Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypieki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Orlica piecze! #10 - Dietetyczne czekoladowe ciasteczka owsiane

Naszło mnie ostatnio na wypróbowanie jakichś dietetycznych wypieków. Sprawdziłam, co mam ze składników i uznałam, że najlepiej będzie, jak zrobię jakieś ciasteczka owsiane. Wpisałam hasło w google, przejrzałam kilkanaście przepisów i właściwie żaden mnie jakoś specjalnie nie zachęcił... Ostatecznie wzięłam kartkę, długopis i sama skomponowałam swój sposób na czekoladowe ciasteczka owsiane w wersji light, biorąc po trochu z każdego czytanego przepisu ;) Powiem tak - jak na DIETETYCZNY wypiek, ciasteczka wyszły bardzo smaczne ;) Może mało słodkie, ale na pewno zdrowsze i powodujące mniej wyrzutów sumienia ;)
  
  
Przepis:
 Składniki:
  • 2 szklanki płatków owsianych górskich
  • 1,5 szklanki jogurtu naturalnego
  • 0,5 szklanki rodzynek
  • 1 białko jajka
  • 1 czubata łyżka ciemnego kakao
  • 1 łyżka cukru wanilinowego
  • 2 łyżki miodu
Białko jajka ubijamy na pianę, potem stopniowo dodajemy płatki owsiane i resztę składników. Dokładnie mieszamy, zwłaszcza, jeśli miód jest bardziej zbity niż płynny (wtedy można go wcześniej nieco rozpuścić). Całość zostawiamy na pół godziny, żeby płatki owsiane zdążyły nasiąknąć - można na ten czas włożyć do lodówki, ale nie jest to konieczne. Kiedy masa zrobi się "plastyczna", zaczynamy formować ciasteczka. Na blasze układamy papier do pieczenia, a z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i rozpłaszczamy je. Ciastka nie urosną, więc można układać blisko siebie. Z tej porcji wyjdzie ok. 20-25 ciasteczek. Blachę wkładamy na 15-20 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.
Po upieczeniu ciacha są miękkie, lekko gumowe, ale naprawdę smaczne, choć na początku może nas zaskoczyć smak ciemnego kakao, po kolejnym gryzie będzie już lepiej, bo dojdzie do głosu miód i słodkie rodzynki ;)
Zamiast jogurtu naturalnego możecie dać owocowy odtłuszczony, ale mniej miodu, można też zamienić rodzynki na inne bakalie, wszystko zależy od Waszych preferencji.
 
  
Spróbujecie? :) Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, jak Wam wyszły! :)

poniedziałek, 21 października 2013

Orlica piecze! #9 - Muffinki czekoladowo-śliwkowe

Obiecałam Wam ten przepis pewnie z rok temu... Skomponowałam go sama, po swojemu, więc może nie wszystkim pasować, bo to kaloryczne, bo to zbyt czekoladowe, bo to za dużo spulchniaczy, bo to niezdrowe. Nie szkodzi, bo wiecie co? To najlepsze muffinki, jakie zdarzyło mi się robić, zawsze wychodzą i zawsze są pyszne :)
Od kiedy się przeprowadziłam robiłam je już w nowym mieszkanku ze trzy czy nawet cztery razy i zawsze kompletnie zapominałam o robieniu zdjęć "krok po kroku", jak to zwykle publikowałam w moich przepisach, ale myślę, że poradzicie sobie i bez tego, co? ;)
  
     
Zacznijmy od składników. Będziemy potrzebować:
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • cukier wanilinowy - ile kto lubi, ja daję całe opakowanie
  • 2 czubate łyżki kakao
  • 100g czekolady - albo pokruszona tabliczka albo w formie wiórków lub groszków
  • 1 szklanka mleka
  • 100 ml oleju
  • 1 jajko
  • powidła śliwkowe (lub inny dżem lub marmolada, co kto lubi) 
  To porcja na około 15 muffinków. 
 
