A serio - straciłam znowu głos, mam wirusowe zapalenie krtani i przeraża mnie ilość leków, jakie mi na to przepisano, a jeszcze bardziej kwota, jaką dane mi było za to zapłacić. Kuruję się jednak intensywnie, bo w poniedziałek czeka mnie podróż do Warszawy, więc trzymajcie kciuki, żebym przynajmniej odzyskała głos ;)
czwartek, 21 marca 2013
środa, 20 marca 2013
Lakiery Joko - Gunpowder with Mint, Royal Blue, Stylish Grey, Perfect Blue
Poszalałam z kolorami na paznokciach ostatnimi czasy, odstawiłam na trochę moje bezpieczne porcelanki, nudziaki, delikatne fiolety i róże. Pobawiłam się za to z ostatnią czwóreczką z lakierów Joko, jakie aktualnie posiadam - tak padło, że wszystkie są w podobnych klimatach:
Mamy tu miętę, iskrzący granat, szarość i błękit - niby z jednej bajki, ale zupełnie różne od siebie...
Teraz napiszę to, co piszę zawsze przy lakierach Joko - stanowią one jedną z moich top3 marek, jako jedyna polska marka na tym piedestale. Uwielbiam je za świetne krycie, genialne pędzelki (płaskie i szerokie), duży wybór kolorów, cenę i dostępność. Można to uznać za cechy wspólne tych lakierów, ale wiadomo, że te cztery osobistości trzeba przedstawić również osobno.
Proszę tylko jak zwykle wziąć pod uwagę, że te podłużne bruzdy to cecha moich paznokci, nie lakieru ;)
Przed Państwem...
Gunpowder with Mint, nr 147. Mój zdecydowany ulubieniec z tej czwórki. Nigdy nie byłam fanką mięt, ale w tym odcieniu coś mnie urzekło. Jest w sumie bardziej zielony niż niebieski, poza tym bardzo pozytywnie wygląda na paznokciach teraz, kiedy za oknem śnieg i mróz - kojarzy się z wakacjami i latem. Jest to lakier zupełnie kremowy, bez żadnych drobinek, po prostu śliczny pastel. Kryje przy dwóch warstwach idealnie, nie robi smug ani prześwitów, zmywa się bezproblemowo. Wg mnie jest to miętka idealna :)
Royal Blue, nr 163... Z nim wiązałam duże nadzieje, bo kolor jest przepiękny, idealnie pasujący do nazwy lakieru. To głęboki granat przepełniony mnóstwem niebieskich drobinek, jeszcze pogłębiających jego odcień. Dodatkowo Was pewnie zaskoczę, jak powiem, że na zdjęciach powyżej mam tylko jedną warstwę tego cuda. Ale co w takim razie jest z nim nie tak? Ano to, że strasznie bąbelkuje, co same możecie zobaczyć powyżej. Malowałam nim na różne sposoby, ale bąbelki są zawsze, nawet przy tej jednej warstwie. Może mój egzemplarz jest jakiś felerny? Zmywa się bez problemu.
Stylish Grey o nr 168 - jest dla mnie najmniej ciekawy i nie wiem, co w nim jest stajlisz - ja tego nie widzę. To najprościej mówiąc zwykła szarość, nieco gazetowa, jeśli wiecie, co mam na myśli. Kryje przy dwóch warstwach, ale jakoś rozlewa się na skórki, mimo, że ma taką samą konsystencję jak pozostałe - magia po prostu ;) Zmywa się bez problemu i w sumie nie mam nic więcej do napisania na jego temat ;)
Perfect Blue o nr 169 - nie jest może taki perfect, ale na pewno godny uwagi :) To jaśniutki błękit, może lekko przybrudzony i minimalnie wpadający w szarość. Jest zupełnie kremowy, kryje przy dwóch warstwach, choć mogą mu się zdarzyć lekkie prześwity, jak tu u mnie na palcu wskazującym. Jest w stanie w miarę zatuszować moje bruzdy na paznokciach, dzięki czemu ich powierzchnia wygląda lepiej, jest bardziej gładka. Lakier także zmywa się zupełnie bezproblemowo, nie odbarwia płytki.
