Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusze do rzęs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusze do rzęs. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2014

My Secret - Tusz do rzęs Create Your Lashes

Wiecie już na pewno, że moje rzęsy preferują tusze do rzęs z silikonowymi szczoteczkami. Zauważyłam jednak, że większość tych najtańszych wychwalanych tuszów ma jednak szczoteczki tradycyjne, dlatego też byłam mile zaskoczona, gdy okazało się, że My Secret wypuszcza nowy tusz z odpowiednią dla mnie szczoteczką :) Tusz nazywa się Create Your Lashes i jest naprawdę warty zakupu. Zapraszam do szczegółowej recenzji :)
  

Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Drogeriach Natura, 13zł / 10ml (łatwo o promocję)
  
Skład:
AQUA, MICA, STEARIC ACID, GLYCERYL STAERATE SE, RICINUS COMMUNIS SEED OIL, COPERNICIA CERIFERA CERA, POLYVINYL ALCOHOL, PROPYLENE GLYCOL, CERA ALBA, CANDELILLA CERA, GLYCERYL HYDROGENATED ROSINATE, GLYCERIN, CERA MICROCRISTALLINA, TRIETHANOLAMINE, HYDROGENATED CASTOR OIL, HYDROXYETHYCELLULOSE, NYLON-12, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, BUTYLPARABEN, SODIUM DEHYDROACETATE, CITRIC ACID, PHENOXYETHANOL, PARFUM, DIAZOLIDINYL UREA, TOPOPHERYL ACETATE, PANTHENOL, BHT, [MAY CONTAIN: CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77007, CI 77288, CI 77891, MICA, CI 77289, CI 77510, CI 75470] 
  
 
Moja opinia:
Tusz ma zaskakująco ładne opakowanie - metaliczne, złote lub srebrne, zależnie od światła ;) Wygląda porządnie i efektownie, w przeciwieństwie do wielu innych opakowań tuszy z dolnej półki cenowej. Po otwarciu dobrze wrażenie trwa - szczoteczka jest silikonowa, solidnie wykonana, praktyczna - ma dłuższe i krótsze "igiełki", dzięki czemu można dobrze rozprowadzić tusz po rzęsach. Sam tusz jest zaś intensywnie czarny i nie śmierdzi jakoś specjalnie ;) Wiadomo, fiołków nie oczekuję, ale nie lubię też, gdy tusz ma zbyt intensywny charakterystyczny smrodek...


Efekt na rzęsach jest co najmniej zadowalający. Tusz pozwala na wyraźne wydłużenie i podkreślenie rzęs, szczoteczka dobrze rozdziela każdą pojedynczą rzęsę. Na zdjęciu poniżej mam na jednym oku dwie warstwy tuszu (druga nałożona po wyschnięciu pierwszej), a drugie oko jest "gołe" - możecie więc porównać sobie efekt ;) Drugą ważną kwestią jest trwałość. Tu jest niestety trochę gorzej, bo pod koniec dnia tusz zaczyna się kruszyć, nie jest też w ogóle wodoodporny, więc już małe wzruszenie na filmie może spowodować "efekt emo".
Nie ukrywam, że wymagam dużo od tego tuszu, bo przez ostatnie miesiące używałam głównie rewelacyjnych tuszów L'Oreala, które są jednak o wiele droższe. Maskarą My Secret można jednak potraktować jako tani zamiennik, bo poza trwałością, raczej dotrzymuje kroku innym. A cena 13zł? Nie ma się nad czym zastanawiać, jeśli Wasze rzęsy lubią silikonowe szczoteczki, jak najbardziej zachęcam do wypróbowania i tego tuszu :)


Jakiego rodzaju tusze i szczoteczki preferujecie? Wolicie wydać kilkadziesiąt złotych na sprawdzony czy kilkanaście w poszukiwaniu dobrego taniego?

poniedziałek, 31 marca 2014

L'Oreal - Tusz do rzęs False Lash Wings - Midnight Blacks

Wygląda na to, że moje rzęsy zostały podbite przez tusze do rzęs L'Oreal Paris. Poprzednią maskarą się zachwycałam, o TU [KLIK], a okazuje się, że nowa maskara False Lash Wings nie jest ani trochę gorsza, ba, jest chyba nawet lepsza! Już nie będę się wahać wydać nieco więcej na tusz, zapraszam do recenzji, dowiecie się, dlaczego :)
  
  
Opis producenta:
Rzęsy niczym skrzydła motyla. Objętość od nasady aż po same końce. Rzęsy są szeroko rozpostarte, podkręcone i wydłużone w zewnętrznych kącikach. L'Oréal Paris prezentuje nową maskarę False Lash Wings. Pod trzepotem rzęs Twoje oczy wyglądają spektakularnie, a szeroko rozpostarte rzęsy uzupełni ich uderzająca objętość… Twoje spojrzenie rozpościera się nieskończenie. False Lash Wings wydobywa esencję kobiecości. Efekt skrzydeł motyla dzięki asymetrycznemu kształtowi szczoteczki, która wydłuża i modeluje każdą rzęsę, od kącika do kącika. Ekskluzywne włókna otulają i powiększają rzęsy, by nadać im spektakularną objętość. 
  
