Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co u mnie - co u Was?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co u mnie - co u Was?. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 marca 2013

O książkach, szminkach, pieczeniu i zwierzakach...

Mam wrażenie, że te moje posty "o niczym", które publikuję co jakiś czas, są jakimś odpowiednikiem postów typu "przegląd tygodnia" na innych blogach. U mnie jest to przegląd z większego okresu, tak po prostu, żeby dać Wam znać, co u mnie słychać poza blogowaniem, choć i tak wielu z tych rzeczy dowiadujecie się na bieżąco choćby z blogowego fanpage'a na FB ;)
W każdym razie, co tam u mnie?
  
  
Przytargałam ostatnio sporo książek z biblioteki, część dla siebie, część dla mamy. Z tych powyższych przeczytałam na razie "Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowskiej i "Mroczny sekret" Bray. Za jakiś czas napiszę Wam parę słów o nich przy okazji naszego kącika czytelniczego ;)
  
   
Od jakiegoś czasu szukałam szminki, której odcień sobie wymyśliłam - jakiś brudny kremowy róż. Nie znalazłam nic ciekawego w drogeryjnych markach, aż w końcu trafiłam na kolor idealny w... chińskim sklepie. Szminka kosztowała aż 3zł, jest marki Baolish, która oczywiście nic mi nie mówi ;) Poza strasznie tandetnym opakowaniem jest całkiem niezłej jakości :)
  
  
Ze smaczniejszych tematów - eksperymentuję ostatnio w kuchni. Wyszukuję ciekawe przepisy, zabieram lapka do kuchni i piekę ;) Trafiłam na przepis na świetny wieniec czekoladowo-orzechowy, ale zupełnie nie szło, jak robiłam wg zaleceń. Musiałam pozmieniać sporo w proporcjach, ale i tak "coś tam" wyszło:
  
  
Moją przeróbką przepisu się niestety nie podzielę, bo szybko pogubiłam się w zmianach, jakie wprowadzałam ;) W efekcie wieniec wyszedł pyszny, ale zupełnie inny od tego, jaki miał być ;)
  
  
Po niedawnym zapaleniu krtani serwuję sobie codzienną porcję zdrowych pyszności, czyli herbata lipowa z miodem i cytryną - gardziołko mam jak nowe ;) Wiem, że smak herbaty lipowej nie do wszystkich przemawia, ale wydaje mi się, że to kwestia przyzwyczajenia, mi też na początku nie smakował, a teraz go uwielbiam ;)
  
  
Nie mogę nie wspomnieć o Missy - naszej nowej cudownej domowniczce, która na każdym kroku niesamowicie mnie rozczula. Jest po prostu przeurocza, niezależnie od tego, czy śpi, czy zrzuca z szaf porcelanę ;) Uwielbia spać wtulona we mnie, np. wzdłuż mojego uda, jak siedzę przy lapku - tak jak na zdjęciu powyżej. Czyż nie jest przesłodka? :)
  
   
A Tymon w sumie nie gorszy! Na zdjęciu powyżej śpi z moim 6-letnim bratem, oczywiście obaj w poprzek łóżka, a jakże ;) Kiedy mały był chory, Tymon ciągle z nim leżał, będąc żywym okładem z kota. Co prawda możliwe, że to dlatego, że mały miał dużą gorączkę, a Tymon się o niego grzał, ale ćśśś, trzeba wierzyć w kocią bezinteresowność ;)
  
  
No a jak już wspomniałam o kotach, to muszę wspomnieć też o Lady, żeby się nie obraziła. Aktualnie dokazuje z Missy i Tymonem, gonią się w trójkę, dopóki Lady nie ma dość - wtedy na nie warczy, a koty zmieniają się nagle w koty norweskie (czyt.: napuszają się jak tylko się da) i czmychają po kątach ;)
Istny dom wariatów, ot co ;)
   
Większość z Was jest pewnie w wirze przygotowań do świąt (ja notkę też na raty piszę), jak Wam idzie? :)
  
PS: Jak Wam się podoba nowe menu podstron na górze bloga?

sobota, 16 lutego 2013

O bajkach, czytadłach, kotach i Walentynkach ;)

Mamy sobotę - co powiecie na mały relaks przy luźnym poście? :)
Napiszę Wam, co u mnie, a Wy w komentarzach napiszecie, co u Was - pochwalicie się, pożalicie, cokolwiek zechcecie :) Myślę, że lubicie czasem takie posty tak samo jak ja :)
  
Zacznę może od tego, że...
  
