Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orlica dietuje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orlica dietuje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 maja 2014

Orlica dietuje... #3.6 - Po dwóch miesiącach

No i stało się - przyszedł kryzys. Kryzys, czyli ten moment chyba w każdym odchudzaniu, gdy starasz się, odżywiasz się odpowiednio, nie pozwalasz sobie na drobne, choć kaloryczne przyjemności, a ani waga, ani wymiary, nie zamierzają się ruszyć... Po ostatnim ważeniu i mierzeniu się mam ochotę sobie darować, ale wiem, że to byłoby najgorsze, co mogłabym zrobić...
 
17 maja minęły dwa miesiące mojej walki o mniej ciałka do kochania. Tak jak wcześniej miałam jeden etap, kiedy odpuściłam, tak przez ostatnie dwa tygodnie dość ściśle trzymałam się narzuconych sobie zasad, a mimo to zastój nastąpił... Same zobaczcie:
 

Praktycznie wszystkie pomiary ani drgnęły. Widać jedynie minimalny spadek w talii i brzuchu, ale reszta nie spadła ani trochę. Muszę się teraz naprawdę porządnie zmobilizować, żeby nie odpuścić, bo nic tak nie demotywuje jak brak efektów, ale z drugiej strony takie zastoje też są teoretycznie normalne. Postaram się nie poddawać, bo teraz najważniejsze jest przełamanie tej fazy, żeby waga i wymiary ruszyły wreszcie w dół. Do mojej magicznej tabelki trzeba będzie dopisać kolejne rubryki z terminami ;)

Dziś tak w skrócie, bo i w sumie nie ma tu o czym więcej pisać... Mam nadzieję, że może Wy w komentarzach podzielicie się swoimi sposobami na zmotywowanie się w takich sytuacjach? ;)

I szybko z innej beczki - sugerowałyście mi kilkukrotnie założenie konta na Ask.fm, w końcu uległam ;) Konto założyłam, zapraszam: ask.fm/OrlicaBlog. Proszę tylko o wzięcie pod uwagę, że nie na każde pytanie odpowiem, znajmy pewne granice ;)

niedziela, 4 maja 2014

Orlica dietuje... #3.5 - Po półtora miesiąca

Minęły kolejne dwa tygodnie mojego dietowania... Niestety trochę opadły mi skrzydełka i już się tak nie pilnuję i nie mam takiej motywacji, ale staram się zebrać w sobie ponownie...
 
W ciągu ostatnich dwóch tygodni wielokrotnie "poległam" - skusiłam się na coś, czego zdecydowanie nie powinnam jeść czy pić, kiedy próbuję zgubić trochę ciałka. Zaczęło się oczywiście od świąt - dałam sobie na ten jeden dzień dyspensę na normalne jedzenie, najadłam się, byłam zachwycona i pękata ;) Moja wątroba cieszyła się już mniej, ale mniejsza z tym... Niestety nie przewidziałam tego, że po świętach zostanie jedzenie, a i od moich rodziców, i od przyszłych teściów przywieźliśmy po świętach sałatki, ciasta itd. Starałam się ograniczać się do jednego grzechu dziennie ;) Tak jak przewidziałam, po świętach trochę nadrobiłam zgubionej wcześniej wagi, ale koniec końców, po dwóch tygodniach od ostatnich pomiarów, udało mi się osiągnąć pewne ujemne zmiany:
  
  
Wagowo ubyło mi 0,7kg - bardzo bez szału, ale i tak cieszę się, że jest choć trochę mniej. Z wymiarami jest różnie - niektóre poszły trochę w dół: talia, biodra, a przede wszystkim uda, inne się nie ruszyły. Może ten ostatni etap nie był zbyt udany, ale patrząc na całokształt od 22.03.14, jestem zadowolona. Pal licho liczby - najważniejsze jest to, że faktycznie nieco lepiej się już czuję w swoim ciele i zaczynam wierzyć, że sukni ślubnej nie będę musiała szukać w kategoriach "plus size". Mimo wszystko ciężko mi wrócić do mojej diety bez pozwalania sobie na małe lub większe odstępstwa. Może macie jakiś pomysł, jak się z tym ogarnąć?
  
A jak Wam idzie? Gubicie kilogramy czy motywację? ;)

sobota, 19 kwietnia 2014

Orlica dietuje... #3.4 - po pierwszym miesiącu

Dziś mijają cztery tygodnie mojego dietowania - uznajmy, że jest to miesiąc. Właściwie minął mi szybko, bez większego cierpienia, umartwiania się czy głodowania ;) A czy są efekty? O tym zaraz :)
Wielokrotnie zaznaczałam, że tym razem moje odchudzanie ogranicza się przede wszystkim do diety - ale żadnej restrykcyjnej. Nie liczę kalorii, jednak jem zdrowiej, regularniej, rozsądniej, trzymam się kilku zasad. Przez pierwsze dwa tygodnie udało mi się zgubić 1,2kg, a jak wyszło w kolejnym etapie?
  
  
Cóż, dobrze :) Przez ostatnie dwa tygodnie zgubiłam 1,4 kg i kilka centymetrów z obwodów. Jak na złość najwięcej zeszło z biustu, z którego wcale nie mam za dużo do zrzucania, za to trochę stanął w miejscu obwód bioder, mam jednak nadzieję, że jeszcze przyspieszy, bo to właśnie w boczkach mam najwięcej "ciepełka" zmagazynowane. Dziwi mnie nieco, że chudną też łydki, ale to zawdzięczam raczej jeździe na stacjonarnym rowerze, nawet jeśli nie jest to codziennie (średnio 3 razy w tygodniu po min. 10km). Ogólnie mówiąc jestem bardzo zadowolona, że bez większego męczenia się i mordowania, osiągam jakieś tam efekty ;) Ba, są już one widoczne gołym okiem, już kilka osób mi powiedziało, że schudłam, a to strrrasznie motywuje, zwłaszcza, że nie wszystkie w ogóle wiedziały, że staram się zrzucić trochę ciałka :)
 
Jutro Wielkanoc, co oznacza dla mnie wielką i pyszną wyżerkę - dużo bardziej interesującą niż tę na Boże Narodzenie, po prostu tradycyjne potrawy są bardziej w moim guście ;) Zaliczymy przy tym w sumie dwie "imprezy" - świąteczne śniadanie u moich rodziców i świąteczny obiad u przyszłych teściów. Staję więc przed dylematem, na ile mogę sobie pozwolić ;) Kusi mnie dyspensa na jeden dzień obżarstwa, ale jeszcze nie wiem, jak sobie z tą kwestią poradzę ;) Wiem jednak na pewno, że za kolejne dwa tygodnie będę mogła się pochwalić nieco mniejszym spadkiem wagi ;)
 
A jak się trzymają moje dietujące czytelniczki? :) Widzicie efekty? :) Jakie macie "dietetyczne" plany na święta? :) Trzymam kciuki, żeby niezależnie od decyzji, efekty były dla Was zadowalające! :)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Orlica dietuje... #3.2 - Po dwóch tygodniach

W sobotę minęły dwa tygodnie mojego dietowania. Wiedziałam, że nie będzie tym razem super-ekstra efektów, więc też nie nastawiałam się na duży spadek wagi czy wymiarów. Coś tam jednak osiągnęłam i chciałabym dziś zdać Wam "raport" - motywuje to mnie, a może i zmotywuje którąś z Was ;)
W sobotę dzień zaczęłam od zważenia się i sprawdzenia wymiarów. Humor mi się poprawił, bo choć wizualnie jeszcze żadnych efektów nie ma, to matematyka nie kłamie - ubyło mnie ;)
Oto wyniki pomiarów:
  
