Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziaja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziaja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2012

Ziaja Anno D'oro - Mikrodermabrazja - Zabieg domowy

Już od dłuższego czasu moja mama testowała dla Was produkt Ziai, który ma być zabiegiem mikrodermabrazji. Przyznam, że dłuuugo czekałam aż mama uzna, że gotowa jest wystawić mu opinię, ale wreszcie się doczekałyśmy - bo wiem, że sporo z Was też było ciekawe tego kosmetyku. Zapraszam więc na recenzję :)
   
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: np. na Biogaleria.pl, ok. 9zł / 80ml
     
Opinia Mamy:
Kosmetyk ten można w zasadzie uznać za peeling, dlatego tak będziemy o nim pisać. Kryje się on w białej wysokiej i smukłej tubce, charakterystycznej dla produktów Ziai. Tubka jest nieprzezroczysta, ale pod światło da się podejrzeć, ile kosmetyku zostało. Zdobią ją złote i czarne napisy i motywy.
Sam peeling ma kremową konsystencję, zawiera bardzo małe drobinki. Jest biały i średnio gęsty, bardzo łatwo rozprowadza się po twarzy, jest wydajny. Jego zapach określiłabym jako ładny i delikatny, na tyle, że bez problemu można wytrzymać 10 minut z nim na twarzy.
  
  
Podczas rozprowadzania na twarzy czuć tarcie przez drobinki peelingujące, więc na start mamy zapewniony peeling mechaniczny. Nie jest to mocne, nieprzyjemne tarcie, raczej takie w sam raz. Przez te 10 minut, kiedy zostawiamy go na twarzy, peeling częściowo się wchłania, a pozostałą ilość bez problemu zmywamy wodą - nie maże się, co ułatwia zadanie. Skóra jest wygładzona i miękka, czuć, że oddycha i że jest oczyszczona. Porównując do zabiegu mikrodermabrazji, który możemy zafundować sobie w salonie, jest to faktycznie jego domowa wersja. Nie jest może aż tak skuteczna ani przyjemna, ale nie ma na co narzekać, ponadto możemy serwować ją sobie częściej za znacznie niższą cenę.
  
    
Używałyście kiedyś kosmetyków mających zastąpić zabiegi z salonu kosmetycznego?
Jakie? Jaki był tego efekt?

niedziela, 26 sierpnia 2012

Ziaja - Bio-żel pod oczy i na powieki kojący ze świetlikiem

Jednym z przyjemniejszych momentów wieczoru jest dla mnie nakładanie kremu na noc i żelu na powieki - to niesamowity relaks tuż przed snem. Sporo czasu spędzam przed komputerem, więc pod koniec dnia (a aktualnie kładę się koło 3-4 w nocy) oczy mam już dość zmęczone. Szukam więc czegoś, co je skutecznie ukoi. A teraz po raz kolejny nie zawiodłam się na Ziai :)
  
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 6zł / 15ml
  
Moja opinia:
Opakowanie żelu to długa i wąska tubeczka z precyzyjnym aplikatorem, który pozwala na nałożenie żelu bezpośrednio na powiekę czy pod oczy - dla mnie to bardzo wygodne rozwiązanie, nie lubię wyciskać takich produktów na palec, i dopiero wtedy aplikować na skórę. Dozuje się odpowiednia ilość kosmetyku, więc nie ma obaw, że zacznie nam nagle spływać po twarzy ;) Design tubki też jest na plus - ładny, estetyczny, prosty. Ja swoją trzymam w kubku z podręcznymi niezbędnikami, tzn. z pęsetą, pipetą do wcierek do włosów czy pędzlami do makijażu - w takim pojemniku może stać wylotem w dół, dzięki czemu nie trzeba później wyciskać żelu.
Kosmetyk ma formę bezbarwnego, dość rzadkiego żelu. Po zetknięciu ze skórą szybko robi się wodnisty i wchłania się. Nie ma żadnego zapachu, co dla jednych może być plusem, dla innych minusem. W tej sytuacji jest mi to obojętne, bo od pachnienia są inne kosmetyki ;)
  