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 53zł / 7ml
 

Moja opinia:
Zacznijmy od tego, że False Lash Wings ma znacznie ładniejsze opakowanie od swojego brata Volume Million Lashes, wiadomo, że jest to kwestia względna, jednak dla mnie to jest o wiele mniej kiczowate ;) Opakowanie ma charakterystyczny kształt zwężany na końcach, spłaszczony z jednego boku. Najważniejsza jednak jest przecież szczoteczka i to ona robi tu największe "wow". Ma ona włókna silikonowe (innych moje rzęsy nie lubią) o różnej długości, dzięki czemu szczoteczka pasuje świetnie do kształtu oka i do rzęs - dłuższe włókna są po zewnętrznej stronie oka, tam gdzie i rzęsy są dłuższe. W efekcie naprawdę łatwo pomalować rzęsy tak, żeby ani jedna nie czuła się pominięta ;) Jedyną wadą jest to, że żeby pomalować drugie oko trzeba się namęczyć z trzymaniem szczoteczki w odwrotny sposób - dla wielu to pewnie nie problem, ale ja jestem przyzwyczajona, żeby oboje oczu malować tak samo, co nie sprawdza się w przypadku takich asymetrycznych szczoteczek.
  
  
Tusz na rzęsach wygląda świetnie. Jego brat, VML, robił efekt niemal sztucznych rzęs, a ten wydaje mi się jeszcze bardziej spektakularny. Wyraźnie pogrubia i wydłuża rzęsy, nie skleja ich jakoś strasznie, choć trochę się może zdarzyć, zwłaszcza, jeśli tusz jest świeży. Można się z tym jednak uporać starą szczoteczką od tuszu chociażby. Tusz ten daje naprawdę czarny kolor i nie kruszy się w ciągu dnia. Wytrzymuje także płacz bez efektu pandy, choć nieco gorzej radzi sobie z deszczem, ale czego miałabym wymagać - to nie jest wersja wodoodporna. Ważne jest także to, że w ciągu dnia nie znika z rzęs - po kilkunastu godzinach efekt na oczach jest taki sam jak chwilę po pomalowaniu. 
Czy polecam? Zdecydowanie tak! Cena nie jest już dla mnie argumentem przeciw, bo jestem w stanie raz na kilka miesięcy (bo tusz jest przy okazji bardzo wydajny!) wydać 50zł na kosmetyk, którego używam codziennie.
   
Używałyście maskar L'Oreala, tej albo innych? Lubicie? Czego oczekujecie od tuszu do rzęs?

niedziela, 19 stycznia 2014

Hipnotycznie i magnetycznie - KONKURS z Magnetic Lash

Po moim wpisie z recenzją maskary Magnetic Lash zauważyłam, że cudeńko to robi na Was tak samo wielkie wrażenie jak na mnie, a że nie należy do najtańszych, chciałabym Wam również umożliwić zapoznanie się z "magnetyczną magią" :) Dlatego dziś, wspólnie z marką Magnetic Lash, zorganizowałam dla Was konkurs, w którym aż dwie z Was mogą zdobyć swój zestaw maskary! Zainteresowane? :)
   

Co należy zrobić, by wziąć udział w konkursie?
- być publicznym obserwatorem bloga poprzez GFC, Bloglovin albo Facebooka
- polubić profil Magnetic Lash na Facebooku - KLIK
- stworzyć hipnotyczny makijaż oka :) Nie ma tematu czy jakichkolwiek ograniczeń - po prostu zahipnotyzujcie nas spojrzeniem :) Tym razem nie musicie maziać całej twarzy i bać się pokazania swojego oblicza - zdjęcie samego oka w zupełności wystarczy! :)

Regulamin:
1. Konkurs jest organizowany przez autorkę bloga "Orlica o wszystkim i o niczym" wraz z dystrybutorem Magnetic Lash - domspa.eu. Realizowany jest na zasadach określonych niniejszym regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa.
2. Sponsorem nagród jest marka Magnetic Lash. Nagrody stanowią 2 zestawy produktów Magnetic Lash.
Nagroda nie podlega zamianie na inną, ani zamianie na ekwiwalent pieniężny.
3. Uczestnicy mają za zadanie śledzić bloga i polubić profil produktu na portalu Facebook oraz wysłać swoje zgłoszenie na maila polishpolishaholic@gmail.com - zgłoszenie musi zawierać:
- tytuł maila: Konkurs Magnetic Lash - *tu Twój nick*
- załączone zdjęcie makijażu oka (max. 800px, najlepiej poziome, w odpowiedniej jakości) oraz zdjęcie z karteczką z napisem "Konkurs Magnetic Lash" na tle makijażu - zbyt łatwo byłoby znaleźć w internecie odpowiednie zdjęcie i zgłosić jako swoje ;)
- informację, pod jakim nickiem bądź imieniem i nazwiskiem śledzisz mojego bloga i profil Magnetic Lash na FB.
4. Wysyłając swoje zgłoszenie, autor tym samym przyjmuje warunki Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o Ochronie danych osobowych (Dz. U. Nr.133 poz. 883) oraz na publikację swojej pracy na blogu "Orlica o wszystkim i o niczym" po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń.
5. Każdy uczestnik może wysłać tylko jedno zgłoszenie.
6. Ostateczny termin wysyłania prac upływa z dniem 2 lutego 2014 r., o północy.
7. Spośród wszystkich wysłanych zgłoszeń zostaną wyłonione 2 zwycięskie osoby - jedną wybierze autorka bloga, a drugą przedstawiciel marki Magnetic Lash.
8. Wyniki zostaną ogłoszone do 9 lutego 2014 r. za pośrednictwem bloga, a nagroda zostanie wysłana pocztą za pośrednictwem marki Magnetic Lash. Na dane adresowe do wysyłki nagród czekamy 7 dni od zakończenia konkursu.
9. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, musisz mieć zgodę rodzica lub opiekuna na udział w konkursie.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych (Dz.U. 2009 nr 201 poz. 1540 z późn. zm.).
11. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia.
Powodzenia! Nie mogę się doczekać Waszych prac :)
 Jeśli nie do końca wiecie, czym jest Magnetic Lash - zapraszam do mojej recenzji >KLIK< oraz na stronę MagneticLash.pl :)

