Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ciała. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 września 2014

Yves Rocher - Truskawkowy żel peelingujący

Nie było mnie tu właściwie miesiąc. Był to miesiąc pełen wrażeń i stresów, ale dobrze mi zrobił przy okazji też odpoczynek od bloga, Wy też miałyście okazję ode mnie odpocząć ;) Dziś wracam z długo planowaną recenzją żelu peelingującego z Yves Rocher, który umila mi kąpiel co kilka dni.
 

Opis dystrybutora:
   
Gdzie i za ile: YvesRocher.pl, 16,90zł / 200ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Peeling otrzymujemy w sporej bezbarwnej tubie, która pozwala na obejrzenie konsystencji kosmetyku przed zakupem - i dobrze, bo jest dość specyficzna. Opakowanie jest wygodne, dzięki stawianiu na zakrętce całość ładnie spływa do wylotu i można zużyć co do kropli bez najmniejszego problemu. 
Dużym plusem tego peelingu jest jego zapach - ewidentnie poziomkowy! Powąchałam i zdziwiłam się, ale jak to poziomkowy, skoro jak byk napisane, że truskawka? Dopiero po chwili doczytałam, że to truskawkowy peeling o zapachu poziomek - że co? ;) No mniejsza z tym, pachnie cudnie, jest przyjemny, nie będę się czepiać.
Konsystencję ma typową dla żelu pod prysznic, a drobinek niestety jest dość mało, ale nie rozpuszczają się (to zmielone pestki truskawek), więc można się nimi chwilę poszorować przed spłukaniem,

  
Co się zaś tyczy skuteczności... Cóż, tu jest nieco gorzej. Przede wszystkim już z samej nazwy nie możemy się spodziewać super zdzieraka, w końcu to "tylko żel". Niestety faktycznie, o dobry ścieraniu możemy w tym przypadku pomarzyć. Żelem się przyjemnie myje i masuje skórę drobinkami, ale nie czuję zbyt dużego działania samego peelingu. Plusem jest za to to, że zapach całkiem długo utrzymuje się na skórze i w łazience, a jest naprawdę ładny.
Podsumowując, to bardzo przyjemny umilacz kąpieli, ale ma kiepskie zastosowanie praktyczne. Mimo to lubię go i myślę, że kiedyś chętnie do niego powrócę, bo uwielbiam poziomki, zwłaszcza jako zapach na późne lato.
  
  
Lubicie tę owocową serię Yves Rocher? A może miałyście inne ciekawostki z tej serii? :)

PS: Tak, mam nadzieję, że wróciłam już na stałe. Moja kotka Lorien jest po dwóch operacjach, najbliższe dwa tygodnie spędzi jeszcze w klatce, żeby nie uszkodzić chorej łapki, ale (odpukać) wszystko jest na dobrej drodze, by nie trzeba było amputować łaputki... Ja skończyłam praktyki i będę miała nieco więcej czasu (co prawda robię ok. 200h miesięcznie w pracy, ale powinnam ogarnąć ;)). Na dniach postaram się napisać coś więcej co u mnie - dziękuję za wszystkie komentarze i miłe słowa pod ostatnim wpisem!

wtorek, 8 października 2013

Love Me Green - Organiczny energetyzujący peeling do ciała

Na dziś został mi do zrecenzowania ostatni (jak dotąd ;)) produkt marki Love Me Green. Poprzednie doświadczenia z tymi kosmetykami były różne - zarówno pozytywne, jak i negatywne. Tym razem kosmetyk mi naprawdę przypasował, ale jednak ma pewne znaczące wady... Zapraszam do wczytania się w ciąg dalszy :)
  
   
Gdzie i za ile: na LoveMeGreen.pl, 99zł / 200ml (obecnie w promocji za 79zł)
  
Opis producenta i skład:
   
Moja opinia:
Zacznę tradycyjnie od opakowania, które w tym przypadku jest najsłabszym ogniwem w łańcuchu tego peelingu. Jest to plastikowy płaski słoik, bezbarwny, z białą zakrętką. Nie wiem, czy to kwestia mojego egzemplarza czy nie tylko, ale zakrętka ma tę wielką wadę, że nie ma żadnego uszczelniacza. W efekcie wystarczy, że słoik jest minimalnie przechylony i wycieka już z niego olejek. Nie muszę chyba mówić, że olejek jest tłusty, więc i wszystko dookoła staje się takie. Półka w łazience cały czas się przez niego ślizga, choć słoik stoi grzecznie płasko. Ponadto przez tę tłustą wilgoć, nieestetycznie odkleja się etykieta.
Sam peeling ma konsystencję cukru zbitego w grudki, pływające w olejku. Nie jest rzadki, powiedziałabym, że w sam raz. Zapach ma naprawdę bardzo ładny - świeży, pomarańczowy i bardzo naturalny.
  
