Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balsamy do ust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balsamy do ust. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 maja 2014

Celia - Nawilżająca szminka Nude 604

Dziś napiszę o kosmetyku, który był na mojej chciejliście dłuuugi długi czas, a kiedy wreszcie do mnie trafił, z miejsca się zakochałam :) Myślę, że jest to produkt, który każda szminko-błyszczyko-pomadkomaniaczka powinna na sobie sprawdzić i uwielbić tak jak ja ;)
 
  
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: 9,50zł / szt, np. na days.pl

Detale:
   
Moja opinia:
Szminkę dostajemy w kartoniku - jest to swego rodzaju zabezpieczenie przed sklepowymi macaczami ;) Na nim znajdziemy podstawowe informacje, takie jak opis producenta czy skład, a w nim... piękny metalowy sztyft. Właściwe opakowanie naprawdę bardzo mi się podoba - jest złote, częściowo matowe, częściowo błyszczące, solidne i naprawdę eleganckie. Plusem jest także to, że mimo noszenia go w torebce wcale się nie zniszczyło, ciągle wygląda jak nowe, tylko naklejka na spodzie z numerem odcienia się zupełnie starła. Mechanizm wykręcania szminki też działa bez zarzutów.
Mój odcień, 604, to typowy nudziak w beżowym odcieniu. Pachnie faktycznie ślicznie, ale nie zgadłabym, że to winogrona. Wg mojej mamy pachnie poziomkami i ta wersja bardzo mi odpowiada ;)
  

Teraz najważniejsze - działanie. Przede wszystkim muszę napisać, że to szminka idealna dla osób nielubiących mocnych kolorów. Łączy cechy szminki, błyszczyka i co najważniejsze balsamu, bo faktycznie nawilża usta, co dla mnie stanowi ogromny plus. Efekt wizualny jaki daje na ustach nie jest aż tak widoczny, jak bym tego chciała, ale nie ma co narzekać, jak się wzięło wersję "nude" ;) Daje ładny nietandetny połysk i bardzo delikatny kolor, widać, że COŚ na ustach jest i wygląda to ładnie. Ma to tę zaletę, że bez obaw można się malować na ślepo, bez strachu, że wyjedziemy sobie kolorem ;) Mimo wszystko chętnie używałabym takiego produktu w bardziej intensywnym kolorze, więc myślę, że skuszę się na inne szminki Celii, ale już nie z serii Nude ;)
Tę na pewno Wam serdecznie polecam, jeśli jeszcze jakimś cudem nie macie którejś z nich ;)
  
Skusiłyście się już na któryś z tych legendarnych szminko-błyszczyko-balsamów? ;)

czwartek, 3 października 2013

Bajka o zaginionych balsamach do ust

Nie mam dziś może czasu na dłuższy wpis, ale na pewno zdążę opowiedzieć Wam pewną anegdotkę!
   
 
Jakiś czas temu w moje łapki wpadł balsam do ust Palmers o zapachu mięty i czekolady. Z miejsca go pokochałam wielką miłością - był dobrej jakości, pięknie pachniał, po prostu zakochałam się :) Jedyną jego wadą była forma aplikacji - tubka, ale mogłam to znieść. Nasz związek rozwijał się i kwitł, gdy pewnego nieszczęśliwego dnia okrutny los postanowił nas rozdzielić...
Byłam pewna, że zgubiłam go w Warszawie, długo opłakiwałam stratę... Jako, że zdążyłam opublikować jego recenzje, gdzie wspomniałam, że go zgubiłam, dostałam wkrótce wiadomość od przedstawicielki marki Palmers, która w przesympatyczny sposób napisała, że nie chce, bym dalej była w żałobie, więc wyśle mi nowy egzemplarz, w sztyfcie dla odmiany. Oczywiście bardzo się ucieszyłam! Wkrótce otrzymałam paczkę i miłość ożyła - nawet większa, bo wersja w sztyfcie podobała mi się nawet bardziej. Nowy balsam towarzyszył mi nawet w pracy, gdzie ciągle stał na moim biurku. I tym razem szczęście nie trwało długo, bo pewnego dnia wróciłam do domu i ze zgrozą zauważyłam, że balsam zniknął.
Uznałam, że najwyraźniej nie zasłużyłam na zaszczyt posiadania balsamów do ust Palmers, skoro tak ode mnie uciekają. Nie powiem, tęskniłam! Ba, nawet planowałam kupić kolejny, w końcu do trzech razy sztuka.
Dziś jednak postanowiłam zrobić porządek w torebce. Odkryłam, że w bocznej zapinanej na zamek kieszonce jest w dziura! Włożyłam w nią dłoń i okazało się, że w podszewce jest sporo ukrytych skarbów. Co wyjęłam?
  
