wtorek, 18 września 2012

Jesienne błyskotki od Barbry - Q by Colour Alike

Czas na kolejną porcję lakierów dla Was :) Na dworze mamy już właściwie jesień, więc na dziś wybrałam trzy jesienne kolory jednej z moich ulubionych polskich marek - Barbry. 

Lakiery tej marki występują pod nazwą Colour Alike, a niektóre także w serii Q by Colour Alike. Wszystkie one są zaskakująco dobrej jakości - trwałe i mocno kryjące. Bardzo rzadko zdarza się, że jestem z jednego z tych lakierów niezadowolona, a wymagania mam dość duże. Na moich miękkich paznokciach lakiery trzymają się średnio... 1 dzień. W przypadku Barbry są to ok. 3 dni. 
Mają wygodne pędzelki i ładne buteleczki, choć z czasem mogą ścierać się z nich napisy. Warto też wspomnieć o wyborze kolorów - co sezon zaskakują nas nową serią z szeroką gamą odcieni, każdy znajdzie coś dla siebie :) Wiem, że brzmi to dotychczas jak tekst z reklamy, ale naprawdę mało jest tak dobrych lakierów na polskim rynku. Dodatkowo są dość tanie, bo każdy kosztuje w granicach 10zł.
  
  
Dziś zajmę się trzema konkretnymi lakierami w dość jesiennych kolorach - 117 Czysta Krew, 118 Diskorelaks i 119 Karamba. Nazwy są wymyślane przez fanki tej marki, co jest na plus, choć nie wszystkie mi się podobają ;) Ale cóż, o gustach się nie dyskutuje. Z tej trójeczki moim zdecydowanym faworytem jest 118 Diskorelaks - mam go na paznokciach od trzech dni i jest w całkiem niezłym stanie :)
Przedstawię je może pojedynczo, z bliska:
  
  
Nie zwracajcie proszę uwagi na tę małą tragedię na wskazującym palcu, wypadek przy pracy ;)
Na pierwszy ogień idzie 117 Czysta Krew - plus za nawiązanie do jednego z moich ulubionych seriali ;) Jest to głęboka czerwień z malinowymi nutkami, jej wykończenie określiłabym jako glass-flecked - zawiera w sobie maleńkie drobinki wyglądające jak odłamki szkła. A zgadnijcie, ile warstw mam tu na paznokciach? Jedną! Naprawdę nieźle kryje i nie robi smug ani innych niespodzianek - jest w sam raz do szybkiego manicure'u. Niestety tylko przy zmywaniu trzeba uważać, bo jak to czerwień, lubi umazać całe dłonie ;)
  
  
Pora na mojego faworyta - 118 Diskorelaks. Tu niestety nazwa jest wg mnie kiepściutka, ale sam lakier nadrabia. To ciemne srebro mieniące się lekkim fioletem, a dodatkowo zawierające delikatny efekt holo - nienachalny i nietandetny, taki idealny :) Do pełnego krycia może wystarczyć i jedna grubsza warstwa, ale ja zawsze wodę dać dwie cieńsze - wtedy paznokieć wygląda na gładszy, co jest dla mnie ważne, bo moje płytki są całe w podłużnych bruzdach. Poza tym ta trwałość! Trzy dni bez odprysków, a to naprawdę COŚ w przypadku moich paznokci ;) Nie ma problemów przy zmywaniu - nie jest to brokat, drący nam wacik na strzępy ;) Lakier ładnie schodzi, nie brudząc wszystkiego dookoła.
  
  
Ten lakier, 119 Karamba, w ogóle jakoś do mnie nie przemawia. Nie podoba mi się ani kolor, ani jego nazwa, do której pasowałabym mi raczej jakaś ciemna czerwień, niż to. Właśnie, "to"... Tylko jak ten kolor określić? Brązowa śliwka ze srebrnymi drobinkami? Po prostu w ogóle nie wiem, jak go ugryźć, według mnie to akurat jeden z bardzo nielicznych niewypałów kolorystycznych Barbry, choć jestem pewna, że ma wielu zwolenników. No cóż, ja do nich nie należę. Jakikolwiek jest to kolor, do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw lakieru. Zmywa się raczej bezproblemowo.
  
Na dziś to na tyle, ale...
  
