Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dr Irena Eris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dr Irena Eris. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2014

Dr Irena Eris ProVoke - Szminka Bright - 503 Barcelona Red

Korzystając z dnia wolnego naskrobałam dziś recenzję, do której zabierałam się już od dłuższego czasu... Otóż otrzymałam jakiś czas temu kilka produktów z nowej linii Dr Ireny Eris - Provoke. Większość z nich trafiła do mojej mamy bądź znajomych, bo nie były dla mnie odpowiednie (niebieskie cienie albo np. kredka do brwi dla blondynek), jednak zatrzymałam sobie między innymi szminkę, z którą wiązałam spore nadzieje. Kolor, który do mnie trafił to Barcelona Red z serii Bright, czyli lśniąca szminka z drobinkami. Pierwsze wrażenie zrobiła bardzo dobre, a jak poszło dalej? Poczytajcie...
  
   

sobota, 10 maja 2014

Brejking Ńjus! Kolorówka Dr Irena Eris - ProVoke

Nigdy chyba nie pisałam wpisów o nowościach, jednak dziś mam dla Was wiadomość, na którą sama czekałam już kilka lat. Otóż jedna z moich ulubionych polskich marek kosmetycznych poszerza swoją ofertę w bardzo znaczący sposób!
Dr Irena Eris i jej marki z innych półek (Lirene, Under Twenty, Pharmaceris) to przede wszystkim pielęgnacja, zwykle w bardzo dobrej jakości. Od dłuższego już czasu ja i kilka innych koleżanek bloggerek wypytywałyśmy Anię, przedstawicielkę firmy, czy będzie kiedyś kolorówka? Otóż teraz okazuje się, że będzie! :)
Na razie nie wiadomo może zbyt wiele, ale pokażę Wam kilka zajawek nowej marki ProVoke:
 Palety 4 cieni, 5 wersji kolorystycznych
Podwójne paletki cieni, 4 wersje kolorystyczne
Trzy różne tusze do rzęs
Dwa rodzaje szminek - matowe i nabłyszczające, 8 (mat) i 10 (błysk) odcieni, 12 odcieni błyszczyka

 Czekoladowy bronzer (2 wersje), róż (5 odcieni)

Rozświetlacz

... i wiele, wiele innych :)
Po całą ofertę i szczegóły zapraszam na stronę Dr Irena Eris. Wszystkie zdjęcia powyżej również pochodzą z tej strony :)

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem strrrasznie ich ciekawa, zwłaszcza szminek i poczwórnych paletek :)

czwartek, 5 grudnia 2013

Dr Irena Eris Nu'Fusion - Szampon Długotrwała Lekkość

Skończyłam ten szampon tydzień temu, więc najwyższy czas na recenzję, póki pamiętam wszystko o jego działaniu :P Mowa o szamponie Dr Ireny Eris - taaak, mają szampony, też się swego czasu zdziwiłam ;) W dodatku, sądząc po tym jednym, bardzo dobre szampony :) Zapraszam do recenzji!
 
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: głównie w necie, ok. 36zł / 250ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Zaczynając tradycyjnie od opakowania, muszę przyznać, że design zupełnie nie pasuje mi do Dr Ireny Eris i pozostałych kosmetyków tej marki, ale właściwie to mi się podoba ;) Wygląda profesjonalnie, to na pewno. Butelka jest wysoka i dość wąska, o okrągłym przekroju, z zamknięciem na zatrzask - wygodnym, bo umożliwiającym postawienie butelki do góry nogami, gdy szampon się już kończy.
Sam szampon pachnie ślicznie - czuję w nim trawę i cytrusy, na pewno jest to świeży zapach. Konsystencję ma... cóż, tu dziwna sprawa, bo w połowie butelki szampon zmienił się tak, jakby ktoś mi podmienił zawartość butelki. Najpierw był rzadki, zielony, przezroczysty, później zrobił się gęsty i bardziej kremowy. W działaniu jednak nic się nie zmieniło. Nie wiem, z czego wynikła ta zmiana, bo nie zmieniałam miejsca i warunków przechowywania i daleko mu było do daty ważności.
  
