Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rimmel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rimmel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rimmel Stay Blushed - Róż w kremie 002 Touch of Berry

Hej! Na wstępie przepraszam Was za długą nieobecność, jakoś nie miałam głowy do bloga - praca, studia, rozpoczęcie sesji - krótko mówiąc, nie było ani czasu, ani chęci... Dziś powracam jednak z recenzją produktu, który mnie osobiście bardzo zaciekawił, choć nie powinien. Chodzi o nowość od Rimmela - róż do policzków w kremie. Nigdy właściwie różów nie używałam, nie przepadam też za tę formą kosmetyków, ale ten mnie zaintrygował, więc trochę potestowałam. Ciekawe jesteście wrażeń? Zapraszam do czytania :)
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: wszędzie, gdzie szafa Rimmela, 18zł / 14ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Róż, jak sama nazwa wskazuje, jest w kremie zamkniętym w małej biało-koralowej tubce. Do wyboru są dwa odcienie - mój, Touch of Berry, i drugi, bardziej brzoskwiniowy, Peach Flush. Do mojego typu urody zdecydowanie bardziej pasuje moja wersja, jest to stonowany koralowy róż (z żadną 'berry' mi się nie kojarzy ;)). Tubeczka pozwala na precyzyjne wydobycie odpowiedniej ilości, bo wystarczy go naprawdę odrobina. Jest dość gęsty, ale łatwo się rozprowadza, daje ładny, naturalny efekt (chyba, że ktoś nawali pół tubki na raz ;)). Pachnie przyjemnie, delikatnie.

   
Po nałożeniu na skórę w pierwszej chwili krem tworzy lekkie smugi i daje błyszczący mokry efekt - z początku mnie to przestraszyło, bo taki efekt nie był ani trochę atrakcyjny. Po chwili jednak wysechł, nabrał matowego wykończenia bez błysku, bez drobinek. Smugi również przestały być widoczne. Efekt końcowy na policzkach wygląda naprawdę naturalnie, choć okazuje się, że jednak róż nie do końca jest dla mnie - nieco ginie wśród moich piegów i przebarwień, zwłaszcza w słońcu. Po kilku godzinach staje się zupełnie niewidoczny. 
Podsumowując tę krótką recenzję powiem, że kosmetyk jest ciekawy i myślę, że sprawdzi się np. dla osób, które mają ładną jednolitą cerę. U mnie wygląda średnio. Polecam, choć sama więcej się nie skuszę na niego, moja tubeczka poszuka nowego domu.

 
Używałyście tego różu? Jak Wam przypadł do gustu? :)

sobota, 23 listopada 2013

Rimmel - Tusz do rzęs Scandaleyes Retro Glam

Dostałam ten tusz kilka miesięcy temu i ciągle podchodziłam do niego jak pies do jeża albo jak kot do włączonej suszarki do włosów ;) Dlaczego? Cóż, głównie ze względu na szczoteczkę - takie z włosia niestety się u mnie nie sprawdzają, poza tym Rimmel chyba ogólnie jeszcze nie trafił nigdy w mój gust z maskarą. Chciałam jednak dać szansę tej nowości - Scandaleyes Retro Glam. Zapraszam do czytania moich wrażeń z tego eksperymentu ;)
  
  
Opis producenta:
Czas na optycznie większe oczy i efekt sztucznych rzęs.
Lata 60 powracają w pełnym rozkwicie z pełniejszym i szeroko otwartym spojrzeniem. Z zaokrągleniami w odpowiednich miejscach, szczoteczka maskary Retro Glam w kształcie klepsydry przypominająca linię rzęs, podnosi je i nadając im odważnego looku szeroko otwartych oczu. Unikalny kształt szczoteczki został tak zaprojektowany, aby uchwycić nawet najmniejsze rzęsy, zapewniając im wyjątkową objętość bez irytujących grudek. Tajemnica maskary Scandaleyes Retro Glam to połączenie najnowszej szczoteczki z formułą, która idealnie z nią współgra. 
  
