Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kremy do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kremy do twarzy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

Yves Rocher Sebo Vegetal - Serum zwężające pory

Wiem wiem, zaniedbuję Was ostatnio i muszę za to przeprosić. Żeby trochę o sobie przypomnieć, napiszę dziś recenzję produktu, który bardzo mile mnie zaskoczył, choć... nie spełnia swojego podstawowego zadania. Chodzi o serum zmniejszające pory z nowej serii Yves Rocher do cery mieszanej i tłustej - takiej jak moja. Krótko mówiąc - porów nie zmniejsza, a i tak na stałe zagości na mojej półce. Ciekawe, dlaczego? Poczytajcie :)
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: strona Yves Rocher, 72zł / 30ml (łatwo o spore promocje, teraz za 49zł)
  
Skład:
   
Moja opinia:
Opakowanie serum to mała szklana buteleczka z pompką, przezroczysta i sprawiająca bardzo ładne wrażenie wizualne - wygląda wręcz ekskluzywnie wg mnie, choć ma wady - mogłaby być airless i nieprzezroczysta, by chronić produkt. Nie mam jednak nic do zarzucenia pod względem wygody używania. Na górę buteleczki jest mała nasadka, która chroni przed przypadkowym wyciśnięciem serum, nie jest ona jednak zbyt mocno umocowana - w kosmetyczce luzem mogłaby spaść.
Samo serum ma postać zielonkawego gęstego żelu o świeżym zapachu. Jest leciutkie, ale dość tępo się je rozsmarowuje po twarzy. Przyznam dodatkowo szczerze, że nie doczytałam, że serum powinno się stosować 2-3 razy w tygodniu - stosuję je prawie codziennie. Nie zauważyłam jednak żadnych złych efektów ubocznych ;)
  
  
Co się zaś tyczy samego działania... Tak jak napisałam na wstępie - serum nie zwęża porów, a przynajmniej ja takich efektów niestety nie zaobserwowałam na swojej twarzy. Działa jednak inaczej, co bardziej cenię - zastosowane rano sprawia, że cera jest matowa przez dobre pół dnia bez użycia czegokolwiek więcej! Nie spotkałam się jeszcze, żeby jakikolwiek krem, podkład czy puder (!) lepiej matowił moją cerę, zakochałam się w tym efekcie! Lekką wadą może być to, że potrafi się nieco zrolować, jeśli w ciągu dnia potrzemy mocniej twarz, ale mnie ten fakt nie przeszkadza jakoś specjalnie. Ponadto serum jest wydajne (zwłaszcza stosowane wg zaleceń, 2-3 tygodniowo ;)), więc myślę, że nawet koszt 72zł w cenie regularnej nie jest zbyt wygórowany. Gdy skończę tę buteleczkę, zapewne kupię nową :)
Czy polecam? Dla błyszczących cerą - zdecydowanie tak, ale nie liczcie na zwężenie porów ;)
  
   
Używałyście innych kosmetyków z serii Sebo Vegetal? Jakie wrażenia? Co polecacie, a czego nie? :)

piątek, 17 stycznia 2014

Taoasis - Intensywny krem do twarzy Teebaum

Moja cera lubi płatać figle... Od kiedy w moim życiu się tak wiele zmieniło, również i stan cery się pogorszył. Stres, brak czasu na odpowiednią pielęgnacje, gorsza dieta... Wszystko to wpływa na to, że częściej wyskakują mi nieprzyjemne niespodzianki na twarzy, a zły efekt wzmaga to, że odruchowo wszystko zdrapuję... Moja twarz więc pełna jest blizn i ranek. Chyba nie da się tego wyeliminować przy moim obecnym trybie życia, ale jest szansa na zmniejszenie tych objawów... Szansą okazał się krem z olejkiem z drzewa herbacianego z Taoasis.
  

Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: akebia.pl, 39zł / 30ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Opakowanie kremu jest dość ciekawe - to plastikowa butelka typu air-less, dzięki czemu krem dłużej pozostanie świeży, jest wygodna w użyciu, pompka odpowiednio dawkuje kosmetyk. Design też mi się podoba - wygląda inaczej już większość kosmetyków na rynku.
Sam krem na początku mnie przeraził. Gdy pierwszy raz chciałam go wydobyć, z pompki wydostał się przezroczysty płyn z białymi farfoclami - i tak wyglądało wiele pierwszych "dawek" kremu. Dopiero po kilku dniach dotarłam do właściwej części kremu - czyli o kremowej konsystencji. Nie wiem, czy krem się po prostu rozwarstwił czy jakoś zważył (próbowałam go rozmieszać wstrząsając, ale nic to nie dało), ale nawet w tej płynnej wersji mi nie zaszkodził - wiem, ryzykowałam, używając go wtedy. W swojej normalnej formie jest białym dość rzadkim i bardzo lekkim kremem - emulsja to dobre określenie. Nie mogę przemilczeć intensywnego zapachu olejku z drzewa herbacianego - jest strasznie mocny, mój Ukochany zawsze marudzi, jak kładę się spać po posmarowaniu się tym kremem. Lubię ten zapach, ale przyznaję, że może być męczący i uciążliwy...
  
    
Co się zaś tyczy działania... Przyznam, że sama nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. Znam właściwości olejku z drzewa herbacianego i to właśnie on najbardziej do mnie przemawiał w tym kremie - ma działanie bakterio- i grzybobójcze, ściąga pory, oczyszcza cerę... Słowem - zbawienie dla skóry trądzikowej. W moim przypadku niestety nie spowodował, że niespodzianki pojawiają się rzadziej, ale widocznie szybciej się goją - mimo ciągłego ich drapania, na które nie mogę nic poradzić... Stosowany miejscowo może również przyspieszyć rozwój jakiejś wyjątkowo męczącej podskórnej guli.
Mimo wszystko jednak uważam, że nie jest to krem do stosowania na co dzień, a jedynie w okresach, kiedy cera bardziej go potrzebuje. Niestety podstawową wadą jest niedostateczne nawilżenie - do przesuszonej cery mi daleko, ale jednak przydałoby się jej nieco więcej wody. 
Podsumowując, jest to całkiem dobry krem dla osób, które borykają się z trądzikiem, ale odradzam stosowanie go non stop. Mi została jeszcze jakaś 1/3 część opakowania i tę ilość zostawię na sytuacje awaryjne, kiedy moja cera znowu zacznie bardziej przypominać księżyc. W tej chwili zaserwuję jej więcej nawilżenia :)
  
  
Co sądzicie o tego typu kremach opartych na jednym konkretnym składniku? Używałybyście kremu Taoasis?

środa, 30 października 2013

Dr Irena Eris Normamat - Krem-nektar nawilżająco-matujący

Tak jak zapowiadałam przedwczoraj, dziś napiszę o innym kremie nawilżająco-matującym na dzień - wcześniej był sorbet, teraz nektar, czekam na ambrozję ;) Tym razem mowa o kosmetyku z nieco wyższej półki, mianowicie marki Dr Irena Eris, którą bardzo sobie cenię.
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, 65zł / 30ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
(a właściwie pierwsze wrażenie)
No właśnie, zastrzegam, że ten wpis dotyczy jedynie pierwszego wrażenia, jakie wywarł na mnie ten kosmetyk. Używam go od niedawna, ale wiem, że bardzo Was ciekawi, więc tym chętniej podzielę się wstępną opinią już teraz - ostatecznej spodziewajcie się za miesiąc albo dwa ;)
Opakowanie kremu to plastikowa buteleczka typu "air-less" - znowu plus za to dla Eris, uwielbiam takie opakowania za ich funkcjonalność i higieniczność. Szkoda tylko, że nie widać za bardzo, ile produktu ubywa, bo plastik jest dość gruby. Podoba mi się design opakowania - srebrno-miętowa kolorystyka, desenie charakterystyczne dla marki. Samo opakowanie jest biało-miętowe ze srebrną górą z zamknięciem. Uważam jednak, że mogłoby być nieco solidniejsze, jak za taką cenę - choćby szklane, skoro teraz nawet Lirene wypuściło podkłady w szklanych opakowaniach.