 
Z wagi spadło 1,2kg. Może i mało, jak na dwa tygodnie, ale nie spodziewałam się więcej, skoro moje odchudzanie tym razem ogranicza się właściwie tylko do zmiany diety, nie ćwiczę za bardzo, bo nie mam kiedy. Czasem, ale niestety nie codziennie, przepedałuję około 10km na rowerze stacjonarnym, staram się więcej chodzić pieszo, ale to na tyle. Jeśli chodzi o wymiary, zeszło odrobinę ze wszystkiego. Z większości wymiarów po centymetrze, ale z dwóch miejsc, gdzie ostatnio nagromadziło się najwięcej, czyli z bioder i z talii, ubyło po 2 cm - bardzo mnie to cieszy :) Już teraz jednak widzę, że moje odchudzanie będzie musiało trwać znacznie dłużej niż 2 miesiące, jeśli chcę się zbliżyć do 60kg. Ale powolutku, powolutku, osiągnę cel :)
  
Przy okazji przeliczyłam raz jeszcze procent tkanki tłuszczowej, bo przy poprzednich pomiarach wyszło znacznie więcej, niemal skrajna otyłość, a wzięłam po prostu złe wymiary. Teraz wygląda to znacznie lepiej, choć nadal wskazuje nadwagę. Cieszy mnie za to wskaźnik BMI - wiem, że średnio wiarygodny to wyznacznik, a jednak cieszy, bo pokazuje wagę w normie, a nie nadwagę ;)
  
Jak wygląda moja dieta? Nie jest zbyt restrykcyjna. Po prostu staram się jeść regularniej, zdrowiej, lżej, unikam słodyczy i fastfoodów. Już teraz widzę, że mój organizm się do tego przyzwyczaił, bo gdy z okazji urodzin mojego Taty pozwoliłam sobie na kawałek tortu i trochę zapiekanki ziemniaczanej, wątroba dała o sobie znać ;) Jem ciemne pieczywo, produkty pełnoziarniste, dużo warzyw i owoców, jako przekąski w czasie pracy czy zajęć traktuję owoce, owsianki, ewentualnie batoniki musli, jak już mam wielką ochotę na coś słodkiego ;) Oczywiście staram się też więcej pić, choć przyznam szczerze, że piję więcej soków (grejpfrutowy, pomarańczowy, pomidorowy, warzywne) niż wody. Zamierzam się też wspomóc pewnym suplementem, ale o nim napiszę Wam innym razem :)
  
Dziękuję za dotychczasowe i proszę o dalsze trzymanie kciuków, przyda mi się, bo momentami brakuje mi samozaparcia ;) A jak Wam idzie? :) Może macie jakieś pomysły na lekkie i naprawdę PROSTE potrawy? :)

sobota, 22 marca 2014

Orlica dietuje... #3.1

Tak, dobrze widzicie, po raz kolejny biorę się za odchudzanie. Tym razem niestety startuję z dużo większej wagi niż ostatnio - wygląda na to, że mieszkanie osobno i mój obecny tryb życia niestety mi nie służą...

Zacznijmy od tego, że kilka pierwszych miesięcy "na swoim" to była tragedia dla mojego organizmu. I ja, i mój Ukochany żywiliśmy się w restauracjach albo gotowymi potrawami np. z Biedronki. Jakoś nie było nigdy czasu na porządne gotowanie. Ponadto jednym z głównych elementów naszego jadłospisu były tosty, które wręcz kocham, a które nawet nie mogą udawać zdrowych. Szczęściem dla nas, szybko zużyliśmy toster ;) Nasze zwyczaje żywieniowe jednak nie uległy znaczącej zmianie. Kiedy praktycznie cały czas spędzałam w pracy (zdecydowanie siedzącej) albo na uczelni, zwyczajnie nie było kiedy zrobić obiadu czy zjeść czegoś porządnego, więc jadłam dalej gotowe lub półgotowe produkty, za dnia przegryzałam batonikami, a nieliczne wolne chwile spędzałam przed kompem, z serialem i paczką nachosów. I tyłam, i tyłam, i tyłam...
Teraz od jakiegoś czasu próbowałam wziąć się za siebie. Na drodze stanęła mi "awaria" - skręciłam kostkę, co na jakieś dwa tygodnie wykluczyło mnie z wszelakich aktywności. Stopniowo jednak starałam się jeść zdrowiej, lżej, mniej. Mimo wszystko potrzebowałam kopa, a kop nastąpił dzisiaj. 
Poszłam do Biedronki i przy okazji zwykłych zakupów (już w miarę zdrowych! ;)) kupiłam wagę łazienkową, której do tej pory nie miałam w swoim gniazdku. I to był właśnie kop:

 
No właśnie... To o 10 kg więcej niż kiedy ostatnio zabierałam się za dietę... Ponadto na moich biodrach i udach pojawiły się okropne czerwone rozstępy, z którymi również zaczynam walczyć...

Wiem, że ze względu na zdecydowanie mniejszą ilość czasu i sił, moje odchudzanie tym razem będzie na pewno mniej intensywne niż ostatnio... Liczę jednak, że prędzej czy później uda mi się wrócić do odpowiednich wymiarów i wagi. W tej chwili wszystkie liczniki BMI i body fat wskazują mi nadwagę, więc czas najwyższy wziąć się za siebie, zwłaszcza, że w przyszłym roku mam brać ślub, a mój Ukochany nie oświadczał się morsowi!

Jak może pamiętacie, bardzo motywują mnie wszelkie tabele czy wykresy z wynikami. Tak i tym razem stworzyłam tabelkę z bieżącymi pomiarami, których prawdę powiedziawszy się wręcz wstydzę. Opublikuję je jednak z nadzieją, że przestaną mieć one znaczenie, kiedy za jakiś czas zmierzę się ponownie i wszystkie wskaźniki spadną... Trzymajcie proszę za mnie kciuki!

Z podkulonym ogonem prezentuję Orliczysko w pełnej krasie w ujęciu matematycznym:

  
Jaki mam plan w skrócie? O ile to możliwe - zwiększyć aktywność fizyczną, dałam sobie wyzwanie, by codziennie robić 10 km na rowerze stacjonarnym jako absolutne minimum, a przede wszystkim oczywiście zmienić nawyki żywieniowe. Pięć zdrowych posiłków, bez podjadania, bez śmieciowego żarcia, bez przejadania się...

Krótko mówiąc - zdecydowanie potrzebne mi są Wasze kciuki i wsparcie! ;) Za dwa tygodnie postaram się dać znać, czy cokolwiek się ruszyło.

sobota, 4 maja 2013

Orlica dietuje... #2.3 - Albo i nie...

Jak pewnie domyślacie się po tytule posta - wymiękłam.
  
  
Na razie zmuszona jestem zrezygnować z aktywnego odchudzania, bo zwyczajnie nie daję tym razem rady.
Chyba wybrałam na to zły moment - zbyt dużo mam na głowie i zbyt uciążliwe jest pilnowanie tego, żeby jeść ciągle lekko i zdrowo, żeby mieć w torebce trzy posiłki, które muszę jakoś zjeść w biegu w ciągu całego dnia, żeby gotować sobie codziennie osobne obiady. Poza tym chyba mam za dużo stresu ostatnio, żeby dodatkowo odmawiać sobie przyjemności takich, jak grill z rodzinką (to właśnie grill ostatecznie mnie złamał ;)). Tak, wiem, że się tłumaczę, ale to chyba bardziej sama przed sobą...
Na chwilę obecną udało mi się zrzucić ze 2kg i na razie musi mi to wystarczyć. Oczywiście nie oznacza to wszystko, że teraz rzucę się na fastfoody i wydam całą wypłatę na chipsy i colę ;)
Zrobię co w mojej mocy, żeby nadal utrzymywać zdrowe nawyki jedzeniowe w miarę możliwości, więc nie powinno być większych problemów. 
Mam nadzieję, że moja rezygnacja tym razem nikogo nie zniechęci - wiem, że część z Was podjęła się zrzucenia paru kilogramów razem ze mną, ale mam nadzieję, że Wy dacie radę i nie polegniecie z mojego powodu ;)
     