Gdzie i za ile: wszędzie, 27zł / 12ml
   
 
Moja opinia:
 Nie nie i nie. W sumie na tym mogłabym zakończyć recenzję, ale wypada napisać coś więcej, prawda?
Opakowanie jest przeciętne - czarne z białymi motywami, raczej nie zapadające w pamięć - gdybym kiedyś wpadła na głupi pomysł, żeby ten tusz znowu kupić, na pewno nie odnalazłabym go od razu na półce. Szczoteczka jest tu właściwie najważniejsza. Jak już wspomniałam, nie jest ona silikonowa, tylko tradycyjna, z włosia. Moje rzęsy takich nie lubią, z małymi wyjątkami, ale ta wyjątkiem nie jest. Szczoteczka jest duża, gęsta, mocno owłosiona i raczej nie nadaje się do rzadkich rzęs jak moje. 
  
  
Jeśli chodzi o samo działanie, mam znowu ochotę powtórzyć kwestię "Nie, nie i nie" - i tak jeszcze kilka razy. Tusz niemiłosiernie skleja rzęsy, zostawia straszne grudki, a nie robi właściwie nic pozytywnego. Nie wydłuża, nie pogrubia, nie podkręca. Po prostu skleja i grudkuje. Ba, grudkuje tak, że pod brwiami nie odbijają się ślady rzęs, tylko całe grudki, MIMO rozczesania rzęs silikonową szczoteczką od innego tuszu... 
Zdjęcia, które zrobiłam do tej recenzji, zostały użyte także we wpisie na temat cieni do powiek. Już wtedy zostałam w komentarzach poinformowana, że mam bardzo brzydko pomalowane rzęsy - teraz wiecie czemu ;) Poniżej macie przykład możliwości tego tuszu...
  
  
Czy polecam? Nie, nie i nie ;)
  
Znacie jakąś dobrą maskarę Rimmela z silikonową szczoteczką?

czwartek, 8 sierpnia 2013

Rimmel - Paletka cieni Glam'Eyes - 002 Smokey Brun

Dziś coś dla osób tęskniących za recenzjami na tym blogu - wiem, że ostatnio ich mało, ale postaram się ten stan rzeczy poprawić ;) Tymczasem zapraszam do lektury recenzji paletki Rimmela, która nie do końca spełniła moje oczekiwania... Jesteście ciekawe? :)
  
  
Szczegóły od producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, gdzie stoi szafa Rimmela, ok. 30zł / 4,2g
  
   
Moja opinia:
Zacznijmy tradycyjnie od opakowania. To czarna kasetka z przezroczystym okienkiem z przodu, dzięki czemu dokładnie widzimy odcienie i stan cieni. Jest w całości plastikowa i niestety niezbyt trwała - moja co prawda jest nadal w jednym kawałku, ale widać, że jest delikatna i wiem, że pewnego dnia zamknięcie przejdzie do historii, już widzę na nim pęknięcia, choć nie używam paletki zbyt często.
Same cienie to cztery odcienie brązu, naprawdę ładne, w każdym razie w paletce. Świetnie do siebie pasują, mają ładne wykończenie, które określiłabym jako satynowe, poza tym są ciekawie wytłoczone "pikowanym" wzorem. Okazuje się jednak, że są też bardzo miękkie - już po pierwszym użyciu widać było brzydkie ubytki w tym tłoczeniu, a po kilku kolejnych na wierzch wyszły charakterystyczne "ziarenka" w strukturze cieni.
A jak się prezentują te piękne kolory w praktyce, poza paletką?
  
  
Wychodzi na to, że cienie są słabo napigmentowane, nawet jeśli na zdjęciach powyżej nie wyglądają tak źle. Sęk w tym, że tu były swatchowane palcami, a przy nakładaniu na powieki pędzelkiem strasznie się osypują, a przy rozcieraniu zupełnie tracą na intensywności, mimo użycia bazy. Zobaczycie to zaraz na zdjęciach. Jeśli chodzi o trwałość, nie używałam ich bez bazy, ale i na bazie nie są rewelacyjne pod tym względem, bo po 6-7 godzinach częściowo się rolują, częściowo znikają.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem mistrzynią makijażu, ba, wręcz przeciwnie, ale uważam, że takie paletki cieni, tj. potrójne czy poczwórne i z gotową instrukcją używania, powinny być proste, jak dla kompletnych laików. Tymczasem tutaj efekt, jaki udało mi się uzyskać (a nakładałam cienie wg instrukcji) to jedna wielka brązowa plama:
  