Szykujcie się na więcej lakierowych postów, z Barbrą i Kobo w rolach głównych ;)
Interesują Was konkretne kolory? :)

poniedziałek, 17 września 2012

Orlica-okularnica, czyli moje nowe okulary od Firmoo

Wiem, że ostatnimi czasy na blogach jest zatrzęsienie postów o okularach od Firmoo, ale może jednak znajdzie się ktoś, kto jeszcze o nich nie słyszał? ;)
Dla mnie ten post znaczy więcej niż tylko "mam nowe okulary" - bo są to moje pierwsze szkiełka! Tym bardziej nie mogłam się ich doczekać, a gdy do mnie dotarły, niemal rozerwałam opakowanie na strzępy, żeby szybciej się do nich dostać ;)

Oto, jak moje wybrane okulary wyglądają :)


Może opowiem Wam ich "historię" ;)
Otóż w okolicach marca zauważyłam, że mocno pogorszył mi się wzrok. Nie widziałam tekstu na slajdach na wykładach, nie widziałam, jaki autobus podjeżdża, dopóki nie stał na przystanku. W kwietniu wreszcie udałam się do okulisty i okazało się, że faktycznie mam wadę wzroku - jestem krótkowidzem. Potrzebowałam więc okularów do dali, ale nie do noszenia na co dzień, tylko w sytuacjach, gdzie są mi potrzebne, czyli na wykładach, za kierownicą samochodu itd. Długo zbierałam się do zakupu tych okularów, ale zawsze znajdywało się coś, co trzeba było kupić pilniej, niż szkiełka, na które już później nie było pieniążków. Jak łatwo się domyślić, okularów w końcu nie kupiłam...
Wtedy jak z nieba spadł mi mail od sklepu Firmoo, który zaproponował mi okulary do opisania na blogu. Z początku byłam mocno sceptyczna, bo jak to tak zamówić okulary bez mierzenia? Bez sensu - nawet im nie odpisałam. Po kilku dniach się na szczęście zreflektowałam i zapoznałam się bliżej z procedurą zamawiania i ofertą. Otóż okazało się, że wystarczy wypełnić formularz, w którym wskazujemy wybrany model, naszą wadę wzroku (lub nie, jeśli okulary mają być przeciwsłoneczne lub niekorekcyjne), odległość źrenic (na ich stronie jest ładnie napisane, jak można to zmierzyć), adres i tego typu dane. Pozostało więc znaleźć "receptę" od okulisty i wybrać odpowiedni dla siebie model okularów, z czym miałam lekki problem. Znalazłam trzy pary, nad którymi się zastanawiałam - miałam możliwość załadowania na stronie sklepu swojego zdjęcia au face i wirtualnego przymierzenia każdej pary, co było bardzo pomocne. W końcu jedną wykluczyłam, a dwie pozostałe poddałam "głosowaniu" na fanpage'u bloga na FB ;) Zdecydowana większość z Was wskazała te, do których i ja byłam bardziej przekonana, więc zamówiłam.
Na przesyłkę lecącą z Szanghaju czekałam tydzień - króciutko :) Dodatkowo na stronie kuriera mogłam śledzić, gdzie moja paczka aktualnie się znajduje :) Kiedy dotarła, znalazłam w niej to:


Jak widzicie, do okularów dołączone było między innymi bardzo solidne czerwone etui. Przyznaję, że nieco ubolewałam, że nie dostałam takiego z wzorem starej mapy jak inne bloggerki, ale to już tylko moje kobiece fanaberie :P Same okulary zaskoczyły mnie swoją delikatnością, w pozytywnym tego słowa znaczeniu ;)


Oprawki wykonane są z metalu (poza tymi elementami tuż przy uszach, jakkolwiek się nazywają). Są wyjątkowo lekkie i cieniutkie, ale jednocześnie mocne - zawiasy są porządne, noski wygodne, ozdobna część oprawek też jak trzeba, na pewno się nie odkształci ani nic :) Zdziwił mnie tylko ten brokatowy element przy zawiasach, bo nie zauważyłam go na zdjęciach sklepu. Na szczęście nie rzuca się w oczy i nie przeszkadza mi jakoś specjalnie.
Dodam też, że szkła są naprawdę dopasowane do mojej wady wzroku - widzę w nich znacznie lepiej, niż bez, nie boli mnie od nich głowa. Jest lepiej, niż oczekiwałam :) Może są tylko nieco za szerokie, ale to moje odczucie - rodzinka i znajomi mówią, że są idealne. Ja się nie znam, więc pasuję :P

Poza okularami w paczuszce znalazłam też inne rzeczy:


Jest tu ściereczka do czyszczenia okularów, która mi służy też do zabezpieczenia szkiełek, żeby nie latały za bardzo wewnątrz etui ;) Znalazłam także kilka zapasowych elementów - śrubki i para nosków, a do tego miniaturowy śrubokręcik, żeby wszystko działało jak trzeba. Poza tym w paczce była też saszetka do okularów. Chyba najmniej praktyczny dodatek, bo samych szkieł do niego nie włożę, a etui z niego wystaje ;) Domyślam się jednak, że takie sakiewki znajdą większe zastosowanie w przypadku większych plastikowych okularów przeciwsłonecznych :)

