Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lirene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lirene. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 kwietnia 2014

Lirene Magic Make-up - Krem / Fluid - 01 Jasny

Coś kolorówkowo się tu zrobiło ostatnio, ale obiecuję, że kolejne recenzje będą już pielęgnacyjne ;) Dziś mam dla Was recenzję nowości od Lirene - Magic Make-up, czyli kremu, który zmienia się we fluid. Przyznam szczerze, że sama nie stosuję od jakiegoś czasu żadnych podkładów, ale wiem, jaką ciekawość wzbudził w Was ten produkt, więc przekazałam go do zrecenzowania mojej przyjaciółce Sandrze, którą mogłyście poznać jako meSS albo Seraphine. Zobaczcie, co Sandra ma do powiedzenia na jego temat :)
 
"Bardzo sobie ceniłam podkłady z Lirene. Używałam do tej pory kilku i nigdy żaden mnie nie zawiódł. A kiedy zostałam poproszona o sprawdzenie ich nowego "dziecka" ucieszyłam się co niemiara i nie rozstawałam się z nim przez kilka dobrych tygodni. Jakie więc moje zdanie na jego temat? Zapraszam do lektury."
 
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 30zł / 30ml 
 
Opinia Sandry:
Produkt otrzymujemy w czarnej tubce o objętości 30 ml. Sama formuła to biały, dosyć gęsty krem z mikrodrobinkami w kolorze właściwego podkładu. Odcień, który przypadł mi do testów to 'jasny'. I dobrze, bo z Lirene to zawsze najjaśniejsze podkłady mi pasowały. Niestety ten kolor okazał się dla mojej cery wściekle pomarańczowy. Na początku w ogóle tego nie zauważałam, po kilkunastu dniach dopiero w lustrze zobaczyłam, że wieczorem podkład odcień jest dużo ciemniejszy niż rano. Zaraz po nałożeniu skóra wygląda ładnie, o ile nie posiada się niedoskonałości, bo tych 'magiczny krem' niestety nie zakryje. Jednak wieczorem i przy dłuższym używaniu odznacza się na skórze i nie wygląda ona na rozświetloną czy wygładzoną, co obiecuje producent. Ponadto ja mam skórę mieszaną, na policzkach i czole wysuszoną, a ten produkt bardzo podkreślił mi wszystkie skórki, wręcz do tego stopnia, że koleżanka z pracy pytała, na co jestem tak uczulona, że skóra mi schodzi.
 
  
Jest jeszcze jedna cecha, która strasznie przeszkadza i odejmuje temu kremowi - trzeba bardzo uważać na dokładne rozprowadzenie podkładu, gdyż każde niedopatrzenie kończy się w jego przypadku nieestetyczną smugą, która, jak już wcześniej wspomniałam, ciemnieje z godziny na godzinę. I to wszystko generalnie byłabym mu w stanie wybaczyć, bo moja skóra nie jest idealna, może u innych mógłby się sprawdzić, jednak ja nie znoszę kiedy podkłady i produkty do twarzy nie chcą wieczorem się zmyć. A z tym miałam niezły ubaw, zwykle bowiem zmywam twarz płynem micelarnym lub żelem do twarzy. W przypadku Magic Make-Up musiałam używać jeszcze wody z mydłem i jeszcze raz żelu, aby moja skóra była w miarę czysta i nie pokryta pomarańczową mazią.
Ja niestety daję temu produktowi duże NIE, jednak znam osoby, u których on się sprawdził. Wg mnie będzie idealny dla osób o średniej karnacji bez niedoskonałości i które nie spieszą się zbytnio przy porannym makijażu. W innym wypadku warto poszukać czegoś innego. Ja natomiast pozostanę fanką poprzednich, udanych podkładów od Lirene i udam, że ten bubelek wcale nie istnieje :)
  
  
Używałyście tego dość kontrowersyjnego produktu z kategorii "Love it of hate it"? ;) Jak się u Was sprawdził?

