Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maseczki do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maseczki do twarzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Himalaya - Oczyszczająca maseczka z miodlą indyjską

Zapewne większość z Was zna produkt, o którym dziś będę pisać. Sama odkryłam go kilka lat temu, zużyłam ze dwie czy trzy tubki i... tęskniłam. Jakoś nie miałam okazji, żeby kupić go ponownie. Teraz sobie o nim przypomniałam i oto mam. Produkt, o którym mówię to rewelacyjna maseczka Himalaya z miodlą indyjską. Kojarzycie? Tak myślałam :)
  

Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: w aptekach, ok. 13zł / 75ml
 
Skład:
  
Moja opinia:
Od kiedy ostatnio używałam tej maseczki, nieco zmienił się design opakowania, ale nie jego forma. Nadal jest to tubka z zamknięciem na zatrzask, stawiana do góry nogami, dzięki czemu gęsty produkt na bieżąco spływa do wylotu. Tubka ma biało-zielony design, wygląda ładnie, zachęcająco, czego nie można powiedzieć o jej zawartości ;)
Otóż sama maseczka wygląda... cóż, jak ptasia kupa. Po wyciśnięciu z tubki otrzymujemy zielono-brązową ciemną masę w otoczeniu jakiegoś rzadszego płynu, co wygląda średnio apetycznie. Zapach też jest specyficzny, jaki błotno-ziołowy. Większości osób nie pasuje, a mi na pewno nie przeszkadza, przynajmniej jest naturalny. Właściwie to go nawet lubię ;) Maseczka jest gęsta, co powoduje, że niestety pod koniec opakowania trzeba się namęczyć, żeby ją wydobyć, a gdy już myślimy, że się skończyła - warto rozciąć tubkę, bo w środku znajdziemy jeszcze sporo maseczki na kilka-kilkanaście (!) użyć ;)
 
  
To, co bardzo cenię w tej maseczce to to, że WIDAĆ, że działa. Po nałożeniu jej na twarz po kilku minutach zasycha i jaśnieje, tworząc glinkową skorupkę na twarzy. W tych miejscach na twarzy, gdzie mam najbardziej rozszerzone i najczęściej zanieczyszczone pory na maseczce widać ciemniejsze kropeczki. Nie wiem, czy to łój wyciągnięty z porów czy coś innego, ale zawsze jakoś lepiej się czuję z tą maseczką, jak widzę, że faktycznie coś robi ;) Zwłaszcza, że czar nie pryska po zmyciu maseczki (które niestety jest dość uporczywe, taką skorupkę trudno zmyć) - okazuje się, że pory faktycznie są oczyszczone, a cera bardzo odświeżona. Maseczka nie podrażnia i nie wysusza skóry (chyba, że za długo się ją potrzyma na twarzy, ja zwykle trzymam ok. 10 minut).
Mimo małych niedogodności, śmiało mogę uznać, że jest to moja ulubiona maseczka do twarzy. Świadczy o tym już choćby to, że zużyłam kilka tubek, a rzadko powracam do tych samych kosmetyków ;) Jeśli jeszcze nie próbowałyście, a macie cerę wymagającą porządnego oczyszczania - gorąco polecam! :)
  
    
Znacie? Próbowałyście? A może polecicie inne produkty tej marki? :)

piątek, 29 listopada 2013

Prosty i skuteczny domowy sposób na pozbycie się wągrów!

Wiele z Was, tak jak i ja, boryka się z problemem wągrów. W moim przypadku występują one głównie na nosie i nawet jeżeli nie mam akurat czarnych kropeczek, to i tak mam mocno widoczne pory, które bardzo szybko się zanieczyszczają. Od dawna z nimi walczę. Kiedyś trafiłam na skuteczne plastry oczyszczające Nivea Kao Biore, ale nie były one dostępne w Polsce inaczej niż na Allegro, teraz już albo ich nie ma albo są śmiesznie drogie. Zostałam więc zmuszona do szukania alternatywy...

Co robi dzisiejsza dziewczyna, by znaleźć sposób na swój problem? Szpera w sieci, oczywiście :)
Poszperałam, poszperałam, aż wreszcie w kilku miejscach trafiłam na metodę, której do tej pory nie próbowałam - a była tak tak prosta, tania i "domowa", że musiałam spróbować.
Efekt okazał się co najmniej satysfakcjonujący, więc chętnie się z Wami podzielę tą metodą! :)
  
Czego potrzebujemy?