środa, 8 stycznia 2014

Tusz do rzęs Magnetic Lash - skuteczna ciekawostka :)

Myślę, że w definicji słowa "kobieta" powinno być przynajmniej wspomniane, że istota ta z natury lubi ciekawostki kosmetyczne :) Jedna z takich ciekawostek trafiła do mnie jakiś czas temu i z wielkim entuzjazmem i zainteresowaniem zabrałam się od razu do testów. Chodzi o bardzo specyficzny tusz do rzęs, który działa jak przedłużanie, a to za sprawą... magnetycznych włókienek. Ciekawe szczegółów? Zapraszam do czytania :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: np. na DomSpa.eu, 119zł
  
Skład:
  
Moja opinia:
Właściwie nie jest to tusz, a system do przedłużania rzęs. Składa się on z dwóch elementów, wyglądających z pozoru jak zwykłe tusze do rzęs, oznaczone cyferkami 1 i 2. Pierwszy z nich jest faktycznie maskarą - jednak w jakiś sposób magnetyczną. Jest zrobiona z włosia, a nie silikonowa, jak lubię, ale w tym przypadku nie przeszkadza mi to jakoś strasznie. Drugie opakowanie to "lash builder" i jego wygląd jest dość zaskakujący - nie jest to szczoteczka, a patyczek z dużą ilością maleńkich włókienek, które zostają na rzęsach tworząc niesamowity puchaty efekt. Zdjęcia obu końcówek zobaczycie zaraz poniżej.
  

Producent zaleca konkretny sposób używania tego cudaka. Najpierw nakładamy warstwę maskary, czyli opakowania nr 1. Po chwili, zanim wyschnie, "głaszczemy" rzęsy włókienkami z opakowania nr 2, a na koniec wygładzamy całość raz jeszcze maskarą. Dodatek "powtórz jeśli konieczne" jest dla mnie nieco śmieszny, bo w moim przypadku już jednokrotne przeprowadzenie tej procedury daje niesamowicie mocny i intensywny efekt.
   
Efekt zobaczycie na koniec, ale wypadałoby wspomnieć o nim i pisemnie ;) Otóż na rzęsach widać te maleńkie włókienka dopiero jak ktoś się przyjrzy z bliska, inaczej rzęsy wyglądają wręcz jak doklejone - są grubsze, dłuższe, po prostu piękne. Jako, że włosowe szczoteczki mi nie służą, rzęsy mogą być nieco posklejane po trzecim kroku, ale wtedy warto je porozdzielać np. grzebykiem do rzęs albo starą szczoteczką od innego tuszu, trzeba tylko uważać, żeby nie wyczesać włókienek. Efekt tych niesamowitych rzęs w ciągu dnia nieco słabnie, mam wrażenie, że włókienka po prostu odpadają, choć nie widać ich na policzkach pod oczami. Mimo wszystko wieczorem i tak rzęsy wyglądają naprawdę nieźle - może już nie jak sztuczne, ale jak porządnie wymaziane porządnym tuszem ;)
  

Ogólnie mówiąc, cacko to oceniam bardzo pozytywnie. Nie jest najtańsze, kosztuje 119zł, ale wiem, że są osoby, które spokojnie wydadzą tyle na zwykły tusz do rzęs, więc spokojnie można zainwestować także i w tego dziwaka :)
  
  
Co sądzicie o takich wynalazkach? Używałybyście? :)

sobota, 23 listopada 2013

Rimmel - Tusz do rzęs Scandaleyes Retro Glam

Dostałam ten tusz kilka miesięcy temu i ciągle podchodziłam do niego jak pies do jeża albo jak kot do włączonej suszarki do włosów ;) Dlaczego? Cóż, głównie ze względu na szczoteczkę - takie z włosia niestety się u mnie nie sprawdzają, poza tym Rimmel chyba ogólnie jeszcze nie trafił nigdy w mój gust z maskarą. Chciałam jednak dać szansę tej nowości - Scandaleyes Retro Glam. Zapraszam do czytania moich wrażeń z tego eksperymentu ;)
  
  
Opis producenta:
Czas na optycznie większe oczy i efekt sztucznych rzęs.
Lata 60 powracają w pełnym rozkwicie z pełniejszym i szeroko otwartym spojrzeniem. Z zaokrągleniami w odpowiednich miejscach, szczoteczka maskary Retro Glam w kształcie klepsydry przypominająca linię rzęs, podnosi je i nadając im odważnego looku szeroko otwartych oczu. Unikalny kształt szczoteczki został tak zaprojektowany, aby uchwycić nawet najmniejsze rzęsy, zapewniając im wyjątkową objętość bez irytujących grudek. Tajemnica maskary Scandaleyes Retro Glam to połączenie najnowszej szczoteczki z formułą, która idealnie z nią współgra. 
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 27zł / 12ml
   
 
Moja opinia:
 Nie nie i nie. W sumie na tym mogłabym zakończyć recenzję, ale wypada napisać coś więcej, prawda?
Opakowanie jest przeciętne - czarne z białymi motywami, raczej nie zapadające w pamięć - gdybym kiedyś wpadła na głupi pomysł, żeby ten tusz znowu kupić, na pewno nie odnalazłabym go od razu na półce. Szczoteczka jest tu właściwie najważniejsza. Jak już wspomniałam, nie jest ona silikonowa, tylko tradycyjna, z włosia. Moje rzęsy takich nie lubią, z małymi wyjątkami, ale ta wyjątkiem nie jest. Szczoteczka jest duża, gęsta, mocno owłosiona i raczej nie nadaje się do rzadkich rzęs jak moje. 
  
