piątek, 21 marca 2014

Kobo - Cienie Fashion: 202 Pale Violet, 209 Aubergine, 213 Green Pistachio, 214 Forest Green

Jeśli miałabym skompletować swoją kolekcję cieni wyłącznie z cieni pojedynczych, na pewno zdecydowana większość z nich pochodziłaby z półek Kobo. Może matowe cienie z serii Mono mnie nie rzucają na kolana, ale jestem wielką fanką ich cieni Fashion - perłowych, metalicznych, czasem kameleonowych. Ostatnio moja kolekcja poszerzyła się o cztery kolejne kolory, więc z radością coś dziś Wam o nich napiszę :)
  
  
Opis producenta:
Niezwykle trwały, intensywny i wyrazisty kolor oraz piękny metaliczny połysk. Bogata formuła zawiera korzystne dla skóry makro i mikroelementy. Cienie można stosować na sucho i mokro w zależności od pożądanej intensywności makijażu. Aplikacja cieni przy pomocy twardej pacynki.
  
  
Skład:
Talc, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Hydrogenated Polyisobutene, Kaolin, Phenoxyethanol (and) Methylparaben (and) Butylparaben (and) Ethylparaben (and) Propylparaben (and) Isobutylparaben, Mica, [+/- CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77288, CI 75470, CI 77510, CI 77742, CI 77811]

Gdzie i za ile: Drogerie Natura, cień w kasetce 18zł, wkład 14zł, bywają w promocji
Do tego można dokupić magnetyczną paletkę na cztery wkłady w cenie 9,90zł albo na 2 wkłady - 5,90zł.
  
  
Moja opinia:
W moim makijażu, jeżeli już używam cieni, dominują trzy kolory - brązy, zielenie i fiolety. Brązów mam pod dostatkiem, więc tym razem postawiłam na dwa pozostałe typu - zieleń i fiolet. W mojej nowej czwóreczce są dwie zielenie - 213 Green Pistachio, czyli delikatna mięta, i 214 Forest Green, mocna zieleń w odcieniu mrocznego lasu ;) Oba kolory strasznie mi się spodobały, choć zdecydowanie bardziej przekonuje mnie nr 214. Z fioletów mam tu 202 Pale Violet, czyli jasny różo-fiolet, oraz 209 Aubergine - typową oberżynę. Właściwie kiedyś chyba już miałam ten cień, ale przepadł w tajemniczych okolicznościach ;)
Cienie Kobo Fashion mają to do siebie, że są naprawdę proste w obsłudze. Można nimi zrobić delikatny makijaż, dobrze się rozcierają i raczej nie osypują, jednak w razie potrzeby możemy też makijaż wzmocnić, choćby nakładając na mokro, choć przyznam, że sama tego nie praktykuję. Nakładam je pędzelkiem, a nie pacynką i prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
Wiecie, że makijaż nigdy nie był moją mocną stroną, nigdy nie wariowałam z nim, na co dzień chodzę z wytuszowanymi rzęsami i linerową kreską, a jeżeli użyję cieni, są to zwykle 2-3 kolory, czasem nawet jeden, jeżeli mam ochotę na któregoś z moich ulubionych kameleonów, jak np. Golden Rose z tej samej serii ;) Niemniej, te cienie z powyższych zdjęć połączyłam w dość oczywisty sposób i powstały dwa makijaże, które co jakiś czas noszę:

(213 Green Pistachio + 214 Forest Green + liner Gosh + tusz L'Oreal)
  
(202 Pale Violet + 209 Aubergine + 205 Golden Rose + liner Gosh + tusz L'Oreal)

W tej chwili paletka tych czterech cieni leży pod lustrem jako jeden z najczęściej używanych produktów do makijażu, co chyba dość jednoznacznie świadczy o mojej opinii o niej ;) Same cienie zdecydowanie polecam, zwłaszcza, gdy są w promocji - jakość jest naprawdę świetna, dobrze się trzymają i nawet laik sobie z nimi poradzi ;)
  