   
A teraz po kolei...
1. Suche składniki (mąka, cukier, kakao, soda, proszek do pieczenia, cukier wanilinowy) dokładnie mieszamy w jednej misce, razem z pokruszoną czekoladą albo wiórkami bądź groszkami. Możemy zostawić trochę czekolady do późniejszego przyozdobienia wierzchu muffinków.
2. Mokre składniki (mleko, olej, jajko) mieszamy w drugiej misce, dokładnie "rozbełtując" jajko.
3. Łączymy nasze składniki i mieszamy je łyżką, bez użycia miksera.
4. Po uzyskaniu gładkiej konsystencji przelewamy ciasto do papilotek wyłożonych na formie - nalewamy ok. 2/3 pojemności, bo to jeszcze nie koniec zabawy.
5. Na wierzch w każdej papilotce dajemy trochę powideł śliwkowych - ok. pół łyżeczki do herbaty. Jeżeli powidła pójdą na dno - nie szkodzi, nie wpłynie to na smak.
6. Wkładamy formę na 20 minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza.
7. Po wyjęciu czekamy chwilę, żeby muffinki ostygły (i przy okazji nieco klapnęły...), po czym dekorujemy je z wierzchu pozostałymi kawałkami czekolady albo czymkolwiek zechcemy.
8. Staramy się odpędzić domowników od talerza, żeby każdy miał okazję chociaż spróbować ;)
  
  
Muffinki wychodzą mocno czekoladowe, słodkie, przepyszne, te powidła zupełnie zmieniają ich smak, zwłaszcza, jeżeli goście nie spodziewają się w nich nadzienia ;) Ważne jest też, że robi się je bardzo szybko, więc sprawdzą się nawet przy okazji nieplanowanej wizyty gości ("Ooo, hej! Wejdźcie, za pół godziny będą muffinki!" ;)).
  
Spróbujecie? ;)

poniedziałek, 9 września 2013

Orlicowe gniazdko - Już na swoim :)

Od wtorku jestem już na swoim. Przewiozłam wszystkie rzeczy, zorganizowałam się w nowym mieszkanku, teraz staram się zadomowić ;) Właściwie czuję się tu już jak u siebie, ale np. sypiam jak w obcym miejscu - kwestia przyzwyczajenia się. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem niesamowicie szczęśliwa, mając swój kącik, nawet jeżeli ten kącik to 36m2 na czwartym piętrze na blokowisku :)

Przedstawiam mój uroczy widok z kuchennego okna:
 
   
Wprowadzałam się do w pełni wyposażonego mieszkania, ale oczywiście w miarę "zamieszkiwania" okazywało się, że brakuje coraz to nowych rzeczy. Ostatecznie wydałam już kupę pieniędzy (a to dopiero początek!) na różne pierdółki do kuchni itd, ale z każdą wydaną dyszką czułam się jeszcze lepiej - wyposażałam swoje gniazdko!

  
Kupiłam łazienkowy zestaw naczyń na szczoteczki, mydła itd., gąbki, myjki, cuda do mycia naczyń, miski do mieszania (po robieniu muffinek w starych garnkach musiałam ;)), łapawice, papilotki, miski i wieeele innych. Zaadoptowałam też słoiki po balsamach do ciała (oczywiście oczyszczone odpowiednio) do kawy i herbaty - na największym zdjęciu - prawda, że ładnie wyglądają? :) Kuchnia i łazienka są coraz bardziej moje i coraz chętniej tu mieszkam. 
  
A wiecie, jaka to przyjemność mieć pseudo-toaletkę w łazience?
  