Tak czy siak, Wam życzę wytrwałości w zrzucaniu ciałka, trzymam kciuki! :)

czwartek, 25 kwietnia 2013

Orlica dietuje... #2.2 - Po 2. tygodniu

Hej!
Przychodzę Wam dziś zameldować, jak poszły mi dwa pierwsze tygodnie diety! :)
  
  
Na początek przyznam, że nie jest mi łatwo tym razem. Ciągle jestem w biegu, między zajęciami, pracą, Ukochanym, masą innych obowiązków, dlatego często posiłki muszę mieć przy sobie, gotowe w torebce. O ile nie ma większych problemów z drugimi śniadaniami czy podwieczorkami, o tyle z obiadami bywa różnie. Staram się jednak jeść jak najbardziej regularnie, lekko, zdrowo.
Oto efekty z dwóch ostatnich tygodni:
  
  
Bardzo cieszę się z tego, że ubyło mi całkiem nieźle w centymetrach, na czym najbardziej mi zależało, czuję się też już nieco lepiej w swoim ciele, choć na razie to chyba efekt tego, że w ogóle COŚ robię w tym kierunku ;) Niestety wagowo spadło niewiele, bo tylko 1,5kg - liczyłam na ok. 2kg. W dodatku waga robiła sobie ze mnie jaja, bo przy dzisiejszym ważeniu najpierw pokazała mi 57,6 kg, a kilka kolejnych razy (mojej wadze nie można ufać ;)) było już ponad kilogram wyżej - złośliwa menda! ;)
Mały spadek wagi wiąże się pewnie w dużej mierze z tym, że nie mam za bardzo siły i czasu na siłownię czy dłuższe ćwiczenia. Moja aktywność ogranicza się do latania po mieście w stresie, żeby na pewno wszystko załatwić, ale i poza tym staram się coś ze sobą zrobić. Funduję sobie dłuższe spacery, czasem wieczorem wychodzę pobiegać. Nie ma tego dużo, ale zawsze coś, prawda?
Oto screen z mojego profilu na Endomondo.com: (można powiększyć)
  
  
Dodam też, że rozwiązałam swój problem z piciem. Z piciem wody, nie cieszcie się :P
Trudno mi pić zwykłą wodę mineralną, a na zieloną herbatę jakoś nie mam apetytu. Zaopatrzyłam się więc w zwykły syrop do rozcieńczania i rozrabiam go z wodą w malutkiej ilości - tak, żeby woda miała choć trochę smaku. W efekcie mogę pić jej dużo więcej, a syrop w takich małych ilościach nie powinien zaszkodzić ;) Aktualnie piję malinę z lipą, ale w drodze do mnie są jeszcze herbapolowe żurawina z cytryną i kiwi - już nie mogę się ich doczekać :)
Na dziś to tyle - za kolejne 2 tygodnie czekajcie na nowy raport :)
  
Jak Wam idzie przedwakacyjne odchudzanie? :)

piątek, 12 kwietnia 2013

Orlica dietuje...#2.1 - Zaczynam od nowa ;)

Część z Was pół roku temu śledziła moje postępy w zrzucaniu ciałka. Wtedy udało mi się odnieść sukces i muszę przyznać, że byłam i nadal jestem z siebie dumna. Niestety, nie udało się zachować zdrowych nawyków żywieniowych tak na dłuższą metę, ale o tym zaraz. Tak czy siak, czas wrócić do zdrowego odżywiania, żeby jakoś wyglądać latem ;)
Pisałam Wam już kiedyś, że u mnie w domu jada się tłusto, ale bardzo smacznie. Nie jest to najzdrowsza dieta, niestety także nie sprzyja utrzymaniu ładnej sylwetki, ale jak tu odmówić pysznemu spaghetti, kluskom ziemniaczanym czy domowym frytkom ;) Po ostatniej diecie udało mi się przez jakiś czas utrzymać zdrowe nawyki i przynajmniej ograniczać te niezdrowe przyjemności dla podniebienia, ale nie trwało to długo - zaczął się rok akademicki, praca itd., zgubiłam gdzieś regularność jedzenia, jak byłam głodna poza domem to kupowałam drożdżówkę albo zapiekankę. Czas zaserwować mojemu organizmowi ze 2 miesiące zdrowszej diety!
Nie zamierzam liczyć kalorii, nie widzę sensu. Zamierzam za to przez te 2 miesiące, tak jak ostatnio, jeść regularnie, zdrowo i lekko, a później jak najdłużej nawyki te utrzymać (co będzie trudne, dopóki nie opuszczę wreszcie rodzinnego gniazdka ;)). Poczyniłam już pierwsze zakupy:
  
  
Jak widzicie, nie są to produkty stricte dietetyczne - po prostu zdrowsze alternatywy dla tego, co jem na co dzień. Oczywiście owoce i warzywa są ciągle stałym elementem mojego jadłospisu, ale teraz będzie ich więcej. Nie zamierzam katować się czymś, czego nie lubię (tylko ukochany 'zwykły' makaron zastąpiłam pełnoziarnistym, za którym mniej przepadam ;)), a jak czasem ukradkiem wszamię sobie czekoladkę to też nie skończy się to sesją samobiczowania ;)
Same zobaczcie, nie cierpię na tej diecie, to wczorajszy podwieczorek - truskawki w jogurcie naturalnym, po prostu niebo w gębie dla stęsknionych wiosny ;)
   
  
Dodatkowo wprowadziłam nowy balast do mojej torebki - zawsze noszę ze sobą butelkę wody:
   
   
Dla wielu z Was to norma, dla mnie nie ;) Rzadko pijam wodę, zdecydowanie bardziej wolę nawadniać organizm zieloną czy białą herbatą, ale poza domem warto mieć pod ręką coś do picia. Także w domu piję hektolitry zdrowych herbat, a na drogę tacham ze sobą wodę, bo ciągle jestem w biegu ostatnio.
  
Na razie nie włączam do mojego programu odtłuszczania żadnego sportu - poczekam na ładniejszą pogodę i ruszę na małe bieganie albo na siłownię - teraz skończyłoby się to tylko choróbskiem. Na chwilę obecną po prostu zwiększam ruch - zamiast jechać gdzieś autobusem, idę pieszo itd. :) Pomaga mi w tym znowu serwis Endomondo.com, choć po jego aktualizacji trudniej mi się tam połapać ;)

Tymczasem na mojej lodówce już wylądowała tabelka:
  
  
Jestem osobą, którą bardzo motywują wszelkie tabelki, liczenie postępu, odliczanie do celu itd. Ta tabelka na lodówce codziennie przypomina mi więc o tym, ile jeszcze przede mną, ile chcę osiągnąć :)

Znam swój organizm na tyle, by wiedzieć, że ograniczając świństwa i zmieniając dietę na zdrowszą, zrównoważoną i regularną, jestem w stanie osiągnąć sukces w zrzucaniu zbędnych kilogramów i centymetrów. :) Niestety od czasu zakończenia poprzedniej diety zdążyło mi właściwie wrócić wszystko sprzed niej - uważam jednak, że przez pół roku to nie taki zły wynik, zwłaszcza, że mamy za sobą zimę, gdzie naturalnie hoduje się warstwę ochronną ;) Teraz czas ją zrzucić na lato :)
  
    
Moje wczorajsze ważenie i pomiary pokazały, że "urosłam" już prawie do tych wymiarów, które ostatnio skłoniły mnie do wzięcia się za siebie. Tym razem jednak wiem, że to jest spowodowane też przedokresowym "napuchnięciem", więc nie przejmuję się tak bardzo. Wiem też, że uda mi się pozbyć nadmiaru kilogramów i centymetrów :) Mimo wszystko proszę Was o kciuki i przyznaję się bez bicia - to publiczne pisanie o tych moich zmaganiach motywuje mnie najbardziej :) Za dwa tygodnie zamelduję Wam o postępach.
  