  
Jego działanie jest plusem, który nadrabia felerne opakowanie. Peeling świetnie ściera martwy naskórek, skóra jest zauważalnie gładsza. Nie można nie wspomnieć o rewelacyjnym nawilżeniu - po użyciu tego peelingu przez 2-3 dni stosowanie balsamu do ciała nie miałoby najmniejszego sensu, bo skóra przez ten czas nadal pozostaje wręcz namacalnie nawilżona. Wadą za to może być jeszcze cena, ale wiecie co? W przypływie gotówki chętnie kupiłabym ten peeling raz jeszcze :)
Czy polecam? Zdecydowanie, tylko weźcie pod uwagę to nieszczelne opakowanie i być może zastanówcie się nad jakimś zastępczym ;)
   
  
Lubicie takie peelingi na olejkach? :)

niedziela, 26 maja 2013

Pharmaceris C - Seria antycellulitowa

Na dziś mam dla Was recenzje dwóch kosmetyków z antycellulitowej serii Pharmaceris. 
Cellulit nigdy nie należał do moich największych "urodowych problemów" - przyznaję otwarcie. Mogłabym określić go słowami "łatwo przyszło, łatwo poszło", bo potrafi mi się utworzyć w krótkim czasie, ale nie opiera się za bardzo, gdy próbuję się go pozbyć. Zazwyczaj wspomagam się wtedy ćwiczeniami i dobrymi specyfikami, tym razem z braku czasu i sił ograniczyłam się tylko do wspomnianych dwóch produktów Pharmaceris. Jesteście ciekawe efektów?
  
    
Myślę, że najczytelniej będzie, gdy podzielę to na dwie osobne recenzje od strony technicznej, a potem opiszę skutki "kuracji" obu kosmetyków jednocześnie, bo przecież nie wiem, który co zrobił, kiedy stosowałam je razem ;)
Zacznijmy od kremu:
   
SKONCENTROWANY KREM-ŻEL ANTYCELLULITOWY O PODWÓJNYM DZIAŁANIU
  




  
Gdzie i za ile: w aptekach, ok. 52zł / 150ml

Moja opinia:
Krem-żel (który dla mnie z jakiegoś powodu jest serum) zamknięty jest w dość małej tubce (zwłaszcza jak za tę cenę!) stawianej na zakrętce. Zamykana jest na zwykły zatrzask, ma dość ładny profesjonalny design.
Samo kremo-żelo-serum ma faktycznie nieco żelową konsystencję i turkusowy kolor, jest dość gęste. Nie wydostanie się samo z tubki, trzeba je wycisnąć. Zapach jest raczej nieokreślony - ładny, świeży, jakby nieco morski i męski, ale nie jest to nic konkretnego. Po posmarowaniu skóry produkt szybko się wchłania, przez chwilkę bardzo delikatnie chłodzi i mrowi, ale jest to tak subtelny efekt, że nie zawsze go czuję. Jest bardzo wydajny.
   