  
Właśnie - tylko mleka i żelatyny, a to chyba każda z nas ma w domu?
  
  
Do miseczki wlewamy łyżeczkę mleka i wsypujemy niepełną łyżeczkę żelatyny.
  
  
Dokładnie mieszamy i wstawiamy do mikrofalówki na 10 sekund albo chwilę grzejemy mieszankę, trzymając naszą miseczkę np. w innej misce z gorącą wodą.
  
    
Gotową ciepłą mieszankę nakładamy na miejsca, gdzie mamy problem z porami - odradzam stosowanie na całą twarz... W miarę stygnięcia, nasza maseczka na twarzy zacznie zasychać.
Po 10-15 minutach możemy bez problemu zdjąć ją jak maseczkę peel-off.
 
 
A wraz z nią... Cóż, same zobaczcie "lewą stronę" maseczki przy dużym zbliżeniu ;)
 
   
Przy mojej mieszanej cerze w każdym porze zebrało się sporo łoju. Maseczka wyciągnęła z nich wszystko! Myślę, że raz w tygodniu będę ten zabieg powtarzać i mój problem z widocznymi porami zniknie :)
  
I jak, spróbujecie? :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Avon Planet Spa - Maseczka peel-off Egyptian Secrets

Dawno nie pisałam tu o niczym z Avonu :) Jak może pamiętacie, od wielu lat jestem konsultantką, ale nie jestem ślepo zapatrzona w tę firmę. Wiem, że niektórych serii czy konkretnych produktów nie ma sensu tykać, ale znam też swoje ulubione kosmetyki, które urosły u mnie do rangi hitu. Żeby na bieżąco takie hity znajdować, zamawiam czasem jakieś kosmetyki i dla siebie, choć nie zawsze okazują się tak rewelacyjne, jak miałam nadzieję. Bardzo lubię np. serię Planet Spa, zwłaszcza maseczki z tej serii. Kiedy pojawiła się nowa linia, od razu zamówiłam. I jak efekty?
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: u konsultantki Avon albo on-line, 26zł / 75ml (często w promocji, np. za 10zł)
  
Skład:
(do uzupełnienia)
  
Moja opinia:
Maseczkę otrzymujemy w różowej solidnej tubie ze złotymi zdobieniami. Nowy design serii Planet Spa ogólnie mówiąc bardzo mi się podoba, choć i do poprzedniego nie miałam żadnych zastrzeżeń. Tuba stawiana jest na zamknięciu, które stanowi praktyczny zatrzask - jest to dobre rozwiązanie, bo zawartość na bieżąco spływa w dół. Sama maseczka jest biała i bardzo gęsta. Pachnie ładnie, ale zupełnie nie jestem w stanie sprecyzować tego zapachu. Może coś pomiędzy świeżym a słodkim? Na pewno mocno kosmetyczny, nie czuję w nim nic konkretnego.
  
  
Maseczka łatwo rozprowadza się po twarzy, zostawiając intensywnie białą warstwę. W sumie jest też wydajna, bo ta warstewka powinna być dość cienka. Po kilkunastu minutach maseczka jest już odpowiednio zaschnięta i gumowata - możemy ją bez problemów zdjąć w jednym kawałku, tylko na obrzeżach twarzy mogą zostać jakieś pozostałości tam, gdzie warstwa była zbyt cienka, by ją zdjąć. A jaki efekt osiągamy po zdjęciu maseczki? Cóż, cera na pewno jest nieco odświeżona, ale prawdę mówiąc nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów, które byłyby widoczne gołym okiem. Przyznam, że nieco się zawiodłam, bo do tej pory maseczki z serii Planet Spa w większości mnie zachwycały, ta jest zwyczajnie przeciętna. Mimo wszystko lubię jej używać, ot tak, dla samego faktu, że "coś robię dla siebie", poza tym, co tu kryć, uwielbiam maseczki typu peel-off! ;)
Czy polecam? Nie, tej raczej nie... Za to śmiało kupujcie tę z minerałami Morza Martwego, śródziemnomorską czy turecką :) To moje ulubienice.
  