  
Krem ma konsystencję typowo kremową - nie jest gęstą pianką, musem czy innym "cudem-wiankiem". Pachnie delikatnie, świeżo, choć jest to zapach perfumowy, a nie naturalny - nie przeszkadza mi to w kremach, ale lubię z czymś kojarzyć zapach... Jest za to dość rzadki i lekki, szybko się wchłania i bardzo łatwo rozprowadza.
Jeśli chodzi o działanie, nie powinnam oceniać go jeszcze pochopnie, ale mogę na razie stwierdzić, że skóra po użyciu go jest w dotyku wręcz aksamitna i dobrze zmatowiona - choć wiadomo, że nie na długo... Jak dotąd krem nie wpłynął znacząco na ogólny stan mojej cery, ale kto wie, może będę miała o czym pisać za jakiś czas. Na razie pokładam w nim duże nadzieje - adekwatne do jego ceny.
Właśnie - cena. Jest wysoka, ale jak na Eris powiedziałabym, że przeciętna. Jeżeli krem się sprawdzi w dalszym ciągu i spełni moje oczekiwania - możliwe, że uzupełnię zapas.
Na razie wracam do testowania :) Dam znać za jakiś czas, jak krem się spisał!
  
  
Słyszałyście już o serii Normamat? Miałyście okazję sprawdzić któryś z tych produktów?

poniedziałek, 28 października 2013

Garnier Hydra Adapt - Matujący i odświeżający krem-sorbet

Mam teraz dla Was zestawienie dwóch postów o podobnej tematyce... Dziś napiszę recenzję kremu do twarzy, którego używam już jakiś czas i mam na jego temat wyrobioną opinię, za to za kilka dni opublikuję kilka zdań na temat kremu innej marki, którego stosowanie dopiero zaczęłam - podzielę się z Wami pierwszymi wrażeniami. Na razie skupmy się jednak na kremie Garniera, którego dotyczy dzisiejszy wpis :)
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 15zł / 50ml
  
  
Moja opinia:
 Krem dostajemy w miękkim kartoniku, który niestety szybko ulega "rozkładowi" - mój szybko się wygniótł. Wewnątrz znajduje się oczywiście tubka, ale wszystkie znaczące informacje znajdziemy na kartoniku, więc warto go jednak mieć ;) Sama tubka wygląda dość niepozornie - jest mała, nieprzeładowana motywami - ot, napisy i logo, mnie się podoba taki minimalizm w tym przypadku. Tubka otwiera się na zatrzask, na którym można również tubkę stabilnie postawić - plus za to. 
Sam krem ma bardzo zaskakującą konsystencję - kojarzy się z bardzo gęstą pianką, takim musem, jeszcze nie spotkałam się, żeby krem wyglądał w ten sposób. Nie ukrywam, że jest to dla mnie wielki atut tego kremu, bo dzięki temu jest on leciutki i wydajny. Pachnie świeżo, ale nie zidentyfikowałabym raczej żadnych konkretnych nut.
   
  
Moja mieszana cera wymaga bardzo dużo od kremów do twarzy. Niestety ten nie jest w stanie spełnić wszystkich jej wymagań, ale i tak nie jest zły! Producent obiecuje nawilżenie, odświeżenie i matowienie, i obietnice te spełnia w 67% ;) Nawilżające działanie kremu jest zauważalne już po krótkim okresie stosowania, odświeżenie czujemy doraźnie przy stosowaniu, ale niestety matowienie jest bardzo nietrwałe. Owszem, na początku po posmarowaniu twarzy kremem-sorbetem cera jest cudnie matowa i baaardzo świeża, i w dotyku, i w wyglądzie, ale efekt matu znika po około godzinie i cera błyszczy się bardziej niż bez użycia jakiegokolwiek kremu. Na usprawiedliwienie powiem, że 90% kremów tak właśnie na mnie działa ;) Dodam jeszcze, że po jakichś dwóch tygodniach stosowania tego produktu strasznie mnie wysypało mnóstwem malutkich krostek, ale nie wiem, czy wynikło to z jego działania czy po prostu przypadek, zwłaszcza, że po kilku dniach cera wróciła do normy.
Czy polecam? Właściwie tak! Jest to krem godny uwagi, w dodatku tani, więc można spróbować i zaryzykować. Nie ręczę za pozostałe warianty, ale jeśli zmagacie się z cerą mieszaną i kapryśną jak moja, warto sprawdzić tę nowinkę :)
  