     
Jak już pisałam, po aplikacji wchłania się całkowicie, dając bardzo przyjemne uczucie ukojenia i relaksu. Czy uczucie to utrzymuje się długo - nie wiem, bo zwykle nakładam żel tuż przed położeniem się do wyra i zaśnięciem. Zauważyłam, że skóra pod oczami jest znacznie lepiej nawilżona niż zwykle, ale niestety nie widzę żadnego wpływu na sińce pod oczami - chyba po prostu muszę nauczyć się z nimi żyć ;)
Ogólnie mówiąc, jest to bardzo przyjemny żel za śmieszne pieniądze :) Dotąd byłam wierna rewelacyjnym żelom FlosLeku, ale Ziaja zdecydowanie im dorównuje, a przy tym jest nieco tańsza, jeśli dobrze kojarzę ;)
Czy polecam? Zdecydowanie :)
  
   
Używacie czegoś pod oczy? A może macie jakieś magiczne sposoby na sińce?

poniedziałek, 2 lipca 2012

Ziaja Intensywna Odbudowa - Maska do włosów zniszczonych

Jak wiecie, od dłuższego już czasu staram się intensywnie dbać o włosy. W tym celu kupiłam parę miesięcy temu maskę z Ziai - jest to jeszcze całkiem świeża nowość (no OK, ma góra rok ;)). Cała seria jest tania, łatwo dostępna i skuteczna, co stwierdzam na podstawie trzech wypróbowanych dotąd produktów :) Dziś chcę Wam więc napisać nieco więcej o tej masce. 
  
  
Gdzie i za ile: np. na Inermis.pl, ok. 6,60zł / 200ml
  
Opis producenta i skład:
  
  
Moja opinia:
Maska kryje się w białym solidnym plastikowym słoiku. Po jego odkręceniu widzimy aluminiową warstwę ochronną, ja ją szybko zerwałam w całości, ale wcześniej dobrze służyła do zabezpieczania pudełka. Design tego opakowania jak dla mnie ma same plusy - minimalistyczny, bez zbędnych ozdobników, estetyczny, wygodny. Nawet z mokrymi rękami łatwo jest poradzić sobie z odkręceniem słoika, nabieranie maski również nie sprawia problemów, wystarczy opuszkami palców zgarnąć odpowiednią ilość produktu.
Sama maska jest dosyć rzadka, konsystencja kojarzy mi się z rzadkim budyniem. Ma lekko perłową formułę, co mnie zawsze odstraszało, ale tu jest tak nieznaczne, że jakoś daję radę ;) Jest to biała masa o ładnym zapachu - właściwie nie pachnie niczym konkretnym, ale jest to zapach naprawdę przyjemny, na tyle neutralny, że nie sądzę, żeby komuś mógł śmierdzieć ;) Prawdę powiedziawszy, ta maska bardziej wygląda mi na odżywkę do spłukiwania - nakładamy ją na 3-5 minut, jest rzadka, ot odżywka jak dla mnie ;)
A co mogę napisać o samym działaniu? Same plusy! Maska łatwo rozprowadza się na całej długości włosów, więc można powiedzieć, że jest wydajna - wcale dużo jej nie potrzebujemy. Co prawda nie jest na tyle gęsta, żeby utrzymać włosy "przyklejone" do głowy - a zwykle tak je układam, gdy coś na nich mam, więc strąki wypaćkane maską spływają mi na plecy - nie lubię tego! Zgodnie z zaleceniem, trzymam ją na włosach 3-5 minut - akurat w tym czasie zdążę się szybko wyszorować żelem. Zmywa się ją łatwo, a po wysuszeniu efekt jest wręcz zadziwiający - włosy rozczesują się bajecznie łatwo, są bardzo miękkie i elastyczne. Odkąd ją stosuję, nie pojawiły się u mnie rozdwojone końcówki, a zwykle przy tej długości włosów już je miałam, choć tu zasługa może leżeć nie tylko po stronie tej maski. Jeśli chodzi o odbudowę, myślę, że również coś tam to dało. Mam włosy zdrowe, ale bardzo rzadkie, a dzięki odpowiedniej pielęgnacji, m.in. z użyciem tej maski, przynajmniej nie wypadają i nie łamią się już tak bardzo ;)
Czy polecam? Zdecydowanie tak! Jeszcze pewnie kiedyś skuszę się na nią ponownie, albo może kupię jakiegoś jej brata z tej serii?
  
  
Jakich masek czy odżywek do włosów używacie najchętniej? :)

czwartek, 21 czerwca 2012

Mój pierwszy BlogBox!