  
Szampon okazał się bardzo wydajny i bardzo pieniący, starczył mi na ponad miesiąc codziennego mycia. Łatwo się również spłukiwał i nie plątał włosów bardziej niż przeciętnie. Na pewno dobrze je czyścił i faktycznie niesamowicie odświeżał i unosił - "Długotrwała Lekkość" to świetne podsumowanie tego szamponu. Przy moich mocno przetłuszczających się włosach dawał efekt świeżości przez cały dzień, a to już coś. Szczerze, gdyby nie cena i dostępność szampon ten na stałe zagościłby w mojej łazience.
Właściwie nie ma się co dalej nad nim rozwodzić - jedynymi wadami, jakie znalazłam, są właśnie cena i dostępność. Może też trochę niepokojąca może być zmiana konsystencji, ale na nic ona nie wpłynęła, więc nie przejmuję się jakoś specjalnie ;)
Jeżeli będziecie miały "apetyt" na droższy, lepszy szampon, śmiało próbujcie tego :)
  
   
Dodam jeszcze, że jednym z moich kosmetycznych marzeń jest, żeby tańsza siostra Dr Ireny Eris, czyli Lirene, wprowadziła wreszcie kosmetyki do włosów - baaardzo bym chciała :D
Co o tym myślicie? ;)

środa, 13 listopada 2013

Dr Irena Eris VitaCeric - Witalizujący krem pod oczy

Dawno temu pisałam Wam pierwsze wrażenia na temat tego kremu, teraz chyba czas, żeby nieco odświeżyć temat, skoro mogę napisać o nim coś więcej :)
Przy okazji może trochę ocieplę Wam dzień takimi wiosennymi zdjęciami? :)
  
   
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, 75zł / 15ml
  
Moja opinia:
(częściowo skopiowana z poprzedniej recenzji)
Krem pod oczy ma dość spore opakowanie, kryjące małą pojemność - 15ml. Właściwie jest to ilość typowa dla kremów pod oczy, ale wizualnie opakowanie sprawia wrażenie większego niż przeciętne. Jest wygodne, praktyczne, ładne i wygląda na luksusowe ;) Dużą zaletą jest pompka typu airless.
Sam krem jest biały, dość gęsty i treściwy, co mnie zaskoczyło, bo przyzwyczajona jestem do żelowych konsystencji pod oczami ;) Nie ma zapachu, choć spodziewałam się może jakichś cytrusowych świeżych nutek?
  
  
Teraz kwestie bardziej praktyczne. Po wklepaniu w skórę pod oczami wchłania się w ciągu kilku minut, ale może nieco błyszczeć, więc dobrze jest go używać na noc albo pod makijaż - choć ja raczej nie stosuję drugiej opcji, ogólnie rzadko nakładam podkład. Bardzo cieszy mnie fakt, że krem ten nie ma żadnych rozświetlających drobinek, bo nieco się tego bałam po haśle "witalizujący" i ogólnym designie serii ;)
Powiem szczerze - pierwsze wrażenia były średnie, nie widziałam żadnych efektów - lekkie sińce jak były, tak pozostały. Odstawiłam ten krem na jakiś czas, teraz niedawno do niego wróciłam - nie da się ukryć, że teraz dużo bardziej potrzebuję witalizacji i odświeżania okolic oczu, bo codziennie jestem albo na uczelni, albo w pracy po 14h... I teraz faktycznie widać efekty tego kremu! Co prawda sińce i wory nie znikają do końca, ale pozostają na poziomie normalnym dla mnie - tzn. są, ale nie rażą. Zanim wróciłam do tego kremu co rusz ktoś mi mówił, że wyglądam na chorą, przemęczoną albo chorą i przemęczoną - nic miłego ;)
Nie jest idealny. Nie zapewnia zupełnie zdrowego wyglądu, jest dość drogi, ale jednak w tej chwili jest mi potrzebny. Jeśli macie sytuację podobną do mojej, jesteście przemęczone i na Waszych twarzach to widać - krem mogę zdecydowanie polecić. Jednak w przypadku lekkich sińców - myślę, że lepiej zastosować coś lżejszego, choćby jakiś żel ze świetlikiem.
 