   
Wszystko w jednym miejscu, z wygodnym lustrem, obok szufladki z całą kolorówką... Uwielbiam ten kącik, choć może to teraz zalatywać próżnością :P Przyznam szczerze, że dzięki tej łazience znowu o siebie zadbałam - w ostatnim czasie trudno mi było znaleźć chwilę dla siebie, na małe spa - ba, nawet kremów do twarzy prawie nie używałam! Teraz na wannie mam cały wybór płynów i soli do kąpieli (w domu rodzinnym nie miałam na to miejsca), więc liczę, że i zużycia będą szły sprawniej ;)
  
I jeszcze coś, o czym zawsze marzyłam, co wyda Wam się dziwne - szafa z wieszakami:
  
  
Pewnie zdecydowana większość takie szafy posiada - mi do tej pory jakoś nie było dane ;) Teraz miałam niesamowitą frajdę z wieszania moich sukienek i innych ciuchów na wieszakach - nagle uznałam, że zdecydowana większość mojej garderoby powinna wisieć, a nie leżeć złożona, ale na to nie pozwolił metraż szafy i ilość wieszaków :P Łapię się na tym, że otwieram tę szafę i po prostu przesuwam wieszaki, podziwiając wiszące tak ubrania - głównie sukienki właśnie. Jestem dziwna? ;)
  
A żeby nie było zbyt pięknie - nadal mam kilka kartonów z różnymi drobiazgami do rozpakowania, a zupełnie nie mogę się za to zabrać...
  
  
Na koniec jeszcze pochwalę się wypiekiem - piekarnik otrzymał już chrzest bojowy i choć pierwszy raz piekłam w gazówce, myślę, że taki rodzaj będzie mi bardziej odpowiadać, bo muffinki wyszły lepiej niż kiedykolwiek:
  
   
Zaraz zapewne pojawią się pytania o przepis, bo to te "słynne" czekoladowo-śliwkowe muffiny, które obiecałam Wam już pewnie z rok temu... Powiem tak - przepis mogę napisać, ale tym razem bez zdjęć krok po kroku, bo aparat odmówił posłuszeństwa. Co Wy na to? :)
  
Wiem, że sporo z Was teraz też zmieniało swoje miejsce, więc zapytam - jak tam Wasze przeprowadzki?
 
Wybaczcie to moje pianie z zachwytu nad tym mieszkankiem, ale nie da się ukryć - nie sądziłam, że będę tak szczęśliwa po przeprowadzce :) Jeszcze tylko stałego współlokatora w postaci Ukochanego brakuje - na razie ze mną pomieszkuje, nie mieszka.

sobota, 30 marca 2013

O książkach, szminkach, pieczeniu i zwierzakach...

Mam wrażenie, że te moje posty "o niczym", które publikuję co jakiś czas, są jakimś odpowiednikiem postów typu "przegląd tygodnia" na innych blogach. U mnie jest to przegląd z większego okresu, tak po prostu, żeby dać Wam znać, co u mnie słychać poza blogowaniem, choć i tak wielu z tych rzeczy dowiadujecie się na bieżąco choćby z blogowego fanpage'a na FB ;)
W każdym razie, co tam u mnie?
  
  
Przytargałam ostatnio sporo książek z biblioteki, część dla siebie, część dla mamy. Z tych powyższych przeczytałam na razie "Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowskiej i "Mroczny sekret" Bray. Za jakiś czas napiszę Wam parę słów o nich przy okazji naszego kącika czytelniczego ;)
  
   
Od jakiegoś czasu szukałam szminki, której odcień sobie wymyśliłam - jakiś brudny kremowy róż. Nie znalazłam nic ciekawego w drogeryjnych markach, aż w końcu trafiłam na kolor idealny w... chińskim sklepie. Szminka kosztowała aż 3zł, jest marki Baolish, która oczywiście nic mi nie mówi ;) Poza strasznie tandetnym opakowaniem jest całkiem niezłej jakości :)
  
  
Ze smaczniejszych tematów - eksperymentuję ostatnio w kuchni. Wyszukuję ciekawe przepisy, zabieram lapka do kuchni i piekę ;) Trafiłam na przepis na świetny wieniec czekoladowo-orzechowy, ale zupełnie nie szło, jak robiłam wg zaleceń. Musiałam pozmieniać sporo w proporcjach, ale i tak "coś tam" wyszło:
  