   
... ostatnie parę dni spędzałam w towarzystwie mojego 6letniego brata, którego zmogła grypa. Postanowiłam przy tej okazji pokazać mu kilka Disney'owskich bajek, których dotąd nie widział. Muszę Wam się przyznać, że jestem ogromną fanką starego dobrego Disney'a - większość bajek znam na pamięć, piosenki mogę śpiewać nawet wyrwana ze snu i nadal potrafię wylać morze łez na "Królu Lwie", "Tarzanie", "Pocahontas", "Mulan" czy "Mustangu z Dzikiej Doliny" (ok, to akurat nie Disney, ale klimat ten sam) i wieeelu innych. Na zdjęciu dla przykładu złapany w locie "Oliwer i spółka" - sama od lat go nie widziałam, więc z przyjemnością sobie przypomniałam, mając u boku rozgorączkowanego brata. Teraz młody ma się już lepiej, uprzedzając pytania, ale były momenty, kiedy miał gorączkę ponad 40 stopni...
  
Posesyjny czas zabijam także z Kindlem, a jakże:
  
  
Aktualnie wzięłam się za powieść, którą od jakiegoś czasu chciałam przeczytać - "Klub Dumas", którego autorem jest Arturo Pérez-Reverte. Jest to jedna z tych książek, których nie da się czytać "na raz" - po każdym rozdziale robię sobie przerwę, żeby się nie "przejeść". Nadaje się w sam raz na okienka w planie zajęć - niestety obecny semestr zapowiada się fatalnie pod tym względem, zajęć mam sporo i średnio rozplanowanych -.- Wracając do książki - mniej więcej po przeczytaniu 20% całości zaczęło mi świtać, że przecież to znam, w końcu skojarzyłam, że oglądałam film na podstawie tej powieści! Mowa o "Dziewiątych wrotach" z Johnnym Deppem (a jakże!) w roli głównej :) Co ciekawe, od początku lektury wyobrażałam sobie głównego bohatera właśnie w typie Deppa - pytanie tylko, czy zadziałała pamięć i podświadomość, czy może postać jest tak dobrze opisana i odwzorowana w filmie? :) 
  
Kiedy czytam lub robię cokolwiek innego w domu, mam towarzystwo:
  
  
Nie ukrywam, że dużą część wolnego czasu spędzam siedząc na wyrze przy laptopie - tu czytam, oglądam seriale, uczę się, bloguję. A zwykle pod stoliczkiem od laptopa śpi mój prywatny koci grzejnik - Tymon, w sam raz na chłodne wieczory ;) Ostatnio właściwie woli jednak wtulać się głową w kaloryfer, co w miarę możliwości mu uniemożliwiam - kaloryfery mam tak gorące, że trudno je dotknąć, boję się, że mu przygrzeje za bardzo ;) Wasze koty też AŻ TAK ciągną do ciepła? Powinnam się niepokoić?
  
I na koniec moich wywodów - małe wspomnienie Walentynek:
  
  
Wydawało mi się, że ustaliliśmy z Ukochanym, że w tym roku Walentynki sobie darujemy - w końcu dwa najbliższe tygodnie to też nasza rocznica i moje urodziny, mamy co świętować ;) Chyba jednak mi nie uwierzył, bo zrobił mi wielką niespodziankę, kiedy czekał u mnie na wydziale kiedy kończyłam w czwartek zajęcia - naprawdę, przez 6 lat związku nigdy tego typu niespodzianki się nie doczekałam! Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że Kochanie moje aktualnie chodzi o dwóch kulach i jest średnio mobilny... W każdym razie - dostałam symbolicznie uroczą "ustową" pralinkę (jest mu wiadomo, że lepiej kupować mi łakocie niż kwiatki ;)), a później kupiliśmy sobie wspólnie grę, w którą będziemy razem grać - taką do rozgrywania na stole, ale ani planszową, ani karcianą - Panic Lab, o ile cokolwiek Wam to powie :P Dziś pierwsze testy ;) Ogólnie mówiąc - Walentynki nietypowe, ale udane :)
   