   
A jak Wy dbacie o skórę wokół oczu, żeby wyglądała zdrowo?

sobota, 9 listopada 2013

Listopadowe włosy, znowu po przerwie :)

Może i po kilkumiesięcznej przerwie, ale ważne, że aktualizacja jest, prawda? ;)

Zima nigdy nie jest łaskawa dla włosów. Plączą się przez szale, gniotą pod czapkami, wystawione są na mrozy... Moje również bardzo źle znoszą zmianę pogody... W tej chwili znowu muszę walczyć, żeby coś jeszcze z nich zostało.
  
  
Długość z przodu - 56cm
    
                                                                                                                         A wcześniej:
  
 
Znowu lecą mi z głowy jak szalone, znowu tracą masakrycznie na objętości. W dodatku jak na złość strasznie się plączą, więc tracę dodatkowe ilości przy próbach rozczesywania. Moje końcówki wyglądają jak małe miotełki, ale chyba wstrzymam się z ich podcinaniem do końca zimy - myślicie, że to dobry pomysł...?
  Urosły właściwie niewiele od ostatniego pomiaru, bo jakieś 2cm, ale to chyba normalny zimowy zastój we wzroście włosów ;)



Żeby jakoś zniwelować efekt plątania się włosów przez szalik, staram się je związywać albo spinać, gdy gdzieś wychodzę. Zwykle stawiam na kok z użyciem tzw. "hairagami" - wróciło u mnie do łask ;) Może trochę "łamie" włosy (nie ma to jak kwadratowe loki po rozpuszczeniu koka ;)), ale nie jest to efekt trwały. Włosy w koku trzymają się więc dobrze, nie trzeba poprawiać w ciągu dnia, a samo zrobienie takiego koka jest proste przy odrobinie wprawy.
   
 
OK, a czego używam do pielęgnacji włosów?
Będzie tego dużo, bo wzięłam się za nie porządnie!
    
Zacznijmy od podstawowych produktów - szamponu i odżywki. Szampon Nu'Fushion Długotrwała Lekkość Dr Ireny Eris to moje nowe odkrycie, jest rewelacyjny i bardzo ubolewam, że nie jest zbyt tani. Pachnie cudnie, dobrze oczyszcza, faktycznie sprawia, że włosy długo są lekkie i świeże. Uwielbiam go :)
Jako odżywki na co dzień (w praktyce co kilka dni) używam maski Bingo Spa z proteinami mlecznymi i elastyną - jak na taką wielkość schodzi mi dość szybko. Ładnie delikatnie pachnie, zdecydowanie ułatwia rozczesywanie włosów, nie obciąża, ale żadnych długofalowych efektów na razie raczej nie widzę. 
  
  
Dodatkowo co kilka-kilkanaście dni nakładam na włosy olej - zwykle jest to amla, bo lubię jej zapach, choć wiem, że to dziwne :P Teraz stawiam na olej Dabur Amla - mam małą zgrabną buteleczkę, z której mi w ogóle nie ubywa - magia! Nie da się nie wspomnieć o kozieradce - znowu po nią sięgnęłam z nadzieją, że pomoże w kwestii wypadania włosów. Na razie zbyt krótko ją stosuję, żeby osądzać, ale liczę na nią ;)
  
  
Doraźnie używam też wcierki Jantar (w butelce z "dzióbkiem"), staram się stosować ją codziennie i podhodować z jej pomocą nowe baby hair. 
Kiedy mam pod je pod ręką, używam również spray'ów do włosów  - eliksiru wzmacniającego Green Pharmacy i mgiełki Farmona Radical, o której zapomniałam do zdjęcia.
  