Nie wiem, co było dla mnie większą frajdą - kompletowanie pudełka dla osoby, którą ja wylosowałam, czy czekanie na moje :) W obu przypadkach naprawdę wielką radość sprawiły mi BlogBoxy. Mój co prawda leżakował trochę na "docelowej" poczcie, ale chyba już został odebrany ;) A wczoraj już dotarł do mnie Box przygotowany dla mnie przez Vexgirl.
Nie wiecie, co to są BlogBoxy? Nic straconego! Napiszę Wam tylko, że pomysłodawczynią całej akcji jest Obsession, na jej blogu znajdziecie wszystkie potrzebne informacje, a może załapiecie się na kolejną edycję, w której i ja planuję wziąć udział ponownie :)
  
Dobra, ale do rzeczy.
Co znalazłam w moim pudełeczku?
  
  
Całość była zapakowana w pomarańczowe pudełeczko (co za zbieg okoliczności, ja mojego boxa wysyłałam w takim samym :D) i opakowana w pomarańczowy papier :) Wewnątrz znalazłam parę kosmetyków i bardzo miły liścik - z Vex znamy się też trochę pozablogowo (choć nie osobiście), więc tym bardziej miło było dostać paczuszkę właśnie od niej :)
Przyjrzyjmy się zawartości pudełka :)
  
  
Tutaj mamy szampon Yves Rocher dodający objętości i żel pod oczy z Ziai. Oba kosmetyki trafione - szampon taki sam czeka u mnie na półce na użycie, więc teraz będą czekać dwie buteleczki, ale to świetnie, bo bardzo go lubię :) Co do żelu - zdecydowanie się przyda. Do tej pory używałam tych żelów z FlosLeku, ale chciałam wypróbować Ziaję, więc dobrze się składa :)
  
  
Tutaj to już w ogóle czytanie w myślach - wczoraj przy demakijażu myślałam, że przydałaby mi się jakaś odżywka do rzęs, bo słynna L'Biotica niewiele mi pomogła i średnio pasowała mi jej aplikacja. No i abrakadabra, jest odżywka Eveline "na szczoteczce" :D Cieszę się bardzo :)
Jest tu też bransoletka, "osobisty drobiazg", jak to ładnie Vex określiła - od razu wylądowała na moim nadgarstku, bo parę dni temu musiałam zrezygnować z bransoletki, którą dostałam od innej bloggerki - jej zapięcia zaczęły mnie uczulać :( Teraz już dumnie paraduję z nową bransoletką ;)
  
  
I jeszcze kolejne drobiazgi :) Dostałam miniaturkę kremu do rąk o ślicznym malinowym zapachu i ze świetnym "farbkowym" opakowaniem, dwa naturalne mydełka i kompozycję zapachową o moim ulubionym zapachu cytrusów - chyba odkopię z tej okazji mój kominek na tea-lighty ;)
  
Ogólnie mówiąc, bardzo podoba mi się to, co dostałam :) Przyznaję, że trudno trafić w mój gust, nawet mając do dyspozycji "Kartę Informacyjną BlogBox", bo lubię dość konkretne rodzaje kosmetyków, a niektórych nie tknę palcem, nawet jeśli chodzi tylko o zapach ;) Tymczasem Vex udało się trafić - jest naturalnie, ziołowo-owocowo-świeżo, a moja ciekawość została pobudzona przez miniaturki kremu i mydełek. Dziś wieczorem biorę się za ich testy ^^

Dziękuję bardzo Vexgirl i Obsession za wspólną zabawę - mam nadzieję, że będą kolejne edycje i że będę miała możliwość wzięcia w ich udziału ;)

piątek, 15 czerwca 2012

Na ratunek orlicowym włosom! - Po 9. miesiącu...

Czas na kolejną włosową aktualizację ;) Właściwie, to po dziewięciu miesiącach powinno coś się już urodzić z tej mojej wzmożonej pielęgnacji, prawda? ;)
Tymczasem mam wrażenie, że stan moich włosów w ciągu ostatniego miesiąca nie zmienił się ani odrobinkę. Same zobaczcie i oceńcie:
  
     
Długość z przodu: 40cm
  
A było:                                                                                                                    

Urosły tylko centymetr, to już zaczyna być ich stałe miesięczne tempo wzrostu. Ich stan ogólny nie poprawił się ani nie pogorszył, choć przez tydzień, który spędziłam na południu Polski, zmuszona byłam traktować je niesamowicie twardą wodą, co dało im się we znaki - były wiecznie poplątane, szorstkie, matowe. Teraz powoli wracają do siebie, po kilku myciach w "normalnej" toruńskiej wodzie i po powrocie do kosmetyków - bo na wyjazd zabrałam tylko szampon.
    