To teraz Wasza kolej, śmiało piszcie w komentarzach cokolwiek chcecie ;) Co u Was? Co ciekawego Wam się przydarzyło? Chętnie poczytam i lepiej Was poznam :)

wtorek, 8 stycznia 2013

O jabłkowej tarcie, różowym winie, zdrowych przekąskach, dobrym filmie i głupiej grze

Jak sam tytuł posta wskazuje, dziś napiszę Wam o wszystkim po trochu, czyli można powiedzieć, że o niczym. Po prostu chyba pora na kolejnego pogaduchowego posta? ;)
Właściwie na tematy, o których chcę dziś wspomnieć, składają się tylko elementy kategorii "Czas wolny", którego teraz za dużo nie mam. Jeśli jednak znajdę godzinę dla siebie, korzystam z niej jak się da :) Oto kilka moich sposobów :)
  
  
Odkryłam ostatnio cudowną rzecz, jaką są tarty! Swoją pierwszą upiekłam na Sylwestra - to ta na zdjęciu, jabłkowa z cynamonem. Ukochany był wniebowzięty, wszystkim pozostałym również smakowało, a ja byłam dumna - zwykle moje wypieki albo wyglądają, albo smakują - tutaj wyszło dobrze wszystko :D OK, przyznaję się - to ciasto częściowo z gotowca w proszku kupionego w Lidlu za grosze. Mimo to tarta tak mi się spodobała, że od razu zamówiłam silikonową formę (już wypróbowana, sprawdza się świetnie!) i próbowałam dalej. Chcę jeszcze odtworzyć od początku po swojemu tę wersję z Lidla, jak mi się uda - na pewno podzielę się przepisem :) Tymczasem częstujcie się tą ze zdjęcia :D
Pieczecie tarty? Polecicie jakiś ciekawy tani przepis?
     
  
A to z kolei sposób na wieczór z siostrą - dobre różowe wino (najlepiej pite z ulubionych kubków :P) i dobry serial. Aktualnie wciągnęło nas "Supernatural", ale siostra została daleko w tyle z odcinkami ;) Zawsze jednak jakaś wymówka do kieliszka wina przy filmie / serialu się znajdzie. Moje ulubione wino ostatnimi czasy to różowe Carlo Rossi, choć dość często zmienia mi się smak w tej kategorii ;) I niestety - żaden ze mnie znawca win, więc nazw prawie nie kojarzę i szybko zapominam, to bliscy muszą mi mówić czy "A to lubię?" ;)
Przyznać się, kto wieczory spędza z winem albo "soczkowym" piwem jak Redd's? ;)
  
  
A tu dla równowagi - coś zdrowego. Uwielbiam owsianki i pewnie należę w tym w do mniejszości, ale nie szkodzi. Z kupnych najbardziej lubię tanie, Lidlowe, oraz te marki NesVita, choć byłam przekonana, że mają 3-4 smaki - więcej w sklepach nie widywałam. Okazało się jednak, że smaków jest 7 i jeszcze ponoć szykują się nowe :) Z dotychczasowych uwielbiam śliwkową, z czerwonymi owocami i z mlekiem, jabłkiem i cynamonem - są obłędne, świetne na drugie śniadanie. Na razie traktuję je jako przekąskę w ciągu dnia, ale jestem pewna, że kiedy powrócę do diety, będą stanowić stały element mojego jadłospisu :) Oczywiście nie tylko takie saszetkowe, ale i robione w domu po swojemu - ze świeżymi owocami itd, mniam!
Jesteście jak ja zwolenniczkami owsianek czy może wierzycie, że "owsianka ble fuj"? :D
   
