poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Orlica dietuje... #3.2 - Po dwóch tygodniach

W sobotę minęły dwa tygodnie mojego dietowania. Wiedziałam, że nie będzie tym razem super-ekstra efektów, więc też nie nastawiałam się na duży spadek wagi czy wymiarów. Coś tam jednak osiągnęłam i chciałabym dziś zdać Wam "raport" - motywuje to mnie, a może i zmotywuje którąś z Was ;)
W sobotę dzień zaczęłam od zważenia się i sprawdzenia wymiarów. Humor mi się poprawił, bo choć wizualnie jeszcze żadnych efektów nie ma, to matematyka nie kłamie - ubyło mnie ;)
Oto wyniki pomiarów:
  
 
Z wagi spadło 1,2kg. Może i mało, jak na dwa tygodnie, ale nie spodziewałam się więcej, skoro moje odchudzanie tym razem ogranicza się właściwie tylko do zmiany diety, nie ćwiczę za bardzo, bo nie mam kiedy. Czasem, ale niestety nie codziennie, przepedałuję około 10km na rowerze stacjonarnym, staram się więcej chodzić pieszo, ale to na tyle. Jeśli chodzi o wymiary, zeszło odrobinę ze wszystkiego. Z większości wymiarów po centymetrze, ale z dwóch miejsc, gdzie ostatnio nagromadziło się najwięcej, czyli z bioder i z talii, ubyło po 2 cm - bardzo mnie to cieszy :) Już teraz jednak widzę, że moje odchudzanie będzie musiało trwać znacznie dłużej niż 2 miesiące, jeśli chcę się zbliżyć do 60kg. Ale powolutku, powolutku, osiągnę cel :)
  
Przy okazji przeliczyłam raz jeszcze procent tkanki tłuszczowej, bo przy poprzednich pomiarach wyszło znacznie więcej, niemal skrajna otyłość, a wzięłam po prostu złe wymiary. Teraz wygląda to znacznie lepiej, choć nadal wskazuje nadwagę. Cieszy mnie za to wskaźnik BMI - wiem, że średnio wiarygodny to wyznacznik, a jednak cieszy, bo pokazuje wagę w normie, a nie nadwagę ;)
  
Jak wygląda moja dieta? Nie jest zbyt restrykcyjna. Po prostu staram się jeść regularniej, zdrowiej, lżej, unikam słodyczy i fastfoodów. Już teraz widzę, że mój organizm się do tego przyzwyczaił, bo gdy z okazji urodzin mojego Taty pozwoliłam sobie na kawałek tortu i trochę zapiekanki ziemniaczanej, wątroba dała o sobie znać ;) Jem ciemne pieczywo, produkty pełnoziarniste, dużo warzyw i owoców, jako przekąski w czasie pracy czy zajęć traktuję owoce, owsianki, ewentualnie batoniki musli, jak już mam wielką ochotę na coś słodkiego ;) Oczywiście staram się też więcej pić, choć przyznam szczerze, że piję więcej soków (grejpfrutowy, pomarańczowy, pomidorowy, warzywne) niż wody. Zamierzam się też wspomóc pewnym suplementem, ale o nim napiszę Wam innym razem :)
  
Dziękuję za dotychczasowe i proszę o dalsze trzymanie kciuków, przyda mi się, bo momentami brakuje mi samozaparcia ;) A jak Wam idzie? :) Może macie jakieś pomysły na lekkie i naprawdę PROSTE potrawy? :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Original Source - Żel pod prysznic Seasonal Edition - Mandarin & Basil

Mamy już wiosnę w pełni, a ja publikuję recenzję żelu pod prysznic z zimowej limitki Original Source... Może coś ze mną nie tak? Wcale nie - po prostu ten żel ma cudny zapach, który nie jest ani trochę zimowy - jest po prostu uniwersalny :) Właśnie go "wyzerowałam", więc piszę o nim, póki mam świeże wrażenia ;) 