  
Cóż, koniec końców bajka ma szczęśliwe zakończenie, a torebka wędruje do śmietnika - nie dość, że zdradliwa menda, to jeszcze dziurawa, mocno zniszczona i... zasikana przez kota :x
  
Miałyście takie sytuacje, że gubiłyście rzeczy, które ciągle były przy Was? ;)

piątek, 26 lipca 2013

Palmer's - Pielęgnacyjny balsam do ust Czekolada i Mięta

Yeah, mam dziś wolne i właśnie się obudziłam, cóż za cudowne uczucie :D Zdecydowanie nie jestem osobą, która lubi wstawać o 6:30 i kłaść się przed 1:00... ;)
Mam dziś dla Was recenzję kolejnego mazidła do ust. Wiecie, że je uwielbiam :) Niestety właściwie piszę tę recenzję w żałobie, bo prawdopodobnie balsam, o którym mowa, musiałam zgubić gdzieś w Warszawie w weekend, a szkoda, bo bardzo się z nim polubiłam :( Chodzi o balsam Palmer's o zapachu czekolady i mięty, poczytajcie mój pożegnalny poemat ;)
   
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: np. na BodyLand.pl, 13,95zł (obecnie 11,95zł) / 10g
  
Skład:
  
Moja opinia:
Balsam kupujemy porządnie opakowany, co zapewnia mu bezpieczeństwo - nie wyobrażam sobie świadomości, że ktoś w sklepie mógł sobie "wypróbować" balsam, którego właśnie używam. Sama tubka jest dość spora, zawiera 10g produktu. Jej design odpowiada normom dla Palmer'sa - jest biała z brązowymi napisami, ogólnie szata graficzna kosmetyków Palmer's kojarzy mi się z klimatem lat 50. ;) Sam balsam jest bardzo gęsty, trzeba mocno nacisnąć tubkę, by go z niej wydobyć, ale mi to odpowiada. Duuużym jego atutem jest oczywiście zapach, który zdecydowanie pachnie czekoladą z miętą, niesamowicie apetycznie. A najgorsze jest to, że balsam właściwie też smakuje! Może nie miętową czekoladą, ale na pewno jest słodki, przez co nie zostawał nigdy na moich ustach zbyt długo ;)
Prawdę mówiąc, nie jestem przekonana do balsamów o tej formie aplikacji, bo przy smarowaniu sporo kosmetyku zostaje na obrzeżach aplikatora i paćka całe opakowanie. Dlatego to, co wycisnę z tubki po prostu rozprowadzam czystym palcem po ustach.
     
  
Jeżeli chodzi o działanie, nie mam tak naprawdę na co narzekać. Balsam bardzo skutecznie zmiękcza usta, nadając im ładny i zdrowy wygląd, znikają spierzchnięcia, a przy tym nie jest tak mocny jak Carmex czy Blistex - powiedziałabym, że jest idealny na co dzień. Faktycznie przez swoją formułę sprawia, że usta nieco lśnią, czego nie lubię, ale jestem w stanie mu to wybaczyć :) 
Jedyną chyba wadą jest to, że co godzinę, może dwie, trzeba nakładać go na nowo - możliwe, że ze względu na słodki smak i apetyczny zapach, ale myślę, że i bez tego nie trzymałby efektu na ustach zbyt długo.
Czy polecam? Jak najbardziej, zwłaszcza łasuchom, które tak jak ja kochają zapach połączenia czekolady z miętą ;) Jeżeli moja tubka się nie znajdzie, zapoluję na nową ;)
   
  
Używałyście kosmetyków Palmer's? Lubicie je? :)

poniedziałek, 6 maja 2013

Sleek Make-up - Balsam do ust Pout Polish - Chocolate Kiss

Zdążyłyście się już wielokrotnie przekonać, że jestem maniaczką wszelkich mazideł do ust - tych kolorowych i tych pielęgnacyjnych. Uwielbiam też testować nowości, choć często okazują się tylko zawodem... Tak niestety było i tym razem, w przypadku balsamu do ust marki Sleek Make-up (tak tak, robią nie tylko paletki ;)).
  
  
Opis producenta:
Kondycjonujący balsam do ust z zawartością naturalnych olejków takich jak: olej migdałowy, olej z awokado i masło Shea, oraz witaminami: A, C i E. Balsam w widoczny sposób kondycjonuje skórę warg. Usta są głęboko odżywione i nawilżone, bardziej jędrne i sprężyste i gładkie. Nasyca usta cudownym kolorem. Filtr słoneczny SPF15 dodatkowy chroni przed nadmierną ekspozycją na słońce.
  