Co się zaś tyczy samej paletki - również polecam, zwłaszcza, że nie jest zbyt droga. Dobrze trzyma cienie i wygląda profesjonalnie, ma tylko jedną wadę. Jej powierzchnia jest taka gumowo-matowa, wygląda dobrze, ale łatwo się brudzi i przestaje dobrze wyglądać ;)
  
 
Macie jakieś cienie z serii Kobo Fashion? A może wolicie serię Mono? :)

niedziela, 16 marca 2014

Doczekałam się :)

Hej!  Chciałabym podzielić się dziś z Wami czymś ważnym dla mnie. Myślę, że wszystko co mogłabym napisać, streszczę w jednym zdjęciu - no, właściwie we dwóch:
  

Dodam tylko, że jestem przeszczęśliwą narzeczoną, choć muszę się jeszcze przyzwyczaić do nowego "statusu", ale za jakiś czas ruszamy z przygotowaniami :)

czwartek, 13 marca 2014

Receptury Babuszki Agafii - Drożdżowa maska do włosów

Do napisania tej recenzji zbierałam się dość długo, bo musiałam być pewna w 101% co do jej działania - pokładałam w niej wielkie nadzieje, bo jakiś czas temu byłam zmuszona, by dość drastycznie skrócić moje włosy. Wiecie, że staram się wyhodować je jak najdłuższe, więc teraz wzięłam się za pielęgnację, która ma przyspieszyć wzrost włosów - pierwszym kosmetykiem, który w tej sytuacji przychodzi mi na myśl jest wychwalana przez wszystkich drożdżowa maska do włosów rosyjskiej marki Receptury Babuszki Agafii. Już wiecie więc, o czym będziecie dziś czytać ;)
  
  
Opis dystrybutora:
   
Gdzie i za ile: np. na SkarbySyberii.pl - 13,90zł / 300ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Maskę otrzymujemy w plastikowym słoiku w kolorze beżowym albo złotym, jak kto woli ;) Strasznie podoba mi się design opakowania, jak i całej marki, bo nawiązuje do domowych sposobów na dbanie o urodę, do tradycyjnych metod naszych babć, a w takich "trikach" pokładam dużą wiarę :) Słoik odkręca się, pod zakrętką znajdziemy ulotkę i plastikowe zabezpieczenie. Nie wiem, czy to mój egzemplarz czy tak już ten produkt ma, że po otwarciu ciężko jest tę plastikową płytkę umieścić z powrotem na miejscu. Nie przeszkadza to jakoś specjalnie, ale trzeba się chwilę pogimnastykować.
Maska pachnie ładnie, naturalnie, mnie osobiście zapach kojarzy się ze słodkim mlekiem z miodem, choć mój Ukochany twierdzi, że jest mdlący ;) Konsystencja produktu jest wg mnie idealna - nie za rzadka (nie spływa z włosów), nie za gęsta (łatwo się rozprowadza). W kwestiach technicznych nie mam się do czego przyczepić ;)
  
  
O działaniu właściwie też mogę powiedzieć tylko jedno - rewelacja! Maskę nakładałam na włosy średnio 2 razy w tygodniu, na 3-5 minut, nieco dłużej niż wg przepisu. Potem bez problemu spłukiwałam maskę, suszyłam włosy i cieszyłam się ładnymi puszystymi (nie mylić z napuszonymi) włosami przez resztę dnia ;) Maska nie obciąża włosów, nie powoduje żadnych podrażnień, a co najważniejsze... pobudza wzrost włosów! Nawet koleżanki zwracały uwagę, że włosy jakoś szybko mi rosną. Moja siostra ścięła włosy mniej więcej w tym samym czasie co ja, do właściwie takiej samej długości, a w tej chwili moje są znacząco dłuższe. Nie muszę się nawet zastanawiać, czyja to zasługa :) 
Czy polecam? ZDECYDOWANIE! :) Rosyjskie kosmetyki po raz kolejny mnie zachwyciły :)
  
  
Używałyście może innych produktów Babuszki Agafii? Co jest wartego uwagi? :)