  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 8zł / 250ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Zacznę może od tego, że gdy trafiły do mnie oba żele z limitki (przypominam, że drugi do malina i kakao, recenzja TUTAJ),  ten drugi zachwycił mnie duuużo bardziej zapachem - tak, że przyćmił mandarynkowego brata. Dopiero kiedy wystawiłam go na łazienkową półkę, ujął mnie i on, bo w kąpieli, na ciele, pachnie znacznie lepiej niż w butelce. 
Sama butelka jest taka sama jak w przypadku wszystkich OSów - stawiana na otwarciu typu zatrzask, chropowata po bokach, dzięki czemu nie wyślizguje się z mokrych dłoni, ładna. Niestety brakuje w niej silikonowego niekapka, który był genialnym pomysłem w pierwszych latach funkcjonowania marki w Polsce, teraz z niekapków zrezygnowano i zamiast tego są krateczki przy wylocie butelki. Niestety niewiele one zmieniają i jeżeli zostawimy otwarty żel - ucieknie. Można po prostu przekładać zamknięcia ze starych butelek OSa, co sama praktykuję.
Żel jest dość gęsty, typowo żelowy (nie ma konsystencji galaretki) i ma wściekle pomarańczowy kolor. O jego zapachu już wspominałam, ale wypada napisać więcej. Otóż pachnie na pewno mandarynką (choć dla mnie to równie dobrze mogłaby być pomarańcza) i czymś świeżym - nie rozpoznałabym bazylii, ale dodaje ona takiej pikantno - świeżej nutki do zapachu, co sprawia, że jest nietypowy i naprawdę bardzo mi się podoba :)
  
  
Jakościowo żel odpowiada mi znacznie bardziej niż malinowy brat. Pieni się o wiele lepiej i jest dużo bardziej wydajny - we dwoje używaliśmy go przez miesiąc, podczas gdy zużycie malinowego zajęło nam 2-3 tygodnie. Znam osoby, które narzekają, że żele OS je wysuszają. Mnie jeszcze żaden z nich tak nie potraktował, dlatego niezmiennie od kilku lat utrzymuję, że to moja ulubiona marka żeli pod prysznic :)
Dodam jeszcze, że trafia teraz na półki już nowa wersja limitowana na lato - tym razem będzie to żel o zapachu karamboli - wierzcie mi - warto powąchać na półce, jest co najmniej intrygujący :)
  

Co sądzicie o Original Source? Jesteście na tak czy na nie? :) Macie ulubione zapachy?

piątek, 4 kwietnia 2014

Gesha Beauty - Suplement diety Collagen Drink

Idę z wpisami jak burza ostatnio, prawda? ;) Postanowiłam nieco rozruszać tego bloga, póki mam ciutkę wolnego czasu chwilami ;)
Na dziś mam dla Was wpis, który planowałam opublikować już od jakiegoś czasu i nigdy nie było mi z nim po drodze. Teraz myślę, że to już czas najwyższy, bo kurację zakończyłam jakieś dwa tygodnie temu, miałam więc też okazję sprawdzić, czy efekty się utrzymają. Mowa tu o kuracji popularnym ostatnio na blogach suplementem diety - Gesha Beauty.


  
Nie wiem, na ile doczytacie się czegokolwiek z tej ulotki, ale streszczę Wam, że zadaniem tego suplementu jest pomoc w zachowaniu młodej i nawilżonej cery, poprawa jej jędrności i ogólnej kondycji. Zawiera kolagen ze skóry ryb oraz witaminy A, C i E. Bardzo ciekawym faktem dla mnie jest to, że to suplement w formie "soczku" - dzienna dawka mieści się w małej szklanej buteleczce o pojemności 50ml. Nawet smak jest z założenia dobry, bo jabłkowo-wiśniowy - z założenia, bo ja np. nienawidzę smaku wiśni, więc musiałam się trochę przemęczyć ;) Na szczęście buteleczkę taką można wypić na dwa łyki i po krzyku ;)


Kuracja trwa 30 dni. Można kupić kartoniki po 10 buteleczek, można od razu całą kurację. Niestety nie jest to tania "zabawa" - 10 buteleczek kosztuje 149zł, a 30 - 447zł. Zdaję sobie sprawę, że cena jest zaporowa, jednak z tego, co mi wiadomo, jest szansa, że ulegnie zmianie - do tego przydadzą się także i Wasze sugestie, ile taki preparat powinien kosztować.
 