     
DRENUJĄCY PEELING ANTYCELLULITOWY DO MYCIA CIAŁA
   



 
Gdzie i za ile: w aptekach, ok. 32zł / 200ml
 
Moja opinia:
Opakowanie to tuba podobna do tej od kremu-żelu, ale wyższa, mieszcząca 200ml. Cena również jest wysoka, ale trzeba pamiętać, że to kosmetyk apteczny, który ma (podobno ;)) prawo więcej kosztować.
Sam peeling jednoznacznie przypomina mi moje ukochane peelingi do ciała od Lirene - cukrowe ostre drobinki w żelowej bazie, wydajne i dobrze zdzierające, a przy okazji zapewniające świetny masaż przy stosowaniu :) Peeling ten pachnie tak samo jak krem-żel, ma dość rzadką konsystencję, ale nie spływa z dłoni, jest wydajny. Po jego użyciu (stosuję na uda i pupę podczas wieczornej kąpieli) aż czuć, jak pobudza się krążenie, już sam masaż tymi ostrymi kryształkami jest bardzo przyjemny i relaksujący dla mnie. Właściwie to samo mogłabym powiedzieć o peelingach Lirene :)
Chyba nie mam mu nic do zarzucenia w kwestiach technicznych - no, może wolałabym go w słoiczku? ;) Znacie moje spaczenie pt. "Nie lubię tubek" ;)
   
 
OBA KOSMETYKI W DUECIE:
Pisałam Wam, że mojego cellulitu dość łatwo się pozbyć przy ćwiczeniu i dobrym kosmetyku. Pisałam  też, że tym razem etap ćwiczeń ominęłam i byłam ciekawa, jak sprosta temu zadaniu duet Pharmaceris C. Jeszcze miesiąc temu mój cellulit nie był jakiś straszny, ale był widoczny - przynajmniej dla mnie ;) Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że został zredukowany, ale nadal mogę coś tam wypatrzyć. Prawdę powiedziawszy, mając do wyboru ten duet Pharmaceris C w cenie łącznej  84zł, a trio Lirene Stop Cellulit, które łącznie kosztowałoby ok. 43zł, zdecydowanie bardziej stawiam na drugą opcję. Efekty wydawały mi się lepsze, a cena znacznie niższa.
Zainteresowanych zapraszam do recenzji serii Lirene Stop Cellulit (klik).
   
 
Używałyście któregoś z tych kosmetyków? Jak się u Was sprawdziły? 

poniedziałek, 20 maja 2013

Fennel - Cukrowy peeling do ciała z papają

Dzisiaj produkt, do którego recenzji zbierałam się od daaawna i ciągle jakoś zebrać się nie mogłam. W sumie nawet nie wiem czemu, bo opinię o nim wyrobiłam sobie dość szybko. Chodzi o peeling do ciała z papają marki Fennel, której masełko już kiedyś tu opisywałam. Okazuje się, że oba produkty sprawdzają się rewelacyjnie :)
  
    
Opis producenta i skład:
  
Gdzie i za ile: www.fennelcos.pl/gdzie-kupic/, 29zł / 200g
  
Moja opinia:
Peeling dostajemy w białym plastikowym słoiku z pomarańczową zakrętką. Bok zakrętki jest prążkowany, dzięki czemu łatwo nam jest odkręcić słoik nawet mokrymi rękoma. Dostępu do peelingu broni dodatkowa aluminiowa folia, której niestety nie udało mi się zdjąć normalnie - trzeba było ją nacinać po wewnętrznej stronie rantów słoika, bo nie chciała się od nich odkleić. Wygląda to średnio estetycznie...
Pod folią widzimy za to coś, co mnie kojarzy się z masą solną w koralowym kolorze. Peeling jest zbity, ale jak nabierzemy trochę na palce okazuje się, że jest gruboziarnisty i odpowiednio suchy, żeby nie spływał z ciała. Pachnie ładnie, owocowo, chyba nie poznałabym w nim papai, ale i tak mi się podoba ;) Zapach jest średnio intensywny, na pewno nie wali po nozdrzach ;)
 
 
Ten peeling do naprawdę ostry zawodnik - na tyle ostry, że dla niektórych może nawet za bardzo. Drobinki cukru są dość duże, ale ostre, zdzierają naskórek baaardzo skutecznie. Delikatniejsza skóra może sobie z nimi nie poradzić. Ja osobiście bardzo lubię porządne zdzieraki i zastanawiam się, czy miałam kiedyś ostrzejszy? Chyba nie... Poza tym drobinki nie rozpuszczają się w wodzie tak szybko, więc możemy spokojnie wykonać porządny masaż ciała z tym peelingiem, nasze krążenie nam za to podziękuje ;)
Peeling nie jest specjalnie tłusty, nie pozostawia warstewki i nie nawilża skóry, jednak nie wymagam tego od niego - od nawilżania mam balsamy i masła do ciała. Dodam jeszcze tylko, że jest zaskakująco wydajny - słoiczek wygląda niepozornie, ale nie trzeba dużo nabrać, żeby skutecznie wypeelingować ciało :)
Czy polecam? Oj tak :) Kiedyś w przypływie gotówki sama chętnie wyposażę się w jeszcze inną wersję zapachową - bo zapachy Fennela zawsze wywoływały u mnie ślinotok ;)
  