Domyślam się, że i tak będziecie mi pisać o tym, który z tych czterech lakierów podoba Wam się najbardziej, ale ja zapytałabym o coś innego - macie ulubieńca w lakierach Joko ogółem?
wtorek, 19 marca 2013
O molestowaniu włosów mojej siostry ;)
Naszło mnie ostatnio na przeglądanie tutoriali z ciekawymi fryzurami. Chętnie bym je wypróbowała, ale są niestety dwie przeszkody:
a). na moich włosach niewiele da się zrobić tak, żeby to jakoś wyglądało
b). sama nie mam w ogóle wprawy w zaplataniu włosów, nawet w najprostszy sposób
Z pomocą w kwestii pierwszego problemu przyszła moja młodsza siostra Sara - wczoraj dopadłam ją ze szczotką i gumeczkami i zaczęłam molestować jej włosy ;)
Tak wyglądały zanim się za nie zabrałam:
Normalnie ma bardziej proste, tutaj były po rozpuszczeniu koka, zdążyły się nieco pofalować. Na tym zdjęciu ma też doczepiane pasemka, ale zaraz je zdjęła, czesałam więc tylko jej naturalne włosy.
Oczywiście został jeszcze drugi problem, mianowicie mój brak jakichkolwiek umiejętności fryzjerskich. Obejrzałyśmy kilka tutoriali, podjęłam wiele prób różnych fryzur... Niestety większość trzeba było od razu po prostu rozczesać, bo na przykład zupełnie nie wychodzi mi boczny warkocz francuski ;) Poza tym niektóre fryzury wykluczał fakt, że Sara ma pocieniowane włosy. W każdym razie, udało nam się wyczarować kilka banalnych w wykonaniu, ale niebanalnie wyglądających fryzur :)
Tutaj wzorowałam się na TYM filmiku, ale nieco uprościłam fryzurę, bo włosów zabrakło na środkową część kokardy :P Muszę przyznać, że jak już się ogarnie, jak to właściwie zrobić, okazuje się, że fryzura jest naprawdę banalna - gdybym miała więcej włosów na pewno spróbowałabym zrobić ją i na swoim kitku. Na włosach Sary wygląda świetnie właśnie na takim niskim luźnym kitku, ale można ją zaserwować też przy koku czy na końcu warkocza, wszystko zależy od ilości i długości włosów :)
Teraz z kolei fryzura inspirowana TYM filmikiem - sama ją noszę co jakiś czas, jak mam cierpliwość do pobawienia się włosami. Wygląda świetnie, nawet jeśli robi ją osoba o dwóch lewych rękach i na własnych włosach. Do jej wykonania wystarczy kilka malutkich gumek i ze 3-4 minuty czasu. U Sary trochę krzywo wyszły górne pasma, ale flesz aparatu je uwydatnił - na żywo to zdecydowanie mniej widoczne.
Teraz tylko czekam na lato, żeby móc zrobić sobie jaki splocik - na chwilę obecną szalik by go rozwalił.
To chyba najbanalniejsza z tych fryzur. Z założenia miała wyglądać zupełnie inaczej, bo mały warkoczyk miał być wpleciony w długi, ale przeliczyłam się z długością włosów Sary z przodu, gdzie ma cieniowane. Ostateczna wersja też jest jednak w miarę ciekawa, zawsze to jakieś urozmaicenie dla zwykłego codziennego warkocza. Końcówkę małego warkocza można wpleść w dużego albo podpiąć wsuwką pod nim, można też pokombinować z innym układem dwóch warkoczy.
Na koniec jeszcze mały eksperyment, może wykorzystam go następnym razem, jak będę katować włosy Sary ;) Pewnie wiecie, jak zrobić taki wężyk, ale wyjaśnię - robicie zwykłego warkoczyka, chwytacie za jedno z pasm, a pozostałe dwa przesuwacie w górę warkocza - wychodzi taki właśnie ładny splot. Kojarzy mi się z celtami, choć nie wiem, czy słusznie. Na pewno wypróbuję kiedyś na sobie :)
Znacie jakieś naprawdę proste fryzury dla osób z małą ilością włosów, jak ja?