     
Odejdźmy na razie od kulinarnych tematów ;) Głośno ostatnio o filmie "Hobbit". Zarówno ja, jak i mój Ukochany, jesteśmy miłośnikami szeroko pojętej fantastyki, z twórczością Tolkiena na czele. Przyznam jednak, że w porównaniu do Ukochanego, jestem laikiem - on ma całą historię Śródziemia, nie tylko tę opisaną we "Władcy Pierścieni", w małym paluszku. W każdym razie w ubiegłą środę postanowiliśmy wykorzystać kupione wcześniej vouchery do kina i udaliśmy się do Cinema City, oczywiście na "Hobbita". Film oceniam na 7/10 - było kilka świetnych scen walki, oszałamiających widoków, zabawnych gagów i przede wszystkim utwór, przy którym ciągle mam ciarki - KLIK - trzeba podgłośnić ;) Mimo wszystko, bardzo żałuję, że tak krótka powieść została rozbita na 3 (!) części, po pierwszej miałam niedosyt, mimo że trwała ok. 3 godzin. I jeszcze ciekawostka - niektóre krasnoludy są naprawdę godne uwagi ;)
Widziałyście już "Hobbita"? Jak się podobał?
  
   
Na koniec jeszcze parę słów o kompletnym odmóżdżaczu, czyli... facebookowej grze Cafe World. Próbowałam FarmVille, próbowałam Angry Birds, ale nic mnie tak nie wciągnęło jak ta gierka. Polega ona na prowadzeniu restauracji - tak w skrócie. Możemy dowolnie zmieniać wystrój, gotować tematyczne dania, np. kuchni chińskiej, wykonywać zadania, realizować zamówienia cateringowe. Jest to gra społeczna, więc żeby w niej funkcjonować, potrzebujemy oczywiście masy znajomych, którzy też grają i którzy wyślą potrzebne rzeczy albo klikną odpowiednie bonusy ;) Cóż, znalazłam więc przeznaczenie dla mojego "nadprogramowego" konta na FB - nie męczę moich znajomych, ale za to "zaznajomiłam się" z obcymi ludźmi, grającymi w Cafe World. Brzmi nerdowo, nie? ;) Nie szkodzi. Wbrew pozorom gra nie pochłania zbyt dużo czasu, dwa razy dziennie wejdę i kliknę co trzeba i interes się kręci :P
Dałyście się kiedyś wciągnąć w tego typu grę? Jaką? :)
  
Ode mnie to by było tyle.
Teraz czekam na Wasze komentarze - mogą dotyczyć tego, co napisałam, ale możecie też napisać cokolwiek Wam leży na sercu albo co ciekawego Wam się zdarzyło ;) Śmiało, piszcie co u Was! 
Spędzam dziś większą część dnia przy kompie robiąc projekt, więc chętnie urozmaicę sobie czas, pisząc z Wami :) Zapraszam do komentowania :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

O świeczkach, dziobaniu, pędzlach, paznokciach i przystojniakach...

Intrygujący tytuł? Mam nadzieję ;)
Uznałam, że czas na kolejnego "pogaduchowego" posta o pierdołach :) I dobrze się składa, bo nawet nie mam dziś siły na pisanie recenzji czy czegoś takiego ;) Mam więc parę pierdółek do omówienia!
  
   
Ostatnio pisałam Wam, że idę do dentysty. Jestem z tych osób, które dentysty panicznie się boją i ledwo przeżyłam wizytę. Okazało się jednak, że oba zęby, które miałam do leczenia są jeszcze do "zrobienia", ale już prywatnie, bo to bardziej skomplikowane zabiegi... Jutro mam więc kolejną wizytę i wcale nie nastrajam się pozytywnie... W każdym razie w środę, zdołowana tamtą wizytą, wstąpiłam do Biedronki i szlag trafił całe moje ciułanie grosza do grosza na DDD i na prezenty świąteczne. Musiałam się pocieszyć i w koszyku wylądowały trzy zapachowe świece - jestem od nich uzależniona i powoli gromadzi mi się wręcz zapas w domu... Żadnej z nich jeszcze nie paliłam, ale co chwila sięgam po "Białe kwiaty" i wącham, bo pachną oszałamiająco...
A jak Wy się pocieszacie lub nagradzacie po ciężkim dniu? ;)
  
