Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rimmel Stay Blushed - Róż w kremie 002 Touch of Berry

Hej! Na wstępie przepraszam Was za długą nieobecność, jakoś nie miałam głowy do bloga - praca, studia, rozpoczęcie sesji - krótko mówiąc, nie było ani czasu, ani chęci... Dziś powracam jednak z recenzją produktu, który mnie osobiście bardzo zaciekawił, choć nie powinien. Chodzi o nowość od Rimmela - róż do policzków w kremie. Nigdy właściwie różów nie używałam, nie przepadam też za tę formą kosmetyków, ale ten mnie zaintrygował, więc trochę potestowałam. Ciekawe jesteście wrażeń? Zapraszam do czytania :)
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, gdzie szafa Rimmela, 18zł / 14ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Róż, jak sama nazwa wskazuje, jest w kremie zamkniętym w małej biało-koralowej tubce. Do wyboru są dwa odcienie - mój, Touch of Berry, i drugi, bardziej brzoskwiniowy, Peach Flush. Do mojego typu urody zdecydowanie bardziej pasuje moja wersja, jest to stonowany koralowy róż (z żadną 'berry' mi się nie kojarzy ;)). Tubeczka pozwala na precyzyjne wydobycie odpowiedniej ilości, bo wystarczy go naprawdę odrobina. Jest dość gęsty, ale łatwo się rozprowadza, daje ładny, naturalny efekt (chyba, że ktoś nawali pół tubki na raz ;)). Pachnie przyjemnie, delikatnie.

   
Po nałożeniu na skórę w pierwszej chwili krem tworzy lekkie smugi i daje błyszczący mokry efekt - z początku mnie to przestraszyło, bo taki efekt nie był ani trochę atrakcyjny. Po chwili jednak wysechł, nabrał matowego wykończenia bez błysku, bez drobinek. Smugi również przestały być widoczne. Efekt końcowy na policzkach wygląda naprawdę naturalnie, choć okazuje się, że jednak róż nie do końca jest dla mnie - nieco ginie wśród moich piegów i przebarwień, zwłaszcza w słońcu. Po kilku godzinach staje się zupełnie niewidoczny. 
Podsumowując tę krótką recenzję powiem, że kosmetyk jest ciekawy i myślę, że sprawdzi się np. dla osób, które mają ładną jednolitą cerę. U mnie wygląda średnio. Polecam, choć sama więcej się nie skuszę na niego, moja tubeczka poszuka nowego domu.

 
Używałyście tego różu? Jak Wam przypadł do gustu? :)

piątek, 25 stycznia 2013

W7 - Puder brązujący Africa

To chyba ostatni wpis powstający "na dziko" - jutro wracam do domu, choć wcale się z tego powodu nie cieszę, wręcz przeciwnie - cudnie mi się mieszka z Ukochanym, nawet, jeśli muszę robić za jego osobistą pielęgniarkę - pisałam Wam na blogowym fejsie, że odniósł poważną kontuzję...
W każdym razie dzisiejszy post dotyczyć będzie bardzo ciekawego kosmetyku - różo-bronzera Africa marki W7. Pewnie go kojarzycie, bo jest bardzo charakterystyczny :)
  
  
Opis producenta i skład:
  
   
Gdzie i za ile: kosmetykomania.pl, 15,50zł / 8g
  
Moja opinia:
Bardzo charakterystycznym elementem tego produktu jest jego opakowanie. To sztywny tekturowy kartonik z centkowanym motywem w kształcie Afryki. Stanowczo nie nadaje się do noszenia w luźnej kosmetyczce czy torebce, bo otwiera się go bardzo łatwo, zdejmując po prostu wierzchnią część - jak pudełko prezentowe ;) Nie ma żadnego zabezpieczenia, więc łatwo może otworzyć się samo. Po zdjęciu wieczka widzimy najpierw pędzelek. Wydaje mi się dość tandetny i bałam się go użyć - włosie ma średnio twarde, ale dla mnie jednak się nie nadaje, wolę używać własnego sprawdzonego pędzla - kształt tego też mnie nie przekonuje. Pędzelek zabezpieczony jest folią. Wyjmujemy go i widzimy właściwy kosmetyk - sprasowany puder w iskrzących kolorach brązu i różu, ułożonych w panterkowy wzór. Kryje go dodatkowa warstwa folii ochronnej.
      