  
Jakiś czas temu dorobiłam się też suszarki w biedronkowej promocji. Używam bardzo rzadko, ale zdarzają się jednak sytuację, kiedy suszarka jest potrzebna, jakby nie patrzeć... Po tę wysłałam Ukochanego do sklepu, nawet nie pytał mnie o kolor, tylko w ciemno wziął fioletową - jak on mnie zna... :P Sama suszarka okazała się bardzo dobra - dużym atutem jest zimny podmuch :) Jeśli ją gdzieś jeszcze wypatrzycie, śmiało kupujcie, kosztowała chyba 29,90zł.
  
To właściwie na tyle, jeśli chodzi o moje włosiska...
A jak się mają Wasze? Dzielnie znoszą początek zimy? :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Październikowe łupy, denka i podsumowanie

Od dłuższego czasu nie miałam niestety czasu, żeby robić podsumowania miesiąca jak do tej pory... W październiku jednak uznałam, że warto wreszcie się spiąć i udało mi się ogarnąć, co przybywa, co ubywa, a nawet pod koniec miesiąca porobić zdjęcia, więc oto mamy: podsumowanie października :)
  
  
Jeśli chodzi o łupy, powiem Wam szczerze - może nie jest tego najmniej, ale z każdej jednej rzeczy się tu niesamowicie cieszę :) I pewnie prędzej czy później doczekacie się recenzji większości z tych kosmetyków. Za nami kosmetyczna gazetka w Biedronce, nowości wypuszczane na rynek, zamówienie ze sklepu Naturaija.pl, kompletowanie chciejlisty z Kobo... Uzbierało się :)
  
  
Zaczynając od włosów...
Mamy tu mały olejek avocado, właściwie bezmarkowy, teoretycznie do masażu, w praktyce moje włosy go uwielbiają, więc na pewno będzie miał zastosowanie :) W końcu skusiłam się także na kaktusowy olejek Dabur Vatika do włosów, migdałowa wersja mi się podobała, a nuż kaktusowa sprawdzi się jeszcze lepiej? Podobnie z henną Venita w kolorze Kasztan - od dawna chciałam spróbować tego rodzaju farbowania włosów, jak tylko znajdę czas i będzie możliwość, nałożę to cudeńko na włosy :) Mamy tu też dwa szampony DeBa BioVital z Biedronki - nie mogłam się zdecydować na jeden, więc wzięłam dwa - jestem kobietą, mogę! :P Patrzyłam w sumie bardziej na składniki niż na oficjalne zastosowanie, najbardziej przemówiła do mnie wersja z szałwią i olejem Babassu i ta z migdałowym olejem i cytrusami.
  
  
Teraz czas na ciało :)
Najpierw kolejne chciejstwo od dłuższego czasu - olejek kąpielowy Green Pharmacy - pomarańcza bergamota i limonka - pachnie niesamowicie ładnie i świeżo, ale chyba niezbyt na zimę - na razie powędrował do szafy. Druga rzecz na zdjęciu to nowość Lirene - fluid-balsam do ciała. Brzmi dziwnie? Nie szkodzi, bo ładnie zakrywa siniaki, pajączki na nogach itd, do tego daje ładny efekt, więc na jakieś wyjścia będzie w sam raz :) Pianka do golenia Venus o zapachu konwalii to zakup konieczny - piankę Wilkinsona, która średnio mi przypadła do gustu, przejął Ukochany :P Na koniec jeszcze dwa limitowane żele pod prysznic Original Source - mandarynka + bazylia i malina + kakao. Wydaje mi się, że to zdecydowanie bardziej udana limitka od zeszłorocznej zimowej, malina i kakao to mój faworyt :)
  
  
I ostatnia kategoria - twarz i makijaż.
Przybyły mi cztery cienie Kobo Fashion w kolorach, w których się zakochałam: Pale Violet, Aubergine, Green Pistachio, Forest Green, a do nich zostałam uszczęśliwiona paletką magnetyczną. Przybyło też sześć matowych cienie Kobo - to te nowe kolory :) Do tego cztery kredki do oczu Sensique w bezpiecznych kolorach, oraz nowość od Kobo - dwie szminki Fashion Colour w nowych odcieniach - Drop of Wine i English Rose. Obie bardzo 'moje' ;) Dalej mamy dwie nowości Lirene - podkład Glam&Matt oraz cudeńko Lirene Magic Make-up, czyli krem, który zmienia się w podkład. Nie jest to BB, ale żeby pokazać Wam jego działanie musiałabym nagrać filmik, postaram się to wykombinować przy okazji recenzowania go :) Na koniec jeszcze krem-nektar Dr Irena Eris - pisałam już wstępną recenzję na jego temat :)
  
I przechodzimy do denek!
  