  
Moją przeróbką przepisu się niestety nie podzielę, bo szybko pogubiłam się w zmianach, jakie wprowadzałam ;) W efekcie wieniec wyszedł pyszny, ale zupełnie inny od tego, jaki miał być ;)
  
  
Po niedawnym zapaleniu krtani serwuję sobie codzienną porcję zdrowych pyszności, czyli herbata lipowa z miodem i cytryną - gardziołko mam jak nowe ;) Wiem, że smak herbaty lipowej nie do wszystkich przemawia, ale wydaje mi się, że to kwestia przyzwyczajenia, mi też na początku nie smakował, a teraz go uwielbiam ;)
  
  
Nie mogę nie wspomnieć o Missy - naszej nowej cudownej domowniczce, która na każdym kroku niesamowicie mnie rozczula. Jest po prostu przeurocza, niezależnie od tego, czy śpi, czy zrzuca z szaf porcelanę ;) Uwielbia spać wtulona we mnie, np. wzdłuż mojego uda, jak siedzę przy lapku - tak jak na zdjęciu powyżej. Czyż nie jest przesłodka? :)
  
   
A Tymon w sumie nie gorszy! Na zdjęciu powyżej śpi z moim 6-letnim bratem, oczywiście obaj w poprzek łóżka, a jakże ;) Kiedy mały był chory, Tymon ciągle z nim leżał, będąc żywym okładem z kota. Co prawda możliwe, że to dlatego, że mały miał dużą gorączkę, a Tymon się o niego grzał, ale ćśśś, trzeba wierzyć w kocią bezinteresowność ;)
  
  
No a jak już wspomniałam o kotach, to muszę wspomnieć też o Lady, żeby się nie obraziła. Aktualnie dokazuje z Missy i Tymonem, gonią się w trójkę, dopóki Lady nie ma dość - wtedy na nie warczy, a koty zmieniają się nagle w koty norweskie (czyt.: napuszają się jak tylko się da) i czmychają po kątach ;)
Istny dom wariatów, ot co ;)
   
Większość z Was jest pewnie w wirze przygotowań do świąt (ja notkę też na raty piszę), jak Wam idzie? :)
  
PS: Jak Wam się podoba nowe menu podstron na górze bloga?

piątek, 15 marca 2013

Orlica piecze! #8 - Tarta jabłkowo-cynamonowa

Ojoj, całe wieki nie dawałam tu żadnego przepisu, prawda?
Jakiś czas temu wkręciłam się w pieczenie tart, a zaczęło się od takiej "w proszku" kupionej za grosze w Lidlu. Upiekłam ją dwa razy korzystając z tego półproduktu, ale w końcu wzięło mnie na ambicję pod tytułem "przecież umiem upiec ją sama". Wycięłam więc z kartonika skład mieszanki, podumałam chwilę nad proporcjami i upiekłam. Tarta wyszła przepyszna, choć znalazła się mała rzecz do poprawki, co natychmiast zrobiłam. Tutaj pokażę Wam oczywiście wersję ostateczną :)
    
  
Przygotujcie się najbardziej naładowany zdjęciami post w historii bloga :P Przepis jest ogólnie mówiąc całkiem prosty, ale jakoś nie umiałam streścić go w kilku krokach, może dlatego, że mi samej łatwiej jest wszystko wypunktować i dokładnie rozpisać :) Zapraszam więc do lektury :)
  
Czego potrzebujemy?
+ 300g mąki pszennej
+ 150g (+ 4 łyżeczki) cukru
+ łyżeczka proszku do pieczenia
+ pół paczki budyniu albo 2 łyżki skrobi ziemniaczanej
+ szczypta soli
+ 1,5 łyżeczki cynamonu
+ 1 jajko (samo białko)
+ 150g miękkiego masła albo Palmy
+ 1 kg jabłek - ok. 6 średnich (oczywiście musiałam o tym drobiazgu zapomnieć na zdjęciu)
+ forma do tarty

  



W misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia i odrobinę soli.