   
Puder jest dość miękki, ale nie sypie się za bardzo. Wystarczy lekko musnąć pędzlem jego powierzchnię, żeby nabrać odpowiednią ilość pudru i nałożyć na twarz. Efekt, jaki z jego pomocą osiągamy, bardzo mi się spodobał - jest to cieplejsza wersja bronzera, bardzo odświeżająca wygląd twarzy, dodająca pewnego uroku. Iskrzy się, ale w ładny sposób - nie mamy tutaj tandetnych drobinek, ale ładne delikatne rozświetlenie. Nie migruje na szczęście po twarzy, chyba że same niechcący rozetrzemy dłonią ;) Znika mniej więcej po upływie 8 godzin, nie zostawia plam czy smug, po prostu z czasem się "wypala".
Myślę, że na stałe zagości w mojej kosmetyczce - po raz kolejny spodobało mi się połączenie bronzera i różu. Jeśli również takie lubicie, mogę polecić puder W7, ale lepiej miejcie własny pędzel ;)
   
  
Używacie różo-bronzerów, różów czy bronzerów? ;) A może niczego albo wszystkiego po trochu? ;)

piątek, 11 stycznia 2013

MeMeMe Boho Balm - Cheek & lip tint - Coral / Taupe

Na dziś mam dla Was pewne interesujące dziwactwo - tint do policzków i ust w jednym, marki MeMeMe. Trochę się go bałam, bo to kompletna nowość w mojej kosmetyczce, ale jakoś sobie z nim poradziłam i mogłam porządnie przetestować. Zainteresowane tym dziwaczkiem? Zapraszam do recenzji :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: Kosmetykomania.pl, 35zł / 11g
  
Moja opinia:
Wg sklepu Kosmetykomania.pl jest to róż do policzków i balsam do ust w jednym. Cóż, ja balsamem bym tego nie określiła, ale o tym zaraz. Duet zamknięty jest w pięknej puszeczce w stylu vintage, która niestety dość ciężko się zamyka i otwiera - może to kwestia "wyrobienia się". Kryje ona dwa kolory kosmetyku - koralowy i jasny beż. Mnie osobiście o wiele bardziej pasuje ten drugi, pod wieloma względami. Oba ładnie pachną - nie umiem określić czym, ale na pewno jest to przyjemny zapach. Nie różnią się chyba niczym, poza kolorem, przynajmniej w opakowaniu.
    
  
Kosmetyk ten ma formę gęstej masy, kojarzy mi się wręcz z plasteliną, przy czym wystarczy odrobinka (ja "zeskrobywałam" wierzchem paznokcia) do użycia, zarówno na policzki, jak i na usta. 
Najpierw omówię jego "ustową" funkcję. Cóż, balsam to zdecydowanie nie jest, określiłabym go bardziej jako kryjący błyszczyk. Nie zauważyłam właściwości pielęgnacyjnych ani trochę. W tym przypadku widzę różnicę między działaniem odcienia Coral, a Taupe. Same zobaczcie:
  
  
Połowę ust pomalowałam jednym kolorem, połowę drugim. Coral wygląda średnio - wcina się w te "zmarszczki" na ustach, zbiera się w nich, nie daje jednolitego koloru. Efekt Taupe za to bardzo mi się podoba, wygląda bardzo neutralne, uwielbiam takie jasne nudziaki na ustach, kojarzy mi się z ustami manekina - skojarzenie dziwne, ale dla mnie dość pozytywne ;) Poza tym ładnie pokrywa całą powierzchnię ust. Oba trzymają się 2-3 godziny, łatwo je zjeść. 
  Jeśli zaś chodzi o efekt na policzkach, średnio przypadł mi do gustu. Dość łatwo jest rozetrzeć odrobinkę tinta (tintu? ;)) na policzku, ale efekt wydaje się taki oleisty, błyszczący w negatywny sposób, jeśli wiecie, co mam na myśli. Poza tym kolor jest mało intensywny. Możemy oczywiście nałożyć więcej "plastelinki", ale wtedy efekt woskowej twarzy będzie również większy, więc wolę mniejsze zło.
Na zdjęciach pewnie nie za wiele widać, ale możecie zauważyć ten właśnie woskowy efekt. Jako róż czy bronzer też nie sprawdza się najlepiej pod względem trwałości, bo kolor znika szybko, ale ten brzydki błysk zostaje na dłużej. 
  
   
Podsumowując, największymi plusami tego produktu jest prześliczne opakowanie i odcień Taupe użyty na usta. Reszta - bez szału, ale i bez tragedii.
  
Miałyście do czynienia z tego typu uniwersalnymi kosmetykami? Sprawdziły się?
  

wtorek, 24 lipca 2012

Sensique - letnia kolekcja 2012

Lato w pełni, więc czas na zrecenzowanie letnich kosmetyków Sensique z bezimiennej tym razem kolekcji :) Przyznam, że była dla mnie wielkim zaskoczeniem - spodobały mi się produkty, które niemal z miejsca skreśliłam, a to, na co najbardziej liczyłam - niestety mnie zawiodło. 
  
  
Opis kolekcji:
Delikatne muśnięcia słońca, gorący piasek pod stopami, chłodna morska bryza chłodząca skórę…
Orzeźwiające górskie powietrze, bezkresny błękit nieba, krystalicznie czyste potoki…
Szum lasu, ciepło nagrzanego słońcem pomostu, chłód spokojnych wód jeziora…
i Ty przygotowana na wakacyjną przygodę.
Bądź trendy z kosmetykami z kolekcji Sensique Summer 2012.
  