Gdzie i za ile: kosmetykomania.pl, 23zł / 10g
  
Skład:
Ascorbyl Palmitate, Avocado Oil,Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2, Black Iron Oxide (CI 77499), Butyl Methoxydibenzoylmethane, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Diisostearyl Malate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Ethylhexyl Palmitate, Jojoba Oil, Methylparaben, Microcrystalline wax, Miristyl Lactate, Octocrylene, Polyisobutene, Propylparaben, Prunus Amgdalus Dulcis (Sweet Almond Oil), Red 29 AL Lake (CI45410), Red 7 Ca Lake (CI 15850), Red Iron Oxide (CI 77491), Retinyl Palmitate, Titanium Dioxide (CI 77891), Tocopheryl Acetate, Triticum Vulgare (Wheat Germ Oil), Yellow Iron Oxide (CI 77492)
   
  
Moja opinia:
Balsam dostajemy w całkiem ładnym płaskim słoiczku z czarną matową zakrętką - mój niestety zakrętkę ma zwykłą i bezbarwną, bo jest to wersja testerowa. Odkręca się bez problemów, nie haczy i nie zacina się. Sam balsam ma brązowy kolor, choć nie wiem sama, czy kojarzy się z czekoladą. Zapach określiłabym jako czekoladowo-miętowy, bardzo przyjemny, choć nie do końca naturalny - zwłaszcza te miętowe nutki.
Jest zbity, ale dość miękki, łatwo nabrać odpowiednią ilość na wierzch paznokcia - tak właśnie używam balsamów w słoiczkach, to najwygodniejszy i najbardziej higieniczny sposób :) 
  
  
Balsam na ustach zachowuje się średnio. Nie daje wyraźnego koloru, ale w tym przypadku to raczej plus, bo nie jest to uniwersalny odcień. Właściwie na ustach wygląda niemal jak bezbarwny. Niestety zupełnie traci swój zapach - na ustach ma zwykły chemiczny smrodek i jeszcze gorszy smak. Właściwości pielęgnacyjne pozostawiają wiele do życzenia - robi bardzo niewiele. Nie nawilża ust, nie wchłania się w nie w ogóle, zachowuje się tak, jakby "leżał" na spierzchniętych wargach i w żaden sposób z nimi nie reagował. 
  
  
Co prawda przy okazji nie skleja też ust i nie rozprzestrzenia się poza nie, ale brak tych kilku wad to jeszcze nie zaleta. Przyznam, że nie wiem, ile trzyma się na ustach, bo zawsze wymięknę wcześniej i zetrę go chusteczką - posmak jest nie do zniesienia dla mnie...
Podsumowując - niestety nie polecam. Jest cała masa lepszych i tańszych balsamów, które używa się zdecydowanie przyjemniej. Niestety tym razem Sleek się wg mnie nie popisał.
  
  
Trafiłyście ostatnio na jakieś buble? ;)

piątek, 19 kwietnia 2013

Blistex - Balsam do ust Intensive Lip Relief

Zdążyłyście już pewnie niejednokrotnie zauważyć, że jestem łasa na wszelkie mazidła do ust - zarówno kolorowe, jak i pielęgnacyjne. Od kiedy na nasz polski rynek weszła marka Blistex, kusiło mnie, żeby coś wypróbować - mam już inny ich balsam, ale mam co do niego mieszane uczucia. Teraz przydarzyła się okazja, żeby wypróbować bestseller tej firmy, czyli balsam Intensive Lip Relief. Co o nim myślę? Poczytajcie :)
   
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: w większych drogeriach, ok. 10zł / 6ml
  
  
Moja opinia:
Prawdę powiedziawszy, w kwestii tego balsamu również mam mieszane uczucia. Właściwie mogłabym powiedzieć, że nic mi w nim nie pasuje poza... działaniem ;) Ale po kolei.
Opakowanie to plastikowa tubka, malutka, zajmująca mało miejsca, więc teoretycznie można spokojnie nosić ją w kieszeni kurtki. Jest biała i minimalistyczna jeśli chodzi o design, choć "tył" ma cały zadrukowany napisami o producencie. Po odkręceniu tubki ukazuje nam się aplikator - pierwszy minus tego balsamu, po prostu nie lubię tego rodzaju aplikacji. Mamy tu do czynienia z aplikatorem charakterystycznym np. dla błyszczyków w tubkach. W praktyce sprawdza się wg mnie średnio, bo przy rozsmarowywaniu sporo balsamu zostaje na brzegach aplikatora, dlatego używam go nieco inaczej - wyciskam po prostu trochę balsamu na palec i nim rozsmarowuję. Może mniej higienicznie, ale wbrew pozorom jest tu mniej babrania się ;)
   
   
Sam balsam jest biały i dość gęsty, pachnie mentolem, pewnie może to pewnym osobom przeszkadzać, akurat ja nie mam nic przeciwko, choć wolę ładniej pachnące balsamy. 
  
