Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do makijażu oczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do makijażu oczu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2014

My Secret - Tusz do rzęs Create Your Lashes

Wiecie już na pewno, że moje rzęsy preferują tusze do rzęs z silikonowymi szczoteczkami. Zauważyłam jednak, że większość tych najtańszych wychwalanych tuszów ma jednak szczoteczki tradycyjne, dlatego też byłam mile zaskoczona, gdy okazało się, że My Secret wypuszcza nowy tusz z odpowiednią dla mnie szczoteczką :) Tusz nazywa się Create Your Lashes i jest naprawdę warty zakupu. Zapraszam do szczegółowej recenzji :)
  

Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Drogeriach Natura, 13zł / 10ml (łatwo o promocję)
  
Skład:
AQUA, MICA, STEARIC ACID, GLYCERYL STAERATE SE, RICINUS COMMUNIS SEED OIL, COPERNICIA CERIFERA CERA, POLYVINYL ALCOHOL, PROPYLENE GLYCOL, CERA ALBA, CANDELILLA CERA, GLYCERYL HYDROGENATED ROSINATE, GLYCERIN, CERA MICROCRISTALLINA, TRIETHANOLAMINE, HYDROGENATED CASTOR OIL, HYDROXYETHYCELLULOSE, NYLON-12, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, BUTYLPARABEN, SODIUM DEHYDROACETATE, CITRIC ACID, PHENOXYETHANOL, PARFUM, DIAZOLIDINYL UREA, TOPOPHERYL ACETATE, PANTHENOL, BHT, [MAY CONTAIN: CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77007, CI 77288, CI 77891, MICA, CI 77289, CI 77510, CI 75470] 
  
 
Moja opinia:
Tusz ma zaskakująco ładne opakowanie - metaliczne, złote lub srebrne, zależnie od światła ;) Wygląda porządnie i efektownie, w przeciwieństwie do wielu innych opakowań tuszy z dolnej półki cenowej. Po otwarciu dobrze wrażenie trwa - szczoteczka jest silikonowa, solidnie wykonana, praktyczna - ma dłuższe i krótsze "igiełki", dzięki czemu można dobrze rozprowadzić tusz po rzęsach. Sam tusz jest zaś intensywnie czarny i nie śmierdzi jakoś specjalnie ;) Wiadomo, fiołków nie oczekuję, ale nie lubię też, gdy tusz ma zbyt intensywny charakterystyczny smrodek...


Efekt na rzęsach jest co najmniej zadowalający. Tusz pozwala na wyraźne wydłużenie i podkreślenie rzęs, szczoteczka dobrze rozdziela każdą pojedynczą rzęsę. Na zdjęciu poniżej mam na jednym oku dwie warstwy tuszu (druga nałożona po wyschnięciu pierwszej), a drugie oko jest "gołe" - możecie więc porównać sobie efekt ;) Drugą ważną kwestią jest trwałość. Tu jest niestety trochę gorzej, bo pod koniec dnia tusz zaczyna się kruszyć, nie jest też w ogóle wodoodporny, więc już małe wzruszenie na filmie może spowodować "efekt emo".
Nie ukrywam, że wymagam dużo od tego tuszu, bo przez ostatnie miesiące używałam głównie rewelacyjnych tuszów L'Oreala, które są jednak o wiele droższe. Maskarą My Secret można jednak potraktować jako tani zamiennik, bo poza trwałością, raczej dotrzymuje kroku innym. A cena 13zł? Nie ma się nad czym zastanawiać, jeśli Wasze rzęsy lubią silikonowe szczoteczki, jak najbardziej zachęcam do wypróbowania i tego tuszu :)


Jakiego rodzaju tusze i szczoteczki preferujecie? Wolicie wydać kilkadziesiąt złotych na sprawdzony czy kilkanaście w poszukiwaniu dobrego taniego?