  
Lubicie maseczki Planet Spa? Jakich używałyście? :)

czwartek, 13 czerwca 2013

Citrus Clear - Tangerine Tingle - 3 w 1

Wierzycie w kosmetyki typu "3 w 1"? Ja do pewnego tylko stopnia, tym stopniem jest chyba właśnie "3 w 1" - w większą uniwersalność już nie uwierzę. Na dziś mam więc dla Was takiego dziwaka, którego nawet nie umiem określić, czym właściwie jest - to żel, który może służyć do mycia twarzy, jako peeling i jako maseczka, to produkt amerykańskiej marki Citrus Clear. Jesteście go ciekawe? Poczytajcie :)
  
 
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: na CitrusClear.com, 17$ / 59ml
  
Skład:
  
Moja opinia:
Na początku muszę się przyznać, że tym, co mnie skusiło najbardziej była obietnica mandarynki w tym produkcie. Ostatecznie jest w nim olejek z mandarynki, ale prawdę mówiąc cały kosmetyk kojarzy się znacznie bardziej z pomarańczą.
Opakowanie tego produktu to szklany słoiczek z białą nakrętką, na wierzchu której ślicznie prezentuje się naklejka z przekrojem mandarynki, świetnie wygląda, zwłaszcza w komplecie z kremem cytrynowym, który także mam w kolekcji.
TT ma konsystencję gęstego żelu z drobinkami. Jest lekki i baaardzo przyjemnie pachnie - właśnie pomarańczą bardziej niż mandarynką. Zapach jest zdecydowanie naturalny, jak zresztą i skład ogólnie - wiecie, że nie jestem znawczynią w tej kwestii, ale jako tako znam się na naturalnych składnikach i ekstraktach, a tu mamy ich bardzo dużo :) 
  
  
 Przejdźmy do działania.
Jako żel do mycia twarzy produkt sprawdził się średnio. Nie czułam zbyt dużego oczyszczenia, po prostu. Używany w ten sposób (nakładany na twarz i "szorowany") za to świetnie sprawdził się jako peeling - może i nie oczyścił cery, ale rewelacyjnie złuszczył wszystko, co złuszczenia wymagało. Jest to dość ostry zdzierak, więc niekoniecznie nada się dla wrażliwców, ale ja, tłusto-i-gruboskórna, jestem zachwycona :)
Jako maseczka niestety się nie nada dla mnie. Producent zaleca trzymać ją na twarzy 3-4 minuty, a ja już po 1-2 mam dość, bo piecze niesamowicie. Na szczęście nie chodzi tu o uczulanie, a zwykłe podrażnienie - po zmyciu efekt pieczenia znika, nie jestem też czerwona na twarzy, ale i tak nie wytrzymałabym dłużej z tym żelem na twarzy. 
Podsumowując, produkt spełnia właściwie jedną ze swoich trzech ról - jest świetnym peelingiem. Na tyle świetnym, że mogę zapomnieć, że zawiódł na innych frontach ;) Może i są lepsze czy tańsze, ale na razie z chęcią poużywam tego :)
  
   
Używacie takich uniwersalnych produktów? :)

niedziela, 17 marca 2013

TianDe - Maski do twarzy Zielona Herbata i Nieszpułka

 Na dziś mam dwa Was recenzję masek, o których na razie polski rynek pewnie niewiele słyszał, bo i marka dopiero się u nas rozgaszcza - mowa tu o TianDe. Pisałam kiedyś od ich peelingu solnym, teraz pora na dwie maseczki :)
   
 
Opisy producenta:
 Zielona Herbata: Stymuluje metabolizm komórek,  wygładza zmarszczki,  nawilża, odżywia i dodaje skórze energii. Działa tonizująco, przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie. Intensywnie oczyszcza skórę, usuwa z toksyny i normalizuje poziom pH. Maska z zielonej herbaty zalecana jest do pielęgnacji cery zanieczyszczonej, tłustej i trądzikowej, doskonale sprawdza się przy parzeniach słonecznych.
Nieszpułka: Maska głęboko nawilża i odżywia skórę, stymuluje metabolizm. Nieszpułka posiada właściwości tonujące i ściągające, wzmacnia włókna kolagenowe, wygładza zmarszczki i uelastycznia skórę.
 