  
Na ustach zachowuje się dziwnie. Nawet mała ilość na ustach jest dość mocno wyczuwalna, większa ilość sprawia, że balsam zaczyna być widoczny w postaci białej mgiełki na ustach. W obu przypadkach po jakimś czasie balsam zbiera się w załamaniach, kącikach ust i na linii styku warg - robią się w tych miejscach nieapetyczne białe gluty. Dla mnie osobiście już by go to zdecydowanie zdyskwalifikowało, ale na szczęście tego balsamu... działa on świetnie. Usta są miękkie, nawilżone, martwy naskórek wręcz schodzi płatami - działanie podobne do Carmexu, ale chyba jednak trochę mocniejsze.
Uważam więc, że idealnie nadaje się na noc, kiedy nie przeszkadza nam to, że coś paskudnie wygląda na ustach, a kiedy balsam ma największe pole do popisu. Możemy go wtedy nałożyć troszkę więcej i wtedy mamy pewność, że rano usta będą jak nowe. Za dnia jednak - odradzam ;)
  
  
Miałyście już styczność z jakimiś produktami Blistexu? Jak Wam się podobały?

poniedziałek, 25 marca 2013

Technic Vintage - Balsam do ust Long Island Iced Tea

Wiecie już, że jestem maniaczką mazideł do ust - zarówno pielęgnujących, jak i kolorowych.
Wiecie też, że uwielbiam herbatę, w każdym wydaniu.
Mogłyście też zauważyć, że lubię motywy vintage.
Dlatego więc kiedy zobaczyłam gdzieś w necie balsam do ust Technic z serii Vintage, o zapachu mrożonej herbaty, w ślicznej puszeczce, moje oczka po prostu zalśniły i włączył mi się tryb "CHCĘ!" ;) Chciałam no i mam, niestety jestem nieco zawiedziona... Dlaczego? Poczytajcie.
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: kosmetykomania.pl, 9zł / 15g
    
Moja opinia:
 Tym, co na pewno mnie nie zawiodło, jest opakowanie. To śliczna puszeczka z obrazkiem w stylu vintage, bardzo przyjemnie wyglądająca - aż się uśmiecham, gdy na nią patrzę :) Otwiera się łatwo, ale nie otworzy się sama w torebce, więc pod tym względem jest naprawdę super. Jest średnich rozmiarów, może mniej poręczna niż mały sztyft, ale na pewno zmieści się do kieszeni, jeśli nie mamy nic przeciwko słoiczkowym mazidłom do używania "w ruchu". Ja osobiście mazidła w tej formie wolę używać w domowym zaciszu, a moim w miarę higienicznym patentem na nie jest nabieranie ich wierzchem paznokcia.
  
  
Pierwszym zawodem w tym balsamie był zapach. W ogóle nie kojarzy się z niczym herbacianym, bardziej z jakimiś chemicznymi landrynkami, nic ciekawego... Drugi zawód to konsystencja - bardzo zbita i twarda. Średnio wygodnie nakłada się na usta, bo trzeba go wręcz w nie wgniatać, choć po chwili mięknie pod wpływem ciepła. 
Najważniejszą rzeczą jest działanie, ale i tu nie mamy fajerwerków... Nawilżenie jest średnie, a dodatkowo mam wrażenie, że balsam zapycha skórę w okolicach ust - pewnie to wina parafiny na pierwszym miejscu w składzie... Dalej jest wosk pszczeli, który uwielbiam w mazidłach do ust, ale na pierwszym miejscu!
Na ustach jest raczej niewidoczny, może co najwyżej dawać lekki połysk, jak właściwie każdy balsam.
Jako weteranka w kwestii balsamów do ust piszę wprost - trzymajcie się od niego z daleka! Jest masa znacznie lepszych mazideł w podobnych cenach...
   
    
Miałyście już jakieś produkty Technic? A może próbowałyście balsamów z tej serii?
   
Od razu uprzedzam, że z kontaktem ze mną dziś będzie ciężko (łącznie z odpisywaniem na komentarze), bo cały dzień spędzam w pociągu / w Warszawie / z Ewalucją / na warsztatach makijażu Under Twenty (oczywiście będzie relacja :)) / znowu w pociągu :) Obym nie zamarzła na dworcu, czekając w nocy na powrotny pociąg ;)

niedziela, 17 lutego 2013

Nivea - Masło do ust Caramel Cream

Podobnie jak w ostatniej recenzji antyperspirantu Dove, tak i tutaj muszę zaznaczyć, że nie lubię Nivei, nawet bardzo, prawie tak bardzo jak Dove :P Kolejne kosmetyki, które są dla mnie mocno nijakie, nieciekawe, dość drogie i testowane na zwierzętach - słowem: nie dla mnie. Oczywiście to moja subiektywna opinia o marce ;) Niemniej, ostatnio mam manię mazideł do ust, co już pewnie zauważyłyście. Kiedy zobaczyłam śliczne opakowania nowych masełek do ust Nivea z karmelową wersją, w dodatku w promocji... kupiłam i o dziwo - nie żałuję :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 10zł 
  