To co, kto razem ze mną bierze się za siebie? :)

czwartek, 11 października 2012

Orlica dietuje... #7 - CEL OSIĄGNIĘTY!

Zaczynając dietę i odchudzanie, ustaliłam sobie kilka celów. Przede wszystkim chciałam się z nimi zmieścić w czasie - dokładnie do wczoraj, do 10 października. Oznacza to, że na osiągnięcie moich celów przeznaczyłam sobie 8 tygodni. I choć trudno mi w to uwierzyć... udało się!

  
Wiadomo, moje cele nieco się zmieniły z czasem. Głównym, praktycznym celem, było po prostu to, żeby wyglądać szczuplej. Dwa pozostałe cele były raczej teoretyczne, nie wiedziałam, czy uda mi się je osiągnąć, a gdyby nawet się udało - czy efekty mnie zadowolą. Pierwszym z nich było wrócenie do 54kg, drugim wciśnięcie się w sukienkę ze studniówki. Czy się udało? O tym zaraz, najpierw spójrzmy na pomiary:
  
  
W 8 tygodni ubyło mi ok. 6kg i dokładnie 33cm w sześciu pomiarach!
Myślę, że mam być z czego dumna, zwłaszcza, że prawdę mówiąc od początku średnio w siebie wierzyłam, znając mój słomiany zapał i zamiłowanie do jedzenia ;) Wyglądam znacznie szczuplej i naprawdę dobrze czuję się już w swoim ciele, co również odbija się na moim zachowaniu - odzyskałam pewność siebie, jestem sobą, bo już nie muszę się skupiać na wciąganiu brzucha, zamiast na normalnych czynnościach ^^ I choć brzmi to nieskromnie, jestem z siebie naprawdę dumna :)

Jednocześnie, wygląda na to, że "celów" teoretycznych nie osiągnęłam. Waga waha mi się ciągle w okolicach 56kg, ale nie szkodzi - to i tak dolne granice normy dla mojego wzrostu, a mi bardziej zależało na centymetrach. Teraz co prawda jest mniej, bo 55kg, ale to dlatego, że od kilku dni męczy mnie jakaś jelitówka albo zatrucie pokarmowe... Jak wydobrzeję, na pewno znowu wrócę do ok. 56kg. I wcale mi to nie przeszkadza :)
    
Drugim celem było wciśnięcie się w sukienkę ze studniówki. Tutaj niestety musiałam pogodzić się z faktem, że to już raczej nigdy nie będzie możliwe. Przytyłam głównie w brzuchu, biodrach, udach, a teraz bez problemu dopinam się w tej sukience do tego momentu. Niestety dalej zameczek już nie pójdzie, bo chyba po prostu "urosłam" w żebrach - tutaj nie mam już raczej nic do zrzucania, więc w grę wchodzi już chyba tylko przeróbka sukienki. 
   
Chętnie pokazałabym Wam jakieś zdjęcia "przed i po", ale niestety aktualnie nie bardzo jestem w stanie "pozować" ;) Nie mam też zdjęć robionych w ostatnim czasie, więc co najwyżej dodam tu zdjęcia później, jak już będę w stanie cokolwiek pocykać ;)
   
Tymczasem to tyle. Baaardzo Wam dziękuję za wsparcie i słowa otuchy i motywacji, którymi częstowałyście mnie przez te 8 tygodni, pewnie bez publikowania efektów na blogu i bez Waszych komentarzy nie miałabym w sobie tyle samozaparcia, żeby osiągnąć sukces :) Dzię-ku-ję! :)

czwartek, 27 września 2012

Orlica dietuje... #6 - Już półmetek!

Trzy czwarte odchudzania za mną, zarówno pod względem czasu, jaki na to przeznaczyłam, jak i przebytej drogi do celu :) Jestem z siebie dumna, choć może brzmi to kretyńsko - w końcu to dopiero półtora miesiąca odchudzania! Cóż, dla mnie to AŻ, bo nigdy tyle nie wytrzymałam i nie osiągnęłam takich efektów.
Jakich? Czytajcie dalej :)
  
  
Przez ostatnie dwa tygodnie (od poprzedniego mojego sprawozdania) nie było kolorowo z odchudzaniem. Całe dnie spędzałam na praktykach, więc miałam rozregulowany jadłospis (np. śniadanie, drugie śniadanie, trzecie śniadanie, obiad, kolacja) albo wręcz pomijałam któreś posiłki. Czasem zdarzyło mi się też zgrzeszyć - w chwili słabości zamówiłam sobie minipizzę do biura, raz też wybrałam się do chińskiej knajpki na mojego ukochanego kurczaka w cieście i w sosie chilli ;) Trafiło się też kilka mniejszych grzeszków. Poza tym, miałam znacznie mniej czasu i siły na ćwiczenia i chyba tylko ze 3-4 razy w ciągu tych dwóch tygodni poszłam na siłownię. Bałam się więc, że wyniki teraz nie będą zbyt dobre - ba, bałam się wręcz, że będzie regres, ale nic takiego się nie stało, zobaczcie same:
  
  
Jak widzicie, i centymetry i kilogramy ładnie lecą w dół :) Jestem z tego szalenie zadowolona, zwłaszcza z faktu, że z samego brzucha udało mi się zrzucić prawie 10cm obwodu! Przyznam, że znacznie bardziej cieszą mnie znikające centymetry niż kilogramy. Oczywiście lecą też nieco nie tam, gdzie trzeba, ale chyba nic na to już nie poradzę ;) Co ciekawe, wg kalkulatora zawartości tłuszczu w organizmie mam 18,5%, co jest już niby niedowagą. Cóż, na niedowagę nadal zdecydowanie nie wyglądam, traktuję więc te kalkulatory z przymrużeniem oka ;) 

Do pierwszego obranego celu - 54kg - brakuje mi nadal 1,8kg. Daję sobie na to ostatnie dwa tygodnie, jakie przeznaczyłam na odchudzanie, myślę, że to wystarczy. Jednak jako, że centymetry są dla mnie ważniejsze niż kilogramy, obrałam sobie nowy cel:
  
  
To zdjęcia sprzed trzech lat, z mojej studniówki. Miałam wtedy sukienkę kupioną na ten cel, ale z założeniem, że jest tak boska, że będę mogła ją nosić także na inne okazje. Uwielbiałam ją, ale niestety długo się nią nie nacieszyłam, bo stopniowo tyłam. Najpierw wyglądałam w niej jak baleron, a później w ogóle nie byłam w stanie się w niej dopiąć... Na studniówce ważyłam 50kg - to były 4kg niedowagi, a jednak wtedy czułam się w swoim ciele najlepiej. Teraz chcę zejść do minimum dla mojego wzrostu, czyli 54kg, ale zrobię co mogę, żeby nadal gubić centymetry, bez wracania do niedowagi - siłownio, przybywam! Tak więc moim nowym celem odchudzania jest... wciśnięcie się w tą kieckę bez wyglądania jak prosię ;) Mam nadzieję, że będę Wam się tu mogła w niej pokazać za jakiś czas, bo wręcz ją kocham i serce się kraje, jak ta śliczna kieca wisi samotnie na wieszaku ;)
  
Zrobiłam sobie też mały motywator:

  
Jestem maniaczką Disney'a - tego starego, ponadczasowego Disney'a. "Mulan" jest jedną z moich ulubionych bajek i do tej sytuacji nadaje się idealnie :) Grafikę tę ustawiłam sobie jako tapetę, jako tło na FB, dodaje mi otuchy jak mam małe chwile zwątpienia - a jakże, zdarzają się i takie ;)
   
Pozostaje mi już tylko prosić Was o kciuki, bo jestem coraz bliżej celu! :)
Moje odchudzające się czytelniczki, a jak idzie Wam? :)

czwartek, 20 września 2012

Orlica dietuje... #5 - Nawadnianie organizmu

 Ilekroć mowa jest o zdrowym trybie życia, zawsze wspomina się także o konieczności picia odpowiedniej ilości płynów dziennie. Ale właściwie dlaczego? Sama się tym ostatnio zainteresowałam, więc mam nadzieję, że nieco przybliżę Wam temat :) 
   
Do napisania tego posta i podpięcia go pod dietową serię nakłoniła mnie akcja promowana przez European Hydration Institute - KLIK. Organizacja ta postawiła sobie za cel uświadamianie ludzi o konieczności dostarczania organizmowi odpowiednich ilości płynów. 
Żeby uniknąć chaotycznego jazgotu, postanowiłam temat ten przedstawić w formie pytań i odpowiedzi.
  