   
Poza dentystą, mam też jutro koło na zakończenie przedmiotu. W sumie nie jest źle, ale dzisiejszy dzień spędzam nad notatkami (przynajmniej w teorii). Tu muszę zaznaczyć, że jestem wręcz dumna z osób z mojego roku, bo udało nam się zorganizować i wspólnymi siłami opracowaliśmy zagadnienia na koło tak, żeby powstały z tego spójne notatki. Kiedyś to była dla nas norma, a później jakoś nieco upadła ta nasza kooperacja ;) Dobrze, że jednak się udało - TiRowcy moi, jeśli ktoś to czyta - jestem z Was dumna :D A zanim ktoś zapyta - "TiRowcy", bo studiujemy Turystykę i Rekreację, tak dla przypomnienia ;)
Jak tam u Was z egzaminami? Zaczęły się już?
  
   
I z innej beczki - czy tylko ja tak bardzo nie lubię mycia pędzli? Baardzo trudno mi się do tego zabrać, a jak już się wezmę, stoję nad nimi i marudzę :P Później doprowadza mnie do szału czekanie, aż wyschną, bo nagle zachciało mi się ich użyć - nawet jeśli normalnie bardzo rzadko po nie sięgam ;) Te na zdjęciu to moje ulubione, których używam najczęściej - do pudru, do bronzera, do linera i kilka różnych do cieni.
Też tak nie lubicie tego zajęcia? ;)
  
   
A przy okazji, oto co nosiłam ostatnio na pazurkach. Manicure banalny w wykonaniu, wystarczą dwa lakiery - żadnych akcesoriów, żadnych umiejętności ;) A efekt całkiem ciekawy, myślę też, że to dobry pomysł na odświeżenie starego manicure'u, takiego startego na końcówkach :) Swego czasu niemal non stop takie właśnie pazury robiłam i może czas do tego wrócić? :) Tutaj użyłam dwóch lakierów Orly - You're Blushing i Jealous, much?, a na to top coata Seche Vite. 
Co gości na Waszych paznokciach ostatnimi czasy? :)
  
źródło
   
A na koniec jeszcze przyznam się, z kim spędzam ostatnio noce ;) Jeśli tych przystojniaków nie kojarzycie to przedstawiam Wam - oto bracia Winchester, bohaterowie serialu "Supernatural". W skrócie i uproszczeniu - jeżdżą oni po Stanach i polują na duchy, demony i inne potwory ;) Aktualnie jestem mniej więcej w połowie drugiego sezonu i staram sobie dawkować, ze dwa odcinki dziennie to dość ;) Naprawdę wciąga! Większość odcinków jest "łagodna", ale zdarzają się też takie, że po obejrzeniu boję się np. podejść do lustra, jak po odcinku o "Krwawej Mary" ;) Bardzo lubię też samych braci, choć Dean, ten po prawej, zdecydowanie bardziej do mnie trafia ^^
Wciągnął Was ostatnio jakiś nowy serial? Podzielcie się tytułem! :)
  
OK, w tym momencie dość ode mnie, teraz chętnie poczytam, co u Was :) Chętnie podyskutuję o czymkolwiek (w końcu jutro kolokwium ;)), napiszcie, co Wam się ostatnio ciekawego przytrafiło albo pomarudźcie na okrutny los ;)

sobota, 3 listopada 2012

Co u mnie, co u Was? :) #2

Czas na kolejnego pogaduchowego posta o niczym :)
Ostatni Wam się spodobał, więc z chęcią napiszę dziś o kilku pierdółkach z ostatnich dni :) Mam nadzieję, że i tym razem ten post i komentarze pod nim pozwolą nam się lepiej poznać, pogadać, poużalać na niesprawiedliwy świat itd itp ;)

Najpierw może krótka instrukcja "Jak zadowolić Orlicę?"...
   