Skład:
   
Moja opinia:
Dużą zaletą masełka jest jego opakowanie - to spora płaska puszeczka, w sam raz do schowania do kieszeni płaszcza czy kurtki, choć przyznam szczerze, że taką formę aplikacji wolę jednak zastosować w domu (choćby tuż przed wyjściem) niż maziać się palcem na dworze. Puszka nie otworzy się sama, a my musimy się chwilę z nią posiłować, żeby dostać się do jej zawartości :) Jest design jest całkiem przyjemny dla oka - nie rzuca może na kolana, ale jest OK wg mnie :) Masełko w środku okazuje się mieć kremową konsystencję - nie wazelinową czy woskową jak większość mazideł, ale właśnie typowo kremową, aż byłam zaskoczona. Jego zapach niestety nie przypomina karmelu - bardziej jakieś słodkie ciasteczka. Zapach bardzo przyjemny i apetyczny, ale jeśli ktoś liczył na karmel, na pewno się zawiedzie.
  
  
Masełko w zaskakująco przyjemny sposób aplikuje się na usta - jak zawsze w przypadku balsamów w takich pojemniczkach nabieram odrobinę kosmetyku wierzchem paznokcia, a po ustach rozprowadzam już opuszką. Wystarczy odrobina, żeby całe usta stały się niesamowicie miękkie i gładkie, bez żadnego uczucia mrowienia ani bez sklejania. Poza tym efekt ten, razem z apetycznym zapachem, utrzymuje się jakieś 3h, oczywiście bez jedzenia - to bardzo długo jak na balsam do ust!
Jestem pod bardzo dużym wrażeniem tego masełka. Jak kiedyś nieco zmniejszę swoje zapasy (aktualnie mam ponad 20 mazideł pielęgnacyjnych do ust...) na pewno wypróbuję także wersję malinową :) Tymczasem Wam serdecznie polecam te masełka :)
  
  
Macie ulubione zimowe mazidła do ust? Jakie? :)

piątek, 7 grudnia 2012

Laura Conti - Witaminowy balsam do ust Arbuz

O mojej manii dotyczącej balsamów do ust na pewno już wiecie ;) Co miesiąc przybywa mi ich kilka i nie mogę nad tym zapanować, obecnie liczba ta przekroczyła już 20 sztuk i już nie jestem w stanie używać ich wszystkich na raz ;) Mam więc kilku ulubieńców, których używam najczęściej i najchętniej. Jednym z nich jest nowość w moim zbiorze - arbuzowy balsam Laury Conti.
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: w większych Rossmannach, 5,50zł
  
Moja opinia:
Nie ukrywam, że skusiła mnie wizja arbuzowego zapachu ("bo przecież takiego jeszcze nie mam!" ;)) i niska cena. Bez większego wahania wrzuciłam balsam do koszyka i z radością wypróbowałam zaraz po odejściu od kasy. I od razu miałam ochotę aż podskoczyć ze szczęścia (wiem, niewiele mi trzeba :P), bo balsam okazał się nie dość, że obłędnie pachnieć, to jeszcze być naprawdę dobry ;)
Sztyft wygląda tradycyjnie, zwykły wykręcaniec, choć u mnie niemal od razu zepsuł się mechanizm i balsam nie chce się wkręcać z powrotem - za to duży minus. Opakowanie jest biało-czarne z soczystym motywem arbuza, podoba mi się. Po otwarciu ukazuje nam się pomarańczowo-różowo-arbuzowy sztyft - koloru nie jestem w stanie określić inaczej ;) Czujemy też zapach - czysty arbuz! Mniam! :)
  
  
Jeśli chodzi o działanie - powiedziałabym, że to balsam idealny na zimę, jeśli nie lubimy tłustych masełek, wazelinek itd ;) Jest bardzo treściwy, dobrze trzyma się ust - pozostaje na nich na długo i nie sprawia, że błyszczy się od niego pół twarzy ;) Poza tym długo też czujemy zapach! Jest tak przyjemny i apetyczny, że ilekroć mam go na ustach, co chwilę pocieram jedną wargę o drugą (jak przy rozprowadzaniu szminki, wiecie, co mam na myśli ;)) i cieszę się tą gładkością i zapachem :) Jeśli chodzi o aspekty wizualne - balsamu raczej nie widać na ustach, nadaje im tylko leciutki połysk, jak zwykle robią tego typu produkty ;)
Dostępna jest też wersja winogronowa i po nią zapewne też w końcu sięgnę ;)
Gdyby opakowanie nie zepsuło mi się tak szybko, balsam dołączyłby do elity Balsamów Idealnych, tak pozostaje tylko Prawie Idealny ;) Czy polecam? No baaa! :D
   
