Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwierzaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zwierzaki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Co nowego u Króla Melkora?

Ciągle dopytujecie się, co słychać u Melkora, więc chyba szykuje się nowa blogowa seria ;)
Na dzień dzisiejszy mogę Wam napisać, że Melkor, którego historię możecie przeczytać TUTAJ (klik), ma się już zupełnie dobrze. Przybrał na wadze, jest już wielkim zdrowym kociskiem, godnym miana "norweski kot leśny" - zdaję sobie sprawę, że nie jest rasowy w pełnym tego słowa znaczeniu, ale wszystko wskazuje na to, że najwięcej krwi tej właśnie rasy w nim płynie.
  
  
Kocurek już nawet nie pamięta o jakichkolwiek pasożytach, jest zdrowy, strasznie gadatliwy i strasznie przytulaśny :) Jedynie po oczkach widać, że nie jest to kot, który zawsze miał kochający dom. Straszna kondycja, w jakiej do nas trafił, spowodowała widoczne wewnętrzne powieki, myślałam, że cofną się one, gdy wydobrzeje, ale na razie nic się tu nie zmienia. Pewnie zostanie mu tak już na stałe. Kocurek ma też lekkiego zeza, ale to dodaje mu tylko uroku, nie wydaje mi się, żeby wpływało jakoś na jego wzrok :)
  

Oczywiście jak to kot - najwięcej czasu spędza na parapecie, albo zerkając za okno, albo grzejąc się, gdy kaloryfer pod spodem jest włączony. Ostatnio jednak znajduje sobie i inne legowiska:
  
  
Łazienka to bez wątpienia najcieplejsze pomieszczenie w naszym mieszkanku, więc Melkor często sypia w zlewie lub w wannie :)
Na niektórych zdjęciach może wydawać się już tłuściutki, ale daleko mu do tego :) Jest strasznie puchaty przez swoją długą sierść, myślę, że wagę ma jak najbardziej prawidłową, mimo, że kilka miesięcy temu zafundowaliśmy mu zabieg kastracji - najadłam się trochę stresu przed, w trakcie i po zabiegu, ale wszystko przebiegło szybko i bezproblemowo. Od tamtego czasu Melkor nigdzie nie zostawił nam mokrej niespodzianki, je jak dotychczas, nie rozpasa się :)
  
  
Jest strasznym dzikusem - jak ma swoją "głupawkę" biega po całym domu i miauczy w niebogłosy. W okresie świątecznym oboje z Ukochanym mieliśmy taki sam grafik w pracy. Kiedy wracaliśmy do domu po 14godzinnej zmianie nie było szans, żeby wynudzony kociak dał nam spać - trzeba się było z nim pobawić i go wymiziać ;) Jego ulubionymi zabawkami są kulki z folii aluminiowej - wierzcie lub nie, ale on APORTUJE :) Jak rzucimy mu kulkę (im więcej rykoszetów o ściany tym lepiej ;)), po chwili przynosi ją z powrotem, żeby znowu mu rzucić. Inną zabawą jest oczywiście ściganie laserowego punkciku i... skakanie po meblościance - jak próbowałam uchwycić na zdjęciach powyżej ;)
  
  
Po cichu się Wam przyznam, że rozglądam się za towarzyszką życia dla Melkora, żeby nie nudził się, gdy zostaje sam w domu :) Ma to być młodziutka kotka, nie mam wielu "wymagań" pod tym względem, choć marzy mi się rudość albo trikolorka ;) Nie szukam na siłę, ale jak kiedyś zobaczę odpowiednie ogłoszenie na stronie z ogłoszeniami lokalnymi, ze schroniska albo Fundacji KOT - zgłaszam się od razu :)
  
A na koniec jeszcze ostatnie zdjęcie, jak spędziłam ostatnie kilka dni z kotem (byłam na L4 <3):
 
  
Mruczaśne pozdrowienia od Melkora, wymiziajcie swoje futra! :) >^.^<

sobota, 5 października 2013

Co słychać u Melkora?