  
Otóż mój Ukochany doskonale wie, jak mnie zadowolić! I nie mam tu nic zdrożnego na myśli, Wy zboczuchy Wy! ;) Ukochany przez sześć lat ze mną nauczył się, że na wszelkie drobne okazje czy bez okazji nie ma sensu kupować mi róż - postoją, uschną, powiszą. Znacznie lepszym pomysłem są pralinki. W każdych ilościach! Ostatnio pogratulował mi w ten sposób udanego dietowania - dostałam pudełeczko najlepszych pralinek na świecie - Lindor, zabiłabym za nie! Okazuje się jednak, że na diecie tak się odzwyczaiłam od słodkości, że jedna taka pralinka zasładza mnie na cały dzień, serwując jednocześnie orgazm podniebienia! :D Od kilku dni stosuję takie umilacze, mniam!
Też macie takie uzależnienia czy słabe punkty, wykorzystywane przez Waszych bliskich? ;)
   
  
Jest teraz sezon na jabłka, które spływają do mojego domu w tonach - okazuje się nagle, że wszyscy znajomi mają gdzieś sady :P Jabłka są pyszne, ale co można z nimi robić? Opychamy się szarlotkami, robimy musy, ale dla mnie bezkonkurencyjne są suszone jabłka. Mamy specjalną suszarkę (do grzybów, ale co tam ;)), po kilku godzinach w niej jabłka zmieniają się w cudne chipsy jabłkowe - pyszne, lekkie, zdrowe ;) Chrupię je niemal non stop :)
Lubicie suszone owoce? A może macie jakieś nietypowe pomysły na wykorzystanie jabłek? :)
  
    
Z jedzenia płynnie przechodzimy do kategorii "Krajobrazy". Tak wygląda ścieżka, którą codziennie idę na autobus na uczelnię. 100 metrów od tego miejsca jest blokowisko - ładne, prawda? ;) Co więcej, przy tej ścieżce jest rząd topoli. Na tych topolach zawsze jesienią i zimą siedzą stada wron, które radośnie bombardują ścieżkę i przechodniów. Teraz, kiedy jest taka mgła, nie widać nawet, na których gałęziach siedzą i trzeba liczyć na szczęście, żeby nic w nas nie trafiło ;) Do tej pory mi się udawało, zobaczymy jak dalej :P
U Was też ciągle takie mgły? Nie powiem, jest klimatycznie, ale bez przesadyzmu :P
  
   
I jeszcze jedna sceneria rodem z horroru! Pisałam Wam już, że nienawidzę dnia Wszystkich Świętych. Mieszkam koło cmentarza, więc wszystkie obowiązki związane ze świętem spadają na nas, szorujemy groby, załatwiamy kwiaty itd. W samo święto za to musimy mieć przygotowane całe gary ciepłych zup i ciast, bo moja liczna rodzinka, wracając z cmentarza, musi wpaść do nas się rozgrzać. Nie lubię takiego chaosu i zamieszania, ciągłego trąbienia w korkach pod oknami, obcych ludzi parkujących bez pytania na naszym podwórzu. Po prostu nie znoszę całej tej atmosfery. Jedynym malutkim plusem, malejącym z roku na rok, jest widok z okna nocą - taki jak powyżej. Jeszcze parę lat temu tych światełek było o wiele więcej, nad cmentarzem była łuna tak jasna, że trzeba było zasuwać rolety w oknach, żeby móc zasnąć. Teraz już nie jest tak jasno, zniczy ubywa z roku na rok, ale widok nadal jest ładny.
Jakie jest Wasze podejście do tego dnia?
  