  
Używałyście produktów Fennel? Lubicie je? :)

niedziela, 10 marca 2013

Wellness&Beauty - Peeling solny Algi i Minerały Morskie

Moje ciało powinno mi być wdzięczne, bo dopiero jakiś czas temu odkryłam, jak cudnie działają peelingi solne albo cukrowe z olejami. Poprzednio używałam peelingu Marizy, który bardzo mnie zaskoczył, teraz padło na Wellness&Beauty. Przerzuciłam się na razie z cukru na sól ;) Ciekawe moich wrażeń? Zapraszam do lektury :)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: Rossmann, ok. 10zł / 300g
  
Skład:
   
Moja opinia:
Właściwie od początku zacznę wychwalać - uwielbiam to opakowanie! To plastikowy słoik (choć tak gruby i ciężki, że można pomylić ze szklanym ;)), zamykany tak jak przetwory naszych babć :) Jest śliczny, praktyczny, a po zużyciu peelingu można znaleźć dla niego milion zastosowań. Ja ciągle nie mogę zdecydować, co z nim zrobię, kiedy wykończę zawartość, co stanie się wkrótce!
   
  
Ważna jest jednak właśnie sama zawartość. Otóż są to turkusowe kryształki soli otulone oleistą cieczą. W praktyce sól opada, a olej zostaje na wierzchu, więc przed użyciem trzeba przemieszać, a i tak w miarę zużywania peeling robi się coraz bardziej suchy. Pachnie bardzo morsko, ale wydaje mi się, że jest to wyjątkowo męska wersja tego zapachu - średnio mi się to podoba, to chyba jedyna wada peelingu - no, chyba że jako wadę policzymy też to szybsze zużywanie oleju niż soli.
  
   
Najważniejsze zaś jest działanie zawartości ślicznego słoika. A tutaj nie mam chyba na co narzekać. Peeling już w małej ilości idealnie zdziera martwy naskórek, świetnie sprawdza się zwłaszcza na nogach. Bałabym się jednak użyć go do dekoltu. Peeling pozostawia na skórze bardzo tłustą warstewkę, zwłaszcza na początku opakowania. Później efekt ten jest coraz słabszy, ale nadal porządny. Ze składu wynika, że oleje w tym peelingu to olej ze słodkich migdałów i olej z pestek słonecznika i to zapewne one tak świetnie nawilżają naszą skórę. No właśnie, nawilżają, bo po wyjściu z wanny mamy skórę tłustą, śliską i naprawdę nawilżoną, użycie balsamu nie ma już najmniejszego sensu. Prawdę mówiąc na początku, kiedy oleju było więcej to ta tłustość na skórze mi przeszkadzała, nienawidzę tego efektu, ale z czasem było już OK :)
Czy polecam? O tak, zdecydowanie, proszę tylko o inną wersję zapachową! ;)
   
 
Muszę przyznać, że Wellness&Beauty mnie pozytywnie zaskoczyło... A jaka jest Wasza opinia o marce? Jest coś, co możecie polecić?

sobota, 19 stycznia 2013

TianDe Spa Technology - Sól do ciała Zielona Herbata

Znacie mojego hopsa na punkcie zielonej herbaty, prawda? Kusi mnie wszystko, co ma choć lekkie nutki zapachowe herbaty w sobie :) Tym razem miałam możliwość spróbowania peelingu solnego marki TianDe. Nie kojarzycie? Zaraz napiszę więcej :)
  
  
Opis dystrybutora:
Sól bogata w  witaminy
Działanie:
Wyciąg z zielonej herbaty nasyca skórę witaminami i przeciwutleniaczami, odżywia i nawilża skórę. 
Zastosowanie:
Nałożyć niewielką ilość soli na skórę miękkimi kolistymi ruchami. Po zastosowaniu spłukać wodą. 
  