Myślę, że większość z Was pamięta post, w którym pisałam o kocie, który trafił do mnie z ulicy. Niewtajemniczonych zapraszam do lektury O TU.
Streszczę szybko - kot został nazwany Melkor, zadomowił się bardzo szybko, a jeszcze szybciej podbił serce moje i Ukochanego. Niestety, trafił on do nas w bardzo kiepskim stanie - cały był w ranach, miał chore oczy, przerzedzone futro... Pisałam Wam wtedy, że dam znać, kiedy coś się ruszy w jego sprawie.
No i się ruszyło :)
  
  
Po publikacji poprzedniego wpisu pojechałam z Melkorem do weterynarza, tym razem innego. Okazało się, że kot ma strasznego świerzbowca i trzeba było zastosować serię zastrzyków na odrobaczanie - byłam więc stałym gościem w klinice weterynaryjnej, nie wspomnę nawet, ile kasy w niej zostawiłam... Pani doktor zaleciła kotu noszenie plastikowego kołnierza (zgadnijcie, ile kosztuje taki kawałek plastiku?) ze względu na koszmarne rany na głowie, które ciągle rozdrapywał. Chyba nie muszę dodawać, że Melkor nie był tym zachwycony...
  
  
Musiał nosić kołnierz przez dwa tygodnie. Strasznie się męczył, nie mógł normalnie jeść (w końcu się zlitowaliśmy i zdejmowaliśmy mu to do jedzenia), obijał się o wszystko, ogólnie strasznie zmarkotniał. Kiedy wreszcie mogliśmy pozbyć się kołnierza, Melkor znowu odżył i od razu był radośniejszym kotem. 
  
   
Po całej serii zastrzyków i leków, Melkor ma się już całkiem dobrze.
Jego sierść wygląda o niebo lepiej, jest mięciutki, puchaty, kudłaty i lśniący, pod futerkiem nie wyczuwa się już strupów, coraz mniej się drapie. Nabrał też ciałka - ważył 3kg, gdy do nas trafił, teraz prawie 5kg ;) Jest strasznym przytulasem:
  
   
Jak na kota przystało, uwielbia się też bawić - kartonami, sznureczkami, piłeczkami... Po prostu typowy mały psotnik, którego nie da się nie kochać, zobaczcie same:
    
  
Jedyne, nad czym jeszcze pracujemy, to jego oczka. Nadal ma mocne zapalenie spojówek i wysunięte powieki, do tego lekkiego zeza, choć z tym raczej już nic nie da się zrobić. Moja Mama śmieje się, że to nasze "zezowate szczęście" ;)
  
I na koniec małe zestawienie "przed i po" -  robi wrażenie, skoro to niecałe 4 tygodnie, co? :)
  
  
Melkor pozdrawia mrauśnie! :)

poniedziałek, 16 września 2013

Los płata figle, czyli kim jest Melkor?

Jeszcze kilka dni temu przy okazji wpisów o przeprowadzce pisałam Wam, że tęsknię strasznie za moimi kotami, Tymonem i Missy, które zostały w domu rodziców. Pisałam też, że pogodziłam się już z myślą, że w najbliższym czasie kota mieć nie będę ze względu na natłok obowiązków. Cóż, najwyraźniej jednak mój los jest na stałe związany z kocim, bo bez kota przeżyłam dokładnie 8 dni, potem pojawił się... Melkor.
  
  
Tak, właśnie - Melkor jest kotem. Ba, moim kotem. A jak do tego doszło?
  
Zacznę może od anegdotki. Kiedyś mój Ukochany powiedział, że jeżeli już będziemy mieć kiedyś kota, będzie on czarny i będzie miał na imię Melkor. Ogólnie jednak był dość przeciwny zwierzakom w domu.
W środę wieczorem, zmęczona po pracy (aż musiałam zwolnić się wcześniej, i dobrze się stało!), odebrałam telefon od Mamy. Powiedziała, że moja siostra, Zuzia, znalazła na budowie jakiegoś zmaltretowanego kota i przywiozła go do domu. Oczywiście w domu rodziców zostać nie mógł, dwa koty, pies, świnki morskie to już aż nadto zwierzyńca, zwłaszcza, że nie wiadomo, co ów nowy kot miał na sobie i w sobie. Dlatego mama zadzwoniła do mnie. Gdy powiedziała, że mają młodziutkiego czarnego kociaka, który jest ranny i wymaga opieki, od razu spojrzałam na Ukochanego i spytałam Mamy, czy kot przypadkiem nie ma na imię Melkor. Oczywiście potwierdziła, więc Ukochany nie miał argumentów - padło hasło "OK, przywieźcie go!" :)
  