Chętnie coś podpatrzę, bo moje rozpuszczone mi się znudziły ;)
poniedziałek, 18 marca 2013
Le Petit Marseillais - Żel pod prysznic Mandarynka i Zielona Cytryna
Z reguły nie publikuję dwóch recenzji pod rząd, ale ostatnio się zapędziłam z dwoma nierecenzjowymi postami, więc wyjątkowo pozwolę sobie na nadrobienie w ten sposób. Obiecuję jednak, że niedługo opublikuję też parę różnych postów, które Was zainteresują :)
Jakiś czas temu odezwała się do mnie pani, która po powrocie z Francji zatęskniła za tamtejszymi kosmetykami, więc postanowiła sprowadzić je do nas, do Polski. Ba, utworzyła nawet sklep :) Marka Le Petit Marseillais wydaje mi się strasznie ciekawa - w moje łapki wpadł żel pod prysznic i olejek do ciała i włosów - olejek czeka na testy, ale o żelu napiszę Wam teraz:
Opis producenta:
I w skrócie, dla nieznających francuskiego:
"Żel pod prysznic z mandarynką i zieloną cytryną delikatnie oczyszcza i
nawilża skórę. Lekka i łatwa do spłukania piana uwalnia pikantny aromat
z nutami mandarynki. Jego świeży i pikantny zapach uwiedzie całą
rodzinę. Twoja skóra pozostaje miękka, nawilżona i odświeżona."
Gdzie i za ile: charme-de-provense.pl, 17,90zł / 250ml
Skład:
Moja opinia:
Tradycyjnie zaczynając od opakowania - jest to plastikowa butelka w dość nietypowym kształcie, podobnym do męskich żeli pod prysznic St8, ale... cóż, ładniejszym ;) Plastik jest nieprzezroczysty, zielony z białym zamknięciem na zatrzask. Opakowanie jest bardzo wygodne, bo nie wyślizguje się z rąk, ale lepiej, żeby stało pionowo, bo może nieco przeciekać - biała góra jest dość luźno nałożona na resztę.
Sam żel jest dość rzadki, ale nie wodnisty. Ma lekko zielony kolor i niesamowity zapach, który jest jego zdecydowanym atutem - pachnie bardzo orzeźwiająco i cytrusowo, choć nie umiem wyodrębnić zapachu mandarynki i zielonej cytryny (BTW, czy zielona cytryna to nie jest przypadkiem limonka? ;)). Muszę przyznać, że jest idealny do porannego prysznica, bo orzeźwi nawet po najgorszej nocy :)
Żel pieni się świetnie - mała ilość wystarczy do spienienia na całym ciele, więc jest niesamowicie wydajny. Nie nadaje się za to do wlewania do wanny, bo w ten sposób nie pieni się prawie wcale, poza tym trochę mi go szkoda do tego celu ;) Nie wysusza skóry, nie działa w żaden sposób negatywnie. Ogólnie mówiąc - bardzo mi się spodobał, głównie ze względu na piękny zapach i wydajność - starczy na wiele porannych "pobudek" :) Dobrze mieć taki żel w szafie i stosować w razie potrzeby, jak dobre lekarstwo na przemęczenie, stres, niewyspanie czy kaca ;) Cena nie jest najniższa, ale i tak nie jest źle, jak się weźmie pod uwagę powyższe fakty.
Czy polecam? Zdecydowanie! :)
Słyszałyście coś o tej marce? Jeśli skusiłyście się albo skusicie na jakieś zakupy, baaardzo chętnie poczytam Wasze recenzje tych produktów :)
niedziela, 17 marca 2013
TianDe - Maski do twarzy Zielona Herbata i Nieszpułka
Na dziś mam dwa Was recenzję masek, o których na razie polski rynek pewnie niewiele słyszał, bo i marka dopiero się u nas rozgaszcza - mowa tu o TianDe. Pisałam kiedyś od ich peelingu solnym, teraz pora na dwie maseczki :)
Opisy producenta:
Zielona Herbata: Stymuluje metabolizm komórek, wygładza zmarszczki, nawilża, odżywia i dodaje skórze energii. Działa tonizująco, przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie. Intensywnie oczyszcza skórę, usuwa z toksyny i normalizuje poziom pH. Maska z zielonej herbaty zalecana jest do pielęgnacji cery zanieczyszczonej, tłustej i trądzikowej, doskonale sprawdza się przy parzeniach słonecznych.
Nieszpułka: Maska głęboko nawilża i odżywia skórę, stymuluje metabolizm. Nieszpułka posiada właściwości tonujące i ściągające, wzmacnia włókna kolagenowe, wygładza zmarszczki i uelastycznia skórę.
Gdzie i za ile: tiande.pl, 8zł / 50ml
Moja opinia:
Maski ogółem
Zamknięte są w typowych maseczkowych saszetkach, choć o dużej pojemności, bo 50ml, gdzie praktyczniejsze już byłyby tubki...