Gdzie i za ile: Sklep TianDe, ok. 44zł / 380g
  
Skład:
   
Moja opinia:
Najpierw może kilka słów o marce... TianDe jest marką chińską, produkującą kosmetyki naturalne. Cytując z ich polskiej strony: "Produkty Tiande  to kolekcja wysokiej jakości kosmetyków i produktów zdrowotnych, opracowana na podstawie starożytnych receptur medycyny Wschodu i najnowszych badań naukowców." Aktualnie zaczyna wchodzić na polski rynek i myślę, że rozgości się tu na dłużej :)
Przyznam szczerze, że zamawiałam ten produkt w ciemno, nie wiedząc nawet jak wygląda. Spodziewałam się soli do kąpieli, więc zdziwiłam się, gdy zobaczyłam tubkę ze zdecydowanie nie sypkimi kryształkami. I tak zostałam właścicielką nowego peelingu solnego ;) Pierwsze wrażenie było mieszane - od razu uderzył mnie prześliczny zapach zielonej herbaty, ale czemu, skoro nawet nie odkręciłam tubki? Otóż tubka przecieka - z soli wydobywa się wodnisty płyn i udaje mu się oszukać zakrętkę tubki. Ode mnie więc minus za opakowanie - słoik byłby znacznie praktyczniejszy, zwłaszcza, że tubka nie jest nawet zamykana na zatrzask, a zakręcana. Niewygodnie i niepraktycznie.
Ale jeśli chodzi o sam peeling... Cóż, są to średniej wielkości kryształki soli zbite w masę - dość rzadką, albo może lepiej powiedzieć sypką - kojarzy mi się z mokrym piaskiem. Jest biała i naprawdę pięknie pachnie, czystą zieloną herbatą!
   
  
Same widzicie na zdjęciu powyżej, że cały wylot tubki jest w soli - bynajmniej nie dlatego, że upaćkałam przy używaniu, sama się wydostaje. 
Ale wracając do tematu - sól użyta jako peeling sprawdza się nieźle. Nie jest typowym zdzierakiem, bo drobinki dość szybko się rozpuszczają, ale przyda się do delikatnego złuszczenia połączonego z masażem. A do tego ten śliczny zapach, mmm... :) Szkoda tylko, że nie utrzymuje się on na skórze. Jeśli chodzi o wydajność, jest całkiem niezła, co mnie zaskoczyło - spodziewałam się ją zużyć po 4-5 użyciach, a tymczasem jest jeszcze spokojnie połowa tubki. Nie zauważyłam, żeby sól nawilżała albo wysuszała skórę, pod tym względem jest neutralna, co mi pasuje, od nawilżania mam balsamy.
Podsumowując, jest to kosmetyk dobry, choć nie rewelacyjny, a jego główną zaletą jest zapach :) Za wady w czołówce uznaję cenę i opakowanie - nieładnie...
   
  
Miałyście okazję używać już kosmetyków TianDe? :)

piątek, 21 grudnia 2012

Mariza Spa - Cukrowy peeling do ciała Brzoskwinia

Na dziś mam dwa Was recenzję kosmetyku, który budzi we mnie bardzo sprzeczne uczucia. Mowa o cukrowym brzoskwiniowym peelingu do ciała Marizy. Planowałam zrecenzować go od dawna, ale ciągle nie wiedziałam, co właściwie w tej recenzji napisać. Dziś pora wreszcie coś z siebie wydusić na jego temat...
  
  
Opis producenta:
"Cukrowy peeling doskonale wygładza Twoje ciało a aromat dojrzałych brzoskwiń rozpieszcza delikatną słodyczą, zapewnia odprężenie i poprawia nastrój. Preparat zawiera kryształki cukru oraz olejek z kiełków pszenicy bogaty w witaminę E, dzięki którym delikatnie złuszcza i usuwa martwe komórki naskórka, przyspiesza proces jego odnowy i poprawia mikrokrążenie. Działa rewitalizująco i odżywczo, lekko natłuszcza. Pozostawia skórę odpowiednio nawilżoną, aksamitnie miękką i gładką w dotyku o przyjemnym zapachu."
  