  
Po jakimś czasie kot był u nas, okazało się, że faktycznie trzeba go jak najszybciej zawieźć do weterynarza. Szybko poszukaliśmy takiego, który przyjmowałby o tej godzinie (było ok. 21) i pojechaliśmy. Dopiero u weta mogłam zobaczyć kota w pełnej krasie. Okazało się, że faktycznie jest młodziutki, ale nie tak, jak myślałyśmy - ma około roku. Jest czarny z białymi skarpetkami i krawacikiem, a wzdłuż grzbietu ma pasmo długich rudych włosów - jest po prostu przepiękny! Dodatkowo ma ogromne łaputy (większe od Tymona, który jest żbikiem!), więc będzie z niego duuuże kocisko. Pani doktor stwierdziła, że to przynajmniej w połowie kot norweski :) To tyle niestety, jeżeli chodzi o dobre wiadomości. Kot był cały w ranach i strupach, skakało po nim mnóstwo najróżniejszych pasożytów, miał straszne zapalenie spojówek. Od razu dostał trzy zastrzyki, w tym antybiotyk, został odrobaczony, przebadany pod każdym kątem.
  
  
Wróciliśmy z nim do naszego nowego mieszkanka. Od razu było widać, że choć to dziki kot, lgnie do ludzi. Łasi się, chce być głaskany, ciągle mruczy, kładzie się na plecach, chce być głaskany po brzuszku. Właściwie nie opuszcza nas na krok, a jak trzeba go było zostawić samego na kilka godzin - było widać, że się stęsknił, że się bał... Nie trzeba chyba dodawać, jak bardzo jest wygłodniały. Rzuca się na jedzenie wręcz panicznie, musimy uważać, żeby go nie przekarmić
  
  
Aktualnie jest w fazie wychodzenia na prostą. Mniejsze rany mu się już goją, z większymi gorzej, ale ma na to jeszcze czas... Codziennie trzy razy stosuję u niego maść do oczu, żeby poradzić sobie z zapaleniem spojówek, już jest pewna poprawa. Dziś jedziemy do kontroli do weterynarza. 
  
  
Największe rany ma na głowie nad oczami i na karku. Nie wyglądają one najlepiej i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać tej kontroli u weta, żeby dowiedzieć się więcej, cóż to takiego i co z tym robić, bo Melkor zostawia krwawe plamy, gdzie tylko się zdrzemnie...
  
  
Jak widzicie, chyba nie jestem stanie mieszkać bez kota i koci świat o tym wie, dlatego przysłał mi swojego przedstawiciela, który postawił moje mieszkanie na głowie - znowu. Nie śpię po nocach, bo kot płacze i bryka, ale nie szkodzi - MAM KOTA ;)
  
Zainteresowane dalszymi losami Melkora? :)

