyjaciółką - obiad w towarzystwie Kopernika, pyszna kawa w toruńskiej kawiarni Central Coffee Perks i wspólne zakupy - czego chcieć więcej? :)
5. Wyjazd terenowy w ramach studiów do kopalni wapieni, czyli "jestę geologię" ;)
6. Trochę mniej czasu na czytanie, ale znalazł się za to czas na wymienienie książek w bibliotece!
7. Na toruńskiej Starówce otwarto sklep ze słodkościami, gdzie o każdej pełnej godzinie mistrz cukiernik tworzy cukierki na oczach klientów, pysznie, ślicznie i słodko :)
8. Po kilkunastu latach wróciłam do plecenia bransoletek z muliny, aż zapomniałam, jakie to przyjemne i odstrestowujące!
9. Wizyta u rodziców i "rodzinnych" kotów, Tymona i Missy. Pamiętacie je jeszcze? ;)
10. Nowe cudowności do paznokci - płytki MoYou... Dwie pierwsze, na pewno nie ostatnie ;)
 
Tradycyjnie, po więcej zapraszam na mój profil na Instagramie [ KLIK ] :)

piątek, 27 grudnia 2013

Poświąteczne "ufff" i masa prezentów :)

No właśnie - ufff, święta już za nami :)
Przyznam Wam szczerze, że nie odczułam w tym roku świąt zbyt świątecznie. Nie uczestniczyłam w przygotowaniach z rodziną, pierwszy dzień świąt spędziłam na 14godzinnej zmianie w pracy, nie ma śniegu, nie ma czasu, ale i tak - ufff!
Tak naprawdę świąteczną miałam tylko wigilię, którą za to spędziłam bardzo intensywnie. Jako, że dzień wcześniej również miałam 14 godzin w pracy, rano w wigilię musiałam jeszcze lecieć do sklepu po ostatnie zakupy (masakra!) i przygotować się do rodzinnego spotkania, czyli m.in. spakować prezenty:
  
  
W tym roku udało mi się trafić dobrze z prezentem dla każdego, co cieszy mnie zdecydowanie bardziej niż to, co ja dostałam, a co pokażę w dalszej części wpisu ;)
Rano piekłam też na szybko piernik, oczywiście z pomocnikiem:
  

I efekt końcowy, mniej lub bardziej udany...:
  
  
Kiedy się piekł, na szybko machnęłam sobie świąteczne pazurki:

 
Potem trzeba się było z tym wszystkim jakoś zabrać do rodzinki, a tam, pod choinką...
  
  
Jak widzicie, mój siedmioletni brat był w swoim żywiole ;)
Nie mam niestety więcej zdjęć z samej Wigilii, ale powiem Wam, że była ona bardzo przyjemna - pyszne jedzonko, miła atmosfera, rodzinka... Nawet nie sądziłam, że po wyprowadzce będzie mi tego tak brakować :) Wróciłam w nocy do domu, obładowana masą prezentów - aż szok, przecież nie byłam aż tak grzeczna! :D
Gdybym teraz skończyła, pojawiłaby się masa pytań "A co dostałaś?", więc pochwalę się tym, czym uraczyli mnie bliscy - w tym roku właściwie wszystko baaardzo trafione! :)
  
"Chłopcy" od Ukochanego - pierwszy tom kiedyś czytałam i mnie zachwycił, teraz mam dwa :D
Torebka od przyjaciółki
Torebka od rodziców - meeega niespodzianka! :)
Pudełko na biżuterię od siostry z kolczykami i kocim intruzem na zdjęciu ;)

Bezprzewodowa myszka (oczywiście fioletowa!) i mydlane kwiaty do kąpieli
Miłe kuchenne dodatki :)
Szkatułka na biżuterię od drugiej siostry - nie zgadały się :P
Peeełna pucha słodyczy dla Ukochanego i dla mnie ;)

Oczywiście musiałam także zabrać z domu liczne słoiki i pojemniki ze świątecznym żarełkiem, mniam!
W sumie dla mnie święta się skończyły, jeszcze tylko w niedzielę zaprosiliśmy na kawę i ciacho rodziców moich i Ukochanego - pierwsze takie oficjalne spotkanie od naszej przeprowadzki, ups! ;)

A jak Wam minęły święta? Były jakieś ciekawe prezenty? :) Opowiadajcie! :)

czwartek, 7 czerwca 2012

Pazurki, braciszek i znowu wyjazd ;)

Hej!
Dziś pora na posta o niczym, bo mam bardzo zalatany dzień... 