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Lirene Youngy 20+ - Nawilżający płyn micelarny

Kiedy Lirene wypuściło serię Youngy 20+ byłam wniebowzięta - wreszcie kosmetyki dla młodej cery, ale niekoniecznie mocne przeciwtrądzikowe itd., czyli coś idealnego dla mnie, skoro już nie mogę od kilku lat używać Under 20 ;) Cała seria niesamowicie mnie zaintrygowała i jak tylko mogłam, zabrałam się do pierwszych testów. Na pierwszy ogień do recenzji poszedł płyn micelarny. A raczej... nawilżająca fiesta meksykańska z papają z tańczącymi drobinkami z witaminą E ;)
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 15zł / 200ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Kształt opakowania jest dokładnie taki sam jak w przypadku dziesiątek innych produktów Lirene, jednak design tym razem nieco wybiera poza zwykłe ramy marki. Mamy tutaj sporo wesołych kolorów, zawijasów, ozdobne czcionki, grafiki... Wszystko jednak w granicach rozsądku i muszę przyznać, że ten design (ogólnie dla całej serii) strasznie mi się podoba - nie jest zbyt stonowany ani zbyt "nastoletni" - jest po prostu YOUNGY :D Uroku dodają też niewątpliwie te kolorowe kuleczki pływające w samym płynie.
Płyn micelarny, jak przystało, ma konsystencję wody. Jest oczywiście zupełnie bezbarwny, jeśli nie liczyć wspomnianych kuleczek z witaminą E. Pachnie ślicznie, owocowo i świeżo, ale nie jest to konkretny zapach. Dla co wrażliwszych może być zbyt intensywny, ale mnie bardzo pasuje :)
  
  
Jeśli chodzi o działanie, zdążyłyście już na pewno zauważyć, że micele Lirene są zawsze numerem jeden u mnie - nie różnią się znacząco w działaniu między sobą, ale wyróżniają się na tle innych. Ten jest wyjątkiem, bo jest również nieco inny od "rodzeństwa". Przed użyciem należy go wstrząsnąć, by wprawić w ruch kuleczki, które normalnie opadają na dno i tam zostają. Nie wiem, czy jest to dobry pomysł, bo kuleczki mnie mocno irytują przy demakijażu. Płyn dobrze zmywa cały makijaż, jak zwykle nie mam tu nic do zarzucenia, jednak jeśli na waciku znajdzie się jakaś kuleczka, zostawia ona na powiece pomarańczowe smugi, które również trzeba ścierać. Jak dla mnie to dodatkowa robota, a nie zauważyłam, żeby same kuleczki wpływały na działanie płynu. Świetnie wyglądają w butelce, ale wg mnie na tym ich udział się kończy. Dodam jeszcze, że płyn jest bardzo wydajny :)
W tej chwili ten płyn micelarny to mój nr 1 - dobry tak samo jak inne micele Lirene, ale ciekawiej wyglądający ;) Nie mówię, że nie będę nigdy używać innych, ale na razie zostaję przy tym :)
  
  
Co myślicie o takich witaminowych kuleczkach w produktach tego typu? ;)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Lirene - Peeling enzymatyczny

Wybaczcie znowu mały zastój, mam znowu natłok wrażeń - egzaminy, praca, dentysta, a do tego potrącił mnie samochód. Duuużo wrażeń, ale pocieszam się, że święta za pasem ;)
Moja cera mieszana lubi porządne zdzieraki. Mimo to czasem próbuję także innych metod złuszczania - jak np. peelingu enzymatycznego. Jeden już miałam i średnio spełnił moje oczekiwania, teraz uznałam, że sprawdzę też inny - padło na Lirene. Okazuje się, że enzymatyczne po prostu nie są dla mnie ;)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 16zł / 75ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Peeling zamknięty jest w różowej zakręcanej tubce, stawianej na zamknięciu. Design jest prosty, charakterystyczny dla Lirene, przyjemny dla oka. Praktyczność opakowania oceniam raczej na minus - zakręcanie i odkręcanie tubki jest niewygodne, zwłaszcza, kiedy mamy do dyspozycji jedną rękę. Nie można raczej zostawić tubki odkręconej, bo peeling jest dość rzadki, więc może się wylać. O wiele wygodniej byłoby, gdyby zamknięcie było tradycyjnym zatrzaskiem.
Peeling ma bardzo delikatny, wręcz ledwo wyczuwalny zapach - typowo kosmetyczny, nie pachnie niczym konkretnym. Ma biały kolor i jest lekko przejrzysty, taki żelowy, same zobaczcie na ostatnim zdjęciu.
  