sobota, 27 kwietnia 2013

O miłości kocio-kociej

Miesiąc temu pisałam Wam o naszej nowej domowniczce - młodej kotce Missy. Jak wiecie, w naszym domowym żywym inwentarzu był już dojrzały kocurek Tymon, który średnio znosi towarzystwo. Na początku było źle - Tymon wściekał się na nas, że śmieliśmy sprowadzić drugiego kota, na małą prychał, warczał, uciekał przed nią, chodził wiecznie zły i nie dawał się nawet pogłaskać, choć normalnie jest przytulasem. Po kilku dniach sytuacja zaczęła się unormowywać - Tymon przestał reagować agresywnie, a zaczął po prostu usuwać się z drogi małej. 
Jak łatwo się domyślić, Missy przewróciła cały dom do góry nogami - dokazuje, biega, drapie co popadnie, zaczepia naszą spanielkę Lady, oczywiście Tymona także.
Teraz po miesiącu mogę powiedzieć, że oba koty już się pokochały. Rzadko widujemy je osobno, zwykle albo śpią blisko siebie, albo się bawią razem. Tymon jest znacznie spokojniejszy, 90% spędza leżąc i śpiąc i udaje, że nie przeszkadza mu Missy, która skacze wokół niego, szarpie go za ogon, paca po głowie, próbuje obudzić i zachęcić do zabawy.
Najbardziej jednak rozczulające jest to, jak koty myją się nawzajem - widok ten sprawia, że rozpływamy się po prostu z zachwytu nad tymi słodyczami ;)

A żeby nie było suchego tekstu - zapraszam na porcję kocich zdjęć na dowód :)
    

  

   
 
  
  
Zauważcie, że Missy ciągle trzyma łapkę na Tymonie albo się w niego wtula :) Rozkoszni są!
  
Jak się mają Wasze zwierzaki? :)

sobota, 30 marca 2013

O książkach, szminkach, pieczeniu i zwierzakach...

Mam wrażenie, że te moje posty "o niczym", które publikuję co jakiś czas, są jakimś odpowiednikiem postów typu "przegląd tygodnia" na innych blogach. U mnie jest to przegląd z większego okresu, tak po prostu, żeby dać Wam znać, co u mnie słychać poza blogowaniem, choć i tak wielu z tych rzeczy dowiadujecie się na bieżąco choćby z blogowego fanpage'a na FB ;)
W każdym razie, co tam u mnie?
  
  
Przytargałam ostatnio sporo książek z biblioteki, część dla siebie, część dla mamy. Z tych powyższych przeczytałam na razie "Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowskiej i "Mroczny sekret" Bray. Za jakiś czas napiszę Wam parę słów o nich przy okazji naszego kącika czytelniczego ;)
  
   
Od jakiegoś czasu szukałam szminki, której odcień sobie wymyśliłam - jakiś brudny kremowy róż. Nie znalazłam nic ciekawego w drogeryjnych markach, aż w końcu trafiłam na kolor idealny w... chińskim sklepie. Szminka kosztowała aż 3zł, jest marki Baolish, która oczywiście nic mi nie mówi ;) Poza strasznie tandetnym opakowaniem jest całkiem niezłej jakości :)
  
  
Ze smaczniejszych tematów - eksperymentuję ostatnio w kuchni. Wyszukuję ciekawe przepisy, zabieram lapka do kuchni i piekę ;) Trafiłam na przepis na świetny wieniec czekoladowo-orzechowy, ale zupełnie nie szło, jak robiłam wg zaleceń. Musiałam pozmieniać sporo w proporcjach, ale i tak "coś tam" wyszło:
  
  
Moją przeróbką przepisu się niestety nie podzielę, bo szybko pogubiłam się w zmianach, jakie wprowadzałam ;) W efekcie wieniec wyszedł pyszny, ale zupełnie inny od tego, jaki miał być ;)
  
  
Po niedawnym zapaleniu krtani serwuję sobie codzienną porcję zdrowych pyszności, czyli herbata lipowa z miodem i cytryną - gardziołko mam jak nowe ;) Wiem, że smak herbaty lipowej nie do wszystkich przemawia, ale wydaje mi się, że to kwestia przyzwyczajenia, mi też na początku nie smakował, a teraz go uwielbiam ;)
  
  
Nie mogę nie wspomnieć o Missy - naszej nowej cudownej domowniczce, która na każdym kroku niesamowicie mnie rozczula. Jest po prostu przeurocza, niezależnie od tego, czy śpi, czy zrzuca z szaf porcelanę ;) Uwielbia spać wtulona we mnie, np. wzdłuż mojego uda, jak siedzę przy lapku - tak jak na zdjęciu powyżej. Czyż nie jest przesłodka? :)
  