  
Przez ok. 2 miesiące zużywałam dużą butlę szamponu Ziaja Intensywna Świeżość  - dobrze służył moim włosom. Dziś właśnie skończyłam tę butlę i na półkę powędrował szampon Avon Naturals z pokrzywą i łopianem. Zobaczymy, jak się sprawdzi - lubię serię Naturals, ale nieco boję się ich szamponów.
Jeśli chodzi o ich pielęgnację, jaką aktualnie stosuję, są tu dwie nowości:
  
     
Pierwsza z nich to maska Ziaja Intensywna Odbudowa. Bardzo się polubiłyśmy, stosuję ją już od niecałego miesiąca i zużyłam połowę. Nakładam ją na włosy po umyciu na 3-5 minut, jak zwykłą odżywkę. Po spłukaniu, włosy są miękkie, sypkie, gładziutkie, łatwo się rozczesują.
Druga to wcierka Jantar, na którą długo polowałam, aż wreszcie przywiozłam ją ze zjazdu bloggerek w Warszawie. Jeszcze nie zdążyłam jej użyć, ale prawdopodobnie dziś albo jutro będzie miała swoją premierę ;) Baaardzo jestem jej ciekawa, choć zapach nieco odstrasza - pachnie jak męska woda kolońska ;)
  
Ponadto, do moich tabletkowych drożdży dodałam jeszcze jeden suplement:
  
  
Jak widzicie, jest to Merz Special - mam trzy opakowania, na trzy miesiące kuracji. Zaczęłam ja dwa tygodnie temu i na razie, jak można się spodziewać, efektów nie widać, ale wierzę, że coś pomoże ;) Producent obiecuje poprawę stanu skóry, włosów i paznokci - zobaczymy, czy obietnice te spełni. 
  
A jak Wam idzie dbanie o Wasze włosy? :)

piątek, 18 maja 2012

Ziaja - Szampon Intensywna Świeżość do włosów tłustych

Wybaczcie post o nietypowej porze, mam dziś szalony dzień - miałam zajęcia na 8:00, a obudziłam się ok. 13:00 i powoli dochodzę do siebie :P
Dziś mam dla Was szampon, które ostatnimi czasy podbił moje serce ;) Kupiłam go właściwie przypadkiem, bo byłam w Piotrze i Pawle na spożywczych zakupach, zauważyłam go i zachęcona obietnicą miętowego zapachu, skusiłam się na zakup. Był tani, więc żaden problem ;) Wylądował wtedy na półce z zapasami, a teraz wreszcie zaczęłam go używać.

  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w sklepach z Ziają ;)) ok. 6zł / 400ml

Skład:
   
Moja opinia:
Nie ukrywam, że kupiłam ze względu na miętę w składzie i markę - uwielbiam Ziaję. Szampon okazał się jednak strzałem w dziesiątkę :)
Kryje się on w białej plastikowej butelce z zatrzaskowym zamknięciem. Pod światło da się zobaczyć, ile szamponu zostało. Łatwo wydobyć z opakowania odpowiednią ilość produktu, jest dosyć gęsty, więc się nie wylewa przesadnie. Ma konsystencję żelu, jest bezbarwny i obłędnie pachnie miętą - za to pokochałam go z miejsca, bo kocham zapach mięty ;)
  
  
Na włosach pieni się świetnie, wystarczy odrobina, żeby je umyć, ale zauważyłam, że mam przy nim tendencje do celowego go "nadużywania" - bo wtedy zapach jest mocniejszy, a piana większa :P Spłukuje się bez problemu, zostawiając włosy pachnące miętą jeszcze przez jakąś godzinę - mmm... :) Kiedy wyschną, okazuje się, że są puszyste, jakby nabrały objętości, i takie miękkie, że ma się ochotę ciągle nimi bawić. Nie są też poplątane. Nie zauważyłam, czy zmniejsza przetłuszczanie się, ale nie miałam nawet możliwości, bo czułabym się bardzo niekomfortowo, gdybym nie myła codziennie włosów ;)
Nie wymagam cudów od szamponów, ale muszą one porządnie myć i odświeżać, a przy tym ładnie pachnieć i nie szkodzić ;) Ten zdecydowanie spełnia wszystkie te warunki w takim stopniu, że trafia na podium ulubionych szamponów :)
Dodam też, że ostatnio nie widuję go już w sklepach, w przeciwieństwie do pozostałych kosmetyków z tej serii... Mam nadzieję, że jeszcze go dorwę!