  
Nie jest tego dużo, ale i tak jestem całkiem zadowolona. Poszły mi głównie kosmetyki do włosów i do kąpieli - bo wanna stała się znowu moją przyjaciółką po 14h w pracy ;) O włosy też staram się znowu bardziej dbać, więc i kosmetyków więcej idzie. Właściwie prawie wszystko (poza solą do kąpieli i żelem Avon) już tu recenzowałam, więc jeśli jesteście zainteresowane, bez problemu znajdziecie odpowiedni wpis :)
   
Hmmm..., tu powinno pojawić się teraz podsumowanie statystyk. Niestety nie śledziłam ich, więc nie wiem, z jakim stanem zaczynałam miesiąc, zrobię więc może podsumowanie na podstawie statystyk z... czerwca, bo to ostatnia data, kiedy je zanotowałam...
  
30 czerwca >>> 31 października
Obserwatorów GFC: 1688 >>> 1790 (+102)
Fanów na FaceBooku: 866 >>> 916 (+50)
  
Właściwie "bez szału", ale cieszę się, że mimo braku regularności w pisaniu blog i tak jako tako szedł do przodu przez te miesiące, mam nadzieję, że teraz jeszcze uda mi się pogonić go (i siebie), by znowu ruszył z kopyta jak kiedyś ;)
Dziękuję stałym czytelniczkom, że nadal są ze mną! :)
  
Ulubiony kosmetyk października:
http://kosmetyki-orlicy.blogspot.com/2013/10/peggy-sage-paletka-cieni-do-powiek.html

środa, 30 października 2013

Dr Irena Eris Normamat - Krem-nektar nawilżająco-matujący

Tak jak zapowiadałam przedwczoraj, dziś napiszę o innym kremie nawilżająco-matującym na dzień - wcześniej był sorbet, teraz nektar, czekam na ambrozję ;) Tym razem mowa o kosmetyku z nieco wyższej półki, mianowicie marki Dr Irena Eris, którą bardzo sobie cenię.
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, 65zł / 30ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
(a właściwie pierwsze wrażenie)
No właśnie, zastrzegam, że ten wpis dotyczy jedynie pierwszego wrażenia, jakie wywarł na mnie ten kosmetyk. Używam go od niedawna, ale wiem, że bardzo Was ciekawi, więc tym chętniej podzielę się wstępną opinią już teraz - ostatecznej spodziewajcie się za miesiąc albo dwa ;)
Opakowanie kremu to plastikowa buteleczka typu "air-less" - znowu plus za to dla Eris, uwielbiam takie opakowania za ich funkcjonalność i higieniczność. Szkoda tylko, że nie widać za bardzo, ile produktu ubywa, bo plastik jest dość gruby. Podoba mi się design opakowania - srebrno-miętowa kolorystyka, desenie charakterystyczne dla marki. Samo opakowanie jest biało-miętowe ze srebrną górą z zamknięciem. Uważam jednak, że mogłoby być nieco solidniejsze, jak za taką cenę - choćby szklane, skoro teraz nawet Lirene wypuściło podkłady w szklanych opakowaniach.