Na koniec mam dla Was dobrą wiadomość :)
Otóż Wy także możecie dostać wybrane okulary za darmo! Musicie tylko opłacić wysyłkę - do Polski wynosi ona ok. $19, czyli ok. 60zł w polskiej walucie! W porównaniu do cen u optyków to naprawdę malutko :)
Wejdźcie więc na tę stronę, by dowiedzieć się szczegółów na temat darmowej pary okularów ;)
  
 
I co, jak Wam się podobam w okularach? ;) Ja ciągle przyzwyczajam się do nowego wyglądu, ale myślę, że się polubimy :) A Wy skusicie się na zamówienie swojej pary? :)

niedziela, 16 września 2012

Bielenda Sexy Look - Serum modelujące Jędrny Biust

Jakiś czas temu moja siostra, Sara, recenzowała dla Was kilka różnych kosmetyków do modelacji ciała. Znalazła odpowiednie produkty do pośladków i brzucha, ale nadal szukała czegoś, co skutecznie poprawi wygląd biustu. Perfecta zawiodła, więc tym razem padło na Bielendę. Przeczytajmy, jakie są wrażenia Sary po tym serum...
   
   
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: np. na BioGalerii, ok. 25zł / 125ml
  
Skład:
   
Opinia Sary:
Po raz kolejny mam przyjemność recenzować kosmetyk firmy Bielenda. Tym razem jest to SERUM MODELUJĄCE Z EFEKTEM POWIĘKSZENIA I PODNOSZENIA BIUSTU SEXY LOOK. Zamknięte w profesjonalnie wyglądającej tubie koloru bakłażanowego. Na sklepowych półkach znajdziemy je również schowane do kartonika. Serum ma bardzo przyjemną, niezbyt gęstą, ale też nie rzadką konsystencję. Jest aksamitne i posiada miły, słodkawy zapach. Na opakowaniu marka przekonuje nas do produktu jego efektami takimi jak jędrny, kształtny, pełny, pięknie wymodelowany biust. Napisane jest również, że powiększa biust o dwa centymetry. I jak tu nie skusić się na taki kosmetyk?
  
  
 Używałam go przez prawie dwa miesiące i jestem bardzo zadowolona. Samo jego stosowanie było dla mnie przyjemnością. Wsmarowując je ma się bardzo miłe wrażenie, jakby to tysiące aksamitnych piórek dotykały ciała. Wchłania się szybko, pozostawiając po sobie delikatny zapach i aksamitną, nawilżoną skórę. Dzięki praktycznej tubie łatwo jest dozować odpowiednią ilość kosmetyku. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy biust mi się powiększył, wiem natomiast, że się uniósł, skóra ujędrniła się i stała aksamitnie miękka. Bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza, że przez częste i szybkie zmiany wagi mój biust (mimo młodego wieku) był oklapły, jak u osoby znacznie starszej. Teraz już tak nie jest. Dwa miesiące temu nie wyobrażałam sobie pójść na plażę z nieusztywnianym stanikiem kostiumu. Teraz, gdy idę na basen nie muszę się przejmować tym, że moje ulubione bikini jest bez usztywnień! 
Jako podsumowanie powiem tylko, że gorąco polecam ten kosmetyk wszystkim kobietom, które uważają, że potrzebują tego typu "wsparcia", ponieważ sama jestem nim oczarowana.
  
  
Używałyście tego serum? Zgadzacie się z opinią Sary?
A może macie jakieś swoje sposoby na jędrny biust? Chętnie z siostrą poczytamy ;)

sobota, 15 września 2012

Wellness & Beauty - Sól do kąpieli Mak i Kwiat pomarańczy

Ostatnio wieczorami jestem tak wyczerpana, że czasem zdarza mi się zasnąć w ubraniu - wtedy budzę się w środku nocy, serwuję sobie szybkie mycie i z powrotem do wyra. Czasem jednak mam ochotę na dłuższą relaksującą kąpiel. Relaksującą kąpielą jest dla mnie każda kąpiel o pięknym zapachu, kolorze, pianie czy też innym ciekawym efekcie. Dlatego więc uwielbiam jednorazowe produkty do kąpieli, jak np. saszetki soli, jak ta z Wellness & Beauty o której dziś będę pisać.
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Rossmannie, ok. 3zł za saszetkę
  
Skład:
   