  
Jeśli chodzi o samo działanie, mam znowu ochotę powtórzyć kwestię "Nie, nie i nie" - i tak jeszcze kilka razy. Tusz niemiłosiernie skleja rzęsy, zostawia straszne grudki, a nie robi właściwie nic pozytywnego. Nie wydłuża, nie pogrubia, nie podkręca. Po prostu skleja i grudkuje. Ba, grudkuje tak, że pod brwiami nie odbijają się ślady rzęs, tylko całe grudki, MIMO rozczesania rzęs silikonową szczoteczką od innego tuszu... 
Zdjęcia, które zrobiłam do tej recenzji, zostały użyte także we wpisie na temat cieni do powiek. Już wtedy zostałam w komentarzach poinformowana, że mam bardzo brzydko pomalowane rzęsy - teraz wiecie czemu ;) Poniżej macie przykład możliwości tego tuszu...
  
  
Czy polecam? Nie, nie i nie ;)
  
Znacie jakąś dobrą maskarę Rimmela z silikonową szczoteczką?

środa, 21 sierpnia 2013

L'Oreal - Tusz do rzęs Volume Million Lashes Noir Excess

Zaczyna się u mnie mnożenie tuszów do rzęs, ale co ja poradzę, że lubię testować nowości? ;)
Teraz mam na tapecie (cóż za dwuznaczność!) tusz do rzęs marki, z którą dotąd nie miałam zbyt wiele do czynienia - L'Oreal. Podchodziłam do niej trochę jak pies do jeża, ale ostatecznie okazało się, że warto było podejść, bo tusz jest świetny :) Poczytajcie :)
  
  
Opis producenta:
Objętość bez umiaru. Czerń bez umiaru - Rzęsy którym nie można się oprzeć. Odkryj najnowszą maskarę Volume Million Lashes Excess Noir, która łączy zniewalającą głębie czerni z:
  • Legendarnym efektem miliona rzęs
  • Wyjątkowym podkreśleniem spojrzenia
  • Objętością bez umiaru
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 50zł / 9ml
  
    
Moja opinia:
Opakowanie tej maskary jest średnie - wiem, że innym się podoba, ale do mnie takie błyskotki po prostu nie trafiają. Jest metalicznie czerwone ze srebrną zakrętką i czarnymi napisami. Dość łatwo się niszczy - tusz raz mi spadł i od czerwonej części odłupał się mały kawałek lakieru, teraz jest srebrna plamka. Nadrabia za to genialna szczoteczka - wiecie, że preferuję takie właśnie, silikonowe, ta trafia w dziesiątkę. Jest spora, ale skuteczna, ma kształt zwężany w środku i na końcu, dobrze dopasowuje się do rzęs.
Tusz pachnie delikatnie i jest to zapach typowy dla tuszów - średnio przyjemny, ale do zniesienia, bo odczuwalny przez chwilę. Kolor tuszu za to jest bardzo intensywnie czarny, co jest znacznym plusem :)
  
  
Efekt, jaki można tym tuszem uzyskać na rzęsach, godny jest uwagi. Już przy pierwszej warstwie daje naprawdę ładny efekt na moich marnych rzęsiątkach. Mamy tu pogrubianie i wydłużanie rzęs, mamy nadawanie pięknej czerni i świetne rozdzielanie. Właściwie nie ma na co narzekać. Druga warstwa daje jeszcze bardziej spektakularny efekt, ale tego już niestety nie ujęłam na zdjęciach.
Jeśli chodzi o trwałość, jest bardzo dobrze. Tusz trzyma się przez cały dzień, nie kruszy się i nie znika, ale jest zupełnie niewodoodporny - najmniejszy deszczyk powoduje efekt pandy (przy czym efekt na rzęsach pozostaje taki sam, choć bardziej posklejany).
Myślę, że tusz zdecydowanie godny jest uwagi, jednak jego cena nie jest najniższa. Można znaleźć tańszy tusz podobnej jakości, ale jeżeli ktoś jest skłonny wydać 50zł na "pewnik" - kupujcie śmiało, Orlica poleca, najwyżej będzie na mnie ;)
  
  
Używałyście tego tuszu? Jak sprawdził się u Was? :)

czwartek, 4 lipca 2013

Oriflame - Tusz do rzęs Wonder Lash

Zaczynając znowu od prywaty: melduję posłusznie, że zdałam wczoraj egzamin licencjacki :) Niestety nie poszło mi tak dobrze, jak chciałam, ale podobno i tak nikt nie patrzy na ocenę... ;) Ważne, że mam wykształcenie wyższe, choć wcale się tak nie czuję... Teraz, jak podsumowałam to mój Ukochany, mam wreszcie wakacje, więc za parę dni rozpoczynam oficjalnie pracę :P
A na dziś mam dla  Was recenzję tuszu, do którego podchodziłam jak pies do jeża - wypróbowałam go kiedyś u znajomej i strasznie mnie zawiódł, ale postanowiłam dać mu drugą szansę - i słusznie, bo okazało się, że z egzemplarzem znajomej było coś nie tak (chyba po prostu był stary), a tusz jest ogólnie rewelacyjny ;) Chodzi o słynny tusz Wonder Lash z Oriflame :)
   
   
Opis producenta:
"Rzęsy, o jakich marzyłaś! Maksymalnie długie, gęste, podniesione i jedwabiście gładkie! Rewolucyjna szczoteczka 3D rozdziela rzęsy i każdą otacza warstewką tuszu, rozprowadzając go idealnie gładko, bez grudek. Super trwałe pigmenty gwarantują intensywność koloru, a mleczko z liści palmy - kopernicji odżywia rzęsy. 8 ml"
   
Gdzie i za ile: u konsultanki Oriflame, normalnie 35zł / 8ml, teraz w promocji za 19,90zł
Po rejestracji na stronie OdkryjRoznice.pl płacimy za zakupy o 30% mniej niż w katalogu :)
    