Po co tyle pić?
Woda jest bardzo ważnym składnikiem naszego ciała. Ba, stanowi zdecydowaną jego większość, bo aż ok. 65%! Transportuje składniki odżywcze, odpowiada za regulację temperatury ciała, a nawet pomaga na ból głowy (wyrównując ciśnienie)...
Cały szkopuł polega na tym, żeby utrzymać równowagę, pomiędzy płynami "uciekającymi" z naszego organizmu (pot, mocz, nawet oddychanie), a tymi, które przyjmujemy. Średnio tracimy ok. 2,5 litra wody dziennie, więc my musimy to nadrobić, najlepiej oczywiście z nawiązką. Im więcej mamy w ciągu dnia ruchu - tym więcej musimy pić, bo przez pot możemy również nieźle odwodnić organizm... Część dziennego zapotrzebowania na płyny otrzymujemy także w jedzeniu, ale to za mało.
   
Dlaczego woda?
Bo jest ona najprostszym płynem - najłatwiej absorbowanym przez organizm. Ponadto nie ma cukrów ani kalorii, więc nawet na diecie można ją pić do woli. 
  
Ile wody powinnam pić?
Jedne źródła podają, że 2-3 litra, ale uważam, że to zbyt ogólnikowe. Bardziej wiarygodna wydaje mi się zasada mówiąca o tym, żeby na każdy kilogram ciała pić 30ml wody. Przykładowo ja, ważąc 57kg, powinnam pić ok. 1,7 litra wody. Obliczenia te traktuję jednak jako takie niezbędne minimum i staram się pić więcej.
Możecie też spróbować pobawić się Wodnym Kalkulatorem - KLIK. Wbrew niektórym źródłom, nie ma górnej granicy ilości przyjmowanych płynów.
  
Kiedy powinnam pić?
Najlepiej zanim Ci się zachce ;) Haczyk polega na tym, żeby pić zanim poczujemy pragnienie, bo jest ono pierwszą oznaką odwodnienia, do której nie powinniśmy dopuścić. Picie przy posiłkach jest dość kontrowersyjne - jedni mówią, że woda rozrzedza soki trawienne, inni, że nie przeszkadza. Ja sądzę, że szklanka płynu do posiłku w niczym nie zaszkodzi. Dodam też, że najlepiej jest pić przez cały dzień po trochu, zamiast całą swoją "dawkę" na raz.
  
Co pić?
Najlepiej oczywiście wodę mineralną albo źródlaną, najodpowiedniejsze są te o średniej ilości składników mineralnych na litr - od 700 do 1000 mg/l.
  
Nie przepadam za wodą - co teraz?
Sama jakiś czas temu miałam ten problem - nie przepadam za piciem zwykłej wody mineralnej. Problem ten rozwiązałam dolewając do wody nieco naturalnych soków owocowych - nawet proporcje 1:10 zmieniały smak i wodę bez problemu dało się wypić. Dodatkowo możemy wodę doprawić też sokiem z cytryny albo świeżą miętą. Kupna smakowa woda mineralna często nie zdaje egzaminu - są one tak mocno słodzone, że mogą wręcz odwadniać organizm. Poza tym przyjemnym sposobem na ominięcie picia mineralki są też herbaty (oczywiście bez cukru) - najlepiej zielone i białe, ewentualnie czerwone, ziołowe napary i świeże soki z warzyw i owoców.
  
Czego nie pić?
Do dziennego bilansu nie wliczamy napojów "cięższych" - jak czarna herbata, kawa, kakao czy alkohole, ani tych mocno słodzonych - jak kupne soki, syropy, cole i inne gazowane cuda. Wiele z nich może działać wręcz odwrotnie niż woda - zawarte w nich cukry absorbują wodę z naszego organizmu, co może prowadzić nawet do odwodnienia. Nie bez powodu sportowcy podczas treningu piją wodę (ew. napoje izotoniczne), a nie colę ;)
  
Jak ma się picie wody do diety?
Przy diecie redukcyjnej tym bardziej ważne jest odpowiednie nawadnianie organizmu. W czasie wszelkich procesów zachodzących w naszym ciele powstają produkty uboczne - czasem groźne i szkodliwe. Woda pomaga wypłukać je z organizmu, a wiadomo, że im mniej mamy "syfu", tym lepiej się czujemy i funkcjonujemy, co z kolei ułatwia nam osiąganie celu - zrzucanie zbędnego ciałka ;)
  
 A jak ma się picie wody do ogólnej urody?
Woda ma także zbawienny wpływ na cerę - możemy ją nawilżać tysiącem kremów, a i tak cudów nie zdziałamy, jeśli nie będziemy także działać od wewnątrz. Odpowiednie ilości wypijanej wody pozwalają odżywić naszą skórę i opóźnić jej starzenie. Ponadto może to pomóc przy pozbywaniu się cellulitu - poprzez wypłukiwanie toksyn i działanie przeciwobrzękowe.
  
Nie chce mi się pić - muszę? 
Wiele osób twierdzi, że piją mało w ciągu dnia i wcale im to nie szkodzi - mylą się. Zazwyczaj takie osoby żyją z permanentnym lekkim odwodnieniem - może nie jest to zauważalne w codziennym funkcjonowaniu, ale może doprowadzić do nieprzyjemnych powikłań, z chorobami układu krążenia na czele. 
  
Myślę, że to tyle. Starałam się pisać jak najkonkretniej, ale w kilku przypadkach ci wszyscy "mądrzy ludzie" mają sprzeczne teorie, więc trudno wybrać tę najwłaściwszą.
  
Na koniec jeszcze podrzucę Wam ciekawą grafikę rozprowadzaną przez wspomniany wcześniej Instytut - kliknijcie, by ją powiększyć.
  