  
Bez szału, prawda? Może powinnam nakładać cienie mocno palcami, jak swatche, żeby kolory były intensywne i do rozpoznania... To chyba jednak nie o to chodzi... Dlatego też paletce Rimmela mówię stanowcze "Nie!" i wracam do ulubionych Sleeków ;)
  
Lubicie takie potrójne czy poczwórne paletki z instrukcją?

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Dzikie Wyzwanie - Tydzień 1 - TYGRYS + Wyniki konkursu z Original Source

Wyzwanie, które ogłosiłam na blogu parę dni temu, zmotywowało także i mnie do odkopania swoich nieużywanych od ponad roku albo i dwóch lat pędzelków do zdobień. 
Wyzwanie dotyczy dzikich zwierząt, pierwszy tydzień poświęcamy tygrysowi, a więcej szczegółów znajdziecie pod TYM LINKIEM. 
    
Przedstawiam Wam zatem z niejaką dumą mojego tygrysa:
  
zdjęcie można nieco powiększyć
  
Wiem, że nie jest to arcydzieło, ale i tak jestem z siebie dumna, że po takim czasie dałam radę namalować na paznokciu cokolwiek, co faktycznie przypomina tygrysa ;) Ba, nawet nie wydłubałam sobie przy tym oka pędzelkiem! Jesteście ze mnie dumneee? :D
Właściwie nie wzorowałam się na żadnym konkretnym zdjęciu, więc nie mogę podać inspiracji... Wpisałam w Google Grafika "tygrys" i patrzyłam na wszystkie zdjęcia naraz :P
W sumie poza palcem serdecznym, gdzie poszalałam z tygrysowym pysiem, na reszcie paznokci poszłam nieco na łatwiznę, bo tygrysie pręgi zrobiłam z użyciem stempli Konad.
Oto cały mój arsenał, którego użyłam przy tym manicurze:
  
  
Są tu dwa pędzelki do zdobień, płytka Konad M57, lakier Sparitual - Death by Chocolate, Wibo Express Growth - 126, biały avonowy staroć do frencha, czarny staroć My Secret i odrobina różu Rimmel Salon Pro by Kate - 227 New Romantic. Powinny w sumie znaleźć się tu cyrkonie i top Seche Vite, ale to akurat mogło być cokolwiek ;)
  Teraz zaczynam myśleć o kolejnym tygodniu Dzikiego Wyzwania, czyli o kameleonie:
  
  
Na Wasze tygrysy czekam do końca dnia 6 czerwca, potem opublikuję wszystkie w jednym zbiorczym poście - i tak co tydzień ;) Gorąco zachęcam do wzięcia udziału w wyzwaniu, bo to świetna zabawa, możliwość poćwiczenia swoich makijażowych i manicure'owych zdolności, a dla tych, co wezmą udział w każdym etapie wyzwania... także szansa na nagrodę :)
  
A teraz na szybko ogłoszę jeszcze wyniki ostatniego konkursu z Original Source:
  
  
Pytanie konkursowe brzmiało "Czym pachnie Twoje życie?". Spośród Waszych odpowiedzi szczególnie jedna mi się spodobała i to właśnie ją chciałabym nagrodzić. Chodzi o odpowiedź...