  
Jak zabezpieczacie usta zimą? :) Macie ulubione 'zimowe' balsamy? :)

czwartek, 15 listopada 2012

Kosmetyki Smyka - balsam do ust i balsam do ciała

Jakiś czas temu otrzymałam paczuszkę od Patrycji, znanej w blogosferze jako Smyk z bloga www.scianymajauszy.blogspot.com. Wiedziałam, że znajdę w niej dwa cuda - balsam do ciała i balsam do ust. W kwestii zapachów zdałam się na Smyka. Oto, co znalazłam w paczce: 
  
  
Kosmetyki zostały pięknie opakowane i zaopatrzone w etykiety z dokładnym opisem i składem produktu. Byłam baaardzo pozytywnie nastawiona, od razu pocykałam zdjęcia, żeby móc zacząć ich używać bez wyrzutów sumienia ;) Z zapachami Patrycja trafiła idealnie! Ale może o tym już w opisach poszczególnych cudeniek? ;)

Najpierw spójrzmy na balsam do ust :)

  
Opis i skład:
   
Moja opinia:
Jak widzicie, balsam jest umieszczony w ślicznym słoiczku w kształcie serduszka. Bałam się, że balsam wrzucony luzem do kieszeni czy torebki może się otwierać, ale jak dotąd mi się to nie zdarzyło :) Wolałabym jednak, gdyby słoiczek był zakręcany, a nie "nakładany", czułabym się pewniej ;) Patrycja wybrała mi do niego zapach szarlotki i naprawdę tak pachnie! Czuję w nim jabłka, cynamon, takie ciepłe korzenne nutki, idealne na zimę :) Konsystencję określiłabym jako wazelinową, ale z jedną różnicą - bardzo szybko topi się pod wpływem ciepła, więc przy nakładaniu najlepiej posłużyć się wierzchem paznokcia - wtedy topi się dopiero w kontakcie z ustami i bardzo łatwo się rozprowadza. Daje efekt lekkiego połysku, ale takiego naturalnego, a nie błyszczykowego. No i najważniejsze - działa naprawdę rewelacyjnie! Świetnie nawilża i chroni, jest idealny na wyjście z domu w taką pogodę jak teraz mamy za oknem. Dlatego niemal od razu wylądował w kieszeni mojego płaszcza jako PBW - podręczny balsam wychodzący ;) No OK, jeden z trzech w tej kieszeni, znacie moją manię :D
Bardzo chętnie zaopatrzyłabym się jeszcze w parę innych wariantów zapachowych. Wam też zdecydowanie polecam :) Poniżej zaraz podam odpowiednie linki, gdzie można to cudo zamówić ;)
  
Najpierw jednak jeszcze parę zdań o balsamie do ciała :)
  
   
Opis i skład:
   
Moja opinia:
Balsam do ciała ma formę twardej zbitej masy w kształcie babeczki. Podchodziłam do niego podejrzliwie, bo z taką formą się jeszcze nie spotkałam ;) Babeczka tkwi w papilotce jak do muffinków, która pozwala na higieniczne jej przechowywanie - ja do tego znalazłam jeszcze słoik po starym balsamie, żeby babeczka miała gdzie spokojnie mieszkać ;) W tym przypadku Patrycja również trafiła idealnie z zapachem. Zielona herbata z miętą? No kuuurde! :D Pięknie pachnie, bardzo świeżo :) Sam balsam jednak wzbudził we mnie mieszane uczucia. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę jest niesamowity - ale dla mnie chyba aż za bardzo. Po zastosowaniu go na długo pozostaje tłusty film, który wchłania się dłuuugo. Kolejnego dnia jednak okazuje się, że nasza skóra jest maksymalnie nawilżona! Niewiele kojarzę produktów, które dają taki efekt już po pierwszym zastosowaniu. Na co dzień jednak pozostaję przy zwykłych "ciekłych" balsamach, a ten będzie moją tajną bronią przeciwko przesuszeniom - spróbuję go także do stóp :)
  
A teraz, jak obiecałam, krótkie info, jak możecie zaopatrzyć się w wyroby Patrycji :)
Otóż wystarczy, że wejdziecie na TĘ STRONĘ, czyli Sklepik Smyka. Możecie tu zamówić balsamy do ciała, balsamy do ust, a także sole i kule kąpielowe. Do wyboru macie naprawdę sporo wariantów zapachowych, co mnie osobiście dodatkowo strasznie korci - uwielbiam pięknie pachnące kosmetyki :D

Bardzo Was zachęcam do składania zamówień, zwłaszcza, jeśli macie ochotę na takie kosmetyki samoróbki, a jesteście leniuchami, którym nie chce się eksperymentować ze składnikami ;)
  
Używałyście już jakichś produktów od Smyka? A może właśnie składacie zamówienie? ;)

piątek, 12 października 2012

W7 - Balsam do ust Perky Peach

Jak pewnie zauważyłyście, jestem kobietą. A kobietom zdarza się "polecieć" na prześliczne opakowanie kosmetyku. Jeśli dodatkowo jest się Orlicą, leci się także na balsamy do ust. A jeśli są to balsamy do ust w ślicznych opakowaniach, to wynik tej kalkulacji jest oczywisty - cudeńko wędruje do sklepowego koszyka. W ten właśnie sposób nabyłam balsam do ust W7.
  