      
A jak wygląda kwestia nawadniania organizmu u Was? Wypijacie odpowiednią ilość płynów dziennie? Jakie macie do tego podejście? Chętnie dowiem się, co o tym myślicie :) 

czwartek, 13 września 2012

Orlica dietuje... #4 - Efekty po miesiącu odchudzania

No i stało się... Przedwczoraj minęły cztery tygodnie mojego odchudzania się, wczoraj zrobiłam wszystkie pomiary. To chyba czas na raport? ;)
  
  
Nigdy nie uwierzyłabym, że wytrzymam miesiąc na diecie. I pewnie bym nie wytrzymała, gdybym nie widziała efektów ;) A jednak je widzę i powoli zaczynają je dostrzegać też inni, osoby z mojego otoczenia. 
Z pomiarów pewnie wiele nie wyciągniecie, bo tak się składa, że akurat "wielki dzień mierzenia i ważenia" przypadł w trakcie mojego okresu, więc jestem spuchnięta i cięższa niż zwykle. A mimo to są spadki we wszystkich niemal pomiarach, więc i tak się pochwalę, a co ;)
  
   
Wagowo teoretycznie jest kiepsko, bo niby tylko 0,5kg mniej niż dwa tygodnie temu. Myślę jednak, że gdyby nie okres, byłoby jeszcze ok. 1kg mniej - bo mniej więcej tydzień temu ważyłam już 57kg, przed okresem. Nie przejmuję się jednak tym dzisiejszym wynikiem, bo wiem, czym jest spowodowany, poza tym bardzo pocieszają mnie spadki w pomiarach centymetrem :)
Powoli pozbywam się znienawidzonych boczków, oponka też stopniowo znika, tak samo jak wielkie uda ;) Jest coraz lepiej, a ja się coraz lepiej czuję w swoim ciele, nawet mój Ukochany to ostatnio zauważył :) Oczywiście nadal wiele mi brakuje do celu - teoretycznie celem miało być 54kg, ale myślę, że bardziej wizualnie będę oceniać, czy to już ;) Marzę, żeby znowu wcisnąć się w sukienkę ze Studniówki - była przepiękna, ale ja ważyłam wtedy ok. 50kg - założenie jej ponownie będzie trudne ;) Ale dam radę, prawda?
Jak wygląda aktualnie mój jadłospis? Cóż, podobnie do tego, co prezentowałam jakiś czas temu w formie osobnego posta, ale ze względu na praktyki zjadam posiłki w nieco innym układzie - śniadanie, drugie śniadanie, trzecie śniadanie, obiad, kolacja ;) Chodzi o to, że łatwiej mi zabrać do pracy dwa posiłki typowo śniadaniowe (np. jogurt + jabłko czy owsianka do zalania wrzątkiem) niż kombinować z daniem obiadowym. Piję także dużo wody i lekkich płynów, jak herbata biała czy zielona. Niedługo skrobnę porządnego posta na temat nawadniania organizmu ;) Poza tym zjadam więcej kalorii niż wcześniej - nie wiem ile, nie liczę. To dlatego, że teraz znacznie więcej ćwiczę.
No właśnie, co poza dietą? Pisałam ostatnio, że udało mi się zdobyć karnet na świetną siłownię z fitnessem i strefą spa - chodzę tam kiedy tylko mogę. Przed rozpoczęciem praktyk byłam tam prawie codziennie, teraz wieczorami nie zawsze mi się chce i nie zawsze się czuję na siłach, ale jednak staram się znaleźć trochę czasu i energii, żeby iść się poruszać. Na siłowni ćwiczę głównie w strefie Cardio - czyli na moim ulubionym stepperze, orbitreku, rowerku, trochę na bieżni... Trener zachęca mnie również do ćwiczeń na części Gym, tzn. różne ćwiczenia z obciążeniem, ale jakoś nie mogę się przekonać, płoszą mnie wielcy faceci zajmujący stanowiska obok :D Poza siłownią, staram się też jak najwięcej spacerować, codziennie jest to od 5 do 10km pieszo, szybkim marszem. Oszczędzam na biletach i paliwie, a przy tym chudnę - układ doskonały ;)
  
Na koniec, pochwalę się jeszcze pewnym zdjęciem... A na nim spodnie kupione w czerwcu, wtedy były mi na styk :)
   
 
To by było na tyle... Chcecie kolejny raport za dwa tygodnie? Mam nadzieję, że będę miała się czym chwalić! ;) A jak Wam idzie odchudzanie, jeśli zabrałyście się za nie razem ze mną? :)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Orlica dietuje... #3 - Po dwóch tygodniach!

Tak tak, zaskoczyłam wszystkich, z sobą na czele, faktem, że wytrzymałam dwa tygodnie na diecie. Ba, właściwie to coraz bardziej się w nią wciągam. Jak? O tym zaraz :)
  
  
Dziś przyszłam się Wam przede wszystkim pochwalić tym, co osiągnęłam przez dwa pierwsze tygodnie diety... Myślę, że najlepiej zobrazuje to ta tabelka, co ostatnio, uzupełniona o nowe dane:
  
    
Jak widzicie, w 2 tygodnie udało mi się zrzucić 2,6kg - to nawet więcej, niż ustaliłam sobie na pierwszy cel! Jestem baaardzo zadowolona, zwłaszcza, że nie zeszła mi tylko woda zalegająca w organizmie - widać to choćby po reszcie wymiarów... Wszędzie ubyło! No, łydki pozostały bez zmian, ale to głównie mięśnie, ostatnie widoczne w moim ciele :P Najbardziej cieszy mnie -4cm na brzuchu i -2cm w talii. 
Już teraz, choć wizualnie pewnie niewiele na razie widać, czuję się znacznie lepiej w swoim ciele :) 
  
Przez te dwa tygodnie pracowałam na efekty głównie dietą, ale również wprowadziłam więcej ruchu do mojego dziennego rozkładu dnia. Robię długie spacery, średnio 8km dziennie, staram się spalać ok. 500kcal dziennie (równocześnie nieco więcej jeść).
Parę dni temu poszłam do centrum wellness - z siłownią, fitnessem, SPA, korzystając z jednego darmowego wejścia, jakie oferuje to centrum. Tak mi się spodobało, że poruszyłam niebo i ziemię, żeby dać radę chodzić tam częściej - niestety ceny są dość wysokie. Na szczęście okazało się, że firma, w której pracuje mój Tata, ma umowę z tym centrum, więc pracownicy i ich rodziny mogą uzyskać rabat - i nam się udało! Od 1 września zaczynam intensywnie chodzić tam na siłownię i fitness, nie omieszkam zajrzeć także czasem do sekcji SPA (SPA w tym przypadku oznacza różnego rodzaju sauny, natryski, jacuzzi itd, a nie kwestie kosmetyczne ;)). 
Staram się więc poprawić swoją kondycję - wczoraj np. udało mi się pobić swój rekord w biegu w teście Coopera. Nadal jest on żałosny, bo mój bieg to tylko marszobieg, ale będę go sukcesywnie podbijać ;) Mam nadzieję, że dam radę :)

W ćwiczeniach bardzo pomaga mi aplikacja Endomondo.com. Dzięki niej mogę kontrolować swoje ewentualne postępy, liczyć osiągnięcia, sprawdzać się względem innych osób. Możecie sprawdzić sobie moje "wyczyny" o tutaj:
Chcecie może żebym napisała więcej o tym centrum wellness albo o endomondo? A może o innych aspektach diety i odchudzania, jak to u mnie wygląda? Nie jestem żadnym ekspertem, ale chętnie podejmę temat i może kogoś zainspiruję? ;)

A za dwa tygodnie post z kolejnym sprawozdaniem, oby równie pozytywnym! :)

piątek, 24 sierpnia 2012

Orlica dietuje... #2 - Tydzień z dietetycznego jadłospisu

Hej hej, wiem, że czekałyście trochę na ten post, ale obiecałam i oto jest ;) Musiałam zebrać do niego materiały ;) Jestem na diecie od ponad tygodnia i na razie trzymam się całkiem nieźle. Przez ten tydzień nauczyłam się już trochę więcej o tym, co można, a czego nie można, więc zaraz tutaj sama wytknę sobie parę błędów ;)
Chcę Wam więc pokazać tydzień wycięty z mojego jadłospisu.
Od razu mówię, że nie trzymam się konkretnej rozpiski. Mam kilka rozpisanych jadłospisów dla mniej więcej mojego przedziału kalorycznego (przypominam, że dietetyczka zaleciła mi jeść 1300kcal dziennie) i nimi się inspiruję. Nie liczę kalorii, ale na pewno jem zdrowiej i lżej niż wcześniej - już teraz widzę, że mój organizm jest mi za to wdzięczny.
Przez tydzień robiłam zdjęcia każdego z moich pięciu posiłków - po pierwsze, na potrzeby bloga, a po drugie na potrzeby dziewczyn ze wspaniałej "grupy wsparcia", do której dołączyłam ;) Dziś mogę już Wam pokazać, jak wyglądał mój jadłospis przez ten tydzień. Proszę się nim jednak nie kierować, bo nadal mogłam robić błędy, których nie wychwyciłam i nie napiszę tu o nich, poza tym tak naprawdę układałam sobie ten jadłospis sama wg moich upodobań. 
Przyznam tylko, że jak na razie mam wrażenie, że jem znacznie więcej niż wcześniej, mimo, że zjadam 2x mniej kalorii! To pewnie przez to, że jem regularnie 5 posiłków, co wcześniej się nie zdarzało. Staram się trzymać paru reguł i oto efekty... Ostrzegam tylko, że kucharz ze mnie bardzo marny, więc potrawy są niewyszukane i nie wyglądają zbyt apetycznie w niektórych przypadkach ;)
  