sobota, 10 maja 2014

Brejking Ńjus! Kolorówka Dr Irena Eris - ProVoke

Nigdy chyba nie pisałam wpisów o nowościach, jednak dziś mam dla Was wiadomość, na którą sama czekałam już kilka lat. Otóż jedna z moich ulubionych polskich marek kosmetycznych poszerza swoją ofertę w bardzo znaczący sposób!
Dr Irena Eris i jej marki z innych półek (Lirene, Under Twenty, Pharmaceris) to przede wszystkim pielęgnacja, zwykle w bardzo dobrej jakości. Od dłuższego już czasu ja i kilka innych koleżanek bloggerek wypytywałyśmy Anię, przedstawicielkę firmy, czy będzie kiedyś kolorówka? Otóż teraz okazuje się, że będzie! :)
Na razie nie wiadomo może zbyt wiele, ale pokażę Wam kilka zajawek nowej marki ProVoke:
 Palety 4 cieni, 5 wersji kolorystycznych
Podwójne paletki cieni, 4 wersje kolorystyczne
Trzy różne tusze do rzęs
Dwa rodzaje szminek - matowe i nabłyszczające, 8 (mat) i 10 (błysk) odcieni, 12 odcieni błyszczyka

 Czekoladowy bronzer (2 wersje), róż (5 odcieni)

Rozświetlacz

... i wiele, wiele innych :)
Po całą ofertę i szczegóły zapraszam na stronę Dr Irena Eris. Wszystkie zdjęcia powyżej również pochodzą z tej strony :)

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem strrrasznie ich ciekawa, zwłaszcza szminek i poczwórnych paletek :)

poniedziałek, 31 marca 2014

L'Oreal - Tusz do rzęs False Lash Wings - Midnight Blacks

Wygląda na to, że moje rzęsy zostały podbite przez tusze do rzęs L'Oreal Paris. Poprzednią maskarą się zachwycałam, o TU [KLIK], a okazuje się, że nowa maskara False Lash Wings nie jest ani trochę gorsza, ba, jest chyba nawet lepsza! Już nie będę się wahać wydać nieco więcej na tusz, zapraszam do recenzji, dowiecie się, dlaczego :)
  
  
Opis producenta:
Rzęsy niczym skrzydła motyla. Objętość od nasady aż po same końce. Rzęsy są szeroko rozpostarte, podkręcone i wydłużone w zewnętrznych kącikach. L'Oréal Paris prezentuje nową maskarę False Lash Wings. Pod trzepotem rzęs Twoje oczy wyglądają spektakularnie, a szeroko rozpostarte rzęsy uzupełni ich uderzająca objętość… Twoje spojrzenie rozpościera się nieskończenie. False Lash Wings wydobywa esencję kobiecości. Efekt skrzydeł motyla dzięki asymetrycznemu kształtowi szczoteczki, która wydłuża i modeluje każdą rzęsę, od kącika do kącika. Ekskluzywne włókna otulają i powiększają rzęsy, by nadać im spektakularną objętość. 
  
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 53zł / 7ml
 

Moja opinia:
Zacznijmy od tego, że False Lash Wings ma znacznie ładniejsze opakowanie od swojego brata Volume Million Lashes, wiadomo, że jest to kwestia względna, jednak dla mnie to jest o wiele mniej kiczowate ;) Opakowanie ma charakterystyczny kształt zwężany na końcach, spłaszczony z jednego boku. Najważniejsza jednak jest przecież szczoteczka i to ona robi tu największe "wow". Ma ona włókna silikonowe (innych moje rzęsy nie lubią) o różnej długości, dzięki czemu szczoteczka pasuje świetnie do kształtu oka i do rzęs - dłuższe włókna są po zewnętrznej stronie oka, tam gdzie i rzęsy są dłuższe. W efekcie naprawdę łatwo pomalować rzęsy tak, żeby ani jedna nie czuła się pominięta ;) Jedyną wadą jest to, że żeby pomalować drugie oko trzeba się namęczyć z trzymaniem szczoteczki w odwrotny sposób - dla wielu to pewnie nie problem, ale ja jestem przyzwyczajona, żeby oboje oczu malować tak samo, co nie sprawdza się w przypadku takich asymetrycznych szczoteczek.
  