Ale może po kolei.
Wiecie pewnie, że przestałam prowadzić bloga lakierowego, bo straciłam serce do moich paznokci. Okazuje się jednak, że nie aż tak:
  
  
Oczywiście nadal są w strasznym stanie, łamliwe, rozdwajające się, zupełnie miękkie... Taka już chyba ich uroda i tego nie zmienię... Ale teraz przynajmniej znowu mam ochotę, żeby cokolwiek na nich zrobić ;) Wczoraj na przykład zaserwowałam moim paznokciom konadowy manicure - bazą tutaj jest lakier China Glaze - Spontaneous, wzorek zrobiony lakierem China Glaze - Light as Air i płytką Bundle Monster BM-223. Pokryłam to warstwą Seche Vite i jest cacy ;) Podoba Wam się taka zeberka?
A zdjęcie robiłam na tle kota :D Ciągle właził mi w kard, więc niech mu będzie ;)

 To jeszcze przedstawię Wam kogoś bardzo dla mnie ważnego:
  
  



Oto Krzysiu. Znany także jako Filip (ma dwa imiona ;)) i jako Smród (to czuła ksywka ode mnie :P).
Jest to mój pięcioletni brat i chrześniak. Jeden z dwóch najważniejszych facetów w moim życiu, zaraz po Panu i Władcy ;) Prawda, że słodziak? Dostał ostatnio rower i codziennie jeżdżę z nim do parku, żeby się wyszalał :) Radzi sobie nieźle, ale na razie ma cztery kółeczka. Oczywiście już marudzi, że chce spróbować na dwóch, ale dopóki jest w stanie się przewrócić na takim (tak, da się!) to raczej mu ich nie odkręcę :P 





A ja się tymczasem żegnam.
Wyjeżdżam na ćwiczenia terenowe na południe Polski - nie uściślę gdzie, bo właściwie całe południe zjedziemy ;) Najwięcej czasu spędzimy w Karpatach, z czego bardzo się cieszę, bo... nigdy nie byłam w tamtych górach ;) O ile Sudety znam jak własną kieszeń i kocham całym sercem, o tyle w Karpaty nigdy nie dotarłam...
Wracam w środę wieczorem, zdam Wam pewnie jakąś relację z wyjazdu.
A teraz lecę się pakować i kończyć referat ;) 
Trzymajcie się i nie zapomnijcie o blogu! ;)

niedziela, 11 marca 2012

Fotorelacja z wyjazdu do Berlina i Poczdamu...

Po pierwsze, wybaczcie brak notek przez parę dni - nie zdążyłam ich jednak napisać przed wyjazdem ;) Mam nadzieję, że przynajmniej zauważyłyście ich brak :P
Po drugie, wczoraj późnym wieczorem wróciłam z trzydniowego wyjazdu do Niemiec, w ramach fakultetu na studiach - rozwój turystyki w Niemczech. Stwierdzam teraz, że trzy dni to stanowczo za mało czasu na zwiedzanie! Jeden dzień mieliśmy przeznaczony na Berlin, jeden na Poczdam i jeden na targi turystyczne... Napiszę o wyjeździe parę zdań, ale po kolei:
 
 
08.03.2012 - Berlin
Altes Museum
Katedra Berlińska
Uniwersytet Humboldta w Berlinie
Brama Brandenburska w Berlinie