  
A co w praktyce peeling ten robi na mojej twarzy? Cóż, w dużym skrócie - NIC.
Używałam go kilka, może kilkanaście razy i nigdy nie zauważyłam różnicy w wyglądzie czy stanie cery. Zachowywała się ona tak, jakby miała grubszą warstwę nic nie robiącego kremu, którą później zmyłam. Po prostu w moim przypadku efekt zerowy. Nie mam się za bardzo co więcej na ten temat rozpisywać, jednak wspomnę, że prawdopodobnie peeling będzie zachowywał się inaczej na kimś... ekhm, mniej gruboskórnym - nie da się ukryć, że moja cera do delikatnych czy wrażliwych nie należy.
Sama dam go do spróbowania jeszcze mojej siostrze z odpowiedniejszą cerą, wtedy może uzupełnię tę recenzję i o jej opinię :)
  
  
Jakie peelingi stosujecie najchętniej? A może macie jakieś przepisy na domowe?

wtorek, 26 listopada 2013

Lirene Ideale - Fluid matująco-rozświetlający Glam&Matt - 01 jasny

Kiedy jakiś czas temu pokazywałam Wam nowości Lirene, większość z Was była bardzo zainteresowana nowym podkładem tej marki, który i na mnie zrobił spore wrażenie. Popędzałyście mnie regularnie w kwestii jego recenzji, więc oto jest - możecie poczytać moją opinię na temat fluidu matująco-rozświetlającego Ideale Glam&Matt :)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok.40zł / 30ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Tym razem z wielkim entuzjazmem zacznę od opakowania, bo jest wg mnie duuużym plusem. Otóż Lirene dorobiło się szklanych buteleczek! Opakowanie w związku z tym jest ciężkie, ale bardzo eleganckie, kojarzy się ekskluzywnie. Co prawda nie chciałabym, żeby buteleczka ta spadła mi w łazience na kafelki, ale jak na razie, odpukać, nic takiego się nie stało ;) Przy okazji wspomnę, że nawet "droższe siostry" Lirene, czyli Dr Irena Eris i Pharmaceris nie mają szklanych opakowań fluidów :)
Sam fluid jest dość rzadki, łatwo wydobyć go z opakowania za pomocą praktycznej pompki, która odmierza odpowiednie ilości produktu. Pachnie bardzo delikatnie, ale przyjemnie. Bardzo łatwo rozprowadza się po twarzy, nie tworząc smug czy sztucznego efektu.
  
  
Wybrałam najjaśniejszy odcień, choć nie jestem aż tak strasznym bladziochem. Muszę przyznać, że odcień "jasny" faktycznie jest jasny, ale o taki efekt mi chodzi - lubię się nieco rozjaśnić podkładem. Sęk w tym, że jestem blada, ale mam na twarzy sporo przebarwień, piegów i blizn, przez co całokształt wygląda na ciemniejszy, dlatego jak ujednolicam podkładem kolor cery, wolę użyć jaśniejszego. Ten odcień okazał się dla mnie idealny, jest to dość neutralny odcień, który dopasowuje się do cery. Jestem pod wrażeniem :)
Z początku byłam sceptycznie nastawiona do efektu matowienia i rozświetlania jednocześnie, ale okazało się, że to możliwe. Przyznam jednak, że rozświetlenie na mojej twarzy to nie coś, czego bym chciała, więc dodaję po użyciu podkładu dodaję na twarz puder i zostaje samo matowienie ;) Cóż, nie na tak długo jak bym chciała, ale i tak całkiem nieźle, bo na jakieś 4-5 godziny jestem matowa, później trzeba powtórzyć zabieg z pudrem.
Podkład nie ciemnieje na twarzy, nie tworzy efektu maski, ale nieco podkreśla suche skórki. Krycie ma dobre, ale nie bardzo dobre - mam na brodzie świeże blizny, a ten fluid sprawia tylko, że są nieco mniej widoczne. Mnie jednak ten efekt odpowiada, w razie czego do pełnego krycia mam korektory.
  
   
W kwestii praktycznej, zobaczcie może po prostu jak on prezentuje się na twarzy:
  

Chyba same wywnioskowałyście, że podkład polecam :) Na pewno jest najlepszy z tych, które używałam od Lirene i myślę, że jeśli kiedyś go zużyję (bądź co bądź, rzadko używam podkładów) to pewnie kupię nowy.
  