Gdzie i za ile: u konsultanki, na www.mariza-kosmetyki.com.pl (KLIK), 16,60zł / 200ml
  
Skład:
Sucrose, Mineral Oil, Hydrogenated Castor Oil, Petrolatum, Tritci Oil, Hydrophilic Fumed Silica, Caprylic/Capric Trigliceride, Ethylparaben, Fragrances, CI 19140.
  
   
Moja opinia:
Peeling mieści się w dość małym plastikowym słoiczku. Opakowanie jest praktyczne, bo możemy zużyć produkt do końca, wiedzieć zawsze, ile go pozostało, oraz wygodnie nabrać odpowiednią ilość peelingu. Jest też dość ładne, choć wygląda dla mnie nieco... tanio? Sam peeling ma brzoskwiniowy kolor i gęstą, cukrową konsystencję (jak można się było domyślić ;)), a jego zapach... cóż, pachnie jak brzoskwinia, taka świeżo... wyprodukowana. Zapach na pewno kojarzy się z brzoskwinią, ale jest sztuczny, słodki, aż duszący. Dla mnie minus, trudno mi go znieść...
Po nałożeniu na wilgotną skórę peeling zmienia zapach na taki przypominający... sfermentowaną brzoskwinię. Znowu niefajnie. Ale to jeszcze nic. Przy kontakcie z ciepłą wodą stopniowo zamienia się w mleczny tłusty płyn, ściekający po skórze jak śmietana - bardzo dziwne wrażenie. Muszę mu jednak przyznać, że naprawdę dobrze ściera martwy naskórek, a przez tę tłustą formułę w kontakcie z wodą... porządnie nawilża skórę - na tyle dobrze, że kiedy go używam, śmiało mogę zrezygnować ze smarowania ciała balsamem/masłem/mleczkiem po kąpieli. 
Jak widzicie, trudno mi się jednoznacznie wypowiedzieć o tym peelingu. Bardzo nie podoba mi się jego zapach i ten "śmietanowy" efekt na skórze, ale skuteczność jest godna podziwu. Nie wiem, czy go polecam - jeśli niestraszne Wam chemiczne zapachy, powinien się u Was sprawdzić, ale jeśli macie nos tak wrażliwy jak mój, polecam najpierw sprawdzić zapach ;)
  
   
Lubicie takie przesłodzone chemiczne zapachy? Kierujecie się węchem przy wyborze kosmetyku? ;)

poniedziałek, 24 września 2012

Bielenda EcoCare - Algi do mycia ciała

Dawno dawno temu wygrałam na Papilocie zestaw kosmetyków Bielendy. Wśród nich było opakowanie o tajemniczej i jakże intrygującej nazwie... algi do mycia ciała. Strasznie byłam tych alg ciekawa, ale chciałam je zostawić na "specjalną okazję". Specjalna okazja się znalazła - wygrzebałam je z półki i zobaczyłam, że zbliża się termin ważności - oto okazja ;) Cóż, przyznaję, że po takiej nazwie spodziewałam się cudów i dziwów. Trochę się zawiodłam...
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: ok. 22zł / 80g (200ml), ale gdzie - nie mam pojęcia
  
Skład:
   
Moja opinia:
Sama nie wiedziałam, czego się spodziewać po tych algach - dlatego zżerała mnie ciekawość co do nich... Moja Mama się śmiała, że po zetknięciu z wodą zmienią się w plątaninę wodorostów i czegoś takiego się spodziewałam, choć oczywiście nie w takiej skali - tzn. myślałam, że napęcznieją i zmiękną, a nic takiego się nie stało. No, ale może po kolei...?
Opakowanie alg to plastikowy dwuwarstwowy słoiczek, częściowo przezroczysty, z zieloną nakrętką. Bez tekturowej nakładki, na której znajdują się wszystkie informacje, nie wygląda wcale imponująco. Po odkręceniu mamy zabezpieczające sreberko - tak sztywne i grube, że można się nim pociąć - dlatego ja zdarłam je całe od razu. Pod spodem kryją się algi pod postacią drobnych granulek, raczej suchych, ale zbrylonych. Pomiędzy nimi znalazłam miarkę. Granulki są zielone z czarnymi ziarenkami czegoś ;) Pachną specyficznie, takim morskim błotkiem. O dziwo, choć lubię takie zapachy, ten średnio przypadł mi do gustu. 
  