  
Krem ma konsystencję typowo kremową - nie jest gęstą pianką, musem czy innym "cudem-wiankiem". Pachnie delikatnie, świeżo, choć jest to zapach perfumowy, a nie naturalny - nie przeszkadza mi to w kremach, ale lubię z czymś kojarzyć zapach... Jest za to dość rzadki i lekki, szybko się wchłania i bardzo łatwo rozprowadza.
Jeśli chodzi o działanie, nie powinnam oceniać go jeszcze pochopnie, ale mogę na razie stwierdzić, że skóra po użyciu go jest w dotyku wręcz aksamitna i dobrze zmatowiona - choć wiadomo, że nie na długo... Jak dotąd krem nie wpłynął znacząco na ogólny stan mojej cery, ale kto wie, może będę miała o czym pisać za jakiś czas. Na razie pokładam w nim duże nadzieje - adekwatne do jego ceny.
Właśnie - cena. Jest wysoka, ale jak na Eris powiedziałabym, że przeciętna. Jeżeli krem się sprawdzi w dalszym ciągu i spełni moje oczekiwania - możliwe, że uzupełnię zapas.
Na razie wracam do testowania :) Dam znać za jakiś czas, jak krem się spisał!
  
  
Słyszałyście już o serii Normamat? Miałyście okazję sprawdzić któryś z tych produktów?

czwartek, 2 maja 2013

Dr Irena Eris VitaCeric - Serum redukujące pory

Ponad miesiąc temu pisałam Wam o pierwszych wrażeniach dotyczących serum redukującego pory marki Dr Irena Eris, z serii VitaCeric. Teraz do tamtej recenzji dopiszę ciąg dalszy, już z opisem działania. Zainteresowane? :)
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 85zł / 30ml
  
Moja opinia:
Opakowanie serum to wysoki walec ze srebrną nakrętką, wygląda bardzo estetycznie i drogo, mieści w sobie 30ml produktu. Poza tym duży plus za pompkę air-less - nasze serum jest bezpieczne ;)
Serum ma bladopomarańczowy kolor i kremową konsystencję. Jest dość gęste, ale lekkie. Po nałożeniu na skórę (w moim przypadku najbardziej wymaga go strefa T i "pućki" pod oczami) szybko się wchłania, pozostawiając bardzo przyjemne uczucie świeżości. Największym zaskoczeniem dla mnie jest to, że faktycznie wchłania się niemal do matu - nie do takiego jak po pudrze, ale takiego zdrowego, naturalnego. Gdzieś czytałam, że ma drobinki i naprawdę próbowałam je wypatrzyć - nie zauważyłam ani jednej i bardzo mnie do cieszy, bo nie oczekuję, ba, nie chcę od serum na pory, żeby rozświetlało mi moją tłustą/mieszaną cerę w najbardziej newralgicznych miejscach...  Muszę też dodać, że serum pachnie, w dodatku bardzo ładnie i świeżo, nie potrafię zapachu zidentyfikować, ale kojarzy mi się z cytrusami :)
  
   
Pierwsze wrażenia odnośnie tego serum były bardzo pozytywne - w ciągu dwóch pierwszych tygodni stosowania pory wyraźnie się zmniejszyły, byłam tym wręcz zachwycona. Niestety prawdę mówiąc na tym koniec zmian. Po tych dwóch tygodniach pory owszem, były zwężone, ale nadal nie takie, jak bym chciała, ale niestety dalej już nic się nie zmieniło. Mimo regularnego stosowania serum, zadziałało ono tylko do pewnego momentu, a później już nic. Być może serum sprawdza się jako kuracja tymczasowa, po tych 2-3 tygodniach stosowania może trzeba było zrobić przerwę? Trudno mi powiedzieć. Na razie serum wędruje z powrotem na półkę, ale pewnie do niego wrócę za jakiś czas. Żałuję, że nie sprawiło cudu, na jaki miałam nadzieję, ale cieszę się, że pomogło chociaż trochę :)
Jeśli macie problem z rozszerzonymi porami i zbędne 85zł (wiem, cena jest wysoka...) to śmiało możecie wypróbować - ze swojej strony mogę powiedzieć, że faktycznie działa, przynajmniej do pewnego stopnia. A nuż u Was poradzi sobie lepiej?
  