Dla zainteresowanych - dokładny skład:
  
   
Wszelkie szczegóły i możliwość zakupu znajdziecie na stronie GESHA.PL.
 
A co ja mam do powiedzenia na temat działania produktu? Cóż, trochę Wam mogę napisać, skończyłam miesięczną kurację i jak już wspominałam - odczekałam trochę czasu dla sprawdzenia trwałości efektów.
Zacznę od tego, że nie do końca wiedziałam, czego w praktyce mogę się spodziewać. Starzeć się jeszcze nie starzeję, urok mojej tłustej cery to to, że jest dość jędrna (pulchna, żyzna i w ogóle ;)). Prawdę mówiąc myślałam, że w związku z tym nie zobaczę żadnych efektów. I myliłam się. Efekt może nie jest spektakularny, nie wyglądam, jakbym znowu miała 15 lat, ale cera jest znacznie bardziej nawilżona, niezależnie od stosowanych kosmetyków. Używam obecnie kremów, które nie są nawilżające, mogą wręcz wysuszać, a jednak poziom nawilżenia skóry nadal utrzymuje się na odpowiednim poziomie - ba, zniknęły nawet suche skórki przy nosie. Mimo zakończenia kuracji, na razie się to nie pogorszyło znacząco. Nie wiem jednak, czy jest to efekt warty takiej wysokiej kwoty... Innych skutków stosowania Gesha Beauty nie zauważyłam, ale jak już wspomniałam, nie miał zbyt dużego pola do popisu w kwestii jędrności.
    

Jako świeżo upieczona Pani Domu dodam od siebie jeszcze, że buteleczki można w ciekawy sposób wykorzystać :) Po wypiciu mikstury możemy zedrzeć z nich etykietę, umyć i ładnie ozdobić albo użyć jako pojemniczków do przechowywania czegoś. U mnie służą do trzymania nasion na kiełki, mam już małą kolekcję ;)

   
Co myślicie o tego typu suplementach? Stosowałybyście? Jaką cenę proponowałybyście za taką kurację?

czwartek, 3 kwietnia 2014

Lirene Magic Make-up - Krem / Fluid - 01 Jasny

Coś kolorówkowo się tu zrobiło ostatnio, ale obiecuję, że kolejne recenzje będą już pielęgnacyjne ;) Dziś mam dla Was recenzję nowości od Lirene - Magic Make-up, czyli kremu, który zmienia się we fluid. Przyznam szczerze, że sama nie stosuję od jakiegoś czasu żadnych podkładów, ale wiem, jaką ciekawość wzbudził w Was ten produkt, więc przekazałam go do zrecenzowania mojej przyjaciółce Sandrze, którą mogłyście poznać jako meSS albo Seraphine. Zobaczcie, co Sandra ma do powiedzenia na jego temat :)
 
"Bardzo sobie ceniłam podkłady z Lirene. Używałam do tej pory kilku i nigdy żaden mnie nie zawiódł. A kiedy zostałam poproszona o sprawdzenie ich nowego "dziecka" ucieszyłam się co niemiara i nie rozstawałam się z nim przez kilka dobrych tygodni. Jakie więc moje zdanie na jego temat? Zapraszam do lektury."
 