  
Tusz na rzęsach wygląda świetnie. Jego brat, VML, robił efekt niemal sztucznych rzęs, a ten wydaje mi się jeszcze bardziej spektakularny. Wyraźnie pogrubia i wydłuża rzęsy, nie skleja ich jakoś strasznie, choć trochę się może zdarzyć, zwłaszcza, jeśli tusz jest świeży. Można się z tym jednak uporać starą szczoteczką od tuszu chociażby. Tusz ten daje naprawdę czarny kolor i nie kruszy się w ciągu dnia. Wytrzymuje także płacz bez efektu pandy, choć nieco gorzej radzi sobie z deszczem, ale czego miałabym wymagać - to nie jest wersja wodoodporna. Ważne jest także to, że w ciągu dnia nie znika z rzęs - po kilkunastu godzinach efekt na oczach jest taki sam jak chwilę po pomalowaniu. 
Czy polecam? Zdecydowanie tak! Cena nie jest już dla mnie argumentem przeciw, bo jestem w stanie raz na kilka miesięcy (bo tusz jest przy okazji bardzo wydajny!) wydać 50zł na kosmetyk, którego używam codziennie.
   
Używałyście maskar L'Oreala, tej albo innych? Lubicie? Czego oczekujecie od tuszu do rzęs?

piątek, 21 marca 2014

Kobo - Cienie Fashion: 202 Pale Violet, 209 Aubergine, 213 Green Pistachio, 214 Forest Green

Jeśli miałabym skompletować swoją kolekcję cieni wyłącznie z cieni pojedynczych, na pewno zdecydowana większość z nich pochodziłaby z półek Kobo. Może matowe cienie z serii Mono mnie nie rzucają na kolana, ale jestem wielką fanką ich cieni Fashion - perłowych, metalicznych, czasem kameleonowych. Ostatnio moja kolekcja poszerzyła się o cztery kolejne kolory, więc z radością coś dziś Wam o nich napiszę :)
  
  
Opis producenta:
Niezwykle trwały, intensywny i wyrazisty kolor oraz piękny metaliczny połysk. Bogata formuła zawiera korzystne dla skóry makro i mikroelementy. Cienie można stosować na sucho i mokro w zależności od pożądanej intensywności makijażu. Aplikacja cieni przy pomocy twardej pacynki.
  
  
Skład:
Talc, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Hydrogenated Polyisobutene, Kaolin, Phenoxyethanol (and) Methylparaben (and) Butylparaben (and) Ethylparaben (and) Propylparaben (and) Isobutylparaben, Mica, [+/- CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77288, CI 75470, CI 77510, CI 77742, CI 77811]

Gdzie i za ile: Drogerie Natura, cień w kasetce 18zł, wkład 14zł, bywają w promocji
Do tego można dokupić magnetyczną paletkę na cztery wkłady w cenie 9,90zł albo na 2 wkłady - 5,90zł.
  