  




Odzielamy białko od żółtka i 3/4 białka wlewamy do suchych składników. Dokładamy też pokrojone na kawałki masło.









Teraz najmniej przyjemna część - wyrabiamy ciasto do uzyskania gładkiej konsystencji - w miarę szybko, żeby masło nie zdążyło się roztopić.
   








Gotowe wyrobione ciasto dzielimy na dwie części - 2/3 i 1/3. Mniejszą kulkę wkładamy na razie do lodówki.








Większą kulkę rozprowadzamy na formie do tarty. Jeśli stosujemy taką jak ja, silikonową, nie ma potrzeby, żeby dodatkowo smarować ją tłuszczem, ciasto i tak idealnie od niej odchodzi. Rozprowadzamy je tak, żeby przy brzegach była "ścianka" o wysokości ok. 2cm.








Jabłka obieramy, usuwamy gniazda nasienne i kroimy w kosteczkę. Inną szkołą jest krojenie na plastry, ale jest wtedy więcej zabawy z układaniem i ciasto wygląda wg mnie mniej ciekawie ;)









W małej miseczce przygotowujemy mieszankę - pół paczki budyniu lub dwie łyżki skrobi ziemniaczanej, 1,5 łyżeczki cynamonu i 4 łyżeczki cukru. Dokładnie mieszamy...










... i dosypujemy do pokrojonych jabłek. Mieszamy znowu tak, by wszystkie jabłka pokryły się brązowym kolorem.









Teraz układamy jabłka na formie. Będą nieco wystawać ponad nią, ale nie szkodzi, a wręcz o to chodzi, bo w czasie pieczenia i tak stracą nieco na objętości.







Wyjmujemy pozostałą część ciasta z lodówki i rozwałkowujemy. Teraz wykrawamy z niego pasy, starając się, żeby były w jednym kawałku ;) Ja niestety zapomniałam o lodówce i ciasto było bardzo miękkie - pasy rwały mi się w palcach, nie było to łatwe zadanie... Mój błąd.
  






Układamy pasy na cieście, w ten sposób jak na zdjęciu. Można się pobawić w ich przeplatanie, ale na pewno nie w przypadku miękkiego ciasta, poza tym takie 3 pasy pionowe i 3 poziome też wyglądają całkiem efektownie :) Pozostałym ciastem możemy wzmocnić brzegi na formie.








Bierzemy odłożoną 1/4 część białka i smarujemy nią pasy i brzegi naszej tarty, żeby ładnie się zarumieniły przy pieczeniu.










Wkładamy teraz tartę do piekarnika nagrzanego do 180 stopni z termoobiegiem i pieczemy przez 40-45 minut.







  Po tym czasie wyjmujemy ciasto z piekarnika i dajemy 10 minut na ostygnięcie, wtedy delikatnie przekładamy z formy na talerz. Najlepiej podać od razu, bo na ciepło jest przepyszne - możemy dodać do tego gałkę lodów czy bitą śmietanę, tarta zrobi jeszcze większe wrażenie :)
SMACZNEGO! :)




  
A tak wyglądała moja tarta 5 minut po przełożeniu na talerz ;)

Jeśli skorzystacie z przepisu, koniecznie dajcie znać, jak Wam wyszło, zdjęciami Waszych wypieków też nie pogardzę, śmiało piszcie na maila! :)

wtorek, 8 stycznia 2013

O jabłkowej tarcie, różowym winie, zdrowych przekąskach, dobrym filmie i głupiej grze