 
Wy też macie ulubione szampony? Jakie to są? :)

czwartek, 8 grudnia 2011

Ziaja - Maska nawilżająca z glinką zieloną

Pogoda jest tak beznadziejna, że zrobienie dobrych zdjęć do recenzji graniczy z cudem, ale staram się jak mogę... Mam nadzieję, że nie będą Wam przeszkadzać niektóre zdjęcia nie dość ostre czy z przekłamanymi lekko kolorami ;)
Dziś napiszę parę słów o nawilżającej maseczce z glinką zieloną od Ziai. Niestety nie zachwyciła mnie, możliwe nawet, że zrobiła mi większą krzywdę, niż cokolwiek pomogła...
   
  
Opis producenta:
Maska intensywnie nawilża naskórek:
- glinka zielona nawilżająca - naturalny surowiec z grupy minerałów ilastych, źródło mikroelementów: głównie krzemu (około 35%), glinu (około 13%), żelaza (około 4,5%), magnezu (około 3%) oraz wapnia (około 19%).
Maska przyspiesza regenerację skóry:
- ECO-certyfikowany olej Canola - bogaty w fitosterole, tokoferole oraz kwasy tłuszczowe. Doskonale odżywia i zmiękcza naskórek.
- ECO-certyfikowane glicerydy kokosowe - źródło NNKT bogatych w kwasy omega3 i omega6 niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania skóry. Zapewniają wysoką efektywność ochrony warstwy lipidowej naskórka
- prowitamina B5 - aktywnie nawilża oraz skutecznie regeneruje podrażniony naskórek
Kosmetyk skutecznie wygładza naskórek:
- ekstrakt z owoców drzewa Tara- bogaty w oligosacharydy, zapewnia długotrwałe nawilżanie skóry. Tworzy naturalny film wzmacniający barierę hydrolipidową w efekcie doskonale wygładza naskórek. Składniki aktywne: Skład kosmetyku: olej canola , glinka zielona, glicerydy kokosowe
     
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 1,70zł / 7ml
   
Skład:
      
Moja opinia:
Maseczka zamknięta jest w saszetce, łatwo ją z niej wycisnąć bez paćkania wszystkiego naokoło - ma konsystencję dość gęstego kremu o bladozielonkawym kolorze. Zapachu chyba nie ma - chyba, bo mam taki katar, że mogłam go po prostu nie poczuć ;) Łatwo rozprowadza się po twarzy, jest wydajna - jedna saszetka wystarczyła mi na trzy albo cztery użycia, nie jestem pewna. Łatwo się też zmywa.
   
  
I na tym się niestety kończą zalety tej maseczki - nie zrobiła ona z moją twarzą absolutnie nic. A raczej nic pozytywnego, bo od momentu, kiedy użyłam jej po raz pierwszy, na mojej twarzy pojawiało się coraz więcej niespodzianek... Mogła to nie być jej wina, ale jak dla mnie - zbyt duży zbieg okoliczności ;) Chwilkę po zmyciu twarz była gładziutka i miękka, ale efekt ten szybko znikał. Nie zauważyłam żadnego nawilżenia. Zresztą szczerze mówiąc, pierwszy raz słyszę, żeby glinka zielona mogła nawilżać, bo przecież jej działanie jest raczej antybakteryjne, wysuszające, ale może niedouczona jestem :P
W podsumowaniu tej krótkiej recenzji (bo i co więcej pisać?) powiem tylko, że nie polecam. Może zrobić nam pole bitwy na twarzy, a nie sądzę, żeby komukolwiek na takim efekcie zależało...
   