  
Po zwilżeniu na skórze nie stało się nic - grudki alg stały się mokrymi grudkami alg, wcale nie zmieniły swojej konsystencji ani twardości, nic. Puściły tylko nieco zielonego barwnika - nie łudzę się nawet, że naturalnego, zwłaszcza, że barwniki mamy jak byk w składzie. Nałożyłam tę breję na skórę i próbowałam rozsmarować - szło jak krew z nosa. Tępo, drapiąco, nieprzyjemnie. Wtedy uznałam, że potraktuję to nie jako coś do mycia ciała, jak wskazuje producent, a jako peeling - i tu sprawdził się znacznie lepiej. Wzięłam nieco mniejszą ilość i rozmasowywałam po skórze - dawno nie używałam tak dobrego zdzieraka. Sprawił, że skóra była gładka i idealnie wręcz złuszczona. Muszę jednak przyznać, że wcale się umyta nie czułam, więc żel pod prysznic i tak był koniecznością. 
Podsumowując, jeśli potraktujemy to cudo jako peeling - będzie super. Ale nie próbujcie się tym myć ;) Nie wiem właściwie, czy zachęcać Was do zakupu, bo nigdy nie widziałam tych alg w sklepach. Wiem, że można je kupić w necie, ale nawet na stronie Bielendy nie ma już informacji o tej serii. Czyżby ją wycofali?
  
  
Używałyście tego typu dziwactw? Może macie na nie jakieś patenty?

piątek, 27 lipca 2012

Lirene - Seria Stop Cellulit

Jak sam tytuł posta wskazuje, dziś napiszę Wam co nieco o antycellulitowej serii kosmetyków od Lirene. Używałam jej całej jednocześnie, więc i recenzja będzie wspólna :) Cóż, o ile unikam kosmetyków modelujących, to jednak czasem wspomagam się takimi antycellulitowymi. Trzeba jednak zaznaczyć, że mój cellulit jest dość specyficzny - potrafi pojawić się z dnia na dzień i równie szybko zniknąć - wystarczy, że przez dwa tygodnie sobie poćwiczę coś mało wymagającego i pomogę sobie jakimś dobrym balsamem. Weźcie to pod uwagę, czytając recenzję ;)
    
  
Opisy producenta i składy:
   
 Kliknijcie na zdjęcie, aby je powiększyć.
   
Gdzie i za ile:
Znajdziecie je raczej wszędzie, na pewno widziałam tę serię w Rossmannie i w SuperPharm. Ceny wyglądają tak:
Serum ujędrniające na noc - 17zł / 200ml
Balsam antycellulitowy - 15zł / 250ml
Antycellulitowy peeling myjący - 12zł / 200ml
  