  
Miałyście okazję używać któregoś z kremów Garnier Hydra Adapt?

niedziela, 18 sierpnia 2013

Citrus Clear - Cytrynowy nawilżający krem do twarzy

Amerykańskich cudactw ciąg dalszy :) Pisałam Wam już tu o jednym cytrusowym specyfiku do twarzy marki Citrus Clear, dokładniej o peelingu-maseczce do twarzy, teraz czas na jego brata, czyli nawilżający krem. Wiem, że marka ta jest dla Was dość "egzotyczna", ale może jednak kogoś zainteresuje? ;)
  
   
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: citrusclear.com, 16$ / 59ml
  
Skład:
      
Moja opina:
Zacznijmy od tego, że krem przeznaczony jest do cery trądzikowej i przesuszonej - w sumie dokładnie takiej jak moja, dlatego miałam wobec niego wielkie nadzieje. Czy je spełnił, trudno mi powiedzieć, choć ogólnie mówiąc, jestem z niego bardzo zadowolona. 
Krem mieści się w szklanym słoiczku z plastikową zakrętką. Ma biało-żółty design, a na górze naklejkę z przekrojem cytryny, co mnie zdecydowanie "chwyta" - mam słabość do wszystkiego, co ma wzór z przekrojem cytrusa czy kiwi ;) Słoiczek odkręca się bez problemu i jest szczelny, ale ma tę wadę, że wewnętrzne uszczelnienie (ta miękka płytka na górze) na wieczku odpada - trzeba je umieszczać w zakrętce z powrotem.
Sam krem pachnie intensywnie cytrynowo, choć trudno mi zdecydować, czy zapach ten jest naturalny - ma tę charakterystyczną goryczkę i jest ładny, choć nie wszystkim może pasować. Ciekawa jest także konsystencja kremu, która kojarzy mi się bardziej z gęstym żelem, takim trzęsącym się "glutkiem" ;) W związku z tym krem jest bardzo wydajny, bo bardzo łatwo rozprowadza się po twarzy.
   
   
Jeśli chodzi o działanie kremu, mam mieszane uczucia. Po użyciu cera lepi się przez kilkanaście minut, czego wprost nienawidzę, ale trzeba oddać kremowi jedno - nie powoduje błyszczenia po posmarowaniu. Na pewno faktycznie pomaga kontrolować wydzielanie sebum, moja cera ogólnie jakoś lepiej się po nim czuje i wygląda. Sęk tylko w tym, że nie zauważyłam zbytniego nawilżenia, a krem ma być niby nawilżający. Mimo to, CC pozostaje u mnie na półce. Jego plusem jest uniwersalność (nadaje się i na dzień, i na noc), wydajność, regulacja sebum, zapach... Gdyby tylko jeszcze nawilżał... ;)
  
  
Zaciekawił Was ten krem? :) Wiem, że nie jest zbyt łatwy do zdobycia, ale myślicie, że warto?

wtorek, 23 kwietnia 2013

Lirene Aqua Cristal - Krem intensywnie nawilżający na dzień i na noc

Dziś macie okazję poczytać recenzję gościnną w wykonaniu Seraphine, niedawno jeszcze występującej jako MeSS. TU znajdziecie jej bloga. Seraphine testowała i zrecenzowała dla nas krem nawilżający od Lirene. Oto, co napisała:
 
Muszę Wam się przyznać, że z kremami do twarzy jest u mnie ciężko. Dosyć często zapominam o nakładaniu, zwłaszcza kiedy mam osobny krem na dzień i noc - jeśli nie stoją na wierzchu, zwyczajnie o nich nie pamiętam. Dlatego kiedy Orlica zapytała mnie, czy nie zrobiłabym dla niej recenzji kremu na dzień i noc od Lirene - bez wahania się zgodziłam. Bardzo sobie cenię markę Lirene. Chyba do tej pory nie trafiłam na nic, co z jakikolwiek sposób by mi zaszkodziło. A jak udała się nasza współpraca tym razem?
  