  
Moja opinia:
Tusz mieści się w kanciastym granatowym opakowaniu, dość niepozornym wg mnie - niczym się raczej nie wyróżnia. Szczoteczka jest za to godna uwagi. Jest silikonowa, taka jak lubię, ma "igiełki" dłuższe i krótsze - opracowałam już sobie dobrą metodę tuszowania rzęs z użyciem obu długości: krótką częścią nakładam tusz na rzęsy, a po chwili poprawiam i rozczesuje je długą częścią, drugą warstwę tuszu też nakładam już długimi igiełkami. Tusz jest smoliście czarny, nie pachnie zbyt intensywnie, używa się go naprawdę wygodnie. Dodam jeszcze tylko, że szczoteczka jest tak miękka w miejscu, gdzie łączy się z "patyczkiem", że zawsze mam wrażenie, że ją złamałam :P Widać to przy wycieraniu nadmiaru tuszu o brzegi opakowania, ale na rzęsach już się nie wygina ;)
  
  
Dzięki "igiełkom" o różnej długości możemy łatwo nałożyć tusz dokładnie z takim efektem jak chcemy. Przy mojej metodzie uzyskujemy super efekt wydłużenia i lekkiego podkręcenia rzęs, przy używaniu głównie krótkich "igiełek" stawiamy bardziej na efekt pogrubienia, choć wtedy łatwiej posklejać rzęsy. Jak dla mnie wynik opcji pierwszej jest bardzo zadowalający, daje u mnie efekt naprawdę długich i pięknie podkreślonych rzęs, w dodatku tusz trzyma się bez zarzutu cały dzień, wieczorem wygląda tak samo idealnie jak rano. Nie kruszy się, nie wymięka w kontakcie ze łzami czy deszczem (oczywiście pod warunkiem, że nie będziemy trzeć oczu ;)), nie znika. Nie mam mu właściwie nic do zarzucenia!
Poniżej zaraz będzie zdjęcie z efektem na rzęsach, a ja już pozwolę sobie podsumować recenzję. Przyznaję rację wszystkim wychwalającym ten tusz pod niebiosa. Wiem, że zdobył on sporo nagród, a ja chętnie przyznałabym mu kolejne. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji wypróbować - gorąco zachęcam, zwłaszcza, że w obecnym katalogu jest na niego promocja :)
    
tutaj w duecie z linerem Gosh, o którym również na dniach napiszę :)
  
Miałyście okazję używać tego tuszu? Zgadzacie się z tymi poematami na jego temat? :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Rimmel - Tusz do rzęs Scandaleyes Lycra Flex

Mam wrażenie, że całe wieki nie recenzowałam tu niczego do makijażu oczu, a ostatnimi czasy nawet się maluję, co nie zawsze mi się zdarza :P Jest to więc dobra okazja do pokazania Wam tuszu do rzęs, po którym nie spodziewałam się wiele, ale mile mnie zaskoczył. Nie jest ideałem, ale z powodzeniem mogę go używać na co dzień :) Chodzi o maskarę Rimmela Scandaleyes Lycra Flex. Oto ona:
  
  
Opis producenta:
 Elastyczna formuła wzbogacona o włókna Lycra sprawia, że rzęsy stają się gęste i zmysłowe.
Pozostają przy tym elastyczne. Specjalna szczoteczka MaxDensity obejmuje całą linię rzęs, szybko pokrywając nawet najkrótsze rzęsy w jednym prostym ruchu.
Nowa formuła pozwala na naturalny wygląd rzęs rano, a kolejne warstwy budują `skandaliczną` objętość rzęs wieczorem.

  Gdzie i za ile: wszędzie, 29zł / 12ml
  
   
Moja opinia:
Tusz mieści się w jasnozielonym pękatym opakowaniu z czarnymi napisami - jest ono całkiem ładne i przykuwające uwagę, łatwo je znaleźć w szufladce z kosmetykami. Może zajmuje troszkę więcej miejsca niż inne tusze, ale nie jest to znacząca wada. Plusem za to jest charakterystyczny "klik" przy zakręcaniu, kiedy wiemy, że opakowanie jest już szczelne :) Szczoteczka jest duża i, co stanowiło dla mnie duże zniechęcenie, z włosia - zdecydowanie bardziej wolę silikonowe. Zaskoczyła mnie jednak praktycznością, ale o tym zaraz. Tusz nie śmierdzi intensywnie - wiadomo, jego zapach nie jest najprzyjemniejszy, ale przynajmniej jest na tyle delikatny, żeby nie przeszkadzać. Już na szczoteczce widać, że kolor tuszu to intensywna czerń.
Mimo tradycyjnej szczoteczki, tusz sprawdza się nieźle na moich delikatnych i rzadkich rzęsach. Dla niektórych szczoteczka może być za duża, ale ja lubię takie i mam z nimi wprawę, inaczej pewnie niejednokrotnie wylądowałaby w oku, co nie należy do najprzyjemniejszych atrakcji ;) Efekt po nałożeniu pierwszej warstwy jest bardzo naturalny - rzęsy są podkreślone, czarne, wydłużone, ale jednak to zbyt delikatny efekt, przydaje się więc druga warstwa, która sprawia, że rzęsy faktycznie lepiej wyglądają. Pogrubia je i wydłuża, ale niestety także nieco skleja - trzeba rozczesać grzebykiem albo silikonową szczoteczką innego tuszu. Myślę, że przestanie to być problemem, kiedy tusz nieco przeschnie, choć używam go od miesiąca i na razie nic się nie zmieniło. Dodam też, że rzęsy faktycznie są miękkie i elastyczne :)
Jeśli chodzi o trwałość, nie jest źle. Nie kruszy się w ciągu dnia, choć wieczorem efekt jest znacznie subtelniejszy niż świeżo po pomalowaniu rzęs. Nie testowałam jego wodoodporności, ale i producent tego nie obiecuje, więc nie łudźmy się, że tusz wytrzyma ulewę ;)
Sama w sumie nie wiem, czy polecam. Tusz jest niezły i chętnie go zużyję, ale na pewno nie kupię więcej, bo po prostu wolę nadal silikonowe szczoteczki. Jeśli Wam takie nie przeszkadzają, tusz powinien Wam się spodobać :)
  