RODZYNKI1989:
  
    
Rodzynko, gratuluję, już piszę do Ciebie maila :)
Pozostałym dziękuję za wzięcie udziału i jak zwykle zapewniam, że jeszcze będą tu szansy na zgarnięcie ciekawych nagród w konkursach :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Rimmel - Tusz do rzęs Scandaleyes Lycra Flex

Mam wrażenie, że całe wieki nie recenzowałam tu niczego do makijażu oczu, a ostatnimi czasy nawet się maluję, co nie zawsze mi się zdarza :P Jest to więc dobra okazja do pokazania Wam tuszu do rzęs, po którym nie spodziewałam się wiele, ale mile mnie zaskoczył. Nie jest ideałem, ale z powodzeniem mogę go używać na co dzień :) Chodzi o maskarę Rimmela Scandaleyes Lycra Flex. Oto ona:
  
  
Opis producenta:
 Elastyczna formuła wzbogacona o włókna Lycra sprawia, że rzęsy stają się gęste i zmysłowe.
Pozostają przy tym elastyczne. Specjalna szczoteczka MaxDensity obejmuje całą linię rzęs, szybko pokrywając nawet najkrótsze rzęsy w jednym prostym ruchu.
Nowa formuła pozwala na naturalny wygląd rzęs rano, a kolejne warstwy budują `skandaliczną` objętość rzęs wieczorem.

  Gdzie i za ile: wszędzie, 29zł / 12ml
  
   
Moja opinia:
Tusz mieści się w jasnozielonym pękatym opakowaniu z czarnymi napisami - jest ono całkiem ładne i przykuwające uwagę, łatwo je znaleźć w szufladce z kosmetykami. Może zajmuje troszkę więcej miejsca niż inne tusze, ale nie jest to znacząca wada. Plusem za to jest charakterystyczny "klik" przy zakręcaniu, kiedy wiemy, że opakowanie jest już szczelne :) Szczoteczka jest duża i, co stanowiło dla mnie duże zniechęcenie, z włosia - zdecydowanie bardziej wolę silikonowe. Zaskoczyła mnie jednak praktycznością, ale o tym zaraz. Tusz nie śmierdzi intensywnie - wiadomo, jego zapach nie jest najprzyjemniejszy, ale przynajmniej jest na tyle delikatny, żeby nie przeszkadzać. Już na szczoteczce widać, że kolor tuszu to intensywna czerń.
Mimo tradycyjnej szczoteczki, tusz sprawdza się nieźle na moich delikatnych i rzadkich rzęsach. Dla niektórych szczoteczka może być za duża, ale ja lubię takie i mam z nimi wprawę, inaczej pewnie niejednokrotnie wylądowałaby w oku, co nie należy do najprzyjemniejszych atrakcji ;) Efekt po nałożeniu pierwszej warstwy jest bardzo naturalny - rzęsy są podkreślone, czarne, wydłużone, ale jednak to zbyt delikatny efekt, przydaje się więc druga warstwa, która sprawia, że rzęsy faktycznie lepiej wyglądają. Pogrubia je i wydłuża, ale niestety także nieco skleja - trzeba rozczesać grzebykiem albo silikonową szczoteczką innego tuszu. Myślę, że przestanie to być problemem, kiedy tusz nieco przeschnie, choć używam go od miesiąca i na razie nic się nie zmieniło. Dodam też, że rzęsy faktycznie są miękkie i elastyczne :)
Jeśli chodzi o trwałość, nie jest źle. Nie kruszy się w ciągu dnia, choć wieczorem efekt jest znacznie subtelniejszy niż świeżo po pomalowaniu rzęs. Nie testowałam jego wodoodporności, ale i producent tego nie obiecuje, więc nie łudźmy się, że tusz wytrzyma ulewę ;)
Sama w sumie nie wiem, czy polecam. Tusz jest niezły i chętnie go zużyję, ale na pewno nie kupię więcej, bo po prostu wolę nadal silikonowe szczoteczki. Jeśli Wam takie nie przeszkadzają, tusz powinien Wam się spodobać :)
  
Poniżej jeszcze porównanie oka z tuszem i bez:
  
Co sądzicie o kolorówce Rimmela? Macie swoje hity i kity? :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Rimmel - Błyszczyki / szminki w płynie Apocalips - 201 Solstice & 501 Stellar

Na dziś mam dla Was moje nowo odkryte hity w kategorii makijażu ust - konkretnie błyszczyki albo szminki w płynie Apocalips od Rimmela. Nie przepadam za błyszczykami, ale te pokochałam, może więc faktycznie to szminki w płynie? ;) To chyba jedyne wyjaśnienie ;)
  