Moja opinia:
Zaznaczam już na wstępie, że saszetka jest jednorazowa, co oznacza, że produktu tego użyłam raz i na tej podstawie piszę całą dzisiejszą recenzję :)
Sól mieści się w dość sztywnej saszetce, jest jej w niej sporo, bo 80g, co spokojnie wystarczy na zapewnienie miłej kąpieli w wannie pełnej wody. Brakuje mi w tym opakowaniu jakiegoś ułatwienia otwierania - perforacji czy nacięcia na zgrzewie. Musiałam pomagać sobie nożyczkami, inaczej otworzyć nie dało rady. Po wydobyciu z saszetku okazuje się, że sól jest drobna i pomarańczowa. Nie pachnie zbyt intensywnie "na sucho". Za to po wsypaniu do wanny, pod bieżącą wodę, zaczyna czarować. Woda zmienia kolor na intensywnie grejpfrutowy, wydobywa się dość mocny, ale nienachalny zapach - ładny, ale kojarzący się nieco z... proszkiem do prania ;) Przy okazji wytwarza się nawet lekka piana, czego się nie spodziewałam, więc za to wielki plus :) Wszystkie te efekty utrzymały się bez zarzutów przez ok. półgodzinną kąpiel. Bardzo żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia wanny z kolorową, spienioną wodą, ale najpierw zaaplikowałam do wanny siebie, a później dopiero sól :P
Po wyjściu z wody, skóra wydawała się jakby nieco tłusta, w taki pozytywny sposób. Mimo to, wolałam jak zwykle użyć na noc balsamu do ciała, nawilżenia nigdy za wiele ;)
Myślę, że w przyszłości zaopatrzę się także w inne wersje zapachowe tej soli - są w ofercie takie zapachy, które powinny przypasować mi bardziej niż ten :) Jeśli szukacie jakiegoś uprzyjemniacza kąpieli, sól Wellness & Beauty jak najbardziej się do tego nadaje :)
   
  
A czego Wy dodajecie do kąpieli? Lubicie kombinować z efektami w wannie czy wolicie szybki prysznic z ulubionym żelem? :)

piątek, 14 września 2012

Na ratunek orlicowym włosom! - PO ROKU

Wczoraj miesiąc odchudzania, a dziś równy rok dbania o włosy! Zastanawiam się, czy to nie ostatnia włosowa aktualizacja, ale to już od Was zależy, czy będziecie chciały nadal czytać o włosach co miesiąc, dajcie znać w komentarzach :)
  
Tymczasem zobaczmy moje kudełki:
  
  
Długość z przodu - 44cm
  
A było:                                                                                                                     
    
 

Idzie jesień i najwyraźniej moje włosy to odczuwają. Słabo rosną (choć miały przebłyski, kiedy używałam regularnie olejku Green Pharmacy), straciły znowu nieco blasku, a przede wszystkim - zaczęły wypadać - znowu! Od razu więc wyciągnęłam moją ciężką artylerię, czyli duet, o którym pisałam tutaj już niejednokrotnie, ale o nim zaraz ;)
  
  
    
Teraz może pokrótce opiszę moją aktualną pielęgnację...
 
  
Szampon, który aktualnie używam to wielka półlitrowa butla Szamponu z odżywką z algami Joanna Naturia. Przyznaję, szampon ten jest całkiem niezły, ale przez swoją wielką pojemność już dawno mi zbrzydł. Na szczęście zostało mi już tylko około 20% opakowania, więc niedługo się z nim pożegnam i sięgnę po jakąś Alterrę albo Green Pharmacy :) Co jakiś czas staram się olejować włosy, choć czasu mam ostatnio coraz mniej. Najnowszym nabytkiem jest Lidlowy azjatycki olej arachidowy - kupiłam go w wyprzedaży po tygodniu azjatyckim za śmieszną kwotę 5zł. Podoba mi się efekt, jaki daje na włosach, a poza tym pachnie orzeszkami ;) Na zdjęciach powyżej zobaczycie także mój niezastąpiony duet do wypadających włosów: kurację wzmacniającą Joanna Rzepa oraz mgiełkę wzmacniającą Radical. Oba te kosmetyki są na mojej ścisłej liście ulubieńców, zawsze są w stanie uratować moje włosy :) Na pewno nie zawiodą mnie i tym razem.
Używam też paru innych produktów, ale o nich pisałam już wcześniej, przy okazji innych włosowych aktualizacji - wykańczam maskę Ziaja, płukankę octową Yves Rocher, szampon BabyDream do zmywania olejów, wosk Beauty Formulas... Kosmetyków do włosów mi nie brakuje, gorzej z czasem na ich używanie ;)
  
A że dzisiejsza aktualizacja jest jubileuszową, przedstawiam także małe podsumowanie ostatniego roku - zdjęcie możecie powiększyć :)
  
  
Zaczynałam od 30cm z przodu, czyli na tym pasemku, które zawsze mierzę. W międzyczasie podcinałam raz końcówki, a mimo to w ciągu roku przybyło mi ok. 14cm włosów :) Mnie ten wynik całkiem satysfakcjonuje, teraz postaram się dobić do 0,5m :D
  
Zainteresowane dalszymi comiesięcznymi postami tego typu czy mam je sobie darować? :)
Jak się mają Wasze włosy? :) Odkryłyście ostatnio jakieś kosmetyczne cudo?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...