Poniżej jeszcze porównanie oka z tuszem i bez:
  
Co sądzicie o kolorówce Rimmela? Macie swoje hity i kity? :)

wtorek, 12 marca 2013

Virtual - Tusz do rzęs Mission Extension

Blogowe czytelniczki mają to do siebie, że lubią czytać negatywne recenzje. Raz, że pomogą one uniknąć złego zakupu w przyszłości, a dwa, że można się trochę "ponabijać" z kiepskiego produktu. Dziś więc mam dla Was właśnie taką recenzję. Chodzi o tusz Virtual - Mission Extension. Cóż, jak dla niestety mission failed...
  
  
Opis producenta:
Misja do spełnienia? Maksymalne wydłużenie! Mascara Mission Extension dzięki wąskiej i twardszej szczoteczce idealnie dociera do każdej rzęsy i precyzyjnie rozprowadza tusz bez tworzenia grudek. Kombinacja oleju z nasion jojoba oraz wosku japońskiego otula rzęsy warstwą ochronną, zapewniając trwałość i elastyczność. Kosmetyk może być stosowany przez właścicielki oczu wrażliwych i szkieł kontaktowych. Zawarty w produkcie Carbon Black zapewnia spojrzeniu magnetyzującą głębię i spektakularną czerń.
  
Gdzie i za ile: na stoiskach Virtual albo np. na Inermis.pl, ok. 14zł
  
  
Moja opinia:
Opakowanie tuszu jest metalicznie połyskujące i fioletowe z żółtymi elementami. Nie jest może tandetne, ale z elegancją również się raczej nie kojarzy... Ot, mascara dla nastolatek czy młodych kobiet ogólnie. Szczoteczka jest z włosia - wiecie pewnie, że takich nie lubię, więc tusz miał u mnie niskie noty, zanim zaczęłam go używać. Zdecydowanie bardziej wygodne są dla mnie szczoteczki silikonowe. Ta jest... cóż, po prostu normalna, bez udziwnień z kształtem czy ułożeniem włosia. Jest dość gęsta i faktycznie twarda.
  
  
Na rzęsach nie sprawdza się niestety w ogóle. W tym zakresie ma tylko jedną zaletę - kolor to faktycznie głęboka czerń, szkoda, że i tak tego nie widać... Tusz z założenia ma być wydłużający - zgoda. Moje rzęsy są długie, ale rzadkie i cienkie. Niestety efekt, jaki na nich daje jest... żaden. Kiedy pomalowałam jedno oko, siostra nie mogła rozpoznać które. Nawet dwie warstwy tuszu dają tak naturalny efekt, że właściwie go nie widać, zobaczcie same na zdjęciu poniżej.
Z trwałością jest średnio - nie osypuje się, ale znika po paru godzinach zupełnie, wtedy nawet te szczątki podkreślenia rzęs odchodzą w niepamięć. Wspomnę jeszcze, że przy nakładaniu drugiej warstwy tuszu rzęsy mogą się mocno posklejać, warto mieć szczoteczkę czy grzebyk do ich rozczesania pod ręką.
Niestety tego tuszu polecić Wam nie mogę, choć kto wie - może na krótkich, ale grubych rzęsach by się sprawdził? Mogę tak sobie gdybać, ale to nie zmienia faktu, że dla mnie nawet kiepściutki Secret Trick tej samej marki okazał się lepszy od tego...
  
  
Używałyście tuszy Virtual? Których? Jak się sprawdziły?

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Virtual - Tusz do rzęs Secret Trick

Kiedyś bardzo lubiłam kosmetyki Virtual. Nie wiem, co się zmieniło - one czy może moje oczekiwania, ale coraz częściej trafiam na kosmetyki ten marki, które niestety mi z różnych względów nie pasują. Na ten tusz bardzo się ucieszyłam - od początku spodobała mi się silikonowa szczoteczka. Okazuje się jednak, że nie jest ona gwarancją sukcesu tuszu...
  
  
Opis producenta:
Marzysz o zmysłowo podkręconych rzęsach w rozmiarze XXL? Przedstawiamy Mascarę Secret Trick marki Virtual, która idealnie rozczesuje rzęsy od nasady aż po same końce, efektownie je zagęszczając. Specjalnie zaprojektowana silikonowa szczoteczka, doskonale rozprowadza tusz i pokrywa rzęsy trwałą warstwą koloru o wyjątkowej intensywności, wyraźnie je podkręcając. Formuła wzbogacona jedwabiem oraz d-pantenolem czyli prowitaminą B5 sprawia, ze  rzęsy stają się mocniejsze i bardziej elastyczne. Produkt nie skleja rzęs, nie osypuje się i nie rozmazuje.
  