Moja opinia:
Tym razem, żeby najlepiej ocenić działanie serii, nie ćwiczyłam - byłam ciekawa, czy dam radę pozbyć się cellulitu z pomocą samych specyfików. Udało się, choć nie trwało to dwóch tygodni, jak zwykle z ćwiczeniami, a około miesiąca. Moje uda znowu są gładkie, bez brzydkiej skórki pomarańczowej.
Cóż, zaczęłam z grubej rury, od razu podałam najważniejszą informację - skuteczność serii. Wiecie więc już, że to wesołe trio może poprawić nasz wygląd. To teraz może parę słów o każdym członku tego trio?
Serum ujędrniające na noc używałam, uwaga... na noc. Po kąpieli wmasowywałam je okrężnymi ruchami. Serum ma postać żółtawego kremu, jest lekkie, łatwo się rozsmarowuje i jest bardzo wydajne. Z żalem stwierdzam, że nie zaobserwowałam żadnego uczucia rozgrzania ani schłodzenia - lubię te efekty, wmawiam sobie, że to oznacza, że kosmetyk działa ;) Pachnie cytrusowo, świeżo, choć nieco chemicznie. Mnie się ten zapach bardzo podoba. Opakowanie serum to stojąca tuba zamykana na zatrzask, całkiem wygodna, choć nie przepadam za takimi opakowaniami.
Balsam antycellulitowy wsmarowywałam w uda rano, choć akurat o nim zapominałam najczęściej, mimo, że specjalnie stał na honorowym miejscu przy moim łóżku... Ma postać kremu, białego albo bardzo jasnego, zależnie od światła ;) Jest nieco cięższy od serum, ale i tak łatwo się rozprowadza i wchłania. W tym przypadku również nie zauważyłam, żadnego chłodzenia ani rozgrzewania - buuu... Zapach jest taki sam, jak w serum - cytrusowy, przyjemny. W przeciwieństwie do dwóch braci, ten balsam mieszka w plastikowej butelce, która już bardziej mi odpowiada niż tubki - pod koniec opakowania można je postawić do góry nogami i też produkt spływa ;)
Antycellulitowy peeling myjący to mój ulubiony produkt z tej serii. Stosowałam go siedząc w wannie, solidnie szorując nim uda. Ma piękny soczysty pomarańczowy kolor (zapach również, taki jak pozostała część serii) i żelową konsystencję. Zawiera spore ilości drobinek, które mnie kojarzą się z peelingiem cukrowym - mocne zdzieraki, powodujące bardzo przyjemny masaż, a przy tym i lekką pianę - naprawdę jest to peeling myjący. Dodam też, że jest bardzo wydajny. Mieści się w częściowo przezroczystej tubie, stawianej na zamknięciu - dokładnie takiej, jak w przypadku serum.
 
  Gdybym miała wybrać z tej serii jeden produkt, wybrałabym peeling. Nie mogę Wam powiedzieć, czy poszczególnie elementy tego trio dadzą odpowiedni efekt w wersji solo, ale w zespole powinny się sprawdzić. Myślę, że są to kosmetyki warte uwagi :)
   
   
Używacie kosmetyków modelujących czy antycellulitowych?
Macie jakieś sprawdzone sposoby na skórkę pomarańczową na udach czy pupie?

piątek, 25 listopada 2011

Lirene Głębokie Nawilżenie - Peeling do ciała

To już ostatni produkt z nowości Lirene, jakie mam na stanie ;) Na dziś został nam więc nawilżający peeling drobnoziarnisty - ten testowałam ja, bo ciągle szukam peelingowego ideału. Ten jest całkiem niezły, choć nie oznacza to, że poszukiwania zakończone ;)
   
   
Opis producenta:
Przeznaczony jest dla skóry suchej i normalnej, która potrzebuje odświeżenia i nawilżenia. Peeling aktywnie myje skórę, a także nawilża przywracając jej naturalną hydro-równowagę. Drobne ziarna delikatnie, ale skutecznie złuszczają obumarłe komórki naskórka. Skóra staje się aksamitnie gładka oraz na nowo odzyskuje jędrność i elastyczność i zdrowy koloryt. Zawartość składnika silnie nawilżającego skórę – Moist 24 – wzmacnia naturalną barierę ochronną skóry i ogranicza utratę wody z naskórka.
 
Gdzie i za ile: wszędzie - 14zł / 200ml
   
Skład:
    
Moja opinia:
Peeling zamknięty jest w ładnej schludnej tubie z bezbarwnymi elementami - łatwo można kontrolować, ile go zostało. Tuba zamykana jest na zatrzask, peeling po prostu trzeba z niej wycisnąć. Sam produkt prezentuje się nieźle - to niebieski żel z widocznymi sporymi drobinkami - sporymi, jak na peeling drobnoziarnisty. Drobinki te kojarzą mi się z peelingiem cukrowym. Zapach trudno mi określić, ale pachnie nieco męsko - coś jak lekko kwaskowata morska bryza? :P Mnie się podoba, bo lubię zapachy męskie i unisex ;) 
Peeling jest dość gęsty i wydajny. Wmasowywany w skórę lekko się pieni (tzn. tworzy taką gęstą, drobniutką pianę) i myje, może więc spokojnie pełnić też funkcję żelu pod prysznic. Peelinguje całkiem nieźle, choć preferuję jego czerwonego kuzyna z serii Intensywna Regeneracja - lubię takie ździeraki :) Cena muszę przyznać, że bardzo dobra, jak na taką jakość :)
    

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...