Gdzie i za ile: tiande.pl, 8zł / 50ml

Z etykiet niestety za dużo nie przeczytamy - na jednej jest tylko skład, a druga jest mocno nieczytelna...
Moja opinia:
Maski ogółem
Zamknięte są w typowych maseczkowych saszetkach, choć o dużej pojemności, bo 50ml, gdzie praktyczniejsze już byłyby tubki...
Mają żelowo-kremową konsystencję. Łatwo rozprowadzają się po twarzy i są wydajne, choć producent zaleca nałożyć je szczodrze, jak maskę, a nie jak krem. Bezproblemowo ścierają się przy użyciu chusteczki nawilżanej. Nie ściągają, nie zasychają, częściowo się wchłaniają. Efekt jest naprawdę ciekawy.

Maska Zielona Herbata
Maska jest zielonkawa i prześlicznie pachnie, czystą naturalną zieloną herbatą, już samym tym mnie oczarowała, zwłaszcza, że zapach ten czuć przez całe te 10 minut, kiedy mamy maseczkę na twarzy. Po jakimś czasie skóra zaczyna przyjemnie mrowić, jakby "coś" się na niej działo ;) Po kolejnej chwili zupełnie zapominamy, że mamy coś na twarzy - owszem, w dotyku się klei, ale nie czujemy jej skórą, jeśli wiecie, co mam na myśli ;) Po starciu albo zmyciu maski cera jest gładziutka i świetnie nawilżona, choć nie oczekiwałam tego za bardzo. Jest też niewątpliwie odświeżona, zdaje się oddychać. Z tej maski jestem bardzo zadowolona :)
  

Maska Nieszpułka
  Ta maska ma kolor jasno-różowy i pachnie... hmmm... kwiatowym mydłem ;) Nie wiem, jak powinna pachnieć nieszpułka ;) Zapach również długo czuć, gdy mamy maskę na twarzy, mrowienie jednak pojawia się od razu, a w miejscach, gdzie mamy jakieś krostki jest to wręcz szczypanie. Wkrótce maska przestaje być wyczuwalna. Kiedy ją zmyjemy okaże się, że cera jest wygładzona, lekko nawilżona i... w sumie to tyle. Efekt przyzwoity, ale nie tak zauważalny jak przy zielonej maseczce, dlatego zdecydowanie wolę tamtą :)
   
Wybaczcie różne światło, zdjęcia robiłam o różnych porach dnia ;)
  
Miałyście kiedyś kosmetyki TianDe? A może któreś Was wyjątkowo kuszą? :)

środa, 24 października 2012

Maseczka do twarzy w... tabletce?

Na dziś mam dla Was krótki post z kategorii "Ciekawostki" ;)
Słyszałyście o maseczkach w tabletkach? Pokazywałam je jakiś czas temu i wiele z Was było nimi zaintrygowane, więc dziś pokrótce przybliżę co to takiego :)
  
  
Jak widzicie, wygląda to jak cukierek, w żadnym wypadku nie jak maseczka. Zafoliowany biały krążek, jakieś chińskie dziwadło ;) Oczywiście od razu się rzucamy i rozrywamy opakowanie:
  
  
Żeby z tego małego badziewia zrobić maseczkę potrzebujemy kilku rzeczy:
  
  
... czyli samej tabletki, jakiegoś małego pojemniczka - u mnie najlepiej sprawdziła się zwykła nakrętka od butelki - oraz coś do nasączenia maseczki. Może to być hydrolat czy jakiś napar ziołowy, byle miało jakieś dobre działanie dla cery :) Płynu nalewamy do nakrętki do pełna, wtedy wrzucamy też tabletkę...
  
  
Wybaczcie słabą jakość filmiku, inaczej nagrać nie mogłam, a koniecznie chciałam pokazać, jak to wygląda ;) Jeśli nie możecie go z jakiegoś powodu odtworzyć, streszczę Wam fabułę :P Po wrzuceniu tabletki do płynu, w ciągu sekundy tabletka wchłania wszystko i pęcznieje. Teraz możemy ją rozłożyć i otrzymujemy takie coś:
  
  
Od razu staje mi przed oczami dość schizowy film "Skóra, w której żyję" - widziałyście? ;)
Nakładamy to cudo na twarz i trzymamy, póki jest mokre, chyba, że znudzi nam się wcześniej.
Możemy też wyjść z maseczką na miasto i straszyć - jak znalazł na Halloween, nie sądzicie?
  
  
Maseczki takie możecie kupić na eBay'u za grosze. Sama niedługo będę zamawiać nową porcję :)
Przykładowe aukcje: 10 sztuk, 30 sztuk, 50 sztuk, 100 sztuk.
Wygląda na to, że najbardziej opłaca się kupować większe ilości.
  