Gdzie i za ile: TUTAJ LISTA, ok. 13zł
   
  
Moja opinia:
Jak już pisałam, miałam wielkie nadzieje co do tego tuszu, głównie ze względu na szczoteczkę, która mnie jednak zawiodła. Ale zacznijmy od opakowania, które jest soczyście żółte z fioletowymi metalicznymi nadrukami - choć ta informacja jest średnio aktualna, bo napisy z mojego tuszu zaczęły znikać niemal od razu, ścierały się stopniowo - co widać już na zdjęciach, choć robiłam je tak naprawdę na samym początku testów tuszu... 
Szczoteczka jest silikonowa i oryginalnie ukształtowana - na obu końcach "igiełki" są długie, a na środku krótsze. Myślałam, że będzie to praktycznie rozwiązanie, ale nie bardzo... W efekcie szczoteczką tą łatwo na przykład upaćkać sobie powiekę przy wewnętrznym kąciku. Ten kształt się u mnie niestety zupełnie nie sprawdził.
  
  
Przed testami specjalnie odczekałam jakiś czas, aż tusz przeschnie - nie lubię takich zupełnie świeżych. Mimo tego czasu, i tak tusz strasznie długo pozostaje mokry na rzęsach i łatwo się rozmazać czy odbić sobie komplet rzęs na powiece, jeśli spojrzymy w górę. W dodatku efekt, jaki osiągamy, zdecydowanie nie jest niestety wart zachodu na moich marnych rzęsach... Zobaczcie zresztą na zdjęciu poniżej. Rzęsy są posklejane, nie ma ani ładnego wydłużenia, ani pogrubienia, ani podkręcenia. Może lepiej się sprawdzi na gęstszych rzęsach - podarowałam go już przyjaciółce, bo u mnie by się zmarnował.
Jeśli chodzi o trwałość - nie kruszy się, ale znika w ciągu dnia - po ok. 8-9 godzinach nie ma po nim śladu. Nie testowałam jego wodoodporności, ale nie sądzę, żeby dało się uniknąć efektu pandy...
Cóż, krótko mówiąc - ja nie polecam. Może to zwyczajnie nie tusz dla moich rzęs, a może jest po prostu kiepski? ;) 
   
  
Używałyście tego tuszu? Sprawdził się u Was lepiej niż u mnie czy raczej zgadzacie się z moją recenzją?

wtorek, 24 lipca 2012

Sensique - letnia kolekcja 2012

Lato w pełni, więc czas na zrecenzowanie letnich kosmetyków Sensique z bezimiennej tym razem kolekcji :) Przyznam, że była dla mnie wielkim zaskoczeniem - spodobały mi się produkty, które niemal z miejsca skreśliłam, a to, na co najbardziej liczyłam - niestety mnie zawiodło. 
  
  
Opis kolekcji:
Delikatne muśnięcia słońca, gorący piasek pod stopami, chłodna morska bryza chłodząca skórę…
Orzeźwiające górskie powietrze, bezkresny błękit nieba, krystalicznie czyste potoki…
Szum lasu, ciepło nagrzanego słońcem pomostu, chłód spokojnych wód jeziora…
i Ty przygotowana na wakacyjną przygodę.
Bądź trendy z kosmetykami z kolekcji Sensique Summer 2012.
  
Przyjrzyjmy się teraz po kolei kosmetykom:
  
   
Cena: 9,99zł
Ten kosmetyk zaskoczył mnie najbardziej... Jestem zdecydowaną zwolenniczką bronzerów - nie przepadam za różami, bez wyjątków jak do tej pory. Tym razem jednak miałam do czynienia z czymś, co określiłabym jako różo-bronzer. I takie połączenie strasznie mi się spodobało! Brązowa część zawiera lśniące drobinki, jednak nie widać ich za bardzo po nałożeniu na skórę - na szczęście... Efekt na twarzy jest znacznie świeższy niż przy samym bronzerze, idealny na lato, śliczności :) Różo-brąz jest przy tym niestety strasznie miękki - jedno maźnięcie pędzlem i cała powierzchnia kosmetyku jest w pyłku - przeraziłam się, jak pierwszy raz solidnie zakręciłam pędzlem ;) Wynika z tego słaba wydajność produktu, ale i tak nigdy nie zużyłam tego typu kosmetyku do twarzy - może tym razem się uda ;) Myślę jednak, że jesienią, zimą... wrócę do bronzera, a to cudeńko poczeka na nowy sezon.
  
  
Cena: 9,99zł
Tutaj mamy właściwie to samo, co powyżej, z tą jedyną różnicą, że różowy kolor zastąpiony został jaśniutkim cielistym beżem. Tu również część brązowa zawiera drobinki, niewidoczne na twarzy. I również bronzer ten jest bardzo miękki - trzeba uważać przy aplikacji. Efekt jest jednak bardzo subtelny - właściwie to powiedziałabym nawet, że ten bronzer jest zadziwiająco jasny jak na bronzer z letniej kolekcji. Wiecie, że jestem bladziochem, aktualnie nieco opalonym, a jednak na mojej twarzy bronzer daje ledwo widoczny efekt, chociaż ładny i naturalny. Z tych dwóch "twarzowych" produktów, stawiam jednak na różo-bronzer. 
Gdybyście były zainteresowane trzecim wariantem, czyli typowym różem, niedługo jego recenzja powinna pojawić się na blogu unappreciated, z którą "podzieliłam się" kosmetykami do testowania.
  