 
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 17zł / 50ml
  
Skład:
   
Opinia Seraphine:
Lubię opakowania kremów Lirene - prosto, elegancko bez przepychu, a jednak solidnie. Tak jest i w tym przypadku. Krem ładnie prezentuje się na półce w łazience, jak i w kosmetyczce.
Sam krem jest w kolorze morskim i pachnie podobnie, choć nie nachalnie. Myślę, że zapach jest tak delikatny, że nie powinien przeszkadzać, nawet czułym noskom :)
Konsystencja kremu jest lekka, dość rzadka, ale nie lejąca. Łatwo się go rozprowadza, nie zostawia na twarzy tłustego filmu, błyskawicznie i w całości się wchłania. Skóra po nim jest miękka i taka "puszysta". W działaniu trochę przypomina mus do twarzy tej samej firmy. Producent zapewnia, że nadaje się idealnie pod makijaż - to również sprawdziłam. Nie warzy się pod podkładami, a próbowałam kilku różnych.
  
     
Po ponad dwutygodniowym nakładaniu kremu rano i wieczorem (specjalnie nastawiłam przypomnienie w telefonie) spektakularnego efektu nie zauważyłam, ale nie mam już tak wysuszonych policzków, a właśnie z tym miałam spory problem. Z pewnością nie czuję 24-godzinnego głębokiego nawilżenia, ale przy stosowaniu 2 razy dziennie skóra nie ma prawa się przesuszyć. Jeśli chodzi o uczulanie, to ja osobiście nie mam z tym problemu i raczej nigdy nie miałam wrażliwej cery. Ale patrząc na skład uważam, że wszystkie Wrażliwce mogą spokojnie próbować. Lirene nie gryzie ;) 
Podsumowując, może nie jest to najbardziej nawilżający krem jaki miałam, ale mimo to bardzo się polubiliśmy. Jest idealny dla cery, która nie wymaga niczego poza dodatkowym nawilżeniem i codzienną ochroną. Lekki, szybko wchłaniający się - rano bez obaw można nakładać na niego podkład. Myślę, że jak za cenę kilkunastu złotych, dostępność niemal wszędzie i polską produkcję - śmiało można mu dać ocenę bardzo dobrą.
  
    
Używałyście kremów Lirene? Jak się u Was sprawdzały?

poniedziałek, 4 marca 2013

Baikal Herbals - Krem na noc Detox

Po pierwsze - wybaczcie wczorajszy brak notki. Miałam naprawdę ciężki weekend, który dzielił się tylko na pracę, krótkie świętowanie urodzin i odrobinę spania. Teraz wreszcie mam czas, żeby trochę nadrobić internetowe zaległości, co zaczynam od notki (OK, zaczęłam od odcinka "Kości", ale ćśśś ;)).
Sama od dawna czekałam, żeby wreszcie napisać Wam o kosmetyku, od którego oczekiwałam wiele, a i tak mnie bardzo pozytywnie zaskoczył - tak, tak, o rosyjskim kosmetyku, dokładniej o kremie na noc Detox marki Baikal Herbals. Poczytajcie :)
  
  
Opis dystrybutora:
   