  
Moja opinia:
W moim makijażu, jeżeli już używam cieni, dominują trzy kolory - brązy, zielenie i fiolety. Brązów mam pod dostatkiem, więc tym razem postawiłam na dwa pozostałe typu - zieleń i fiolet. W mojej nowej czwóreczce są dwie zielenie - 213 Green Pistachio, czyli delikatna mięta, i 214 Forest Green, mocna zieleń w odcieniu mrocznego lasu ;) Oba kolory strasznie mi się spodobały, choć zdecydowanie bardziej przekonuje mnie nr 214. Z fioletów mam tu 202 Pale Violet, czyli jasny różo-fiolet, oraz 209 Aubergine - typową oberżynę. Właściwie kiedyś chyba już miałam ten cień, ale przepadł w tajemniczych okolicznościach ;)
Cienie Kobo Fashion mają to do siebie, że są naprawdę proste w obsłudze. Można nimi zrobić delikatny makijaż, dobrze się rozcierają i raczej nie osypują, jednak w razie potrzeby możemy też makijaż wzmocnić, choćby nakładając na mokro, choć przyznam, że sama tego nie praktykuję. Nakładam je pędzelkiem, a nie pacynką i prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
Wiecie, że makijaż nigdy nie był moją mocną stroną, nigdy nie wariowałam z nim, na co dzień chodzę z wytuszowanymi rzęsami i linerową kreską, a jeżeli użyję cieni, są to zwykle 2-3 kolory, czasem nawet jeden, jeżeli mam ochotę na któregoś z moich ulubionych kameleonów, jak np. Golden Rose z tej samej serii ;) Niemniej, te cienie z powyższych zdjęć połączyłam w dość oczywisty sposób i powstały dwa makijaże, które co jakiś czas noszę:

(213 Green Pistachio + 214 Forest Green + liner Gosh + tusz L'Oreal)
  
(202 Pale Violet + 209 Aubergine + 205 Golden Rose + liner Gosh + tusz L'Oreal)

W tej chwili paletka tych czterech cieni leży pod lustrem jako jeden z najczęściej używanych produktów do makijażu, co chyba dość jednoznacznie świadczy o mojej opinii o niej ;) Same cienie zdecydowanie polecam, zwłaszcza, gdy są w promocji - jakość jest naprawdę świetna, dobrze się trzymają i nawet laik sobie z nimi poradzi ;)
  
Co się zaś tyczy samej paletki - również polecam, zwłaszcza, że nie jest zbyt droga. Dobrze trzyma cienie i wygląda profesjonalnie, ma tylko jedną wadę. Jej powierzchnia jest taka gumowo-matowa, wygląda dobrze, ale łatwo się brudzi i przestaje dobrze wyglądać ;)
  
 
Macie jakieś cienie z serii Kobo Fashion? A może wolicie serię Mono? :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Paletka Sleek Make-up - Garden of Eden - zdjęcia i swatche ♥♥♥

Wczoraj wieczorem odebrałam przesyłkę z moim bardzo spontanicznym zakupem - przepiękną najnowszą paletką marki Sleek Make-up, Garden of Eden. Kiedy tylko dostałam newsletter z jednej z internetowych drogerii z informacją o tej nowości, bez dłuższego zastanawiania się kliknęłam ją i oto mam - dziś już mogę rozpływać się w zachwytach nad nią ;)
  

Kolory w tej paletce są idealne dla kogoś z jesiennym typem urody - mamy tu przede wszystkim zielenie i brązy, bardzo ładne zresztą. Większość to cienie mocno iskrzące, tak jak lubię. Mamy tu też dwa maty z drobinkami i trzy kompletne maty. Jak w większości paletek Sleeka - są to najsłabsze ogniwa tej paletki, mają najsłabszą pigmentację...

  
Oczywiście już kartonik jest ładny, choć miałam nadzieję, że będzie bardziej nawiązywał do designu tej limitki, tak jak prezentowany był w reklamach:


Kasetka wygląda tak jak w przypadku wszystkich innych paletek - uważam, że mogłaby mieć chociaż nazwę danej paletki na górze...
  
  
No i najważniejsze - kolory! Bardzo lubię w Sleeku to, że każdy cień ma swoją nazwę. Te wymyślone na potrzeby Garden of Eden też strasznie mi się podobają, nawiązują tematycznie do Edenu i pasują do kolorów, same zobaczcie :)
  
  
Najbardziej podobają mi się cztery środkowe kolory, czyli Paradise on Earth, Python, Fig i Evergreen. Dopiero teraz zauważyłam, że nie zrobiłam zdjęcia paletki z tej perspektywy, ale bez folii z nazwami, ale myślę, że i tak całkiem dobrze widać kolory. Najmniej ciekawe wg mnie są Entwined i Forbidden (bardzo do siebie podobne) i śliczny, choć prawie niewidoczny Adam's Apple.
Zobaczcie jeszcze swatche:
  