Skusiłybyście się na takie cudo czy może to zbędny dla Was gadżet? :)

wtorek, 2 października 2012

Bielenda Ogórek i Limonka - Podwójna maseczka przeciw błyszczeniu

Lubicie saszetkowe maseczki? Ja bardzo, zwłaszcza, jeśli są oferowane w formie saszetki i zwykłej tubki - wtedy mogę wypróbować saszetkę, zanim skuszę się na tubkę ;) Zawsze mam na półce kilka maseczek tego rodzaju, lubię testować nowe :) Ostatnio w moje łapki trafiła podwójna maseczka Bielendy z serii Ogórek i Limonka do cery tłustej i mieszanej. W sam raz dla mnie... Czy faktycznie?
  
    
Gdzie i za ile: np. na BioGaleria.pl, ok. 4zł
 
Opis producenta i skład:
   
Moja opinia:
Zaznaczam, że opinię swoją przedstawiam po trzech użyciach tego zestawu maseczek - na tyle starczyły mi saszetki.
Maseczkę kupujemy w dwupaku, jako zestaw jest maseczka głęboko oczyszczająca i intensywnie nawilżająca. Jest to dobre rozwiązanie, bo po oczyszczaniu zawsze warto nawilżyć cerę, a tak mamy wszystko w komplecie. Poza tym podobno bezpieczniej jest używać kosmetyków tej samej firmy niż różnych jeden po drugim. Ile w tym prawdy - nie wiem. Maseczki są ze sobą połączone, ale można je łatwo rozdzielić dzięki perforacji. Opakowanie mają ładne, estetyczne, choć nieco "napaćkane" informacjami ;) 
Maseczka głęboko oczyszczająca jest biała i mocno kremowa, zachowuje się jak typowa glinkowa maseczka. Szybko zasycha na twarzy, ale pozostaje miękka elastyczna, nie tworzy pękającej skorupy. Jest na tyle niewyczuwalna, że raz o niej zapomniałam i miałam ją na twarzy ponad pół godziny! Na szczęście nic złego z tego nie wynikło ;) Zmywa się łatwo, bez potrzeby długiego szorowania. Po zmyciu okazuje się, że cera faktycznie jest nieco oczyszczona. Efekt nie jest może powalający, ale na pewno jakieś oczyszczenie osiągamy. Pory są nieco mniej widoczne, a cera zmatowiona.
Druga maseczka, intensywnie nawilżająca, ma bardziej żelową konsystencję. Jest dość rzadka, przejrzysta, w szaro-zielonym kolorze. Łatwo rozprowadza się po twarzy, jest nieco wydajniejsza od tej oczyszczającej. Zachowuje się podobnie do innych maseczek tego typu - niby nieco wysycha, ale tworzy na twarzy żelową klejącą warstewkę, za którą nie przepadam. Również zmywa się łatwo, ale nie zauważyłam po niej spektakularnego nawilżenia. Ba, w ogóle nie zauważyłam nawilżenia! Owszem, niweluje nieco efekt ściągnięcia po pierwszej maseczce, ale nic więcej nie robi. 
Podsumowując - bez szału. Oczyszczająca znacznie lepsza od nawilżającej, ale jako komplet wypadają raczej przeciętnie. Pewnie do nich już nie wrócę, bo tyle maseczek czeka na wypróbowanie ;)
   
Na koniec jeszcze zdjęcie, które przy takiej recenzji jest złem koniecznym ;)
   
  
Używacie saszetek? Jakie są Wasze ulubione? :)

poniedziałek, 3 września 2012

FlosLek BeECO - Biocertyfikowana maseczka relaksująco-upiększająca

Na dziś mam dla Was kolejny kosmetyk o dwóch obliczach... Byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do tej maseczki, mimo jej dziwnej nazwy - relaksująco-upiększająca? I co jeszcze - sprzątająca i myjąca naczynia? Niestety nie. A czy relaksuje albo upiększa faktycznie? Przeczytajcie :)
  
  
Opis producenta i skład: (można powiększyć)

  
Gdzie i za ile: w aptekach, w Hebe itd., 36zł / 100ml
  
Moja opinia:
Maseczka kryje się w najzwyklejszej tubce, choć z naklejoną na nią etykietą - napisy i wzory nie są nadrukowane. Tubka jest spora, bo większość maseczek ma 75ml - tu mamy aż 100ml! Nie wiem jednak, czy mam się z czego cieszyć. Maseczka jest dość rzadka, kremowa, biała. Pachnie ziołowo, a jednocześnie chemicznie, nie podoba mi się ten zapach. Na twarzy rozprowadza się gładko, najlepiej dość cienką warstwą, nie wchłania się ani nie zastyga, dzięki czemu łatwiej ją zmyć. 
  