Jak sam tytuł posta wskazuje, dziś napiszę Wam o wszystkim po trochu, czyli można powiedzieć, że o niczym. Po prostu chyba pora na kolejnego pogaduchowego posta? ;)
Właściwie na tematy, o których chcę dziś wspomnieć, składają się tylko elementy kategorii "Czas wolny", którego teraz za dużo nie mam. Jeśli jednak znajdę godzinę dla siebie, korzystam z niej jak się da :) Oto kilka moich sposobów :)
  
  
Odkryłam ostatnio cudowną rzecz, jaką są tarty! Swoją pierwszą upiekłam na Sylwestra - to ta na zdjęciu, jabłkowa z cynamonem. Ukochany był wniebowzięty, wszystkim pozostałym również smakowało, a ja byłam dumna - zwykle moje wypieki albo wyglądają, albo smakują - tutaj wyszło dobrze wszystko :D OK, przyznaję się - to ciasto częściowo z gotowca w proszku kupionego w Lidlu za grosze. Mimo to tarta tak mi się spodobała, że od razu zamówiłam silikonową formę (już wypróbowana, sprawdza się świetnie!) i próbowałam dalej. Chcę jeszcze odtworzyć od początku po swojemu tę wersję z Lidla, jak mi się uda - na pewno podzielę się przepisem :) Tymczasem częstujcie się tą ze zdjęcia :D
Pieczecie tarty? Polecicie jakiś ciekawy tani przepis?
     
  
A to z kolei sposób na wieczór z siostrą - dobre różowe wino (najlepiej pite z ulubionych kubków :P) i dobry serial. Aktualnie wciągnęło nas "Supernatural", ale siostra została daleko w tyle z odcinkami ;) Zawsze jednak jakaś wymówka do kieliszka wina przy filmie / serialu się znajdzie. Moje ulubione wino ostatnimi czasy to różowe Carlo Rossi, choć dość często zmienia mi się smak w tej kategorii ;) I niestety - żaden ze mnie znawca win, więc nazw prawie nie kojarzę i szybko zapominam, to bliscy muszą mi mówić czy "A to lubię?" ;)
Przyznać się, kto wieczory spędza z winem albo "soczkowym" piwem jak Redd's? ;)
  
  
A tu dla równowagi - coś zdrowego. Uwielbiam owsianki i pewnie należę w tym w do mniejszości, ale nie szkodzi. Z kupnych najbardziej lubię tanie, Lidlowe, oraz te marki NesVita, choć byłam przekonana, że mają 3-4 smaki - więcej w sklepach nie widywałam. Okazało się jednak, że smaków jest 7 i jeszcze ponoć szykują się nowe :) Z dotychczasowych uwielbiam śliwkową, z czerwonymi owocami i z mlekiem, jabłkiem i cynamonem - są obłędne, świetne na drugie śniadanie. Na razie traktuję je jako przekąskę w ciągu dnia, ale jestem pewna, że kiedy powrócę do diety, będą stanowić stały element mojego jadłospisu :) Oczywiście nie tylko takie saszetkowe, ale i robione w domu po swojemu - ze świeżymi owocami itd, mniam!
Jesteście jak ja zwolenniczkami owsianek czy może wierzycie, że "owsianka ble fuj"? :D
   
     
Odejdźmy na razie od kulinarnych tematów ;) Głośno ostatnio o filmie "Hobbit". Zarówno ja, jak i mój Ukochany, jesteśmy miłośnikami szeroko pojętej fantastyki, z twórczością Tolkiena na czele. Przyznam jednak, że w porównaniu do Ukochanego, jestem laikiem - on ma całą historię Śródziemia, nie tylko tę opisaną we "Władcy Pierścieni", w małym paluszku. W każdym razie w ubiegłą środę postanowiliśmy wykorzystać kupione wcześniej vouchery do kina i udaliśmy się do Cinema City, oczywiście na "Hobbita". Film oceniam na 7/10 - było kilka świetnych scen walki, oszałamiających widoków, zabawnych gagów i przede wszystkim utwór, przy którym ciągle mam ciarki - KLIK - trzeba podgłośnić ;) Mimo wszystko, bardzo żałuję, że tak krótka powieść została rozbita na 3 (!) części, po pierwszej miałam niedosyt, mimo że trwała ok. 3 godzin. I jeszcze ciekawostka - niektóre krasnoludy są naprawdę godne uwagi ;)
Widziałyście już "Hobbita"? Jak się podobał?
  