  
Słońce niestety nie dało mi możliwości pokazania tych cieni w swoich promieniach, ale może uda mi się to kiedyś nadrobić. Ogólnie mówiąc - jestem paletką zachwycona i zaraz lecę strzelić sobie pierwszy Edenowy makijaż na egzamin ;)
  
Uprzedzając pytania - swoją paletkę kupiłam na Kosmetykomanii za 37,49zł. KLIK

Jak Wam się podoba ta paletka? Skusicie się na nią? A może już się skusiłyście? ;)

środa, 8 stycznia 2014

Tusz do rzęs Magnetic Lash - skuteczna ciekawostka :)

Myślę, że w definicji słowa "kobieta" powinno być przynajmniej wspomniane, że istota ta z natury lubi ciekawostki kosmetyczne :) Jedna z takich ciekawostek trafiła do mnie jakiś czas temu i z wielkim entuzjazmem i zainteresowaniem zabrałam się od razu do testów. Chodzi o bardzo specyficzny tusz do rzęs, który działa jak przedłużanie, a to za sprawą... magnetycznych włókienek. Ciekawe szczegółów? Zapraszam do czytania :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: np. na DomSpa.eu, 119zł
  
Skład:
  
Moja opinia:
Właściwie nie jest to tusz, a system do przedłużania rzęs. Składa się on z dwóch elementów, wyglądających z pozoru jak zwykłe tusze do rzęs, oznaczone cyferkami 1 i 2. Pierwszy z nich jest faktycznie maskarą - jednak w jakiś sposób magnetyczną. Jest zrobiona z włosia, a nie silikonowa, jak lubię, ale w tym przypadku nie przeszkadza mi to jakoś strasznie. Drugie opakowanie to "lash builder" i jego wygląd jest dość zaskakujący - nie jest to szczoteczka, a patyczek z dużą ilością maleńkich włókienek, które zostają na rzęsach tworząc niesamowity puchaty efekt. Zdjęcia obu końcówek zobaczycie zaraz poniżej.
  

Producent zaleca konkretny sposób używania tego cudaka. Najpierw nakładamy warstwę maskary, czyli opakowania nr 1. Po chwili, zanim wyschnie, "głaszczemy" rzęsy włókienkami z opakowania nr 2, a na koniec wygładzamy całość raz jeszcze maskarą. Dodatek "powtórz jeśli konieczne" jest dla mnie nieco śmieszny, bo w moim przypadku już jednokrotne przeprowadzenie tej procedury daje niesamowicie mocny i intensywny efekt.
   
Efekt zobaczycie na koniec, ale wypadałoby wspomnieć o nim i pisemnie ;) Otóż na rzęsach widać te maleńkie włókienka dopiero jak ktoś się przyjrzy z bliska, inaczej rzęsy wyglądają wręcz jak doklejone - są grubsze, dłuższe, po prostu piękne. Jako, że włosowe szczoteczki mi nie służą, rzęsy mogą być nieco posklejane po trzecim kroku, ale wtedy warto je porozdzielać np. grzebykiem do rzęs albo starą szczoteczką od innego tuszu, trzeba tylko uważać, żeby nie wyczesać włókienek. Efekt tych niesamowitych rzęs w ciągu dnia nieco słabnie, mam wrażenie, że włókienka po prostu odpadają, choć nie widać ich na policzkach pod oczami. Mimo wszystko wieczorem i tak rzęsy wyglądają naprawdę nieźle - może już nie jak sztuczne, ale jak porządnie wymaziane porządnym tuszem ;)
  

Ogólnie mówiąc, cacko to oceniam bardzo pozytywnie. Nie jest najtańsze, kosztuje 119zł, ale wiem, że są osoby, które spokojnie wydadzą tyle na zwykły tusz do rzęs, więc spokojnie można zainwestować także i w tego dziwaka :)
  