Lubicie podkłady Lirene? Jakich próbowałyście? :)

W tajemnicy Wam jeszcze powiem, że wraz z kilkoma innymi blogerkami brałam udział w betatestach tego podkładu - dostałyśmy małe buteleczki, bez nazwy, bez opisu, bez składu i bez żadnych informacji na temat produktu miałyśmy zgłosić swoje uwagi - i zgłosiłyśmy. Myślę, że były wzięte pod uwagę, bo końcowy produkt jest lepszy niż pierwotna "próbka" :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Październikowe łupy, denka i podsumowanie

Od dłuższego czasu nie miałam niestety czasu, żeby robić podsumowania miesiąca jak do tej pory... W październiku jednak uznałam, że warto wreszcie się spiąć i udało mi się ogarnąć, co przybywa, co ubywa, a nawet pod koniec miesiąca porobić zdjęcia, więc oto mamy: podsumowanie października :)
  
  
Jeśli chodzi o łupy, powiem Wam szczerze - może nie jest tego najmniej, ale z każdej jednej rzeczy się tu niesamowicie cieszę :) I pewnie prędzej czy później doczekacie się recenzji większości z tych kosmetyków. Za nami kosmetyczna gazetka w Biedronce, nowości wypuszczane na rynek, zamówienie ze sklepu Naturaija.pl, kompletowanie chciejlisty z Kobo... Uzbierało się :)
  
  
Zaczynając od włosów...
Mamy tu mały olejek avocado, właściwie bezmarkowy, teoretycznie do masażu, w praktyce moje włosy go uwielbiają, więc na pewno będzie miał zastosowanie :) W końcu skusiłam się także na kaktusowy olejek Dabur Vatika do włosów, migdałowa wersja mi się podobała, a nuż kaktusowa sprawdzi się jeszcze lepiej? Podobnie z henną Venita w kolorze Kasztan - od dawna chciałam spróbować tego rodzaju farbowania włosów, jak tylko znajdę czas i będzie możliwość, nałożę to cudeńko na włosy :) Mamy tu też dwa szampony DeBa BioVital z Biedronki - nie mogłam się zdecydować na jeden, więc wzięłam dwa - jestem kobietą, mogę! :P Patrzyłam w sumie bardziej na składniki niż na oficjalne zastosowanie, najbardziej przemówiła do mnie wersja z szałwią i olejem Babassu i ta z migdałowym olejem i cytrusami.
  
  
Teraz czas na ciało :)
Najpierw kolejne chciejstwo od dłuższego czasu - olejek kąpielowy Green Pharmacy - pomarańcza bergamota i limonka - pachnie niesamowicie ładnie i świeżo, ale chyba niezbyt na zimę - na razie powędrował do szafy. Druga rzecz na zdjęciu to nowość Lirene - fluid-balsam do ciała. Brzmi dziwnie? Nie szkodzi, bo ładnie zakrywa siniaki, pajączki na nogach itd, do tego daje ładny efekt, więc na jakieś wyjścia będzie w sam raz :) Pianka do golenia Venus o zapachu konwalii to zakup konieczny - piankę Wilkinsona, która średnio mi przypadła do gustu, przejął Ukochany :P Na koniec jeszcze dwa limitowane żele pod prysznic Original Source - mandarynka + bazylia i malina + kakao. Wydaje mi się, że to zdecydowanie bardziej udana limitka od zeszłorocznej zimowej, malina i kakao to mój faworyt :)
  
  
I ostatnia kategoria - twarz i makijaż.
Przybyły mi cztery cienie Kobo Fashion w kolorach, w których się zakochałam: Pale Violet, Aubergine, Green Pistachio, Forest Green, a do nich zostałam uszczęśliwiona paletką magnetyczną. Przybyło też sześć matowych cienie Kobo - to te nowe kolory :) Do tego cztery kredki do oczu Sensique w bezpiecznych kolorach, oraz nowość od Kobo - dwie szminki Fashion Colour w nowych odcieniach - Drop of Wine i English Rose. Obie bardzo 'moje' ;) Dalej mamy dwie nowości Lirene - podkład Glam&Matt oraz cudeńko Lirene Magic Make-up, czyli krem, który zmienia się w podkład. Nie jest to BB, ale żeby pokazać Wam jego działanie musiałabym nagrać filmik, postaram się to wykombinować przy okazji recenzowania go :) Na koniec jeszcze krem-nektar Dr Irena Eris - pisałam już wstępną recenzję na jego temat :)
  
I przechodzimy do denek!
  