  
Opis producenta i skład:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 30zł / 30ml 
 
Opinia Sandry:
Produkt otrzymujemy w czarnej tubce o objętości 30 ml. Sama formuła to biały, dosyć gęsty krem z mikrodrobinkami w kolorze właściwego podkładu. Odcień, który przypadł mi do testów to 'jasny'. I dobrze, bo z Lirene to zawsze najjaśniejsze podkłady mi pasowały. Niestety ten kolor okazał się dla mojej cery wściekle pomarańczowy. Na początku w ogóle tego nie zauważałam, po kilkunastu dniach dopiero w lustrze zobaczyłam, że wieczorem podkład odcień jest dużo ciemniejszy niż rano. Zaraz po nałożeniu skóra wygląda ładnie, o ile nie posiada się niedoskonałości, bo tych 'magiczny krem' niestety nie zakryje. Jednak wieczorem i przy dłuższym używaniu odznacza się na skórze i nie wygląda ona na rozświetloną czy wygładzoną, co obiecuje producent. Ponadto ja mam skórę mieszaną, na policzkach i czole wysuszoną, a ten produkt bardzo podkreślił mi wszystkie skórki, wręcz do tego stopnia, że koleżanka z pracy pytała, na co jestem tak uczulona, że skóra mi schodzi.
 
  
Jest jeszcze jedna cecha, która strasznie przeszkadza i odejmuje temu kremowi - trzeba bardzo uważać na dokładne rozprowadzenie podkładu, gdyż każde niedopatrzenie kończy się w jego przypadku nieestetyczną smugą, która, jak już wcześniej wspomniałam, ciemnieje z godziny na godzinę. I to wszystko generalnie byłabym mu w stanie wybaczyć, bo moja skóra nie jest idealna, może u innych mógłby się sprawdzić, jednak ja nie znoszę kiedy podkłady i produkty do twarzy nie chcą wieczorem się zmyć. A z tym miałam niezły ubaw, zwykle bowiem zmywam twarz płynem micelarnym lub żelem do twarzy. W przypadku Magic Make-Up musiałam używać jeszcze wody z mydłem i jeszcze raz żelu, aby moja skóra była w miarę czysta i nie pokryta pomarańczową mazią.
Ja niestety daję temu produktowi duże NIE, jednak znam osoby, u których on się sprawdził. Wg mnie będzie idealny dla osób o średniej karnacji bez niedoskonałości i które nie spieszą się zbytnio przy porannym makijażu. W innym wypadku warto poszukać czegoś innego. Ja natomiast pozostanę fanką poprzednich, udanych podkładów od Lirene i udam, że ten bubelek wcale nie istnieje :)
  
  
Używałyście tego dość kontrowersyjnego produktu z kategorii "Love it of hate it"? ;) Jak się u Was sprawdził?

wtorek, 1 kwietnia 2014

Coś do poczytania... #13

Przed Wami kolejna porcja lekkiej literatury na wieczór, czyli co czyta Orlica?
Zapraszam do zapoznania się z moimi krótkimi opiniami o pięciu ostatnio przeczytanych książkach :)
  
"Córka Słońca" Barbara Wood

"Autorka przenosi czytelnika dziewięć wieków wstecz w świat kultury prekolumbijskiej. Z typowym dla siebie rozmachem i sprawnością warsztatu tworzy fascynującą sagę o miłości i namiętności, osadzoną w egzotycznej scenerii kultury Anasazi. Siedemnastoletnia Hoshitiwa trafia na dwór Mrocznego Pana. Swoją niezwykłą urodą i temperamentem młodziutka garncarka podbija serce samego władcy Tolteków, Jakála, tym samym narażając się możnym i wpływowym rywalom. Osamotniona, zdana tylko na siebie Hoshitiwa musi stoczyć walkę, by ratować siebie i odkryć swoje prawdziwe powołanie, wyznaczone przez bogów."