Gdzie i za ile: BioArp.pl, 28zł / 50ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Pierwsze, co rzuca się w oczy to opakowanie - cudne, jak w przypadku wszystkich kosmetyków Baikal Herbals. Te grafiki kwiatków na białym tle bardzo do mnie przemawiają, design tych opakowań jest wg mnie tak piękny, że zapragnęłam tych kosmetyków jak tylko je zobaczyłam, są po prostu cudowne! *.* Poza wyglądem, zaletą jest również funkcjonalność - opakowanie tego kremu to duża wysoka buteleczka z pompką air-less - świetnie wygląda na półce, jest praktyczna i higieniczna, bezpieczna dla samego kremu. Jak dotąd same zachwyty, nie? Obawiam się, że dalej będzie podobnie ;)
Krem jest biały i dość rzadki, a także zaskakująco lekki. Pachnie ziołami, choć nie umiem rozpoznać w nim nic konkretnego. Zapach nie jest może uniwersalny dla wszystkich, ale mnie bardzo się podoba. Na pewno wolę to niż perfumowane nie-wiadomo-co ;)
  
  
Jak pisałam, krem jest zaskakująco lekki jak na krem na noc. Wchłania się szybciutko, przez co z początku nieco w niego zwątpiłam. Do wymaziania twarzy używam trzech "porcji" z pompki, krem jest bardzo wydajny - używam od miesiąca i ubyło z 20%? 
A jak cera zachowuje się przy tym kremie? Cóż, jak sama nazwa wskazuje, jest to typowy detox - na początku wylazły mi na wierzch wszystkie brzydactwa, które gromadziły się pod skórą. Stan ten trwał około tygodnia i minął, a cera ładniała z dnia na dzień. Teraz krostki zdarzają mi się sporadycznie, cera jest dobrze nawilżona (przyznaję bez bicia - kremu na dzień używam rzadko), ale zaskoczyło mnie coś jeszcze. Od dawna zmagam się z porami, zwłaszcza na nosie, gdzie są mocno rozszerzone i zapchane, czego bym nie robiła. Pomagały jedynie regularnie stosowane plastry na nos, ale to dość droga zabawa, poza tym działało to coraz słabiej. Nie oczekiwałam, że "zwykły krem" coś z tym zrobi, a jednak... Po dwóch tygodniach stosowania zauważyłam, że pory są znacznie mniej widoczne, plaster wyjął z nich dużo mniej "igiełek" niż zwykle, teraz już plastry zostawiłam zupełnie - krem powolutku, ale sukcesywnie poprawia stan mojego nosa ;)
Podsumowując - jestem pod wielkim wrażeniem tego kremu. Myślę, że bez problemów wyparł z miejsca kremowego ulubieńca mojego dotychczasowego Niszcz Pryszcza firmy DLA ;) Na pewno kupię go ponownie! Tak samo jak kolejne rosyjskie kosmetyki, bo dwa pierwsze, które mam przeszły moje oczekiwania :)
   
  
Macie jakieś rosyjskie kosmetyki, które zachwyciły Was jak mnie ten krem? :)

środa, 28 listopada 2012

Ku przestrodze - krem-morderca z Avonu!

Ostatnio pewien miły anonim zarzucił mi, że piszę zbyt pozytywne recenzje i na pewno mi za to płacą, więc dobrze się składa, że akurat dziś mam dla Was coś, co powinno Was uprzedzić, a miłego anonimka nieco udobruchać :P
W sumie tak lekko zaczęłam, a wcale nie jest mi do śmiechu. Wiecie, że jestem konsultantką Avonu i zawsze chętnie dzieliłam się tu z Wami moimi pozytywnymi odkryciami z logiem tej marki. Nie zawsze jednak jest kolorowo...
   
  
Jakiś czas temu kupiłam za grosze podwójną miniaturkę kremu do twarzy Avon Solutions Complete Balance. Słoiczek składał się z dwóch komór, w jednej był krem na dzień, a w drugiej żelowy krem na noc. W przypadku tego dziennego bardzo nie odpowiadała mi jego konsystencja, był zbyt ciężki do mojej cery, więc szybko z niego zrezygnowałam - chyba po pierwszym użyciu. Ten żel na noc za to służył mi dość dobrze i wreszcie go zużyłam. Pozostała więc jedna pełna komora kremu, a że szkoda mi go było wyrzucić, postanowiłam zużyć go do ciała. Przecież coś, co ma być do twarzy, musi być łagodne, prawda?
   