Przyjrzyjmy się teraz po kolei kosmetykom:
  
   
Cena: 9,99zł
Ten kosmetyk zaskoczył mnie najbardziej... Jestem zdecydowaną zwolenniczką bronzerów - nie przepadam za różami, bez wyjątków jak do tej pory. Tym razem jednak miałam do czynienia z czymś, co określiłabym jako różo-bronzer. I takie połączenie strasznie mi się spodobało! Brązowa część zawiera lśniące drobinki, jednak nie widać ich za bardzo po nałożeniu na skórę - na szczęście... Efekt na twarzy jest znacznie świeższy niż przy samym bronzerze, idealny na lato, śliczności :) Różo-brąz jest przy tym niestety strasznie miękki - jedno maźnięcie pędzlem i cała powierzchnia kosmetyku jest w pyłku - przeraziłam się, jak pierwszy raz solidnie zakręciłam pędzlem ;) Wynika z tego słaba wydajność produktu, ale i tak nigdy nie zużyłam tego typu kosmetyku do twarzy - może tym razem się uda ;) Myślę jednak, że jesienią, zimą... wrócę do bronzera, a to cudeńko poczeka na nowy sezon.
  
  
Cena: 9,99zł
Tutaj mamy właściwie to samo, co powyżej, z tą jedyną różnicą, że różowy kolor zastąpiony został jaśniutkim cielistym beżem. Tu również część brązowa zawiera drobinki, niewidoczne na twarzy. I również bronzer ten jest bardzo miękki - trzeba uważać przy aplikacji. Efekt jest jednak bardzo subtelny - właściwie to powiedziałabym nawet, że ten bronzer jest zadziwiająco jasny jak na bronzer z letniej kolekcji. Wiecie, że jestem bladziochem, aktualnie nieco opalonym, a jednak na mojej twarzy bronzer daje ledwo widoczny efekt, chociaż ładny i naturalny. Z tych dwóch "twarzowych" produktów, stawiam jednak na różo-bronzer. 
Gdybyście były zainteresowane trzecim wariantem, czyli typowym różem, niedługo jego recenzja powinna pojawić się na blogu unappreciated, z którą "podzieliłam się" kosmetykami do testowania.
  
   
Cena: 10,99zł
Na tuszu z kolei się nieco zawiodłam. Jest to jeden z nielicznych przykładów, kiedy silikonowa szczoteczka to za mało, żeby tusz mnie zadowolił ;) Nie wiem, czy to wina samej szczoteczki czy tuszu, ale efekt na rzęsach nie powala - nie wydłuża jakoś specjalnie, nie pogrubia, ale za to skleja - trzeba się nieźle namęczyć, żeby uzyskać satysfakcjonujący efekt. Przy okazji bardzo łatwo o mało twarzowe "owadzie nóżki" i grudki na rzęsach, co widać na jednej z powyższych fotek, nieładnie... Pod koniec dnia zaczyna się kruszyć, choć właściwie faktycznie jest wodoodporna - specjalnie poszłam się w niej myć, choć tego nienawidzę. Tusz wyglądał dobrze, dopóki nie przetarłam odruchowo oka - efekt pandy jak na zamówienie ;) Sam z siebie jednak nie spływał i nie robił z nas smętnych emo ani płaczących wampirów z True Blood, więc nie jest źle pod względem wodoodporności ;)
    
Pomadka nr 1 i nr 2
   
Cena: 7,99zł
Pierwsze, co rzuca się w oczy w przypadku tych pomadek to ich tandetne opakowania - i nie mówię tu o wyglądzie, choć i tu szału nie ma, ale o jakości - zdają się strasznie kruche, aż się dziwię, że jeszcze żadne mi nie pękło przy zamykaniu. Dodać do tego bardzo specyficzny zapach, którego nie potrafię zdefiniować i na pierwszy rzut oka jest to pomadka z lat .90, z mojego dzieciństwa. Nadrabia to jednak działaniem i wyglądem na ustach. Otóż na ustach zachowuje się bardziej jak pomadka ochronna - daje tylko lekki lśniący kolor, trochę jak delikatny błyszczyk, ale ładnie nawilża usta, czuć, że są... chronione - brzmi głupio, ale mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Zawierają filtry UV, ale nie jest napisane, jakie. Niemniej, mogę powiedzieć, że z tymi pomadkami nie musimy się martwić o spierzchnięte od upału czy wiatru usta. Jeśli chodzi o kolor, wersje nr 1 i nr 2 nie różnią się między sobą jakoś znacznie - możecie to zobaczyć na zdjęciach powyżej. Mnie chyba jednak podoba się bardziej dwójeczka. Trzeci kolor, czerwony, również zobaczycie za jakiś czas na blogu unappreciated
  
Wszystkie te kosmetyki znajdziecie w Drogeriach Natura i w niektórych drogeriach Aster.
  
Załapałyście się na któryś z powyższych produktów? A może zachęciłam Was do zakupu?
Dajcie znać, co sądzicie o tej kolekcji! :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...