  
Nie jest tego dużo, ale i tak jestem całkiem zadowolona. Poszły mi głównie kosmetyki do włosów i do kąpieli - bo wanna stała się znowu moją przyjaciółką po 14h w pracy ;) O włosy też staram się znowu bardziej dbać, więc i kosmetyków więcej idzie. Właściwie prawie wszystko (poza solą do kąpieli i żelem Avon) już tu recenzowałam, więc jeśli jesteście zainteresowane, bez problemu znajdziecie odpowiedni wpis :)
   
Hmmm..., tu powinno pojawić się teraz podsumowanie statystyk. Niestety nie śledziłam ich, więc nie wiem, z jakim stanem zaczynałam miesiąc, zrobię więc może podsumowanie na podstawie statystyk z... czerwca, bo to ostatnia data, kiedy je zanotowałam...
  
30 czerwca >>> 31 października
Obserwatorów GFC: 1688 >>> 1790 (+102)
Fanów na FaceBooku: 866 >>> 916 (+50)
  
Właściwie "bez szału", ale cieszę się, że mimo braku regularności w pisaniu blog i tak jako tako szedł do przodu przez te miesiące, mam nadzieję, że teraz jeszcze uda mi się pogonić go (i siebie), by znowu ruszył z kopyta jak kiedyś ;)
Dziękuję stałym czytelniczkom, że nadal są ze mną! :)
  
Ulubiony kosmetyk października:
http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/2013/10/peggy-sage-paletka-cieni-do-powiek.html

poniedziałek, 15 lipca 2013

Lirene Aqua Cristal - Nawilżający płyn micelarny

Obiecałam na dziś recenzję i recenzja będzie :)
Napiszę parę słów o moim ostatnim ulubieńcu. Używałam do tej pory kilku płynów micelarnych od Lirene. Właściwie wszystkie bardzo mi pasowały, a ten nie jest inny - a może jest, bo podoba mi się chyba najbardziej z tych dotychczasowych :) Chodzi o micelka z serii Aqua Cristal, zapraszam do poczytania :)
   
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 14zł / 200ml
  
Moja opinia:
Płyn dostajemy w butelce charakterystycznej dla Lirene - przezroczystej, z białą górą z zamknięciem na typowy zatrzask. Bardzo wygodna, ładnie wygląda na półce, zwłaszcza, że sam płyn jest w ciekawym niebieskim kolorze. Kolor widać tylko właściwie w butelce, bo na waciku wygląda już zupełnie bezbarwnie ;) Ciekawy jest też zapach płynu - bardzo mi się podoba, choć kojarzy mi się z jakimś męskim zapachem, co pewnie nie wszystkim będzie odpowiadać. 
  
   
Jeżeli chodzi o jego działanie, nie mam na co narzekać! Używam go głównie do demakijażu oczu i tu sprawdza się świetnie, bez problemu zmywa nawet najtrwalsze kosmetyki, a przy tym przyjemnie koi powieki. Kilka razy zdarzyło mi się go użyć także do twarzy - wtedy również efekt mi odpowiadał, bo skóra była odczuwalnie oczyszczona i odświeżona. Oczywiście oczyszczenie nie było głębokie, ale na pewno pozwoliło pozbyć się całego brudu, który w ciągu dnia osadził nam się na twarzy. Odświeżenie za to jest ważną cechą tego micelka. Nie wiem, czy to kwestia męskiego morskiego zapachu czy jakichś składników, ale efekt jest bardzo przyjemny :) Cóż, z założenia jednak ten płyn ma być nawilżający, a takiego działania nie zaobserwowałam w ogóle, ale i w sumie się go nie spodziewałam. 
Czy polecam? Zdecydowanie ;) Może i są tańsze micele, ale uważam, że ten jest wart swojej ceny, na pewno jeszcze nie raz pojawi się na mojej półce (chyba, że Lirene wyda coś nowego ;)).
  