  
Najwyraźniej nie. 10 ml kremu wystarczyło mi na trzykrotne posmarowanie rąk i nóg. Rankiem po trzecim posmarowaniu zauważyłam, że na nogach zaczynają wychodzić mi krostki. Do wieczora moje nogi wyglądały już jak spuchnięta różowa ropucha, całe w drobnych swędzących bąblach. Kolejnego dnia to samo było już z rękami. Zawaliłam dwie noce, bo nie mogłam spać przez to swędzenie. Zaczęłam nawet używać Pudrodermu - leku, który używany jest przy ospie, żeby zniwelować świąd. Nie pomogło, choć wyglądałam na pewno uroczo, mając całe nogi i ręce w białe kropki ;) Teraz jest trzeci dzień od kiedy wystąpiła taka reakcja i powoli zaczyna ona słabnąć, ale bliska jestem udania się do dermatologa, zobaczymy jutro.

Zastanawiam się, co by było, gdybym potraktowała kilka razy tym kremem twarz... Wiem, że należy używać kosmetyków zgodnie z ich przeznaczeniem, ale trudno mi wyobrazić sobie produkt, który jest łagodny na delikatnej skórze twarzy, a tak strasznie podrażnia znacznie "odporniejszą" skórę ciała.
  
W każdym razie - chciałabym Was przestrzec, nie kupujcie go!
W obecnym katalogu strona z tym kremem wygląda tak:
  
 
Proponuję od razu ją wydrzeć i spalić ;)
A tego posta udostępnijcie, gdzie się da, żeby przestrzec więcej osób...
      
Miałyście podobne przygody z jakimiś morderczymi kosmetykami?
   
PS: Proszę o kciuki - lecę zaraz do dentysty, a PANICZNIE się tego boję, brrr...

środa, 19 września 2012

Made from Earth - Oliwkowy krem do twarzy na noc

Zmolestowałam wreszcie Mamę, żeby podyktowała mi recenzję ostatniego produktu ze sklepu Made from Earth - jej przypadł w udziale oliwkowy krem na noc. Używała go od dwóch miesięcy, więc myślę, że spokojnie możemy się już pokusić o recenzję - doceńcie ją, bo wydusić z Mamy opinię jest naprawdę trudno ;)
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: w sklepie Made from Earth, $40
   
Opinia Mamy:
Opakowanie kremu to prosty, zwyczajny słoiczek. Nie jest najpiękniejszy, ale też nie straszy z półki. Jest funkcjonalny i bezpieczny, bo plastikowy – nie ma obaw, że stłucze się o kafelki w łazience przy upadku. Sam krem pachnie mało przyjemnie, ale da się jakość  znieść, z czasem można się przyzwyczaić do tego zapachu. Konsystencja jest rzadka, bardzo lekka, łatwo się rozprowadza i szybko się wchłania. Przy okazji, wbrew pozorom krem jest bardzo wydajny, używam go i używam i nie chce się skończyć ;)
       
   
Po nałożeniu na twarz szybko wnika w skórę, nie pozostawiając żadnego filmu, choć przez jakiś czas po użyciu skóra jest lekko „śliska” i świecąca. Później cera pozostaje gładka i sprężysta i milusia i fajna. No. (cytuję Mamę słowo w słowo! :P) Czuć też duże nawilżenie, z którego jestem bardzo zadowolona.
Podsumowując, nieco przeszkadza mi jego zapach. Do konsystencji musiałam się przekonać, ale w końcu ją doceniłam, bo dzięki niej krem jest lekki. Czy kupiłabym go znów? Niekoniecznie, bo raczej szukam takiego kremu o przyjemniejszym zapachu i nieco niższej cenie, łatwiej dostępnego.
    
      
Na razie to ostatnia recenzja tej marki, ale mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będę miała okazję próbować ich produktów :) Większość z tych dotychczasowych bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła :)
 A Wy skusiłyście się może na zakupy w tym sklepie?