"Męczyłam" tę książkę ponad miesiąc - raz, że miałam mało czasu, dwa, że książka ma 600 stron, trzy, że nie wciąga jakoś szczególnie. Spodziewałam się, że w całości będzie dotyczyła czasów Hoszitiwy, zresztą ta część najbardziej mi się podobała. Nie przeczytałam jeszcze nawet 1/4 książki, gdy nagle ten wątek się kończy, a akcja przenosi się o kilka stuleci... Z początku w ogóle nie ma również związku między tymi wątkami. Fabularnie książka mnie nie zachwyciła, choć czuje się sympatię do postaci, są barwnie opisane, a jednak czegoś mi tu brakuje. Chętnie przeczytałabym więcej o losach samej Hoszitiwy.
  
"Morderstwo w Orient Expressie" Agatha Christie

"Herkules Poirot po rozwiązaniu sprawy kryminalnej w Azji wraca do Europy. Pociąg Orient Express, którym podróżuje, grzęźnie w zaspie śnieżnej. W nocy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie jeden z pasażerów. Detektyw Poirot rozpoczyna dochodzenie, a jego podróż zamienia się w śledztwo. Fakty wskazują, że zabójca zajmuje przedział w tym samym wagonie… Czy Poirot zdoła rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa? Sprawa nie należy do łatwych - każdy pasażer jest podejrzany…"

Wiele osób mówiło mi, że to najlepsza książka pani Christie, dlatego zabrałam się za nią w pierwszej kolejności po zapoznaniu się z pierwszą jej pozycją ("I nie było już nikogo"). I szczerze mówiąc - z początku byłam zawiedziona. Najpierw była akcja - morderstwo. Później dłuuuga część zbierania zeznań, co było dość monotonne, dłużyło mi się, gotowa byłam wystawić książce ocenę ok. 5/10. Jednak zakończenie jak zwykle okazało się kluczowe, zaskakujące i bardzo satysfakcjonujące. Myślę, że w czasie czytania każdy czytelnik ma jakieś swoje przypuszczenia, a to przykład powieści, gdzie każde z nich ma pewne racje bytu ;) W każdym razie - warto przeczytać!
  
 "Akademia Mroku. Wybrańcy Losu" Gabriella Poole

"Prawdziwi absolwenci Akademii łapią życie za gardło, Cassandro! Pamiętaj o tym. Elitarna akademia co semestr przenosi się do nowego egzotycznego miasta, uczniowie są nieprawdopodobnie piękni, wyrafinowani i bogaci. A im więcej nowa stypendystka Cassie Bell dowiaduje się o szkole, tym bardziej jest ciekawa. Jakich mrocznych sekretów strzegą Wybrani - grupka uprzywilejowanych uczniów, którzy trzymają wszystkich na dystans? Kim jest tajemniczy chłopak krążący nocami po szkolnych korytarzach? I co tak naprawdę wydarzyło się rok wcześniej, kiedy ostatnia stypendystka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach? Cassie odkryje, że niebezpiecznie jest wiedzieć zbyt mało, ale za dużo wiedzy może zabić. Będziesz gotowa umrzeć, żeby zostać Wybraną."

Zabierając się za tę książkę, liczyłam na coś lekkiego i odmóżdżającego - dobrze trafiłam. Powieść napisana jest dość ciekawie, choć natrafić można na kilka nieścisłości, głównie w tłumaczeniu, np. Alice czasem jest Alicją ;) Ogólnie jednak spodziewałam się kolejnego powieścidła o wampirach, które są teraz tak modne, a okazało się, że to nie do końca to. Ba, pomysł, który tu został wykorzystany może okazać się znacznie lepszy, ale żeby przekonać się o tym, musiałabym przeczytać kolejne tomy, a na to chyba jednak szkoda mi czasu. W pierwszym tomie właściwie niewiele się dzieje, widać, że był zaplanowany od początku jako otwierający większy cykl, ale ja nie lubię zakończeń typu "ciąg dalszy nastąpi...". Cóż, Akademia Mroku (ang. "Darke Academy", od nazwiska założyciela ;)) mnie nie zachwyciła.
  