    
Teraz trochę pozytywów... Jakiś czas temu udało mi się wygrać na Wizażu kartę podarunkową do Rossmanna na 50zł :) W zeszłym tygodniu ją odebrałam i oto mam :D Kupiłam od razu śliczne kolczyki, które za jakiś czas pokażę, i farbę do włosów, na karcie zostało 20zł ;) Nie mam teraz żadnych kosmetycznych potrzeb (w każdym razie takich do spełnienia w Rossmannie), więc zostawiam kartę na "czarną godzinę" ;) 
Udało Wam się ostatnio coś wygrać? :>
  
    
I jeszcze może parę słów o tym, jak spędzam ostatnio noce. Od dwóch czy trzech dni, każdej nocy poświęcam jakiś czas na dziobanie projektu na studia. Oczywiście jest tak, że albo nikt nic nie zadaje i są totalne luzy, albo wszyscy zadają na raz jakieś wielkie projekty - to na pewno jakaś zmowa! Aktualnie pracuję nad charakterystyką podregionów Europy, potem czeka mnie jeszcze omawianie sacrum w Toruniu, projekt o agroturystyce w województwie dolnośląskim, referat o Kornwalii, prezentacja o geoparku Hongkong i kilka innych. Ufff... Trzymajcie kciuki ;) W sumie lubię takie dziobanie tabelek, robienie mapek itd, ale nie kiedy mam tego tyle na raz i trzeba się spieszyć...
A Wy, lubicie tego typu prace? Często robicie coś tego typu, do szkoły, na studia, do pracy?
  
Ode mnie to tyle, czekam na Wasze wypowiedzi :) Piszcie, co chcecie, opowiedzcie mi, co Wam się ciekawego wydarzyło, pożalcie się na co macie ochotę ;)

sobota, 20 października 2012

Co u mnie, co u Was? :) #1

Przy okazji konkursu urodzinowego bloga zapytałam Was, o czym chciałybyście tutaj poczytać. Spora część z Was wspominała, że brak tutaj takich bardziej prywatnych postów, które pozwalałyby Wam lepiej mnie poznać, nawet gdyby były o niczym konkretnym ;) Dlatego postanowiłam co jakiś czas publikować takiego zupełnie luźnego posta o pierdółkach - żebyście faktycznie mogły poznać mnie z tej mniej "oficjalnej" strony. Przy okazji sama chciałabym i o Was trochę poczytać, więc mam nadzieję, że te posty będą temu służyły :)
Zapraszam więc na porcję pierdółek z życia Orlicy ;)
  
   
Przede wszystkim, stał się cud - kupiłam buty na zimę! To zawsze była moja zmora, nie mogłam znaleźć dobrych w odpowiedniej cenie, a jak znalazłam to szybko musiałam je reklamować... Pominę już fakt, że często do grudnia zasuwałam w tramposzach ;) W tym roku wyjątkowo wpadło mi w łapki trochę nadprogramowej kasy, więc poszłam do Galerii, żeby znaleźć jakieś buty... Weszłam do pierwszego sklepu - Deichmanna - i od razu zauważyłam odpowiednie. Tak wyglądają zwykle moje zakupy - pierwszy wybór jest najtrafniejszy, więc nie ma problemu z uganianiem się po sklepach ;) Owszem, na szybko obeszłam jeszcze kilka innych sklepów, ale wróciłam ostatecznie po te - są (wg mnie ;)) piękne, bardzo wygodne i zaskakująco solidne :) Kosztowały 139zł, marka Graceland. Nawet jeśli coś jednak z nimi się stanie, w Deichmannie nie ma najmniejszych problemów z reklamacją, ale tym razem się jej nie spodziewam :) I może wyda Wam się to dziwne, bo nie są to seksowne szpile, ale w tych butach mam +10 do pewności siebie ;)
Macie już buty odpowiednie na zimę? Kupujecie co sezon nowe czy wolicie porządną parę na kilka lat?
   