Dzień 1
   
1. śniadanie - dwie kromki macy z twarożkiem + sałatka z sałaty lodowej, pomidora i jogurtu naturalnego
2. drugie śniadanie - musli tropical z jogurtem naturalnym greckim
3. obiad - 100g mintaja + 50g kaszy gryczanej (waga przed ugotowaniem) + 100g surówki coleslaw
4. podwieczorek - 2/3 szklanki soku wyciśniętego z marchwi + nektarynka
5. kolacja - dwie kromki chleba pełnoziarnistego z szynką drobiową i pomidorem
  
Cóż, pierwszego dnia popełniłam dwa błędy - po pierwsze, kupne owocowe musli, które tak uwielbiam. Powinnam była wziąć zwykłe płatki owsiane i sama wkroić czy wrzucić dodatki. Po drugie - chleb na kolację. Zostałam już doedukowana, że na kolację lepiej ograniczyć węglowodany, a zjeść coś białkowego - serek, jajko, rybkę ;)
    
Dzień 2
 
1. śniadanie - trzy małe kromki chleba ciemnego z twarożkiem + 3 rzodkiewki
2. drugie śniadanie - miseczka owsianki z wkrojoną nektarynką
3. obiad - jajko sadzone + dwa ziemniaki + fasolka szparagowa
4. podwieczorek - papryka czerwona
5. kolacja - 60g tuńczyka w oleju + maleńki ogóreczek gruntowy + rzodkiewka
  
Tego dnia błędów w powyższych posiłkach raczej nie popełniłam, za to byłam ze znajomymi w knajpce i skusiłam się na jednego małego shota - nie miałam pojęcia, że wódka jest aż tak mordercza na diecie, o czym zostałam później brutalnie uświadomiona przez kochaną Kasię, która czuwa nad moją dietą ;)
  
Dzień 3
   
1. śniadanie - trzy drobne kromki chleba pełnoziarnistego z dżemem niskosłodzonym z owoców leśnych
2. drugie śniadanie - sałatka owocowa z jednej nektarynki i połowy banana + łyżka jogurtu naturalnego greckiego
3. obiad - 100g piersi kurczaka duszonego z małą cebulką i 2 ząbkami czosnku + 50g pełnoziarnistego makaronu + 2 ogórki kiszone
4. podwieczorek - mała miseczka sałatki z ogórków małosolnych i pomidorów
5. kolacja - serek wiejski + pół papryki + 1 chlebek maca
   
Tu również obyło się bez większych grzeszków, choć skusiłam się na pół banana, który jest raczej niewskazany. Stwierdziłam jednak, że nie można dać sobie zwariować, więc dałam sobie przepustkę ;)
Błędem było też zjedzenie sałatki na podwieczorek - nie dlatego, że była niewłaściwa na diecie, ale dlatego, że zwyczajnie była bleee ;) Już pamiętam, że nie lubię ogórków małosolnych :P
    
Dzień 4
  
1. śniadanie - 3 małe kromki chleba ciemnego z szynką drobiową i pomidorem
2. drugie śniadanie - miseczka płatków owsianych z mlekiem 1,5%, odrobiną rodzynek i płatków migdałowych
3. obiad - 100g mintaja + surówka ze 100g marchewki skropiona cytryną + 50g brązowego ryżu (ważone przed ugotowaniem)
4. podwieczorek - nektarynka + jogurt owoce leśne 125g
5. kolacja - jajecznica z dwóch jajek + średni pomidor + dwi
e kromki chrupkiego pieczywa
  
To jeden z apetyczniejszych dni w ciągu tego tygodnia ;) Zostałam tylko uprzedzona, żeby uważać z gotowymi owocowymi jogurtami, bo mają sporo cukrów - akurat te Tescowe nie są tragiczne pod tym względem. Lepiej jednak kupić naturalny jogurt i samemu go ulepszyć owocami ;)
  
Dzień 5
   
1. śniadanie - 3 małe kromki chleba ciemnego z twarożkiem i świeżym ogórkiem
2. drugie śniadanie - naturalna niepryskana antonówka prosto z sadu
3. obiad - 2 małe ziemniaki + jajko sadzone + fasolka szparagowa
4. podwieczorek - nektarynka
5. kolacja - serek wiejski + garść suszonych jabłek + garść suszonych truskawek 

Tu trochę nagrzeszyłam. Szłam wieczorem do znajomego, wiedziałam, że będzie robił domową pizzę, planowałam skusić się na kawałek, dlatego ograniczyłam drugie śniadanie i podwieczorek do pojedynczych owoców. Zjadłam też kawałek tej pizzy, co przepłaciłam bólem wątroby, wróciłam więc wcześniej do domu. 
Grzeszkiem była także kolacja. Tego dnia dorwałam suszarkę do owoców, więc od razu wrzuciłam do niej trochę jabłek i truskawek, a na kolację do twarożku wiejskiego dorzuciłam po garści z nich. Wiedziałam, że owoce na noc to dość kiepski pomysł, ale miałam nadzieję, że suszonych to nie dotyczy. Teraz wiem, że się myliłam i raczej będę już unikać i surowych i świeżych owoców wieczorami. 
  
Dzień 6
    
1. śniadanie - 3 kromki boskiego pełnoziarnistego chleba mojej mamuśki z dżemem niskosłodzonym z owoców leśnych
2. drugie śniadanie - otręby owsiane + chude mleko + suszone jabłka
3. obiad - 100g piersi z kurczaka + 100g surówki coleslaw + groszek z marchewką
4. podwieczorek - jedna gałka sorbetowych lodów kiwi bez wafelka
5. kolacja - pomidor + 100g surówki coleslaw
 
  
Tutaj, wbrew pozorom, jest bezgrzesznie. Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że lody sorbetowe są jak najbardziej dozwolone na diecie - zwłaszcza, że tego dnia szłam na spotkanie toruńskich bloggerek, trzeba coś było wszamać ;) Poszłyśmy na lody w miejsce, gdzie są najlepsze sorbety na świecie, więc byłam wniebowzięta! :)
 
Dzień 7
    
1. śniadanie - 3 małe kromki ciemnego chleba z twarożkiem i ogórkiem
2. drugie śniadanie - odrobina musli z jogurtem naturalnym
3. obiad - makaron pełnoziarnisty + łyżka pesto + pomidor
4. podwieczorek - nektarynka i utarte jabłko z jogurtem naturalnym
5. kolacja - 60g tuńczyka z kukurydzą i świeżym ogórkiem
  
Tutaj grzech jest taki, jak pierwszego dnia - kupne musli tropical. Uwielbiam je, a miałam końcówkę paczki, więc postanowiłam wykończyć ;) Poza tym tego dnia zjadłam chyba najlepszy z dietetycznych obiadów - jako maniaczka wszelkiego rodzaju makaronów ;) Pesto mam na szczęście naturalne, bez tony świństw, poza tym nieco je odsączyłam z oliwy przed podaniem ;)  
  
  
Cóż, jak widzicie, wcale się nie głodzę, a czuję się świetnie na diecie. Już widzę jej efekty, co cieszy mnie jeszcze bardziej. Oczywiście poza powyższymi daniami, codziennie staram się pić jak najwięcej wody oraz herbaty zielonej lub czerwonej. 
 