   
Używałyście któregoś z miceli Lirene? Lubicie je tak jak ja? :)

piątek, 24 maja 2013

Lirene - Multifunkcyjny krem BB

Że kremy BB opanowały Polskę, to już chyba każda z nas zdołała zauważyć. Firmy wyprzedzają się nawzajem w dodaniu nowych wartości do hasełek typu "12 w 1" (matuje, kryje, rozjaśnia, wygładza, pierze, sprząta, gotuje, prasuje, myje okna, zmywa, wyprowadza psa i sprząta kuwetę?) - a pamiętacie, jak kiedyś "2 w 1" to było coś ekstra? ;) Nie wiem jak Wy, ale im więcej "funkcji" ma dany produkt tym mniej mu wierzę, dlatego baaardzo sceptycznie patrzę na najnowsze tego typu produkty na polskim rynku. Tym milej patrzy mi się na krem BB od Lirene, który żadnego takiego hasełka nie ma, a w określenie "multifunkcyjny" bardziej jestem skłonna wierzyć :)
   
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 20zł / 40ml
  
  
Moja opinia:
Opakowanie tego kremu to biało-beżowa tubka ukryta w kartoniku. Jest ładna i dość praktyczna, bo można ją postawić na zakrętce, ale to nadal tubka, a ja nie przepadam za taką formą opakowania - choć to chyba najpopularniejsze (jeśli nie jedyne) w przypadku kremów BB. Zakrętka wyposażona jest w bolec, który zatyka wylot tubki, dzięki czemu nie mamy wszystkiego upaćkanego kremem ;)
Krem jest dość rzadki, pachnie ładnie, jak to Lirene, ale niczym konkretnym. Warto zauważyć, że ten krem nie oferuje wyboru odcieni. Jest to dość nietypowe na rynku europejskim, ale z tego co zauważyłam - normalne wśród azjatyckim BBków. Sama nie wiem, czy uznać to za plus czy minus, bo wydaje mi się, że wśród Polek mamy większe różnice w kolorze cery niż w Azji (nie licząc skrajnych przypadków ;)). Krem ma dość ciemny, nieco pomarańczowy odcień, który mnie trochę przeraził. 
   
   
Nałożony na twarz okazuje się być leciutki, ale i bardzo słabo kryjący. Właściwie nie zauważyłam żeby zatuszował mi cokolwiek, ale nadał nieco innego kolorytu - o dziwo zdrowego, nie pomarańczowego ;) Nie da się też ukryć jego funkcji matującej - na cerze zostaje tylko ładny naturalny blask, a nie połysk świeżo wypolerowanego pucharu ;) Efekt ten utrzymuje się kilka godzin. Krem na twarzy zachowuje się tak, jakby go nie było, kilkakrotnie pod koniec dnia w ogóle zapomniałam, że mam go na sobie i dziwiłam się przez ułamek sekundy czemu pianka do mycia twarzy robi się lekko beżowa ;)
Właściwości pielęgnacyjnych nie zauważyłam, ale też na pewno nie szkodzi - nie podkreśla suchych skórek, nie wysusza, nie zapycha porów. 
Podsumowując - czy mnie przekonał? Tak, choć nie jest na pewno idealny. Mógłby lepiej kryć i mieć opakowanie z pompką ;) Mógłby też być dostępny w wersji nieco jaśniejszej. Mimo wszystko wydaje mi się, że jest to jeden z lepszych polskich/europejskich kremów BB, jakie miałam okazję testować.
Zobaczcie jeszcze jak wygląda na mojej facjacie:
  
Wiem, rzadko się tu tak pokazuję ;)
  
Próbowałyście BBika od Lirene? A może macie inne ulubione? :)

czwartek, 9 maja 2013

Lirene Design your style - Pianka myjąca do twarzy i oczu

Mojego poszukiwania idealnej pianki do twarzy ciąg dalszy - tym razem jestem już prawie u celu :)
Jakiś czas temu na mojej łazienkowej półce wylądowała pianka Lirene z serii Design Your Style +20, o której słyszałam już sporo dobrych opinii. Ciekawa byłam, czy będę je podzielać, więc zaintrygowana zabrałam się za testy. Muszę przyznać, że z 3-4 dotychczas używanych pianek ta jest najciekawsza :)
   