   
Na koniec jeszcze parę słów o kompletnym odmóżdżaczu, czyli... facebookowej grze Cafe World. Próbowałam FarmVille, próbowałam Angry Birds, ale nic mnie tak nie wciągnęło jak ta gierka. Polega ona na prowadzeniu restauracji - tak w skrócie. Możemy dowolnie zmieniać wystrój, gotować tematyczne dania, np. kuchni chińskiej, wykonywać zadania, realizować zamówienia cateringowe. Jest to gra społeczna, więc żeby w niej funkcjonować, potrzebujemy oczywiście masy znajomych, którzy też grają i którzy wyślą potrzebne rzeczy albo klikną odpowiednie bonusy ;) Cóż, znalazłam więc przeznaczenie dla mojego "nadprogramowego" konta na FB - nie męczę moich znajomych, ale za to "zaznajomiłam się" z obcymi ludźmi, grającymi w Cafe World. Brzmi nerdowo, nie? ;) Nie szkodzi. Wbrew pozorom gra nie pochłania zbyt dużo czasu, dwa razy dziennie wejdę i kliknę co trzeba i interes się kręci :P
Dałyście się kiedyś wciągnąć w tego typu grę? Jaką? :)
  
Ode mnie to by było tyle.
Teraz czekam na Wasze komentarze - mogą dotyczyć tego, co napisałam, ale możecie też napisać cokolwiek Wam leży na sercu albo co ciekawego Wam się zdarzyło ;) Śmiało, piszcie co u Was! 
Spędzam dziś większą część dnia przy kompie robiąc projekt, więc chętnie urozmaicę sobie czas, pisząc z Wami :) Zapraszam do komentowania :)

wtorek, 30 października 2012

Zabawa barwnikami spożywczymi

Są bloggerki, które po mistrzowsku zdobią paznokcie milionem kolorów.
Są bloggerki, które na swoich oczach i twarzach potrafią stworzyć dzieła sztuki.
Są bloggerki, które wyczarowują piękną barwną biżuterię.
Są bloggerki, które chętnie pstrzą swojego bloga wszystkimi kolorami tęczy.
A ja barwię... wypieki ;)
  
  
Parę miesięcy temu kupiłam sześć saszetek barwników spożywczych. Kosztowały mnie grosze - jeśli dobrze pamiętam ok. 1-2zł na Allegro, od użytkownika Cake Land :) Wybrałam dość uniwersalne kolory: czerwony, zielony, pomarańczowy, niebieski i dwa rodzaje fioletu - bo przecież nie byłabym sobą ;) Ciekawostką jest fakt, że niektóre z nich w wersji saute mają inny kolor niż ten docelowy.
Barwniki te są niesamowicie wydaje - wystarczy szczypta (zdecydowanie odradzam "szczyptanie" palcami ;)) do zabarwienia dużej ilości ciasta, a wielkością owej szczypty możemy dodatkowo regulować nasycenie koloru. Większość z nich bardzo łatwo rozprowadza się w masie - najlepiej w dość rzadkiej. Problemy są z jednym z fioletów, który barwi równomiernie, ale zostawia niebieskie punkciki. 
 Pokażę Wam teraz parę moich wypieków z użyciem tych barwników:
  
 
Moje podejście pierwsze - krem z zielonej herbaty. Znalazłam przepis na ulotce z Biedronki i okazał się kompletnie niejadalnym niewypałem, bleee... Ale chociaż ładnie wyglądał lekko zabarwiony na zielono ;)
 