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Dr Irena Eris - Kremy VitaCeric na dzień i na noc

Przez ostatnie dwa miesiące (no OK, do końca lipca, bo na wyjazd wzięłam inne kremy) stosowałam dwa kremy od Dr Ireny Eris z serii VitaCeric. Pierwszy z nich to emulsja energizująca na dzień, a drugi - krem rewitalizujący na noc. Przyznaję, że nie jest to moje najbardziej udane spotkanie z tą marką, ale nie należy też do najgorszych...
  
  
Opisy producenta i składy:
 oraz
  Gdzie i za ile: wszędzie, na pewno w Naturze, 80zł / 50ml każdy  

Moja opinia:
Kilka praktycznych faktów o poszczególnych kremach:
Emulsja energizująca na dzień mniej przypadła mi do gustu niż jej nocny brat. Teoretycznie jest ona do cery tłustej i mieszanej, jak moja, jednak nie sądzę, żeby tak właśnie było - po nałożeniu na twarz emulsja nie wchłania się do końca, a pozostawia na twarzy film. Z początku czujemy go tylko w dotyku, ale po jakimś czasie (około godzinie?) cera zaczyna się niemiłosiernie błyszczeć, a my cały czas czujemy, że mamy coś na twarzy. Niejednokrotnie nie wytrzymywałam i po krótkim czasie przecierałam twarz tonikiem, żeby pozbyć się tego filmu - bardzo mi on przeszkadzał. Pozbywałam się w ten sposób pewnie także i filtra, ale mam nadzieję, że sam krem zdążył odpowiednio wniknąć w strukturę skóry i zacząć działać. 
Krem rewitalizujący na noc spodobał mi się znacznie bardziej. Ma nieco bardziej żelową konsystencję i jak na ironię wydaje mi się także lżejszy. Bardzo łatwo się rozprowadza, dość szybko wchłania, ale buzia po nim także się świeci, choć na noc to przecież nie problem.
Oba kremy ocenię także razem - bo trudno oddzielić, co było zasługą którego, kiedy używa się regularnie obu. Ze spraw technicznych... Kremy zamknięte są w wymyślnych solidnych kartonikach - trzeba się chwilę zastanowić, jak je otworzyć, bo to nie taka prosta sprawa ;) W kartonikach kryją się bezpiecznie ulokowane szklane słoiczki z plastikowymi lśniącymi zakrętkami - wyglądają naprawdę elegancko i luksusowo, ale na tych srebrnych zakrętkach widać każdy odcisk palca, co nie wygląda estetycznie. Emulsja na dzień mieszka w bezbarwnym słoiczku, a krem na noc w ciemnym, granatowym - nie ma obaw, że je pomylimy przy nakładaniu. Ich zawartość wygląda podobnie - jaśniutkie, lekko różowe kremy o ładnym kwiatowym zapachu, którego nie potrafię bliżej opisać. Oba kremy są bardzo wydajne.
A jeśli chodzi o działanie... Po tym czasie stosowania, zauważyłam, że moja cera nabrała bardzo ładnego zdrowego kolorytu. Oczywiście ma to związek także ze słońcem i lekką opalenizną, ale dawno nie miałam tak promiennej cery - tak, promienna to najlepsze określenie. To jest jednak chyba jedyne działanie, jakie zaobserwowałam. Cera jest odpowiednio nawilżona, wydzielanie sebum się nie zmniejszyło, odbarwienia także, a z jej elastycznością do tej pory nie miałam problemów.
Ogólnie mówiąc, cera wygląda zdrowiej, myślę, że te kremy są właśnie idealne na lato, żeby prawidłowo współdziałać ze sobą i ze słońcem, sprawiając, żeby twarz nabrała ładnego promiennego wyglądu.
 
 
Używałyście jakichś produktów z tej stosunkowo nowej serii VitaCeric?
A może ich odpowiedników innych marek? Jakie były Wasze wrażenia?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...