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 14zł / 150ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Pierwsze, co zwraca uwagę na tę piankę to opakowanie - już z zewnątrz wygląda na małą butelkę bitej śmietany - nie ukrywam, bardzo przyjemne skojarzenie :D Butelka jest biała w różowo-szare motywy i napisy, bardzo estetyczna i ładna. Jest metalowa, przez co trudno określić ilość produktu pozostałą w opakowaniu, co z kolei średnio mi pasuje, bo lubię wiedzieć na czym stoję...
Aplikator pianki również wygląda jak taki od bitej śmietany i pewnie dlatego gotowy wyciśnięty produkt wygląda tak apetycznie, że ma się ochotę zaaplikować go na gofra, nie na twarz ;) Ma gęstą konsystencję, baaardzo drobne pęcherzyki sprawiają, że jest wręcz kremowa. Pianka pachnie ładnie, ale jest to zapach raczej nieokreślony, nieco chemiczny.
 
 
Trzeba nabrać trochę wprawy, żeby jednorazowo wydobyć z opakowania odpowiednią ilość pianki - na początku pewnie będzie wylatywało Wam jej za dużo, bo trzeba delikatnie i krótko nacisnąć "spust" ;) Przy nakładaniu na twarz pianka może wydać się nieco dusząca, strach oddychać, kiedy mamy ją na sobie, jednak po zmyciu efekt jest na tyle zadowalający, że można się te kilka sekund przemęczyć. Skóra jest lekko ściągnięta, wyraźnie odświeżona i oczyszczona, uczucie bardzo przyjemne :) To ściągnięcie dla większości z Was pewnie jest efektem negatywnym, ale ja je lubię, bo chociaż czuję, że kosmetyk faktycznie coś robi ;) Niestety nie zauważyłam, żeby pianka poprawiła znacząco stan cery ogólnie.
Jeśli chodzi o wydajność, trudno mi się wypowiedzieć, używam pianki od miesiąca i opakowanie jest wyraźnie lżejsze, ale nadal nie mam pojęcia, na jak długo wystarczy. Nie używałam jej do zmywania makijażu, ale dobrze radzi sobie z jego resztkami - tym, czego nie zmyje mleczko do demakijażu.
  Podsumowując, jest to na pewno najprzyjemniejsza w używaniu pianka, jaką do tej pory miałam, ale chyba nadal nie jest ideałem. Będę szukać dalej ;)
    
  
Używacie pianek do mycia twarzy? Macie ulubioną?

wtorek, 23 kwietnia 2013

Lirene Aqua Cristal - Krem intensywnie nawilżający na dzień i na noc

Dziś macie okazję poczytać recenzję gościnną w wykonaniu Seraphine, niedawno jeszcze występującej jako MeSS. TU znajdziecie jej bloga. Seraphine testowała i zrecenzowała dla nas krem nawilżający od Lirene. Oto, co napisała:
 
Muszę Wam się przyznać, że z kremami do twarzy jest u mnie ciężko. Dosyć często zapominam o nakładaniu, zwłaszcza kiedy mam osobny krem na dzień i noc - jeśli nie stoją na wierzchu, zwyczajnie o nich nie pamiętam. Dlatego kiedy Orlica zapytała mnie, czy nie zrobiłabym dla niej recenzji kremu na dzień i noc od Lirene - bez wahania się zgodziłam. Bardzo sobie cenię markę Lirene. Chyba do tej pory nie trafiłam na nic, co z jakikolwiek sposób by mi zaszkodziło. A jak udała się nasza współpraca tym razem?
  
 
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 17zł / 50ml
  
Skład:
   
Opinia Seraphine:
Lubię opakowania kremów Lirene - prosto, elegancko bez przepychu, a jednak solidnie. Tak jest i w tym przypadku. Krem ładnie prezentuje się na półce w łazience, jak i w kosmetyczce.
Sam krem jest w kolorze morskim i pachnie podobnie, choć nie nachalnie. Myślę, że zapach jest tak delikatny, że nie powinien przeszkadzać, nawet czułym noskom :)
Konsystencja kremu jest lekka, dość rzadka, ale nie lejąca. Łatwo się go rozprowadza, nie zostawia na twarzy tłustego filmu, błyskawicznie i w całości się wchłania. Skóra po nim jest miękka i taka "puszysta". W działaniu trochę przypomina mus do twarzy tej samej firmy. Producent zapewnia, że nadaje się idealnie pod makijaż - to również sprawdziłam. Nie warzy się pod podkładami, a próbowałam kilku różnych.
  