Przede wszystkim muszę powiedzieć, że Berlin mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, zwłaszcza mnogością pięknych budowli w takim właśnie stylu jak powyżej - nic dziwnego, że jest nazywany niemiecką Grecją. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie katedra - jest ogromna i naprawdę piękna. Mieliśmy odwiedzić Pergamon Museum, ale okazało się, że koszt wstępu przekraczał nasze studenckie możliwości, więc poszliśmy do Neues Museum - był tego dnia darmowy wstęp. W muzeum tym mnóstwo było niesamowitych eksponatów, głównie starożytnych - np. wyposażenie gladiatorów, które oglądałam z zapartym tchem, piękne i bardzo precyzyjne elementy biżuterii, a przede wszystkim wystawy związane z Egiptem - papirusy z Biblioteki Aleksandryjskiej, spora kolekcja sarkofagów oraz narzędzi do balsamowania i najcenniejszy eksponat muzeum - popiersie Nefretete, które strzeżone jest bardziej niż Mona Lisa w Luwrze - zamknięte w sporej wydzielonej sali, pod gablotą, oświetlane jedynie delikatnymi żarówkami, otoczone przez 3-4 strażników, który gotowi są "rzucić na glebę", jeśli któryś ze zwiedzających wyciągnie aparat - jest bezwzględny zakaz robienia zdjęć biednej Nefretete, która naprawdę musiała być przepiękną kobietą...
Coś, co spodobało mi się w Berlinie, to także możliwość picia w miejscu publicznym - nie należę do osób, które imprezują co weekend czy nawet codziennie, ale lubię sobie czasem wypić piwko ze znajomymi. A picie tego piwka na ławeczce na skwerze przy Katedrze i Altes Museum to naprawdę znacznie ciekawsze doświadczenie niż nasze polskie picie w knajpkach czy w domach ;) Nawet nie sądziłam, że brakuje mi tego w Polsce ;)
   
  
09.02.2012 - Poczdam
Pałac Sanssouci w Poczdamie
Jeden z pomniejszych pałacyków w parku Sanssouci w Poczdamie
  
W Poczdamie zwiedziliśmy właściwie tylko park Sanssouci i przyznam szczerze, że zakochałam się po uszy w tym miejscu, a także w samym mieście, przejeżdżaliśmy przez willowe osiedla, pełne pałacyków, widzieliśmy uniwersytet, na którym bardzo chętnie bym studiowała... Powyższe zdjęcia, wszystkie pochodzą właśnie z Parku Sanssouci, którego część należy do Uniwersytetu Poczdamskiego... Wyobrażacie sobie chodzić na wykłady do takich pięknych pałacyków, uczyć się w ich murach, a przerwy między zajęciami spędzać w otoczeniu setek, a może i tysięcy pięknych rzeźb...?
Główną atrakcją tego parku jest oczywiście pałac Sanssouci - ten na pierwszym zdjęciu. Prowadzą do niego schody, przy których na kilku poziomach rozciągają się winnice - musi to niesamowicie wyglądać latem, bo teraz były to tylko "smętne krzaczory" ;) Od tego pałacu ciągnie się piękny park z fontanną, wielką ilością rzeźb i uroczych bocznych alejek. Z koleżanką weszłyśmy w jedną taką właśnie alejkę i gdzieś zupełnie na uboczu parku znalazłyśmy kolejny pałacyk - w przeciwieństwie do pozostałych, ten sprawiał wrażenie, jakby czas się tu zatrzymał. Nie było tam ludzi, trawnik pełen był kretowisk, marmurowe ławki całe w liściach - zupełnie jakbyśmy wkroczyły do jakiegoś tajemniczego świata - po prostu niesamowite wrażenie... Nie chciało się aż stamtąd wychodzić, ale było jeszcze kilka kolejnych pałaców do obejrzenia - niektóre z nich sprawiały wrażenie żywcem wyjętych z disney'owskich bajek o księżniczkach :)
   