   
A Tymon w sumie nie gorszy! Na zdjęciu powyżej śpi z moim 6-letnim bratem, oczywiście obaj w poprzek łóżka, a jakże ;) Kiedy mały był chory, Tymon ciągle z nim leżał, będąc żywym okładem z kota. Co prawda możliwe, że to dlatego, że mały miał dużą gorączkę, a Tymon się o niego grzał, ale ćśśś, trzeba wierzyć w kocią bezinteresowność ;)
  
  
No a jak już wspomniałam o kotach, to muszę wspomnieć też o Lady, żeby się nie obraziła. Aktualnie dokazuje z Missy i Tymonem, gonią się w trójkę, dopóki Lady nie ma dość - wtedy na nie warczy, a koty zmieniają się nagle w koty norweskie (czyt.: napuszają się jak tylko się da) i czmychają po kątach ;)
Istny dom wariatów, ot co ;)
   
Większość z Was jest pewnie w wirze przygotowań do świąt (ja notkę też na raty piszę), jak Wam idzie? :)
  
PS: Jak Wam się podoba nowe menu podstron na górze bloga?

czwartek, 28 marca 2013

Poznajcie Missy :)

Część z Was śledziła uważnie nasze kocie perypetie - kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na drugiego kota, nic nie szło jak trzeba... Mieliśmy wszystko ustalone do adopcji, a w ostatniej chwili okazało się, że z jakichś powodów adopcja do skutków nie dojdzie - i tak trzy razy, z trzema młodymi kotkami... W pewnym momencie mieliśmy dość szukania, poddaliśmy się, przynajmniej na jakiś czas. Wtedy właśnie odebrałam SMSa od kuzynki, właścicielki Fundacji KOT, o treści "Hej. Znaleźliście już sobie kota? Bo mamy cudowną trzykolorową, niespełna roczną słodzinę do wzięcia od zaraz". Co tu dużo mówić...
Poznajcie Missy :)
  
  
Okazało się, że jest to kotka, która żyła na ulicy. Została złapana przez Fundację do sterylki i miała być wypuszczona znowu na ulicę (raz, że dzika, a dwa, że w Fundacji jest "przekocenie", proceder sterylizacji kotów na wolności to dodatkowa działalność Fundacji), na szczęście Lidka przypomniała sobie o nas :)
Malutka przyjechała do nas we wtorek wieczorem. Od początku ani trochę nie bała się ani Tymona, ani Lady, ani zgromadzonego wokół niej tłumu. Była tylko zaciekawiona tym całym chaosem. Po otworzeniu transportera, żwawo z niego wyskoczyła i od razu zaczęła zwiedzanie pokoju.
   
  
Pierwszą noc spędziła zamknięta w moim pokoju, żeby nieco dawkować jej wrażenia i żeby nie narazić ją na nieprzyjemne spotkania z resztą zwierzyńca. Nie muszę chyba mówić, że tej nocy prawie nie spałam?
Na początku mała była przeurocza, bo od razu wtuliła się we mnie, zaczęła mruczeć i się łasić, zupełnie nie jak kot z ulicy. Spała sobie na moich kolanach, cały czas z załączonym "motorkiem", a ja się rozpływałam w zachwytach nad nią :)
  
   
Oczywiście nie obyło się bez sesji zdjęciowej:
  
   
Problemy zaczęły się w momencie, kiedy uznałam, że czas spać - wtedy mała uznała, że wcale nie ;) Zaczęła zwiedzać cały mój pokój, łącznie ze wszystkimi szafami, kątami, zakamarkami i punktami wysokościowymi, nie była chyba tylko na lampie :P Oczywiście prawie nie zmrużyłam oka, ale i tak wybaczam jej wszystko, bo rano razem trochę odespałyśmy ;)
  