  
Opis i szczegóły:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 23zł / 5,5ml
  
Moja opinia:
Mam dwa odcienie - jeden bardzo mój, drugi ani trochę, ale i tak mi się spodobał ;) Pierwszy to 201 Solstice - brudny róż z delikatnymi drobinkami, bardzo ładny i neutralny, idealny na co dzień. Dostałam go w prezencie od mojej mentalnej siostry, Mess / Seraphine (założyła nowego bloga, warto zajrzeć!). Drugi z kolei to 501 Stellar - nie wiem, jakim cudem się z nim polubiłam - to bardzo intensywna koralowa czerwień, wręcz "wali po oczach", ale spodobała mi się również, choć gustuję w ciemniejszych czerwieniach ;)
Obie szminki w płynie (tak je chyba najwygodniej określać) mieszczą się w całkiem ładnych opakowaniach typowo błyszczykowych. Plusem jest to, że napisy nie ścierają się tak od razu, jak miałam w przypadku błyszczyka z serii Stay Glossy. Za to niesamowitym plusem jest świetny aplikator - z pozoru wygląda jak zwyczajna gąbeczka jak w tysiącach innych błyszczyków, ale nie - ta ma na czubku wgłębienie, w którym zbiera się więcej produktu, dzięki czemu bez problemu możemy pomalować usta za jednym zamachem. Cuda te dodatkowo całkiem ładnie pachną, trochę chemicznie, ale jednak przyjemnie :)
  
  
Jak widzicie już na zdjęciu powyżej, cuda te są niesamowicie intensywne, zwłaszcza Stellar. Wystarczy raz "maźnąć" usta, żeby uzyskać piękny głęboki kolor. Ważne jest dla mnie również to, że łatwo jest rozprowadzić szminkę bardzo dokładnie. Na ustach zachowuje się świetnie - nie klei się, nie zbiera w kącikach ani w załamaniach, nie podkreśla suchych skórek. Nie wysusza też ust - powiedziałabym wręcz, że nieźle je chroni! Oczywiście powiew wiatru i tak przyklei nam włosy do ust, ale czy tego da się uniknąć przy kosmetykach o tej formule? ;) Jeśli chodzi o trwałość, również nie mam na co narzekać, bo szminka trzyma się dobrych parę godzin (4-5h), a przy jedzeniu nie znika całkowicie. W przypadku tak intensywnego koloru jak Stellar warto jednak poprawić makijaż po jedzeniu, bo wyraźnie widać różnicę tam, gdzie się "zje".
Wygląda na to, że nie mam się tutaj do czego doczepić! Może tylko do małego wyboru kolorów, bo jest ich tylko 6 czy 7. Przydałby się jakiś ładny beż i ciemna czerwień. Cena jest na tyle rozsądna, że na pewno bym kupiła :)
Czy polecam? Chyba nie musicie pytać? Lećcie do drogerii wybrać swój kolor ;)
   
 
  
Używałyście tych cudów? Podzielacie moje zachwyty? :)

wtorek, 31 stycznia 2012

Rimmel Match Perfection - Kremowy podkład w żelu, 103 True Ivory

Drogie Panie, śpieszę oznajmić, że znalazłam podkład idealny, po kilku dłuuugich latach poszukiwań. A jeśli on nie jest idealny, to nie wierzę, że takowy w ogóle istnieje. Nie zaskoczę Was zapewne tym, o jakim podkładzie mówię, po od paru miesięcy aż huczy o nim na blogach ;) Chodzi oczywiście o kremowy podkład w żelu Rimmel Match Perfection. A teraz parę słów zachwytu o nim :)
   
Skład: Aqua, Water, Cyclopentasilixane, Sodium, Acrylate, Sodium Acryloyldimethyl, Taurate, Copolymer, Hydrogenated, Polydecene, Sorbitan Laurate, Mica, Sodium Pca, Capryl, Glycol, Lecithin, Ascorbyl, Glucoside, Cinnamal, Tocopheryl, Dimethicone, Limoneneailylate, Buthyl Phenyl, Mathelpropional, Sapphire Powder.