  
Po ładnych hasłach producenta o biocertyfikatach i naturalności miałam spore nadzieje w związku z tą maseczką. I z początku byłam zadowolona. Zwykle trzymam maseczki nieco dłużej, niż jest napisane na opakowaniu - także i z tą tak było, trzymałam ją ok. 5 minut, co i tak jest krótkim czasem... Przez kilka pierwszych użyć było miodzio - cera pięknie odświeżona, orzeźwiona, jakby faktycznie nabrała życia. Niestety kolejne podejścia do maseczki nie były już tak udane, bo mniej więcej po trzech minutach zaczynała piec mnie twarz. Zmywałam więc szybko maseczkę i starałam się nie patrzeć w lustro, bo moja twarz była purpurowa i rozgrzana. Takie nieudane podejścia miałam trzy z rzędu i postanowiłam odłożyć maseczkę na lepsze czasy albo dla kogoś innego. Coś jest nie tak, skoro twarz piecze, grzeje i jest czerwona jeszcze przez godzinę, czasem półtorej, po zmyciu kosmetyku... Dodam jeszcze, że moja cera na pewno nie należy do wrażliwych, mało co ją rusza po tym względem...
Nie wiem niestety, który składnik mógł spowodować taką reakcję mojej cery... Ani czemu ta reakcja na początku była inna (nie zmieniłam innych kosmetyków w między czasie). Trudno mi też ją polecać lub nie polecać, bo jeśli nie podrażnia, jest naprawdę przyjemna. Ja jej już jednak nie zamierzam używać.
  
 




 
Na koniec jeszcze obowiązkowe zdjęcie pod tytułem "Zadowolona Orlica z maseczką FlosLeku po raz pierwszy na twarzy" - żałuję, że nie cyknęłam drugiego później, jak wyglądała moja cera po zmyciu...
  





  
Macie jakieś maseczki, które powodowały u Was takie reakcje? Może wiecie, jaki to składnik tak terroryzuje nasze twarze?

środa, 9 maja 2012

Dr Irena Eris Spa Resort Hawaii - Polinezyjska maska ściągająco-detoksykująca

Wiecie już pewnie, jak sceptycznie odnoszę się do tak zwanych kosmetyków luksusowych... Uważam, że wszystkie z nich mają swoje kilkukrotnie tańsze odpowiedniki wśród innych marek - i mówię tu o odpowiednikach niemal identycznych. Okazuje się jednak, że nie wszystkie, bo trafiłam właśnie na maskę od Dr Ireny Eris, która okazała się rewelacyjna, a nie kojarzę żadnego jej tańszego odpowiednika ;)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: seria dostępna tylko w Douglasach, ok. 100zł / 50ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Opakowanie maski to piękny zmyślnie otwierany od góry kartonik z kwiatowym motywem - ja trzymam ją nadal w tym właśnie kartoniku, bo dobrze wygląda na półce ;) Wewnątrz niego kryje się szklany słoik ze srebrną plastikową zakrętką, a pod nią zaś osłonka, żeby maska nie zalewała zakrętki. Bardzo praktyczne rozwiązanie, a przy tym naprawdę ładne i efektowne. Poza tym, czy nie uważacie, że już sama nazwa tej maski robi wrażenie? ^^
Po zdjęciu osłonki ze słoiczka naszym oczom ukazuje się urocze jasnoszare błotko z czarnymi drobinkami - może jestem dziwna, ale naprawdę uważam, że wygląda to bardzo zachęcająco, uwielbiam błotko na twarzy ;) Poza wrażeniami wizualnymi, dociera do nas także zapach maski - delikatny, świeży, kwiatowy - cudowny po prostu! Maska ma kremową konsystencję, nie jest za gęsta ani za rzadka, powiedziałabym, że w sam raz. Szary kolor na twarzy jaśnieje, po nałożeniu cieniutkiej warstwy szybko zasycha i robi się bledziutki i ledwo widoczny, zostają tylko te ciemne punkciki - drobinki kakaowca. Nie zasycha do takiej formy, żeby się skruszać z twarzy, ale czuć jej lekkie "usztywnienie" ;)