  
Opis producenta:
Intensywnie nawilżający i chroniący usta balsam z nutą owocowego aromatu. Umieszczony w innowacyjnym, bardzo wygodnie otwieranym opakowaniu. 
  
Gdzie i za ile: Rossmann, 8zł
  
Skład:
   
Moja opinia:
Jak łatwo się domyślić, głównym atutem tego balsamu jest przecudne opakowanie z grafiką w stylu vintage - jak mogłabym się oprzeć? To metalowa rozsuwana kasetka, solidna, na pewno nie otworzy się sama. Po jej otwarciu widzimy różowo-czerwoną substancję, zbitą, ale dość miękką. Nie jest kremowa, wręcz przeciwnie, kojarzy się bardziej z wazeliną. Zapach jest ładny, choć brzoskwini raczej nie przypomina... Dodam jeszcze, że poza Perky Peach mamy jeszcze do wybory trzy inne warianty: Ravishing Raspberry, Cheeky Cherry, Saucy Strawberry - każdy z inną ślicznotką na opakowaniu ;)
   
Wybaczcie upaćkany balsam - zwykle robię zdjęcia zanim zacznę używać, ale w tym wypadku nie planowałam recenzji.
  
Nie przeszkadzają mi niesztyftowe opakowania, bo mam patent na higieniczne z nich korzystanie. Nienawidzę maziać palcem w pudełeczku, dlatego zwykle po prostu nabieram nieco produktu na wierzch paznokcia - absolutnie nie na spód ;) Z paznokcia bezpośrednio na usta i wtedy rozsmarowuję opuszką czystego palca. Nie jest to może rodzaj aplikacji wygodny do stosowania w biegu w drodze dokądś, ale w domu - jak najbardziej. 
Po nałożeniu na usta balsam daje delikatny bardzo subtelny kolor i nieco mocniejszy błysk. Podoba mi się ten efekt, choć za wszelkimi błyszczykami nie przepadam ;) Konsystencja i łatwość aplikacji porównywalna jest np. do wazeliny FlosLeku (też Wam o niej będę musiała napisać ;)). A jak mają się właściwości pielęgnacyjne? Średnio. Możemy używać tego balsamu jako uzupełnienie jakiegoś mocniejszego, bo jego efekt jest raczej słaby i krótkotrwały. Usta są ładnie nawilżone i "śliskie", ale efekt ten trwa może pół godziny? Co prawda, mamy wówczas pretekst, żeby znowu odprawić rytuał maziania ust ^^
Czy polecam? Tak, ale dla niewymagających. Ten balsam to śliczny, przyjemny gadżecik, ale nie oczekujcie od niego porządnej pielęgnacji. 
   
  
Zdarza Wam się skusić na kosmetyk dla samego opakowania? Jeśli tak, co to za produkt? :)

sobota, 22 września 2012

Gracja - Pomadka ochronna do ust Truskawka

Wiecie już pewnie, że jestem maniaczką smarowideł do ust. Na chwilę obecną mam ich piętnaście i zaraz wybieram się do sklepu po kolejny upatrzony balsam. A jako, że mam ich sporo, to i robię się wybredniejsza, nie wszystkie trafiają w mój gust, trafiają się też buble, jak np. pomadka Gracja...
  
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: np. na BioGaleria.pl, ok. 4zł / 4,5g
  
Moja opinia:
Należę niestety do tych kobiet, które patrzą na opakowanie. W tym przypadku w życiu bym tej pomadki sama nie kupiła, bo opakowanie jest po prostu tandetne. I tak "szacun", że sztyft był w kartoniku... Opakowanie jest biało-czerwone. Białe napisy szybko znikają z czerwonego tła, co sprawia, że wygląda to jeszcze gorzej. Cały sztyft wydaje się mało solidny, ale na razie przez ponad miesiąc użytkowania (no dobra, głównie tylko noszenia w torebce) nic mu się nie stało.
Po otwarciu widzimy biały, lekko przejrzysty i bardzo twardy sztyft, co niestety przekłada się na jakość jego stosowania. Pachnie niby truskawkami, ale strrrasznie chemicznie, na początku wręcz trudno było mi się przełamać, żeby zastosować go na usta! Zapach jak pomadki ochronne z bazarków z mojego dzieciństwa. Nic fajnego przy dzisiejszym wyborze w tej kategorii.
  