 Gdzie i za ile: wszędzie! 28zł / 18ml
   
  
Moja opinia:
Wybrałam odcień 103 True Ivory, bo był bardziej beżowy niż odcień Ivory - wydaje mi się, że też nieco jaśniejszy, a ze mnie jest bladzioch. 
Podkład zamknięty jest w szklanym słoiczku, o zwężanym "dole", który jest jednocześnie zakrętką - żeby odkręcić słoiczek, trzeba postawić go do góry nogami. Jest to dość dziwne rozwiązanie, przez które podkład nie wygląda za ładnie na półce, chyba, że nie przeszkadza nam zapaćkane wieczko ;) A właśnie, po odkręceniu słoiczka naszym oczom ukazuje się biała plastikowa osłonka, dzięki której właściwe wieczko tak czy siak nie będzie zapaćkane - nie wyobrażam sobie takiego podkładu BEZ osłonki. 
Konsystencja produktu jest dość gęsta, ale lekka, taka właśnie kremowo-żelowa, nie jestem w stanie zdefiniować konkretniej. Zapach jest bardzo przyjemny, delikatny, nienachalny. Podkład po nałożeniu na twarz szybciutko się wchłania, więc trzeba go sprawnie rozprowadzić. To, co chyba najbardziej podoba mi się w tym produkcie - nie tworzy maski, pod żadnym względem... Nie kryje idealnie, a tylko pięknie wyrównuje koloryt, więc wyglądamy bardzo naturalnie. Zgodnie z obietnicami producenta, wchłania się do matu, dopasowując się do odcienia i faktury cery - można więc powiedzieć, że nie czujemy go w ogóle ani też nie widzimy. Twarz wygląda zdecydowanie lepiej, zdrowiej, a przy tym naturalnie, trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby wypatrzyć podkład. Nie podkreśla suchych skórek, nie znika z twarzy, nie ciemnieje z czasem. Po 6-8h wypada przypudrować twarz, żeby się nie błyszczeć, ale i tak jest to świetny wynik jak na podkład, który nie ma za zadanie matowić.
Jeszcze cena - jest dość niska, ale jakby przeliczyć na tradycyjną pojemność podkładu, czyli 30ml, to wychodzi ok. 50zł, więc już nie brzmi tak kolorowo. Myślę jednak, że zostanę już przy nim, bo jest dość wydajny, a ja nie używam codziennie, więc nie będę ich zużywać tak szybko ;)
  
Tu jeszcze jak wygląda na skórze:
  
  
I jeszcze parę zdjęć, które już tu pokazywałam przy innej okazji, ale mam na nich na twarzy ten podkład - a wierzcie mi na słowo, że bez niego moja cera na tych fotkach wyglądałaby znacznie gorzej ;)
   

 Miałyście okazję go wypróbować? Sprawdził się u Was tak dobrze, jak u mnie? :)

piątek, 20 stycznia 2012

Twarzowo-dzienniakowych eksperymentów ciąg dalszy...

Kiedy przy poprzednim dziennym makijażu pokazałam Wam twarz i napisałam, co mi się w tych zdjęciach nie podoba, dostałam parę rad, jak to ominąć. I zaczęłam się do nich stosować, w efekcie czego na zdjęciach nos już nie zasłania mi całej reszty twarzy - dziękuję Wam ;)
Pozbyłam się też drugiego problemu - na zdjęciach zawsze było widać wszelkie najmniejsze blizny potrądzikowe na twarzy, a mam ich sporo, bo namiętnie wszystko zdrapywałam swego czasu... Zresztą nadal mi się zdarza... W każdym razie wszelkie te zaczerwienienia itd. bardzo uwidaczniały się na zdjęciach. Podkładów nie lubię używać, bo zawsze bardzo je czuję na twarzy i mi przeszkadzają, zresztą na żywo te moje małe skazy w ogóle nie rzucają się w oczy. ALE ;) Odkryłam za sprawą blogerek podkład Rimmel Match Perfection w żelu i muszę przyznać, że już go pokochałam. Pięknie ujednolica kolor cery, rozświetla, aż czuję się ładniejsza ;) Za jakiś czas napiszę jego obszerniejszą recenzję, teraz jednak oznajmię tylko, że dzisiejsze zdjęcia poniżej są tu dzięki uprzejmości tego podkładu, że dał mi możliwość wyglądania jak człowiek, i to bez retuszu :P
   