  
Co sądzicie o takich wynalazkach? Używałybyście? :)

sobota, 23 listopada 2013

Rimmel - Tusz do rzęs Scandaleyes Retro Glam

Dostałam ten tusz kilka miesięcy temu i ciągle podchodziłam do niego jak pies do jeża albo jak kot do włączonej suszarki do włosów ;) Dlaczego? Cóż, głównie ze względu na szczoteczkę - takie z włosia niestety się u mnie nie sprawdzają, poza tym Rimmel chyba ogólnie jeszcze nie trafił nigdy w mój gust z maskarą. Chciałam jednak dać szansę tej nowości - Scandaleyes Retro Glam. Zapraszam do czytania moich wrażeń z tego eksperymentu ;)
  
  
Opis producenta:
Czas na optycznie większe oczy i efekt sztucznych rzęs.
Lata 60 powracają w pełnym rozkwicie z pełniejszym i szeroko otwartym spojrzeniem. Z zaokrągleniami w odpowiednich miejscach, szczoteczka maskary Retro Glam w kształcie klepsydry przypominająca linię rzęs, podnosi je i nadając im odważnego looku szeroko otwartych oczu. Unikalny kształt szczoteczki został tak zaprojektowany, aby uchwycić nawet najmniejsze rzęsy, zapewniając im wyjątkową objętość bez irytujących grudek. Tajemnica maskary Scandaleyes Retro Glam to połączenie najnowszej szczoteczki z formułą, która idealnie z nią współgra. 
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 27zł / 12ml
   
 
Moja opinia:
 Nie nie i nie. W sumie na tym mogłabym zakończyć recenzję, ale wypada napisać coś więcej, prawda?
Opakowanie jest przeciętne - czarne z białymi motywami, raczej nie zapadające w pamięć - gdybym kiedyś wpadła na głupi pomysł, żeby ten tusz znowu kupić, na pewno nie odnalazłabym go od razu na półce. Szczoteczka jest tu właściwie najważniejsza. Jak już wspomniałam, nie jest ona silikonowa, tylko tradycyjna, z włosia. Moje rzęsy takich nie lubią, z małymi wyjątkami, ale ta wyjątkiem nie jest. Szczoteczka jest duża, gęsta, mocno owłosiona i raczej nie nadaje się do rzadkich rzęs jak moje. 
  
  
Jeśli chodzi o samo działanie, mam znowu ochotę powtórzyć kwestię "Nie, nie i nie" - i tak jeszcze kilka razy. Tusz niemiłosiernie skleja rzęsy, zostawia straszne grudki, a nie robi właściwie nic pozytywnego. Nie wydłuża, nie pogrubia, nie podkręca. Po prostu skleja i grudkuje. Ba, grudkuje tak, że pod brwiami nie odbijają się ślady rzęs, tylko całe grudki, MIMO rozczesania rzęs silikonową szczoteczką od innego tuszu... 
Zdjęcia, które zrobiłam do tej recenzji, zostały użyte także we wpisie na temat cieni do powiek. Już wtedy zostałam w komentarzach poinformowana, że mam bardzo brzydko pomalowane rzęsy - teraz wiecie czemu ;) Poniżej macie przykład możliwości tego tuszu...
  
  
Czy polecam? Nie, nie i nie ;)
  
Znacie jakąś dobrą maskarę Rimmela z silikonową szczoteczką?

sobota, 16 listopada 2013

Yves Rocher - Trwałe kremowe cienie do powiek - Mauve i Bronze

Od razu uprzedzam, że w najbliższym czasie będzie tu sporo kosmetyków Yves Rocher - między innymi dlatego, że urzekła mnie ich zimowa limitowana kolekcja, tzn. zapachy czekoladowe mieszane z innymi - pychota ;) Dziś jednak nie o takich słodkościach, a o cieniach do oczu... w kremie. Przyznam, że to moje pierwsze (albo jedne z pierwszych) spotkanie z taką formą aplikacji i mam bardzo mieszane uczucia. Zapraszam do czytania recenzji :)
  