Jeśli chodzi o jej relacje z Tymonem i Lady... 
Z Lady zaprzyjaźniły się od razy, choć Lady nieco się jej boi ;) Nie było jednak żadnego prychania, warczenia czy uciekania, raczej zwykła ciekawość, co mnie zaskoczyło, bo bałam się, że Missy jako kotka z ulicy może bać się psów.
Z Tymonem nie było tak łatwo. Jak na dumnego kocura przystało, na początku był strasznie oburzony przybyciem małej. Prychał na nią z daleka, wręcz darł się i warczał (w końcu wychowywał go pies ;)). Wrogie nastawienie to mało powiedziane. Drugiego dnia siedział daleko od nas i obserwował Missy. W pewnym momencie ta zupełnie bez strachu do niego podeszła i położyła się przed nim na grzbiecie. Chyba uznał po tym, że nie musi z nią rywalizować o dominację, bo wrogość zniknęła, pozostała raczej niechęć ;) Teraz już jest niemal dobrze między nimi - co chwila się obwąchują, chodzą za sobą, jedzą sobie nawzajem z miseczek i nie robią o to problemów, korzystają z jednej kuwety. Pewnie jednak poczekam jakiś czas, zanim zobaczę ich na przykład śpiących razem ;)
Zresztą zobaczcie, jaka jest między nimi różnica:
         
    
Wybaczcie jakość tych zdjęć, są robione telefonem.
Widać tu jednak, jak ogromny jest Tymon przy Missy. Ona jest już właściwie dorosła, raczej nie urośnie już za dużo, a Tymon i tak jest od niej ze 3 razy większy. Różnica jest też oczywiście w wieku (Tymon ma 9 lat, ona rok), więc i w zachowaniu, ale teraz widzę, że Tymon przy niej znowu zachowuje się jak młode kocię, w tej chwili na przykład gonią się i "pacają" lekko łapkami, tak zupełnie bez agresji :) Serducho rośnie, bo bałam się, że się nie dogadają...
     
OK, uciekam ich pilnować, bo ich zabawa zaczyna skutkować stratami materialnymi :P
  
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy śledzili nasze kocie perypetie i trzymali za nas kciuki! :*

sobota, 16 marca 2013

To by było tyle...

... jeśli chodzi o adopcję małej Missy.
Wszystko było ustalone, umowa adopcyjna wydrukowana, kupiona nowa miseczka, wyprawka, zapas karmy, jeszcze wczoraj tymczasowi właściciele wysyłali nam aktualne zdjęcia kotki.
Miała zostać przywieziona do nas dzisiaj między 13:00 a 14:00. Zrezygnowałam nawet z pracy w ten weekend, żeby móc przy tym być. O godzinie 13:30 wszyscy siedzimy jak na szpilkach, czekamy na kota, a nagle dzwoni telefon, to pani, która miała nam ją przywieźć. Okazało się, że kotka jednak nie jest do adopcji. Decyzja z ostatniej chwili. Rodzina tymczasowa uznała, że jednak za bardzo zżyli się z małą.
Aż nie wiem, co o tym myśleć, jest mi niesamowicie przykro. Wcześniej nie udało się z Wiewiórką, teraz z Missy, a w ogłoszeniach (przekopałam wszystko!) nie ma żadnej młodej kotki, która mogłaby mieszkać z dorosłym kocurkiem i psem.
To tyle, chciałam tylko dać Wam znać, bo od rana mnie pytacie, czy mała już jest... :(
  

poniedziałek, 11 marca 2013

Zalecana dzienna dawka Tymona

Kiedy napisałam o nowym domowniku, który trafi do nas w sobotę jasne dla Was było, że nowa kotka zostanie zmolestowana aparatem, a ja pochwalę się jej zdjęciami. Kilka osób także wspomniało o Tymonie. Kocurek chyba czuje, co się święci, bo jest na nas nieco obrażony. Żeby nieco odkupić swoje winy wczoraj pozwoliłam mu spać w swoim wyrze (zwykle w nocy jest wypraszany z sypialni) i przy okazji porobiłam mu parę zdjęć :)
Bez zbędnych komentarzy, oto Jaśnie Pan Tymon:
  
A tak oglądamy "Spartacusa" :)
    
Prawda, że dostojny i kochany? ;) Mam nadzieję, że jego ego nie ucierpi za bardzo po przyjeździe Missy, trzymajcie kciuki, żeby się kociaki polubiły, bo chyba coraz bardziej się tym stresuję...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...