Za parę dni spodziewajcie się mojego sprawozdania z pierwszego etapu diety - po dwóch tygodniach ;)
Trzymajcie kciuki! 

sobota, 18 sierpnia 2012

Orlica dietuje... #1 - Po wizycie u dietetyka

Część z Was może już wie, że parę dni temu, we wtorek, udałam się do dietetyka. Zbierałam się do tego od dawna, bo ostatnimi czasy sporo mi się przytyło i coraz mniej chętnie patrzyłam w lustro... Ostatecznie zmotywował mnie kupon na Gruperze, oferujący pierwszą wizytę u dietetyka wraz z analizą składu ciała i poradą żywieniową za 29zł zamiast 80zł. Tak zaczęła się moja "wielka dietowa przygoda" ;)
  
  
Zacznijmy od tego, że oferta dotyczyła właśnie tego dietetyka, nad którym zastanawiałam się najbardziej, zanim pojawił się na Gruperze. Bez większego wahania kliknęłam więc kupon i po kilku dniach zadzwoniłam umówić się na wizytę. Celowo zapisałam się na termin po moim powrocie z wakacji - chciałam się jeszcze cieszyć folgowaniem sobie na wyjeździe ;) Trochę mnie to kosztowało, ale o tym zaraz. 
Udałam się więc do gabinetu Mój Dietetyk, który znajduje się w Toruniu (w innych miastach także), przy ulicy Fosa Staromiejska 20a. Przyjęła mnie przesympatyczna pani Małgosia, która wizytę rozpoczęła od wywiadu - co jem, jak jem, co chcę osiągnąć, czemu chcę schudnąć, jaki tryb życia prowadzę, jaki jest mój stan zdrowia... Wywiad był bardzo dokładny, zwłaszcza, że zostałam także poproszona o rozpisanie przykładowego dnia pod względem posiłków. Pani Małgosia wskazała mi później na tej rozpisce, co powinnam zmienić, czego unikać itd.
Przyszła też pora na analizę składu ciała. Stanęłam na wadze, przekonana, że zobaczę moje przerażające 57kg... Niestety nie, okazało się, że w ciągu miesiąca przytyłam 4kg i na wadze pojawiło się ponad 61kg - nigdy w życiu tyle nie ważyłam! Byłam w tak ciężkim szoku, że później zważyłam się także na innej wadze - zgadzało się... Moja domowa waga okazała się "rozstrojona", zaniżała wyniki... Teraz już jest naprawiona i mogę się nią do woli dołować ;) Jeśli chodzi o inne wyniki, nie ma tragedii, ale z chęcią je poprawię. Zaraz pokażę wszystkie aktualne parametry.
Po przeanalizowaniu moich nawyków żywieniowych i składu ciała, pani Małgosia dała mi konkretne wskazówki, co powinnam zmienić. Obliczyła także, że żeby zdrowo zrzucić moje nadprogramowe 7kg (chcę wrócić do 54kg) muszę jeść mniej więcej 1300kcal dziennie - w ten sposób w 2 miesiące powinnam osiągnąć cel. Miałam możliwość, by ułożono mi konkretną dietę dopasowaną do moich potrzeb, ale cena mnie przeraziła - stwierdziłam, że spróbuję na własną rękę. Z takich najważniejszych założeń, których będę się trzymać - chleb i makaron tylko pełnoziarnisty, ryż brązowy, 5 posiłków dziennie, zero podjadania, zero cukru do herbaty, ok. 2 l płynów dziennie, ostatni posiłek ok. 3h przed spaniem.
Na pożegnanie dostałam całą masę różnych materiałów:
  
  
Przyznaję, że byłam załamana tą wizytą i kilogramami, o których nie miałam pojęcia. Dało mi to jednak potężnego mobilizacyjnego kopa i od razu wzięłam się do roboty. Stwierdziłam, że nie będę się ściśle trzymać konkretnego jednego jadłospisu - raz, że nie zawsze mam akurat w domu to, czego bym potrzebowała, a dwa, że aż tak konsekwentna być nie umiem ;) Znalazłam więc kilka różnych jadłospisów dla danej ilości kalorii i nimi się inspiruję. 
  
  
Na początek trzeba było zrobić drobne zakupy... Powyżej macie ich część, ogólnie w sklepie zostawiłam 50zł... Na jakiś czas mi wystarczy. U mnie w domu jada się dość tłusto i większość produktów jest pszennych - dlatego musiałam kupić tak podstawowe artykuły jak chleb czy mleko. Z makaronu nie byłabym w stanie zrezygnować, więc także kupiłam wersję pełnoziarnistą. Do tego kasze i brązowy ryż, trochę rybki, za którą ogólnie nie przepadam, ale ostatnio mi smakuje ;) Nie obyłoby się niestety też bez słodzika - nie przepadam za czystą wodą, więc zastępuję ją hektolitrami herbaty - zielonej, białej, czerwonej. Niestety, nie przywykłam do smaku gorzkiej herbaty, a cukier wolę sobie darować, więc słodzik to ostatnie rozwiązanie. Oczywiście kupiłam także trochę świeżości - owoce, warzywa. Na start odkopałam też z pawlacza naszą starą sokowirówkę i zaczęłam sobie serwować świeże soki, mmm! :)
Jako, że rodzinkę mam sporą i żarłoczną, do lodówki musiałam wstawić koszyk, w którym teraz stoją moje dietowe narzędzia tortur, jak np. tuńczyk w puszce czy dżem niskosłodzony. Poza tym na drzwiach lodówki widzę teraz codziennie takie oto magnesiki, które dostałam od dietetyka:
  
  
Od kilku dni więc stosuję naprawdę przyjemną, lekką dietę - nawet nie czuję, że zjadam niemal 2x mniej kalorii mniej niż wcześniej. Chyba tylko raz, pierwszego dnia diety, zdążyłam zgłodnieć między posiłkami, a staram się ich jeść pięć dziennie. Jeśli jesteście zainteresowane, mogę niedługo pokazać Wam mój przykładowy dzienny jadłospis. Chcecie? :)
  
A żeby było z czym porównywać za dwa tygodnie:
  
  
Wzrostu mam 169cm, jakby to kogoś interesowało. Mam nadzieję, że za dwa tygodnie będę mogła tutaj poodejmować co nieco ;)
Dodam jeszcze, że moja aktywność fizyczna nie jest zbyt duża... Staram się robić dłuższe spacery, zamiast jeździć autobusem, poza tym wieczorami robię proste ćwiczenia na brzuch i nogi - stan zdrowia nie pozwala mi na wiele więcej. Trzymajcie kciuki, by to wystarczyło ;)
  
Swoją drogą, muszę baaardzo podziękować Kasi, która właściwie sama mianowała się moim dietowym doradcą i kontrolerem, za co jestem jej szalenie wdzięczna, bo w trakcie pojawiło mi się sporo pytań, na które właśnie Kasia mi cierpliwie odpowiedziała :) Dziękuję Ci bardzo :*
  
Za dwa tygodnie zamierzam pochwalić się Wam dotychczasowymi efektami diety - jeśli będzie tak, jak bym chciała, na wadze pojawi się 2kg mniej - zobaczymy. Jesteście zainteresowane dietowymi postami? :)
A może ktoś podietuje ze mną? ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...