  
Opis producenta:
Odkryj cień do powiek, który będzie odporny nawet na Twój najdłuższy dzień. Poznaj jego niezwykłą trwałość 12h*. Wodoodporny krem nie poddaje się upływowi czasu i pozostaje tak samo błyszczący po wielu godzinach. Nawet podczas upału, jego kremowa konsystencja o błyszczącym wykończeniu, daje wyjątkowy komfort i idealnie komponuje się ze skórą. Delikatna dla oczu formuła, bogata w wyciąg z kasztanowca indyjskiego o właściwościach rozświetlających, przyciąga światło, aby uzyskać więcej blasku.
*Test instrumentalny przeprowadzony na 12 osobach.
Produkt dostępny w 9 odcieniach, od nude do intensywnej śliwki, w zależności od twojego nastroju i karnacji.
  
  
Gdzie i za ile: w sklepie Yver-Rocher.pl, 46zł / szt (teraz za 31,90zł)
  
  
Moja opinia:
Cienie Yves Rocher, które do mnie trafiły to dwa kolory, zawarte w plastikowych opakowaniach, zbliżonych do takich od błyszczyka. Również i ich aplikatory nadawałyby się do malowania ust, są to bowiem typowe profilowane gąbeczki. Opakowania wyglądają profesjonalnie i widać, że nie jest to tani produkt. Mają czarne zakrętki, złote napisy i "oprawę", ale większa część jest bezbarwna, co pozwala na zobaczenie właściwego koloru cienia. 
Kolory, które wybrałam to Mauve oraz Bronze. O ile pierwszym jestem zachwycona pod niemal każdym względem, o tyle ten drugi zaskoczył mnie pozytywnie tylko w jeden sposób, pozostałe wrażenia są raczej negatywne. Jako, że cienie te bardzo różnią się między sobą, opiszę je osobno.

  
Odcień MAUVE to piękny blady róż, który na oku świetnie rozświetla spojrzenie, właściwie może być stosowany także solo. Nadaje się do szybkiego makijażu, bo bardzo łatwo jest nałożyć go równomiernie, granice wystarczy rozetrzeć choćby palcem i już mamy świeże oko ;) Chwilę musimy poczekać, żeby wysechł, po czym naprawdę staje się trwały. Może nie do końca wodoodporny, ale na pewno trwały, o czym może świadczyć choćby fakt, że na moich tłustych powiekach spokojnie utrzyma się nienaruszony przez kilka godzin, nawet bez bazy. Ogólnie mówiąc - bardzo dobry kosmetyk :)
  
Odcień BRONZE wcale taki brązowy nie jest, okazał się kolorem, który określiłabym jako khaki - trochę brązu, trochę zieleni. I pod względem koloru podoba mi się strasznie, nawet bardziej niż Mauve! Niestety właściwie na tym jego walory się kończą. Cień właściwie nie daje się rozłożyć równomiernie na powiece, ba, nawet przy zwykłym swatchu na ręce jest niejednolity! Niestety na oku tym bardziej to widać - miejscami są prześwity, miejscami nie chciał dać się rozmazać... Co do trwałości, jest porównywalnie do poprzednika, ale wcześniej zaczyna się rolować w załamaniu powieki. 

Zobaczcie zresztą, jak te cienie wyglądają na oczach:
  
Wybaczcie jakość, brak słońca był tu nie do obejścia dla mnie :(

Trudno mi w ogóle podsumować tę recenzję. Między jednym a drugim odcieniem są duże różnice, więc tym bardziej nie będę się wypowiadać w temacie całej linii tych kremowych cieni. Nie są one zbyt tanie, więc Wam pozostawiam decyzję, czy chcecie z nimi zaryzykować - ze swojej strony polecam Mauve, ale odradzam Bronze ;) 
  
Używałyście kolorówki marki Yves Rocher? Lubicie ich kosmetyki?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...