Oto moje kolejne dzienniakowe próby :)
   
  
Tutaj zaserwowałam sobie złoty makijaż w ciemnej oprawie, choć widzę w nim po czasie pewne niedociągnięcia - np. zbyt obniżony kącik kreski na górnej powiece czy za mało wyciągnięty cień. Niemniej jednak, bardzo dobrze czułam się w tym makijażu - zresztą zawsze dobrze się czuję w złotym i brązowym kolorze na oczach :) 
Użyłam tutaj:
A oto sam makijaż:
  
   
I jeszcze kolejny mój eksperyment dzienniakowo-twarzowy ;)
    
  
Tym razem eksperymentowałam dalej z Avonową paletką Water Colour. Użyłam brudnego, lekko iskrzącego różu, przyciemniając go dodatkowo czernią w zewnętrznym kąciku oka i przy rzęsach. O dziwo, też całkiem nieźle się w tym makijażu czułam :)
Czego użyłam?
I sam makijaż:
   
   
  
I jak Wam się podobają moje dzienniaki? Nie za mocne? Nie za delikatne?
Chętnie przeczytam wszelkie sugestie, bo zaczynam dopiero przygodę z typowymi dziennymi makijażami i mam wrażenie, że albo ich nie widać, albo są za mocne ;) 
Tylko czekam, aż dotrze do mnie mój prezent urodzinowy od Sabbathy, czyli paleta 28 neutralnych odcieni, wtedy zacznę szaleć z dzienniakami ^^

środa, 11 stycznia 2012

Twarzowo-dzienniakowy eksperyment

Hej!
Od jakiegoś czasu w komentarzach do wszelkich moich makijaży prosicie o zdjęcia całej twarzy, a ja uparcie odmawiam. Otóż dlatego, że uważam, że na każdym portretowym zdjęciu mój nos zasłania resztę twarzy :P "Na żywo" nie jest jakiś specjalnie duży, nie zwraca na siebie uwagi, ale na zdjęciach wychodzi właśnie na pierwszy plan i wygląda na o wiele większy niż w rzeczywistości. Inna bajka, że moja cera na zdjęciach wychodzi mocno niezdrowo ;)
Dziś jednak postanowiłam się przełamać, no, prawie, i przy okazji eksperymentowania z delikatnym dziennym makijażem porobiłam parędziesiąt (...) zdjęć całej twarzy. Po zgraniu na kompa zaczęłam je kolejno usuwać, aż zostały trzy :P Makijaż i zdjęcia robiłam przy sztucznym świetle, bo malowałam się raniutko na zajęcia, na dworze jeszcze ciemnawo było ;)

Oto, co wynikło z tej małej sesji zdjęciowej przy biurkowej lampce...
    
   
"Zarzucano" mi, że albo maluję się jak papuga, albo wcale. Dlatego od paru dni próbuję swoich sił w delikatnych dziennych makijażach. Na chwilę obecną mam tylko ze 4 cienie, które do tego celu by się nadawały i staram się je odpowiednio skomponować (czekając na piękną paletkę 28 neutalnych kolorów, które dostanę jako wczesny prezent urodzinowy od Sabbathy). 
Przy tym makijażu użyłam:
- baza pod cienie Virtual
- korektor pod oczy Kobo Perfect Cover Stick
- dwa cienie z paletki Avon Water Colour 8in1 (beż i czerń)
- kredka MaxFactor Kohl Pencil 020 Black
- puder Rimmel Stay Matte 003 Peach Glow

I jeszcze zdjęcie samego makijażu:
   
   
I co myślicie o tym eksperymencie? :>
Macie może jakieś triki, jak optycznie zwężyć nos na zdjęciu? 
Dostałam już radę, żeby robić zdjęcia z dużej odległości, następnym razem spróbuję.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...