10.02.2012 - ITB - Targi turystyczne w Berlinie
  
Targi te były właściwie głównym celem naszego wyjazdu, jako, że studiujemy turystykę i rekreację. Z tego co mi wiadomo, są to największe tego typu targi w Europie. I ich rozmiar i waga naprawdę robią wrażenie, ponieważ zajmowały one kilka hal o łącznej powierzchni kilku kilometrów kwadratowych, a 4h nie starczyły na obejrzenie wszystkich stanowisk. Przyznam, że z tych targów wyniosłam kilka niezapomnianych wspomnień, poznałam kilkoro niesamowitych osób z całego świata - przepiękną i przesympatyczną Kolumbijkę, dwie czarnoskóre panie antropolog w przepaskach ze skóry, chwalące się swoim odkryciem - szkieletem człowieka pierwotnego, a także przystojnego Meksykanina, który raczył nas przepysznym bezalhokolowym drinkiem z limonką - nie mam pojęcia, co to było, ale smakowało przepysznie. Najbardziej podobały mi się stanowiska Kolumbii (pokazy tańców, kilka osób przebranych w tradycyjne stroje, przepiękne drewniane bransoletki, które dostałam od mojej nowej kolumbijskiej znajomej...) oraz Ukrainy (ekspozycja związana z piłką nożną, cały kącik kuchni ukraińskiej i trunków - Smirnoff zagryziony białą kiełbachą ;), kobiety w tradycyjnych strojach...). Polska też miała bardzo dużo stanowisk, ale szczerze mówiąc, dla zagranicznych turystów ta część targów mogła być nudna - na większości z nich były tylko broszury, mapki itd. Wyjątkiem było województwo małopolskie, które reklamowało się góralską kapelką i województwo kujawsko-pomorskie, które wzbudziło we mnie lokalny patriotyzm - strasznie się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam kobietę w średniowiecznym stroju, wyrabiającą pierniki :) Antyreklamę zrobiła sobie za to wg mnie Hiszpania - zaprezentowała pokaz flamenco w wykonaniu kobiety bardzo zaniedbanej, otyłej, spływającej potem, tak, że aż nieprzyjemnie się na to patrzyło... A co z ciekawszych przeżyć? Na pewno powinnam tutaj wymienić sytuację ze stoiska Ghany - piękna Murzynka zachęciła mnie do spróbowania ichniejszego specjału. Wyglądał jak kurczak, więc chętnie zjadłam - smakowało dobrze, było dość miękkie, delikatne. Kiedy zjadłam, odważyłam się zapytać, co to takiego - okazało się, że wielki chrabąszcz wydobyty z chitynowego pancerza i lekko podpieczony... Ciekawostką był też dziwny trunek z Estonii, wypiliśmy go naprawdę odrobinkę, dosłownie pół łyka, a przez dobre 10 min piekły nas jeszcze przełyki ;) 

Mogłabym opowiadać tak jeszcze długo, ale nie chcę Was zanudzać. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, po prostu pytajcie w komentarzach, chętnie odpowiem :)

środa, 7 marca 2012

Pourodzinowo...

Urodziny miałam co prawda 1 marca, ale rodzinnie obchodzone były one teraz, w niedzielę. Właściwie pewnie przeszłyby bez echa, w końcu swoje lata już mam i pewnie wyrosłam z zapraszania dziadków i ciotków na torcik, jednak los chciał, że 5 lat temu, dwa dni przed moimi urodzinami przyszedł na świat mój braciszek. Od tamtego czasu moje urodziny podpina się pod jego i świętuje razem ;)
  
W tym roku wyjątkowo mama zamówiła tort:
  
  
Tak w wielkiej tajemnicy Wam powiem, że skończyłam 21 lat, ale wszystkim mówię, że 18 lat, choć po raz czwarty ;) Dlatego "18 lat" jest w cudzysłowie ("5 lat" też, bo cukiernik się rozpędził :P). Tort jest zdecydowanie bardziej pod gust mojego braciszka, ale na stole były też inne smakowitości:
  
To już, jak łatwo się domyśleć, moje wypieki. Przy kopcu kreta, o przepraszam, Shreka, użyłam zielonego barwnika spożywczego, więc przy rozkrajaniu go, wszyscy przy stole byli mocno zaintrygowani ^^ Muffinek nie zdążyłam w żaden sposób przystroić, ale nie szkodzi, bo i tak zniknęły od razu z talerza. Nieskromnie powiem, że i kopiec i muffinki wyszły bardzo dobrze, mimo, że jedna z obecnych osób nie potrafiła się zachować i chyba z czystej złośliwości kilka, albo i kilkanaście razy skrytykowała moje wypieki, kończąc ostentacyjnym wyrzuceniem nadgryzionej muffinki do kosza... -.- No trudno, ważne, że innym smakowało.
  
Dostałam też kilka prezentów ;)
  
  
To traktujmy jako prezent od Ukochanego, choć sama je sobie wybrałam - zakochałam się w tych torebeczkach jak tylko je zobaczyłam. Są dość małe, bo np. nawet zeszyt się raczej do nich nie zmieści, ale o takie mi chodziło - mam też większą podobną torebkę, którą też kocham ;) Uwielbiam takie kwiatowe wzory ;)
  
  
Ten prezent jest, o ironio, od tej osoby, która tak krytykowała moje wypieki ;) Nie skomentuję tego szerzej, ale bardzo się z tych pierdółek ucieszyłam, bo uwielbiam tak ozdabiać wypieki, a zawsze szkoda mi pieniędzy na kupne posypki itd ;) 
  
  
Tutaj jeszcze pośpieszone prezenty od Sabbathy - już je Wam pokazywałam. Obu tych rzeczy używam niemal codziennie, więc prezenty jak najbardziej trafione :)
  
Dostałam też trochę kaski, za którą planuję sobie kupić...
źródło: technologie.gazeta.pl
  
Jutro wyjeżdżam na trzy dni do Berlina, więc nie będę mogła odpowiedzieć na Wasze pytania pod kolejnymi postami, które mimo wszystko będą się publikować ;)

wtorek, 27 grudnia 2011

Orlicowe święta - choinka, wypieki i... PREZENTY!