   
Cena: 10,99zł
Na tuszu z kolei się nieco zawiodłam. Jest to jeden z nielicznych przykładów, kiedy silikonowa szczoteczka to za mało, żeby tusz mnie zadowolił ;) Nie wiem, czy to wina samej szczoteczki czy tuszu, ale efekt na rzęsach nie powala - nie wydłuża jakoś specjalnie, nie pogrubia, ale za to skleja - trzeba się nieźle namęczyć, żeby uzyskać satysfakcjonujący efekt. Przy okazji bardzo łatwo o mało twarzowe "owadzie nóżki" i grudki na rzęsach, co widać na jednej z powyższych fotek, nieładnie... Pod koniec dnia zaczyna się kruszyć, choć właściwie faktycznie jest wodoodporna - specjalnie poszłam się w niej myć, choć tego nienawidzę. Tusz wyglądał dobrze, dopóki nie przetarłam odruchowo oka - efekt pandy jak na zamówienie ;) Sam z siebie jednak nie spływał i nie robił z nas smętnych emo ani płaczących wampirów z True Blood, więc nie jest źle pod względem wodoodporności ;)
    
Pomadka nr 1 i nr 2
   
Cena: 7,99zł
Pierwsze, co rzuca się w oczy w przypadku tych pomadek to ich tandetne opakowania - i nie mówię tu o wyglądzie, choć i tu szału nie ma, ale o jakości - zdają się strasznie kruche, aż się dziwię, że jeszcze żadne mi nie pękło przy zamykaniu. Dodać do tego bardzo specyficzny zapach, którego nie potrafię zdefiniować i na pierwszy rzut oka jest to pomadka z lat .90, z mojego dzieciństwa. Nadrabia to jednak działaniem i wyglądem na ustach. Otóż na ustach zachowuje się bardziej jak pomadka ochronna - daje tylko lekki lśniący kolor, trochę jak delikatny błyszczyk, ale ładnie nawilża usta, czuć, że są... chronione - brzmi głupio, ale mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Zawierają filtry UV, ale nie jest napisane, jakie. Niemniej, mogę powiedzieć, że z tymi pomadkami nie musimy się martwić o spierzchnięte od upału czy wiatru usta. Jeśli chodzi o kolor, wersje nr 1 i nr 2 nie różnią się między sobą jakoś znacznie - możecie to zobaczyć na zdjęciach powyżej. Mnie chyba jednak podoba się bardziej dwójeczka. Trzeci kolor, czerwony, również zobaczycie za jakiś czas na blogu unappreciated
  
Wszystkie te kosmetyki znajdziecie w Drogeriach Natura i w niektórych drogeriach Aster.
  
Załapałyście się na któryś z powyższych produktów? A może zachęciłam Was do zakupu?
Dajcie znać, co sądzicie o tej kolekcji! :)

niedziela, 8 lipca 2012

Vipera Art & Science - Tusz do rzęs Volumi Lash

Pamiętacie może z posta łupowego mały stosik kosmetyków kolorowych Vipery? Dziś mam dla Was recenzję pierwszej z tamtych rzeczy, a mianowicie tuszu do rzęs. Oczywiście jest on na silikonowej szczoteczce, bo tylko takie używam ;) A jak wrażenia? O tym zaraz...
  
  
Opis producenta:
Nadaje rzęsom wyjątkową objętość, jednocześnie je pogrubiając i wydłużając. Beczułkowata szczoteczka o dwóch długościach włókien - krótkich i długich – umożliwia idealne pokrycie wszystkich włosków, nawet tych najkrótszych.
  
Gdzie i za ile: na stoiskach Vipery, 13,50zł / 9ml
    
   
Moja opinia:
Tusz ma tradycyjne opakowanie w kolorach czerni i różu - dość ładne i wygodne, łatwo dokręcić je tak, żeby tusz wewnątrz był bezpieczny. Plusem jest fakt, że napisy się nie ścierają, mimo brutalnego traktowania w torebce ;) Najbardziej istotnym elementem tuszu jest dla mnie szczoteczka. Od dawna używam tylko silikonowych, bo takie znacznie lepiej zdają egzamin przy moich rzęsach. Oczywiście, nawet wśród silikonowych są lepsze i gorsze - muszę przyznać, że ta należy do tych lepszych. Jest tak zmyślnie zaprojektowana, że z jednej strony (powiedzmy północ i południe szczoteczki :P) ma włókna długie, idealne do rozdzielania rzęs i ich wydłużania, a z drugiej strony (wschód i zachód? ;)) ma włókna krótkie - dzięki nim rzęsy są bardziej pogrubione. W praktyce wygląda to więc tak, że najpierw nakładam tusz u podstawy rzęs tą stroną z krótkimi końcówkami, a następnie tymi dłuższymi rozprowadzam tusz na rzęsach - wtedy efekt jest najlepszy. Czyli jaki? Cóż, właściwie wszystko, co trzeba - rzęsy są rewelacyjnie rozdzielone, wydłużone i pogrubione, brakuje mi tylko podkręcenia, ale tego niemal żaden tusz nie jest w stanie zrobić w moim przypadku.
Dość istotną wadą jest dla mnie to, że tusz dość wolno schnie - w każdym razie teraz, kiedy używam go od dość niedawna (2-3 tygodnie?) i nadal jest świeży i rzadki. W efekcie czasem jeśli nieopatrznie za bardzo uniosę powieki w złym czasie, tusz może odbić się na górze. A może to też kwestia upałów...?
Jeśli chodzi o trwałość, nie mam mu nic do zarzucenia. Trzyma się bez zmian przez calutki dzień, nie kruszy się, nie znika. Jest też całkiem odporny na tarcie - w takie upały zdarza mi się zapomnieć o makijażu (nawet, jeśli to tylko tusz) i przetrzeć powieki palcami - wtedy tusz nadal pozostaje bez zmian, bez okruszków na palcach ;)
Podsumowując, tusz zdecydowanie warty uwagi. Tani, łatwo dostępny (w każdym razie u nas w Toruniu, mamy stoisko Vipery w jednej z galerii handlowych) i skuteczny - ja nie oczekuję więcej :) Ideałem nie jest, ale dołącza do mojego grona "prawie-idealnych tuszy" ;)
  
  
A jak wygląda Wasz makijaż w takie upały? Chodzicie niemal "nagie", jak ja, czy nakładacie na siebie cały arsenał w lżejszej formie? ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...