Zawsze trzymam maseczki nieco dłużej, niż zaleca producent, no, chyba, że wcześniej zdążą mnie podrażnić ;) Tę zwykle też trzymałam na twarzy ok. 15 minut, zamiast zalecanych 5-10. Po jej zmyciu twarz jest przyjemnie ściągnięta i odświeżona. Czuć też spore wygładzenie cery w dotyku, przy którymś z kolei użyciu zauważyłam też, że pory mi się nieco zwęziły, a jak dotąd żaden inny kosmetyk nie był w stanie tego dokonać ;) Dodam też, że maska ta ładnie nawilżyła moją mieszaną cerę i chyba poprawiła jej stan, ale może to być efekt stosowania mocnego kremu antytrądzikowego na noc.
Jeśli miałabym się koniecznie do czegoś przyczepić, to wydajność tej maseczki. Może to złudne wrażenie, bo zwykle stosujemy takie w tubkach, ale mam wrażenie, że maseczka wyjątkowo szybko znika ze słoiczka, choć teoretycznie nie potrzeba jej dużo na całą twarz.
No i ta cena... Produkt jest rewelacyjny, ale choćbym nie wiem jak bardzo mi na nim zależało, nie stać by mnie było na kolejny słoiczek. Na razie więc cieszę się tym ;)
Za jakiś czas przedstawię Wam także peeling do twarzy z Spa Resort - jak na razie mam bardzo pozytywne wrażenia, jeśli chodzi o tę serię spod mikroskopu pani Ireny ;)


Miałyście kiedyś okazję używać kosmetyków z serii Spa Resort? Koniecznie podzielcie się wrażeniami :)

czwartek, 5 kwietnia 2012

ViViean - Maseczka absorbująca Control Therapy

Na dziś mam dla Was przykład kosmetyku, który sam sobie robi antyreklamę opakowaniem ;) Mowa tutaj o maseczce absorbującej marki ViViean. Kosmetyk sam w sobie jest luksusowy, choć opakowanie... cóż, raczej na to nie wskazuje ;) Jednak sam Maleńczuk z Waglewskim śpiewali, że "you can't judge book by looking at the cover, honey!", więc zaintrygowana zabrałam się do testów ;)
  
  
Opis producenta:
Bezkaolinowa maseczka absorbująca zanieczyszczenia i tłuszcz o działaniu regeneracyjnym i leczniczym. Wpływa na zmniejszenie wyprysków, działa zmiękczająco i nadaje cerze ładniejszy, zdrowy koloryt.
Tioxolone bogaty w siarkę, propolis i drożdże piwne, regulują wydzielanie sebum, wpływają leczniczo na zmiany trądzikowe i dezynfekująco. Wzbogacona o algi, które działają regeneracyjnie, łagodząco i pomagają utrzymać młodą, zdrową skórę. Maska pozostawia skórę gładką, napiętą i daje uczucie świeżości.
  
Gdzie i za ile: abacosun.pl, 43zł / 50ml
  
Skład: Aqua (Water), Titanium Dioxide, Oryza Sativa (Rice Starch), Glycerin, Triticum Vulgare (Wheat Germ Oil), Glycine Soja (Soybean Oil), Sorbitol, Hectorite, Zinc Oxide, Propylene Glycol, Xanthan Gum, Faex (Yeast Extract), Propolis Cera, Laminaria Digitata (Oarsweed Extract), Fucus Vesiculosus (Bladderwrack Extract), Prunus Dulcis (Sweet Almond Oil), Oenothera Biennis (Evening Primrose Oil), Tioxolone, Ascorbyl Palmitate, Alcohol Denat (Alcohol+Diethyl Phtalate +Denatonium Benzoate), Bentonite, Citric Acid,Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Isobutylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Potassium Sorbate, Magnesium Nitrate, Methyl-Cl-Isothiazolinone,Methylisothiazolinone, Disodium Edta, Parfum (Fragance), Bht, Linalool. 
  