     
Po ponad dwutygodniowym nakładaniu kremu rano i wieczorem (specjalnie nastawiłam przypomnienie w telefonie) spektakularnego efektu nie zauważyłam, ale nie mam już tak wysuszonych policzków, a właśnie z tym miałam spory problem. Z pewnością nie czuję 24-godzinnego głębokiego nawilżenia, ale przy stosowaniu 2 razy dziennie skóra nie ma prawa się przesuszyć. Jeśli chodzi o uczulanie, to ja osobiście nie mam z tym problemu i raczej nigdy nie miałam wrażliwej cery. Ale patrząc na skład uważam, że wszystkie Wrażliwce mogą spokojnie próbować. Lirene nie gryzie ;) 
Podsumowując, może nie jest to najbardziej nawilżający krem jaki miałam, ale mimo to bardzo się polubiliśmy. Jest idealny dla cery, która nie wymaga niczego poza dodatkowym nawilżeniem i codzienną ochroną. Lekki, szybko wchłaniający się - rano bez obaw można nakładać na niego podkład. Myślę, że jak za cenę kilkunastu złotych, dostępność niemal wszędzie i polską produkcję - śmiało można mu dać ocenę bardzo dobrą.
  
    
Używałyście kremów Lirene? Jak się u Was sprawdzały?

czwartek, 11 kwietnia 2013

Lirene - Cytrynowy krem do rąk Wygładzenie

Korzystam dziś z trochę luźniejszego dnia, mam więc czas na trochę dłuższe spanie, podstawowe zakupy, ba, nawet na napisanie recenzji ;) A zaraz jadę na zajęcia i czas pryska ;)
Dziś poczytacie o kremie do rąk Lirene, który ostatnio ciągle towarzyszy mi w torebce. Nigdy nie miałam problemów z suchymi dłońmi, ale w tym roku długa zima dała im się we znaki tak, że miejscami dłonie bolą tak, jakby skóra na nich popękała. Może powinnam używać na to jakiegoś kremu mocno regenerującego, ale cytrusik od Lirene też sprawdza się całkiem nieźle :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, 6zł / 75ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Pierwszym, co przykuwa uwagę jest na pewno tubka w soczyście zielonym kolorze i z motywem cytryny. Wygląda ona nieco nietypowo jak na krem do rąk, ale dla mnie to plus. Poza tym łatwo ją znaleźć w torebce dzięki temu kolorowi ;) Tubka zamykana jest na wygodny zatrzask, na tyle solidny, by nie otworzył się sam w torebce. 
Sam krem jest biały, dość rzadki, ale na pewno nie lejący. Nie wylewa się sam z opakowania, aby go wycisnąć musimy nacisnąć dość twardą tubkę. Od razu czujemy też cudny zapach - bardzo świeży, bardzo cytrynowy (albo raczej cytrusowy), ani trochę nie podobny do odświeżaczy powietrza ;) Ten zapach jest dla mnie jednym z większych plusów tego kremu.
  
  
Drugim głównym plusem jest jego lekkość. Po wsmarowaniu w dłonie, skóra nie jest tłusta, a sprawia wrażenie mokrej, krem szybciutko się wchłania i nie pozostawia żadnego filmu. Pomyślicie pewnie, że w związku z tym mało nawilża i po części macie rację - nie jest to najlepiej nawilżający krem, jaki miałam. Mimo to jednak radzi sobie świetnie z moimi dłońmi, likwiduje to uczucie popękanej skóry, zostawia śliczny zapach, szybko się wchłania. Dłonie nie są suche, ale nie są też na maksa nawilżone, dla mnie ten efekt jest jednak wystarczający.
Nie jest to krem idealny, prawda, ale i tak spełnia wszystkie moje wymogi. Czy polecam? Tak, ale nie liczcie na porządne nawilżenie ;)
  
    
Co dla Was jest najważniejsze w kremie do rąk?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...