I jeszcze tradycyjnie zdjęcie w maseczce ;) 
Dziś gratis ręcznik na głowie i piżama - robiłam sobie dzień spa :D
   

sobota, 24 września 2011

Ziaja - Maska dotleniająca z glinką czerwoną

Jakiś czas temu Ziaja, jedna z moich ulubionych marek kosmetycznych, wypuściła na rynek mnóstwo nowości, między innymi serię glinkowych maseczek. Przy okazji ostatnich zakupów na Inermis.pl zaopatrzyłam się w dwie z nich - dotleniającą z glinką czerwoną i nawilżającą z glinką zieloną. Dziś chcę napisać parę słów o tej pierwszej :)
   
   
Opis producenta:
 Maseczka aktywnie rewitalizuje skórę:
- glinka czerwona energizująca - naturalny surowiec z grupy minerałów ilastych, źródło mikroelementów: głównie krzemu (około 50%), glinu (około 20%), żelaza (około 7%), potasu (4%), wapnia (3,5%) i magnezu (2,5%). Zawiera również fosfor, sód oraz mangan. Kosmetyk wzmacnia proces dotleniania komórek skóry:
brunatna alga Laminaria digitata - bogata w potas, jod i sole mineralne. Stymuluje syntezę ATP - naturalnego nośnika energii, w efekcie reguluje trzy podstawowe funkcje skóry: odżywczą, ochronną i nawilżającą.
Maseczka skutecznie łagodzi podrażnienia:
- ECO-certyfikowany olej Canola - bogaty w fitosterole, tokoferole oraz kwasy tłuszczowe. Doskonale odżywia i zmiękcza naskórek.
- ECO-certyfikowane glicerydy kokosowe - źródło NNKT bogatych w kwasy omega3 i omega6, niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania skóry. Zapewniają wysoką efektywność ochrony warstwy lipidowej naskórka.
- prowitamina B5 - aktywnie nawilża oraz skutecznie regeneruje podrażniony naskórek.
Skład: olej canola , glinka czerwona, glicerydy kokosowe, alantoina, ekstrakt laminaria digitata
   
Cena: 1,70zł / 7ml
 
Skład: Aqua, Canola Oil, Cetearyl Ethylhexanoate, Illite, Octyldodecanol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Glycerin, Cetyl Alcohol, Hydrogenated Coco-Glycerides, Dimethicone, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Titanium Dioxide, Laminaria Digitata Extract, Butylene Glycol, Panthenol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1, 3-Diol, Diazolidinyl Urea, Parfum, Linalool, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citric Acid.
   
  
Moja opinia:
Maseczka zapakowana jest w pojedynczą saszetkę, w której mieści się 7ml kosmetyku - dla mnie to było na dwa dość obfite użycia, choć myślę, że za mało na trzy. Design jest prosty, nie wali po oczach, od razu widać, co w saszetce się znajduje. Wydaje się taki profesjonalny. Sama maseczka ma kremową konsystencję, dość gęstą, taką w sam raz. Kolor jest pomarańczowy - na twarzy wygląda jak wyjątkowo źle dobrany i nałożony podkład ;) Pachnie ładnie, niczym konkretnym, ale na pewno ładnie :)
Skład maseczki może nie powala na kolana, bo mamy tu też trochę świństw, i to dość wysoko (choć na opakowaniu są zaznaczone, jako zaaprobowane przez ECOCERT). Co do działania - hmm... Nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się maseczce dotleniającej, ale wśród jej efektów nie dopatrzyłam się żadnego, który mogłabym określić jako dotlenienie. Po jej użyciu skóra była lekko zaróżowiona, miałam wrażenie, że poprawiło się w niej krążenie, odświeżyła się, trochę nawilżyła. Plusem jest to, że inne składniki na tyle "unieszkodliwiają" glinkę, że nie zasycha ona na trudną do zmycia skorupę - nawet po tych 15 minutach na twarzy ma konsystencję gęstego budyniu, który łatwo się zmywa :)

Dla podsumowania fotka dla najwytrwalszych :D
Ewalucja prosiła mnie o takie zdjęcia ostatnio ;) Starałam się robić zdjęcia makijaży z ujęciem całej twarzy, ale byłam wielce niezadowolona z efektów (dobrze wychodzę na zdjęciach z odległości 10 metrów - bliżej jestem miss niefotogeniczności :<).
    