  
Moja opinia:
Cóż, tradycyjnie zacznę od tego nieszczęsnego opakowania. Jest to plastikowy słoik, przezroczysty, ze srebrnym "wkładem" wewnątrz. Jedyny napis na nim ozdobiony jest holograficzną ramką. Całość zapakowana jest w dość prosty biały kartonik. Może to ja demonizuję, ale czy ten słoiczek kojarzy Wam się z kosmetykiem luksusowym za prawie 50zł? Nie powiedziałabym - dla mnie przypomina to najtańszą bazarową tandetę... 
Sama maska ma formę białego kremu, jest dość rzadka, łatwo rozprowadza się po twarzy i wydaje się być bardzo wydajna. Zapach jest dla mnie bardzo nieprzyjemny, nie powiem, z czym mi się kojarzy, bo nie chcę Was gorszyć :P Myślę jednak, że mimo wszystko dla efektu warto przecierpieć opakowanie i smrodek na twarzy przez kilkanaście minut.
Czekałyście na takie zdjęcie, prawda? :P
Po nałożeniu na twarz maska dość szybko zasycha, ale nie twardnieje jak np. maseczki glinkowe. Może popękać i zlorować się pod wpływem dotyku, ale nie powinna się łuszczyć. Zmywanie jest dość mozolne, ale znam gorsze pod tym względem maski ;) Poza tym efekt po zmyciu jest tak zaskakujący, że można się chwilę pomęczyć nad zlewem ;) Otóż ukazuje nam się nasza cera pięknie wygładzona i wyraźnie odświeżona i oczyszczona. Wszelkie przedokresowe zmiany, które porobiły mi się na twarzy, stały się mniejsze i mniej "zaognione". Cera jest nieco ściągnięta, ale już po pierwszym użyciu czuć, że jest zdrowsza i czystsza ;) Zauważyłam, że oczyszcza nawet pory - nie "na błysk", ale poprawa jest widoczna. 
Podsumowując, gdyby zmienić opakowanie i zapach, maska byłaby niemal idealna - ba, skłonna byłabym nawet zapłacić za nią tą wysoką jak dla mnie kwotę :)


 
Przy okazji chciałabym Was prosić o udzielenie się w zakładce "Co wkrótce?" - namnożyło mi się ostatnio kosmetyków do recenzji i nie wiem, za co brać się w pierwszej kolejności, liczę więc na Waszą pomoc przy tym dylemacie ;) Macie tam pole do popisu, bo lista do wyboru jest długa :)

wtorek, 27 marca 2012

Alterra - Maseczka nawilżająca Aloes

Myślę, że moja recenzja tej maseczki będzie dość oryginalna, bo nieco różni się od wszystkich recenzji na innych blogach, jakie miałam okazję czytać. Przede wszystkim - ja jestem z niej zadowolona i wiem, że należę do mniejszości ;) Ale po kolei ;)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: Rossmann, ok.2zł / 2x7,5ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Maseczka dostępna jest w formie dwóch połączonych ze sobą saszetek, każda o pojemności 7,5ml. Każda taka saszetka powinna wystarczyć na 3-5 użyć - zależnie od nakładanej ilości, ja nigdy nie nałożyłam zalecanej warstwy o grubości 2mm (o.O), więc mi wystarczyła na 5 użyć - a właściwie mnie i siostrze, bo stosowałyśmy obie. Maseczka pachnie ładnie, choć delikatnie, ma kremową konsystencję i łatwo rozprowadza się po twarzy.
Wiele z użytkowniczek tej maseczki marudziło, że strasznie je podrażniła - byłam w szoku, bo ja u siebie nic takiego nie zauważyłam. Zapytałam jednak siostrę, która oznajmiła, że faktycznie, jej cera była nieco zaczerwieniona po zmyciu maseczki, ale nic nie piekło, a efekt ten zniknął po paru minutach. U mnie nic takiego nie pojawiło się ani na chwilę, ale moja cera jest wybitnie niewrażliwa :P Po zmyciu maseczki uzyskałam mięciutką, porządnie nawilżoną cerę - to zauważyła też u siebie siostra, a cery mamy zupełnie różne. Ja mam mieszaną, "niewrażliwą", a ona przesuszoną i bardzo wrażliwą ;) Poza nawilżeniem, przez chwilę obie odczuwałyśmy też inny efekt - lekkie ściągnięcie skóry, ale to też szybko minęło.
Ja ogólnie mówiąc jestem z tej maseczki zadowolona, ale nie kupię jej ponownie, bo mam swoją inną ulubioną nawilżającą, chyba już tu o niej pisałam - śródziemnomorska maseczka Planet Spa z Avonu :)
  

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...