Mają żelowo-kremową konsystencję. Łatwo rozprowadzają się po twarzy i są wydajne, choć producent zaleca nałożyć je szczodrze, jak maskę, a nie jak krem. Bezproblemowo ścierają się przy użyciu chusteczki nawilżanej. Nie ściągają, nie zasychają, częściowo się wchłaniają. Efekt jest naprawdę ciekawy.
Maska Zielona Herbata
Opisy producenta:
Zielona Herbata: Stymuluje metabolizm komórek, wygładza zmarszczki, nawilża, odżywia i dodaje skórze energii. Działa tonizująco, przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie. Intensywnie oczyszcza skórę, usuwa z toksyny i normalizuje poziom pH. Maska z zielonej herbaty zalecana jest do pielęgnacji cery zanieczyszczonej, tłustej i trądzikowej, doskonale sprawdza się przy parzeniach słonecznych.
Nieszpułka: Maska głęboko nawilża i odżywia skórę, stymuluje metabolizm. Nieszpułka posiada właściwości tonujące i ściągające, wzmacnia włókna kolagenowe, wygładza zmarszczki i uelastycznia skórę.
Gdzie i za ile: tiande.pl, 8zł / 50ml
| Z etykiet niestety za dużo nie przeczytamy - na jednej jest tylko skład, a druga jest mocno nieczytelna... |
Maski ogółem
Zamknięte są w typowych maseczkowych saszetkach, choć o dużej pojemności, bo 50ml, gdzie praktyczniejsze już byłyby tubki...
Mają żelowo-kremową konsystencję. Łatwo rozprowadzają się po twarzy i są wydajne, choć producent zaleca nałożyć je szczodrze, jak maskę, a nie jak krem. Bezproblemowo ścierają się przy użyciu chusteczki nawilżanej. Nie ściągają, nie zasychają, częściowo się wchłaniają. Efekt jest naprawdę ciekawy.
Maska Zielona Herbata
Maska jest zielonkawa i prześlicznie pachnie, czystą naturalną zieloną herbatą, już samym tym mnie oczarowała, zwłaszcza, że zapach ten czuć przez całe te 10 minut, kiedy mamy maseczkę na twarzy. Po jakimś czasie skóra zaczyna przyjemnie mrowić, jakby "coś" się na niej działo ;) Po kolejnej chwili zupełnie zapominamy, że mamy coś na twarzy - owszem, w dotyku się klei, ale nie czujemy jej skórą, jeśli wiecie, co mam na myśli ;) Po starciu albo zmyciu maski cera jest gładziutka i świetnie nawilżona, choć nie oczekiwałam tego za bardzo. Jest też niewątpliwie odświeżona, zdaje się oddychać. Z tej maski jestem bardzo zadowolona :)
Maska Nieszpułka
Ta maska ma kolor jasno-różowy i pachnie... hmmm... kwiatowym mydłem ;) Nie wiem, jak powinna pachnieć nieszpułka ;) Zapach również długo czuć, gdy mamy maskę na twarzy, mrowienie jednak pojawia się od razu, a w miejscach, gdzie mamy jakieś krostki jest to wręcz szczypanie. Wkrótce maska przestaje być wyczuwalna. Kiedy ją zmyjemy okaże się, że cera jest wygładzona, lekko nawilżona i... w sumie to tyle. Efekt przyzwoity, ale nie tak zauważalny jak przy zielonej maseczce, dlatego zdecydowanie wolę tamtą :)
Maska Nieszpułka
Ta maska ma kolor jasno-różowy i pachnie... hmmm... kwiatowym mydłem ;) Nie wiem, jak powinna pachnieć nieszpułka ;) Zapach również długo czuć, gdy mamy maskę na twarzy, mrowienie jednak pojawia się od razu, a w miejscach, gdzie mamy jakieś krostki jest to wręcz szczypanie. Wkrótce maska przestaje być wyczuwalna. Kiedy ją zmyjemy okaże się, że cera jest wygładzona, lekko nawilżona i... w sumie to tyle. Efekt przyzwoity, ale nie tak zauważalny jak przy zielonej maseczce, dlatego zdecydowanie wolę tamtą :)
| Wybaczcie różne światło, zdjęcia robiłam o różnych porach dnia ;) |
Miałyście kiedyś kosmetyki TianDe? A może któreś Was wyjątkowo kuszą? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