  
Na koniec małe ogłoszenie parafialne - jeśli ktoś chce zaproszenie do serwisu o kosmetykach, w którym zbiera się punkty rozwiązując quizy, a potem wymienia je na nagrody - proszę podać maila :) Ja osobiście mogę polecić - punkty zbiera się łatwo, a nagrody są super - ja mam już od nich zestaw biżuterii i perfumy Benefit, w drodze do mnie jest tusz Rimmela :) Czekam więc na Wasze adresy e-mail :)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Ziaja - Bloker regulator pocenia

Kilka lat temu byłam zdruzgotana faktem, że nie mogę nosić ulubionych bluzek, bo od razu widać na nich było plamy od potu, choćbym nie wiem jak dobrego dezodorantu używała. Wówczas ktoś polecił mi Antidral i to zdecydowanie jeden z tych kosmetyków, które w jakiś sposób odmieniły moje życie ;) Nie sądziłam, że może być aż tak skuteczny, byłam zachwycona działaniem. Teraz, akurat kiedy skończyłam kolejną już buteleczkę, zobaczyłam gdzieś promocję tego właśnie kosmetyku Ziai - podobno równie skutecznego jak Antidral. No, nie do końca...
   
  
Opis producenta:
Regulator pocenia - działanie blokujące: skutecznie redukuje nadmierne pocenie. Ogranicza wydzielanie potu i przykrego zapachu. Zapewnia długotrwałe uczucie świeżości.
Nie zawiera parabenów, alkoholu i barwników. Bez zapachu. Nie pozostawia śladów na ubraniu.
Sposób użycia: używać przez 2 - 3 dni na noc, na czystą i suchą skórę pod pachami. Następnie stosować 1 - 2 razy w tygodniu. Nie należy aplikować preparatu powtórnie rano. Nie stosować na skórę podrażnioną i po depilacji.
Przebadany dermatologicznie w Klinice Dermatologicznej w Białymstoku pod kątem ewentualnego działania toksyczno-drażniącego. 
   
Cena: 6,90zł / 60ml
   
Skład: Aqua, Aluminium Chloride, Glycerin, Hydroxyethylcellulose, Potassium Sorbate.
   
  
Moja opinia:
 Po pierwsze, jak zwykle - opakowanie. Produkt, jak to antyperspirant, zamknięty jest w białym plastikowym opakowaniu z kulką. Jest ono nieprzezroczyste, nawet pod światło nie da się zobaczyć, ile kosmetyku zostało. Kulka sprawdza się jednak dobrze, rozprowadza płyn równomiernie i nie "zacina się".
Tak jak pisze producent, Bloker jest zupełnie bezzapachowy. Sam płyn jest wodnisty, lekko białawy. W porównaniu do Antidralu, zdecydowanie bardziej przypomina zwyczajny dezodorant w kulce.
A skoro już porównujemy do Antidralu, możemy przejść do działania tego specyfiku. Po pierwsze - Bloker jest o wieeele bardziej delikatny niż Antidral. Mogę zapomnieć o trudnościach w zasypianiu przez swędzące i piekące pachy ;) Nie czuję go właściwie po użyciu, a przy Antidralu bywały męki. Niestety ta delikatność odbija się również na skuteczności specyfiku - działa dużo słabiej i krócej, kiedy użyję go wieczorem, spokój mam jedynie następnego dnia, podczas gdy Antidralu mogłam używać 1-2 razy na tydzień i zawsze bluzki pod pachami były suchutkie.
Sądzę jednak, że warto co jakiś czas zmienić silny kosmetyk na słabszy, by dać skórze odpocząć. Dlatego zużyję Blokera i dopiero wówczas zastanowię się, czy wracać do Antidralu. Warto też wspomnieć, że Bloker można dostać w promocji za 5zł, podczas gdy Antidral kosztuje ok. 21zł.

  
A na koniec, dla umilenia notki, pokażę Wam efekt robienia zdjęć kosmetyków... Oto moje stanowisko - rozkładam zielony materiał na parapecie, tam, gdzie najlepsze słoneczko, i cykam fotki kosmetyków. Kiedy ostatnim razem chciałam przedstawić kilka produktów, po zrobieniu zdjęć jednego, odwróciłam się na 3-5 sekund, żeby wziąć kolejny, i oto co zastałam na parapecie :) Mój kocurek Tymon sprawiał wrażenie, jakby leżał tu od godziny i nie miał pojęcia, o co mi chodzi ;)
    

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...