 
To "dzieło" pokazywałam Wam już tu jakoś w marcu - kopiec Shreka upiekłam na swoje urodziny. Jak widzicie, użyłam tu więcej barwnika, przez co zieleń masy jest znacznie intensywniejsza. A wyobraźcie sobie miny gości, kiedy zobaczyli kolor po rozkrojeniu ciacha ;)
 
   
Tutaj już typowo barwnikowa zabawa - piekłam zwyczajną babkę, w ostatnim etapie rozdzieliłam masę na pół i każdą część zabarwiłam inaczej, wlewając później jednocześnie do formy. Efekt wyszedł świetny, muszę tego kiedyś spróbować z innym ciastem i może innymi kolorami ;)
  
   
To zaś jest najświeższy eksperyment - zabarwiłam część kokosanek na fioletowo. Jak widzicie, są tu te niebieskie punkciki, o których wspominałam. Poza tym kokos z wierzchu i tak się spiekł i zarumienił na beżowo, więc musiałam je nieco "obskubać", żeby dotrzeć do fioletu ;)
  
Jeśli macie ochotę na odrobinę szaleństwa w kuchni, zdecydowanie polecam te barwniki :) Dużo nie kosztują, a dostarczają frajdy i nam i gościom ;) Dodam też, że nie warto stosować ich w przepisach, gdzie wymagana jest soda oczyszczona - sprawi ona, że kolor w ogóle się nie przyjmie.

Bawicie się w ten sposób z wypiekami? A może dekorujecie je inaczej?
Chętnie nabiorę od Was trochę inspiracji ;)

piątek, 26 października 2012

Orlica piecze! #8 - Banalne kokosanki

Już caaałe dłuuugie miesiące nie publikowałam tu żadnych słodkości! Najpierw było lato, kiedy nie chciało mi się stać w gorącej kuchni z gorącym piekarnikiem, później była dieta, a teraz jest "podiecie" - czas, kiedy jestem w stanie zasłodzić się na amen kostką czekolady. Ale jednak coś tam wczoraj upiekłam - padło na najprostszą rzecz o jakiej słyszałam, czyli na kokosanki!
  
  
Właściwie przepis ten mogłabym streścić w dwóch zdaniach, ale a nuż znajdzie się ktoś, kto będąc laikiem będzie chciał je upiec ;) Przepis jest banalny i nie ma chyba nic, co mogłoby nie wyjść - poza wyglądem w moim przypadku, chyba pokłócę się z piekarnikiem, bo coś mnie nie słucha ostatnio. W każdym razie, zapraszam do tej mini lektury ;)
  
   
  
  
Czego potrzebujemy?
- 400g wiórków kokosowych
- szklankę cukru
- 4 białka jajek
- szczyptę soli
I nic więcej! ;)
 Uprzedzam, że to proporcje dla dużej rodziny ;)
  
  
  
   
  



  
Białka wbijamy do miski, dodajemy szczyptę soli i ubijamy.










Kiedy piana będzie już prawie sztywna, stopniowo dosypujemy cukier, cały czas ubijając.










Kiedy cukier już w pełni się rozpuści i powstanie krem zamiast piany, odkładamy ubijaczkę, wsypujemy kokos i delikatnie mieszamy całość łyżką.







Z powstałej masy formujemy grudki i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170 stopni na 20 minut.







Wyciągamy blachę z piekarnika, dajemy kokosankom chwilę wyschnąć i możemy od razu serwować - ciepłe są najlepsze, mniam! :)
Smacznego! :)





  
Jak widzicie, przepis jest naprawdę banalny, a przy tym szybki i przede wszystkim smaczny.
Polecam zwłaszcza osobom często piekącym ciasta drożdżowe itd, cierpiącym na nadmiar samych białek w lodówce :P
Dajcie znać, jeśli wypróbujecie :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...