  
Kolejna pierdółka jest bardziej włochata i ma na imię Pumba :D To młodziutka świnka morska mojej siostry, na razie jeszcze dość zestresowana i wystraszona - jest u nas od kilku dni. Chyba jednak mam na nią jakiś magiczny wpływ, bo kiedy ja ją głaszczę, zadowolona "grucha" - jeśli miałyście prosiaczki, wiecie o czym mówię :) Na innych domowników reaguje kwikiem i brykaniem po terrarium. Mój kot, Tymon, już został przyłapany na wproszeniu się na parapetówę do prosiaka, ale krzywdy by mu nie zrobił - tylko siedział w trocinach i obwąchiwał świnkę, ewentualnie delikatnie trącał ją łapką ;) Widok przeuroczy, choć mało kto ufa Tymonowi i jego przyjaznym zamiarom ;)
Miałyście kiedyś świnki morskie albo inne gryzonie? Opowiedzcie o nich :)
  
  
Teraz przejdźmy do spraw zupełnie przyziemnych - dosłownie i w przenośni. Może jeszcze tego nie wiedzie, ale mam wstręt do stóp. Swoich, cudzych, wszystkich. Kiedy uczyłam się kosmetyki i miałam koleżance zrobić pedicure w ramach ćwiczeń cierpiałam straszne męki, tak samo później, kiedy zamieniłyśmy się rolami. Może wynika to u mnie z tego, że mam nieustające problemy z paznokciami u stóp i od lat muszę swoje stopy chować, bo są paskudne ;) Teraz jednak są jeszcze paskudniejsze, bo nieco je zaniedbałam i skóra stała się na nich bardzo twarda i szorstka. Od jakiegoś tygodnia staram się je ratować tym, że po kąpieli nakładam grubą warstwę mocno nawilżającego kremu, a na nią zakładam bawełniane skarpetki i tak spędzam noc. Już widzę poprawę, więc trzeba tylko utrzymać systematyczność ;)
Stosujecie skarpetki albo rękawiczki na noc czy wystarczają Wam same kremy?
  
  
Powiem Wam też, że zostałam okrutnie zdradzona przez własną mamę! Od lat jestem konsultantką Avonu, zawsze mama również zbierała dla mnie zamówienia, aż pewnego dnia wróciła do domu z głupim uśmieszkiem i z miną winowajcy wyciągnęła z torebki kilka katalogów i innych dokumentów z... Oriflame! Dała się wciągnąć w bycie konsultantką! W efekcie... cóż, teraz obie zbieramy zamówienia z obu firm, choć w Oriflame trudno nam się na razie połapać, bo średnio znałyśmy tę markę wcześniej ;) Poza tym sama teraz mam możliwość zamawiania ich kosmetyków, więc pewnie coś tu się będzie znowu pojawiać raz na jakiś czas :)
Co poza słynnym miodkiem i tuszem Wonder Lash polecacie z Oriflame?
  
   
I ostatnia pierdółka ;) Po moim poście dotyczącym moich ptaszników, węży i innych okropieństw pewnie zaskoczę Was faktem, że panicznie boję i brzydzę się... biedronek! Nie wiem jak u Was, ale w Toruniu (przynajmniej w moich okolicach) jest ich prawdziwa inwazja! Dosłownie setni latają w powietrzu, szyby na oknach są od nich ciemne, nie ma mowy, żeby takie okno otworzyć, bo od razu wlatuje cała chmara, fuj! Wczoraj wyszłam powiesić pranie na zewnątrz, a kiedy wróciłam, siostra zdjęła ze mnie kilkanaście tych paskudztw - mam ciarki nawet teraz jak o tym piszę... Przez te paskudy wręcz apetyt mi odbiera, więc potrafię nic nie zjeść w domu przez cały ten czas, kiedy świeci słońce - tzn. kiedy biedronki są aktywne i latają jak głupie, brrr!
Są i Was? Atakują Was krwiożercze śmierdzące biedronki? :>
  
To by było tyle dzisiaj. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i że spodoba Wam się idea takich postów :)
A teraz i ja chciałabym Was lepiej poznać :) Jeśli macie ochotę, napiszcie w komentarzu, co tam u Was, co ciekawego Was spotkało, pomarudźcie, jeśli macie potrzebę, cokolwiek :) Potraktujmy tego posta (i każde kolejne z tej serii) jako miejsce do luźnej rozmowy o wszystkim :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...