  
Nałożenie tej pomadki na usta wcale nie należy do najłatwiejszych. Nie jest może tępa, ale twarda, przez co ślizga się po ustach, wcale na nich nie zostając. Trzeba się nieźle namachać, żeby na ustach pozostała warstewka pomadki. Kiedy już wreszcie uda się to osiągnąć, usta stają się... tłuste, inaczej określić tego nie umiem. Nie jest to przyjemne wrażenie, a bez problemu radzę sobie z wazeliną na ustach - tutaj efekt jest dla mnie po prostu przykry. Muszę jednak przyznać, że usta są nawilżone. Efekt nie jest długotrwały, ale jednak przez jakiś czas czujemy tę warstewkę. Na ustach raczej jej nie widać - lekko je nabłyszcza, nic więcej. Niestety może też nabłyszczać okolice ust, zwłaszcza przy cerze skłonnej do świecenia się. 
Dla mnie ta pomadka to niewypał. Może i nawilża, ale nie jest wcale przyjemna w użytkowaniu. Mam wiele znacznie lepszych kosmetyków tego typu, Gracja poszuka nowego domu.
  
  
Miałyście pomadki z tej serii? Podobały się Wam?

wtorek, 4 września 2012

DIY - Naturalne balsamy do ust domowej roboty :)

Tak jak zapowiadałam, podzielę się dziś z Wami relacją z tworzenia balsamów do ust ze składników, które ostatnio kupiłam na ZrobSobieKrem.pl :) Aktualnie z moimi balsamikami już się nie rozstaję, bo są one tak dobre, że w pełni zastąpiły mi zużytego ostatnio Carmexa. Jestem z siebie dumna z efektu ostatecznego, co z tego, że osiągnęłam go dopiero przy trzeciej próbie ;)
  
Oto, czego użyłam:
 - wosk pszczeli biały
- wosk Candelilla
- olej avocado (tu jest inny, bo w ostatniej chwili zmieniłam zdanie)
- olejek eteryczny grejpfrutowy
- opakowania po Carmexie i jakiejś próbce z Douglasa
  
Teraz przyda nam się jakieś naczynie, w którym całą mieszankę będziemy tworzyć, w moim przypadku padło na filiżankę z "dzióbkiem", taką do mleka ;) Najpierw sypiemy woski - ja dałam ich dosyć mało na pierwszy rzut. Na pewno lepiej dać więcej pszczelego, a mniej Candelilla, który jest strasznie twardy - trudno się topi i utwardza balsam.
       
  
Teraz dolewamy oleje. Za pierwszym podejściem (niestety tym udokumentowanym na zdjęciach) dałam zdecydowanie za mało oleju avocado i musiałam dwukrotnie stapiać gotowe balsamy, bo były za twarde. Myślę, że najlepsza proporcja to 1:1 z woskami. Dodajemy też parę kropel olejki eterycznego, w moim przypadku grejpfruta, ale musimy się najpierw upewnić, czy na pewno może on być stosowany na skórę.
  
  
Pora na stopnienie składników, żeby się ujednoliciły i wymieszały, polecam kąpiel wodną. Wstawiłam moją filiżankę do głębokiego talerza i zalałam go wrzącą wodą, tak, że była dookoła filiżanki. 
   
 
Nie roztapiało się błyskawicznie, dwa razy musiałam wymieniać wodę na gorącą, ale w końcu się udało:
  
   
Po uzyskaniu jednolitego płynu, szybko przelałam go do opakowań. Część mieszanki zastygła już na brzegach filiżanki, więc "zdrapałam ją" drewnianą szpatułką, roztopiłam raz jeszcze i uzupełniłam w opakowaniach. Oto, co wyszło:
   
  
W wersji ostatecznej, czyli tej składającej się z większej ilości oleju avocado, balsam ma świetną konsystencję - idealną do sztyftu, całkiem niezłą do słoiczka. Osobiście balsamy w słoiczkach używam tak, że nabieram odrobinę wierzchem paznokcia i tak nakładam na usta - nienawidzę babrać się paluchami... Przy tej konsystencji moja metoda jest najlepsza, bo palcem za dużo się nie nabierze raczej. Balsamy pachną ślicznie, choć np. moja mama, zamiast grejpfruta, czuje w nich ciasteczka ;) Po tej porcji ze zdjęć zrobiłam jeszcze kilka balsamów, już w "profesjonalnych" świeżutkich sztyftach i słoiczkach :) Zrobiłam im także ładne etykietki ze składem i prezentują się świetnie :)
  
Dziewczyny na FaceBookowym profilu bloga już pytały, czy zamierzam je sprzedawać - już teraz uprzedzę kolejne pytania i odpowiem - zastanawiam się nad tym ;)
  
Proszę o wyrozumiałość do tego tutorialu, pierwszy raz robiłam jakiś tego typu ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...