   
Macie problem z rozszerzonymi porami? Jak sobie z nimi radzicie?

sobota, 23 marca 2013

Dr Irena Eris VitaCeric - Krem pod oczy i serum redukujące pory

Na dziś znowu mam dla Was recenzję, ale dość nietypową. Biorę udział w konkursie Eris na fotorecenzję, uznałam, że to będzie miła odmiana dla Was pooglądać zdjęcia w nieco innej aranżacji :)
Przede wszystkim zaznaczam, że właściwie nie jest to nawet pełna recenzja, raczej takie pierwsze wrażenia na temat danych kosmetyków. Za jakiś czas napiszę Wam o nich więcej :)
Rozpoczęłam testy produktów Dr Ireny Eris z linii VitaCeric, konkretniej witalizujący krem pod oczy i serum redukujące pory, co do którego mam spore nadzieje :)
Zapraszam więc do oglądania i czytania!
  
  
Każde ze zdjęć można nieco powiększyć. Przygotowałam je tak, by jak najbardziej pasowały do hasła "Energia i witalność" - pomyślałam, że na chwilę obecną najbardziej energetyczną i witalną rzeczą, jakiej nam niestety brakuje, jest wiosna, dlatego tak zaaranżowałam zdjęcia :) Chciałam też ograniczyć do minimum graficzne przeróbki, więc darowałam sobie refleksy światła itd... Jak wyszło mi wpasowanie się w temat - oceńcie same :)

WITALIZUJĄCY KREM POD OCZY
  
   
Krem pod oczy ma dość spore opakowanie, kryjące małą pojemność - 15ml. Właściwie jest to ilość typowa dla kremów pod oczy. Jest wygodne, praktyczne, ładne i wygląda na luksusowe ;) 
Sam krem jest biały, dość gęsty i treściwy, co mnie zaskoczyło, bo przyzwyczajona jestem do żelowych konsystencji pod oczami ;) Nie ma zapachu. Po wklepaniu w skórę pod oczami wchłania się w ciągu kilku minut, ale może nieco błyszczeć, więc dobrze jest go używać na noc albo pod makijaż - choć nie miałam jeszcze okazji używać go pod podkładem, bo przez chorobę rzadko się ostatnio aż tak "robię" ;) Cieszę się za to, że nie ma żadnych rozświetlających drobinek, bo nieco się tego bałam po haśle "witalizujący" i ogólnym designie serii ;)
Po więcej informacji zapraszam za jakiś czas, jak już go porządnie przetestuję :)
  
  
   
SERUM REDUKUJĄCE PORY
   

Mamy tutaj takie samo opakowanie jak w przypadku kremu pod oczy, tylko wyższe, bo mieści w sobie 30ml serum. Również podoba mi się bardzo, poza tym w obu przypadkach duży plus za pompkę air-less - nasze produkty są bezpieczne ;)
Serum ma bladopomarańczowy kolor i kremową konsystencję. Jest dość gęste, ale lekkie. Po nałożeniu na skórę (w moim przypadku najbardziej wymaga go strefa T i "pućki" pod oczami) szybko się wchłania, pozostawiając bardzo przyjemne uczucie świeżości. Największym zaskoczeniem dla mnie jest to, że faktycznie wchłania się niemal do matu - nie do takiego jak po pudrze, ale takiego zdrowego, naturalnego. Gdzieś czytałam, że ma drobinki i naprawdę próbowałam je wypatrzyć - nie zauważyłam ani jednej i bardzo mnie do cieszy, bo nie oczekuję, ba, nie chcę od serum na pory, żeby rozświetlało mi moją tłustą/mieszaną cerę w najbardziej newralgicznych miejscach... Oczywiście nie mogę na razie ocenić jego skuteczności w kwestii redukcji porów, ale pierwsze wrażenie zrobiło baaardzo pozytywne :) Muszę też dodać, że serum pachnie, w przeciwieństwie do kremu, w dodatku bardzo ładnie i świeżo, nie potrafię zapachu zidentyfikować, ale kojarzy mi się z cytrusami :)
I jak powyżej - na dalsze wrażenie zapraszam za jakiś czas! :)
   

 Przyznać się - ciekawią Was te produkty? Będziecie czekać na ich konkretniejsze recenzje? :)
Proszę o kciuki w sprawie konkursu, dam Wam oczywiście znać, co z tego wynikło ;) 

*** Przy robieniu zdjęć nie ucierpiał żaden kwiatek ;) ***

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...