Święta, święta i po świętach. Przyznam szczerze, że tak jak nie lubię świąt, tak tegoroczne były bardzo udane! Wigilię spędzaliśmy w dużym gronie, zjechała się rodzina z różnych zakątków Polski, więc było gwarnie, tłoczno, ale rodzinnie i zabawnie. :) No i w związku z takim tłumkiem, pod choinką był też tłum prezentów ;) I właściwie wszystkie trafione, ale to dlatego, że zazwyczaj sama mówiłam wprost, co bym chciała ;) Moje prezenty za to podobały się wszystkim, choć 5letni brat nieco kręcił z początku nosem, bo prezent ode mnie nie miał nic wspólnego z Gwiezdnymi Wojnami, na które teraz ma hopsa ;) Pokazałam mu jednak, jak fajnie gra się w grę ode mnie i już latał zachwycony ;) Mama aż zaniemówiła, jak zobaczyła kupon z Groupona na cały szereg zabiegów kosmetycznych i pielęgnacyjnych - nigdy nie była u kosmetyczki, a zawsze marzyła ;)
Na zdjęciu obok nasza choinka, w tym roku ozdabiana głównie przez młodsze rodzeństwo, więc jest pstrokata, ale taka "swojska" :)

Potraw mieliśmy chyba więcej niż "przepisowe" dwanaście, nawet w tym roku pomyślano o osobach, które nie lubią ryb - czyli między innymi o mnie ;) Opchałam się więc krokietami, pierogami i fasolką po bretońsku ;) Od siebie dodałam piernika z powidłami śliwkowymi i ciastka francuskie, z których ani jedno nie dotrwało do Wigilii, bo zostały pożarte jako paliwo dla nas w trakcie przygotowań ^^
 
Tutaj z kolei dzieła mojego młodszego rodzeństwa - mama upiekła pierniczki, a młodzież je tak uroczo ozdobiła ^^ W efekcie jednym takim ciasteczkiem można się było na amen zasłodzić, ale i tak robiły furorę ;)
   



 W związku z dużą ilością gości, prezentów pod choinką było mnóstwo :) Nawet mój kot Tymon obserwował je podejrzliwie, bo taka góra kolorowych paczek może oznaczać coś niedobrego ;) Swoją drogą, nawet dla niego i dla naszej skretyniałej suczki Lady coś się tutaj znalazło ;)
Ja sama otrzymałam w tym roku więcej prezentów niż podczas trzech ostatnich Wigilii razem wziętych, jest mi więc bardzo miło, bo każdy prezent na pewno mi się przyda (z jednym małym wyjątkiem :P).




A więc, co dostałam? :)  

Dwie świetne książki, na których bardzo mi zależało, mianowicie:
+ "Kobieta na drugim krańcu świata" Martyny Wojciechowskiej - otóż jakiś czas temu przeczytałam pierwszą książkę Martyny i nagle stała się ona moją idolką :) Podziwiam ją na wszelkie możliwe sposoby, jest osobą przemiłą, kontaktową (nawet udało mi się z nią nawiązać bezpośredni kontakt na jej stronie na FB ;)), zabawną i odważną... Zastanawiam się nawet, czy nie przebija mojego podróżniczego idola nr 1, czyli Wojtka Cejrowskiego ;) Tak czy siak, kocham ich oboje!
+ "Muffiny - Małe, ale za to przepyszne" - oto prawie 300 stron pełnych przepisów na bossskie i łatwe w wykonaniu muffinki, które uwielbiam piec! Przed świętami zamówiłam sobie blachy do muffinek, mam nadzieję, że dojdą na dniach i będę mogła zacząć piec! Jak widzicie, już pozaznaczałam sobie tutaj prowizorycznymi zakładkami najciekawsze przepisy, które chciałabym wykorzystać. Dlatego w najbliższej przyszłości spodziewajcie się jakiegoś posta o muffinach i sposobie ich pieczenia ;)
  