 "Pod szczęśliwą gwiazdą" Paula Marshall

"Martin Chancellor długo się wahał nim stanął przed obliczem umierającego ojca. Odżyły niszczące emocje- złość, a nawet nienawiść do człowieka, który jednocześnie hołubił swojego młodszego syna Johna, a poniżał starszego. Martin dopracował się ludzkiego szacunku i bogactwa, z prostego marynarza stał się znaną osobistością. Niczego od ojca nie chce, to wyrachowany starzec go potrzebuje teraz ,gdy John nagle zmarł, a on sam stoi w obliczu śmierci. Martin powinien przejąć rodzinny majątek, inaczej wszystko przepadnie na rzecz Korony. Jest jeszcze sprawa ugody przedmałżeńskiej Johna..."

Bardzo przyjemne czytadło, w sam raz na deszczowe popołudnie :) Idealne dla kogoś, kto lubi historyczne romanse i dworskie intrygi - właściwie dla takich osób cała seria "Epoka Elżbietańska" wydaje się idealna. Nie jest to może ambitna lektura, ale czyta się naprawdę przyjemnie, autorka ukazuje kilka ciekawostek z tamtych czasów, o których nie miałam pojęcia, choć nie wiem, ile jest w nich prawdy historycznej ;) Na pewno fabuła osadzona jest na tle historycznych wydarzeń, jak powstanie hrabiego Essexa w 1601 r, pojawia się też osoba Szekspira. Podoba mi się klimat tego typu powieści, ten średniowieczny romans :)
  
 "Płytkie nacięcie" Karin Slaughter

"To może być najtrudniejsza, a na pewno najbardziej bolesna – bo dotycząca dzieci – sprawa w karierze Jeffreya Tollivera, komendanta policji w niewielkim Heartsdale w stanie Georgia. W tym samym czasie, gdy Sara Linton – miejscowa doktor pediatrii i koroner – znajduje w publicznej toalecie poćwiartowane zwłoki noworodka, policjant musi zapobiec morderstwu nastoletniego Marka Pattersona przez domniemaną matkę dziecka, Jenny Weaver. Tylko dzięki interwencji policjanta udaje się uratować życie Marka. Jenny, niestety, nie miała tyle szczęścia… Jak wykaże sekcja zwłok, nie miała go również wcześniej – liczne ślady na ciele dziewczynki jasno wskazują, że stosowano wobec niej najpotworniejsze formy przemocy, również seksualnej. Kto mógł się dopuścić takiego bestialstwa wobec dziecka? Odpowiedź na to pytanie przejdzie najśmielsze oczekiwania Tollivera i Linton, a skala okrucieństwa, jakie wyrządzono, na zawsze już położy się cieniem na historii na pozór spokojnego, normalnego miasteczka."
  
Mimo że to kontynuacja, spokojnie można czytać tę powieść jako niezależną pozycję. A czy warto? Wg mnie tak. Przyznaję, że książka jest mocna, tematyka dotyka dziecięcej pornografii i pedofilii, a to chyba nigdy nie jest przyjemny temat... Niemniej, napisana jest bardzo dobrze, płynnie się czyta i tym mocniej kibicuje się 'tym dobrym'. Jedyne, co nie do końca mi się podoba to brak zakończenia, które faktycznie zamykałoby wszystkie wątki. Wydaje mi się, że kiedyś już czytałam jakąś powieść pani Slaughter, ale nie pamiętam jaką, choć też kojarzy się pozytywnie. To ten typ literatury, który po prostu dobrze się czyta, więc pewnie powrócę jeszcze do tej autorki.
  
Czytałyście którąś z tych pozycji? Zgadzacie się z moimi opiniami? A może Was do którejś zachęciłam? :)


Zdjęcia okładek i opisy pochodzą ze strony LubimyCzytac.pl

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...