Tutaj prezent od Ukochanego :) Nie jestem w żaden sposób uzależniona od muzyki, nie mam już nawet ulubionego gatunku - chyba, że za gatunek uznamy muzykę filmową. Niemniej jednak, od jakiegoś czasu brakowało mi jakiegoś odtwarzacza na dłuższe spacery czy drogę na uczelnię i bałam się, że z braku laku zacznę sama sobie śpiewać :P Na szczęście już nie muszę, bo dostałam dokładnie taką mp3 jaką chciałam - 2GB, opcja shuffle, czopkowo-tamponowy kształt ;) Tylko słuchawki muszę sobie wymienić, bo do tych mam za małe uszy :P
  
Nie mogło oczywiście zabraknąć tu kosmetyków ;) Oto, co tu mamy:
+ wymarzona paletka Sleek nr 2, czyli Monaco :) Na żywo podoba mi się jeszcze bardziej niż na swatchach! Jest śliczna i nie mogę się doczekać, aż ją przetestuję "w plenerze" - na razie siedzę jeszcze w domu i leniuchuję, dziś tylko lecę zobaczyć, co słychać na wyprzedażach :P
+ zestaw Garniera szampon z odżywką - i to jest właśnie ten nietrafiony prezent. Raz, że mam spory zapas kosmetyków do włosów (o czym osoba, która mi to podarowała raczej wie), dwa, że nie używam takich odżywek, trzy, że nie lubię Garniera, a cztery, że Garnier testuje na zwierzętach. No, ale jak już mam, to szampon kiedyś tam zużyję, a odżywkę oddam mamie ;)
+ szampon zwiększający objętość włosów Yves Rocher - słyszałam, że jest dobry, zobaczymy, czy to prawda :) Sama jestem ciekawa. No i pachnie ślicznie, a dla mnie zapach jest ważny w każdym rodzaju kosmetyków, takie moje małe spaczenie ;)
    
W tym roku postanowiłyśmy sobie z kumpelą z uczelni zrobić prezenty, jakieś miłe drobiazgi. Dostałam od niej coś, co bardzo mnie ucieszyło - lawendowy odświeżacz powietrza do pokoju :) Pachnie teraz niemal w całym mieszkaniu ^^ No i butelka jest śliczna, choć nie bardzo udało mi się ją uchwycić... Drugie zdjęcie tutaj to przesłodkie kolczyki-żyrafki od mamy. Przed świętami byłam z nią na Starówce, a tam wstąpiłyśmy na jarmark świąteczny. Znalazłyśmy stoisko z mnóstwem ręcznie lepionych kolczyków z modeliny i wybrałyśmy sobie po jednej parze. Mama schowała je do torebki, a później w domu udawała, że je zgubiła, ale... znalazły się pod choinką ;) Przeurocze, prawda? :)
  
Ostatnimi prezentami są ciepluteńkie grubaśne rajstopki od mojej nadopiekuńczej teściowej, która nawet moją odmę płucną tłumaczyła tym, że za lekko się ubieram ;) Do pewnego momentu ta troska jest miła, później zamienia się w wielkie uprzykrzanie życia ^^ Jest tu też szal, ładny, ciepły i milusi, od razu się polubiliśmy :) Prawie bym o nim zapomniała przy robieniu zdjęć, bo miałam go na szyi ;) Ten prezent w sumie nawet nie wiem, od kogo jest ;) Tzn. poza tym, że od Świętego Mikołaja ;)
  
Tutaj jeszcze mój wigilijny makijaż - nic odkrywczego, bo bardzo podobny już tutaj prezentowałam. Użyłam tu czterech cieni z palety Sleek - Original, linera Kobo i tuszu Avon SuperShock Max.
  
Bardzo ogólnie podsumowując - jestem szalenie zadowolona z tych świąt :) Było kilka zgrzytów w rodzince, ale czy da się tego uniknąć? Raczej nie ;) Atmosfera była świąteczna, choć bez śniegu, zwłaszcza, jak moja mamuśka i jej siostry po lampce wina zaczęły śpiewać chórkiem kolędy... I choć moja mama nazywa się tak, jak pewna sławna piosenkarka, to jednak tej drugiej musiały przypaść w udziale wszelkie umiejętności wokalne ;) Ale przynajmniej było wesoło :D

A jak minęły Wasze święta? Jesteście zadowolone z prezentów? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...