A z innej beczki - od wczoraj mnie także możecie znaleźć na Instagramie pod nickiem orlica91 (klik). Na tym profilu będą pojawiać się wpisy dotyczące bardziej blogowych spraw, nie tylko kotów ;) Zapraszam do śledzenia! :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Serialowe Love #2 - "Spartacus"

Ostatni wpis o serialu cieszył się sporą popularnością, więc na dziś przygotowałam parę zdań o zupełnie innej produkcji. Wcześniej pisałam o "Dwóch spłukanych dziewczynach", komediowym sitcomie, bardzo śmiesznym i na luzie. Dziś z kolei zajmę się serialem z zupełnie innej półki - słyszałyście o "Spartacusie"? Cóż, o postaci na pewno, jednak serial, który o niej powstał jest zdecydowanie w moim top3, a dziś postaram się Was do niego zachęcić :)
  
  
Co to takiego?
Jak łatwo się domyślić - serial ;) Oparty na faktach, historyczny, kostiumowy, jak kto woli. Odcinki są nieco dłuższe niż w przypadku przeciętnego serialu, trwają około godziny. Producentem serialu jest Starz. 
O czym to?
To również nie stanowi tajemnicy. Głównym bohaterem jest Spartacus - wojownik, niewolnik, gladiator, buntownik... Zaczyna się niewinnie, gdy Spartacus walczy u boku Rzymian w Tracji. On i jego pobratymcy zostają jednak zdradzeni przez rzymskiego dowódcę, Glabera, a sam Spartacus i jego żona trafiają do niewoli i zostają rozdzieleni. Główny bohater trafia do miejsca pełnego intryg - do domu lanisty Batiatusa, który szkoli gladiatorów do walki na arenie. I tu zaczynają się schody - długa i kręta droga do wolności. Spartacus podporządkuje się tylko dlatego, że Batiatus obiecuje mu odnaleźć jego żonę. Jednak w świecie gladiatorów i Rzymian nic nie jest takie, na jakie wygląda i nikomu nie należy wierzyć na słowo. 
Co w tym takiego?
Przyznam szczerze, że to, co najbardziej mi się podoba w tym serialu to taka surowa brutalność, czasem wręcz przerysowana. W każdym odcinku wszechobecna jest krew, intrygi i seks (o tak, dużo śmiałych scen ;)). Zakochałam się w pierwszym sezonie przede wszystkim za barwne postaci Spartacusa, Crixusa, Naevii, Batiatusa i Lucretii, jego żony... Każdy z nich odznacza się czymś szczególnym, każdego momentami nienawidzimy, a momentami podziwiamy. Zaznaczam - jest tak w pierwszym sezonie. Kolejne niosły ciągi pewnych zawodów, jednak do samego końca oglądałam odcinki z zapartym tchem. Godne uwagi jest też zakończenie całego serialu. Nie ukrywajmy, każdy wie, jak zakończyło się powstanie Spartacusa... Mimo to ostatnie 2-3 odcinki wgniatają w fotel, powodują powodzie łez i wzruszeń, a po napisach końcowych widz siedzi i kompletnie nie wie, co ze sobą począć. Trudno też przeoczyć zupełnie przyziemne pozytywy serialu - możemy się napatrzeć na przystojnych mężczyzn i piękne kobiety w pełnej krasie ;) Myślę jednak, że osoba, która nie przepada za scenami walki czy brutalnością, powinna sobie ten serial odpuścić, bo stanowią one jego kwintesencję...
Co psuje obraz?
Uch, trudno mieć o to pretensje do twórców, ale główną wadą dla mnie jest zamienienie dwójki aktorów po pierwszym sezonie. Na nieszczęście jednym z tych wymienionych aktorów jest Andy Whitfield, grający... Spartacusa. Niestety po nakręceniu pierwszego sezonu Andy zmarł na raka :( Aktor, który go zastąpił, stanowił szok dla widzów - Liam McIntyre przy Andym wyglądał jak wymoczek... Zajęło mi trochę przyzwyczajenie się do nowego Spartacusa, jednak sporo osób po tym przekreśliło serial. Drugą zmienioną postacią była Naevia - jedna z niewolnic Batiatusa. W pierwszym i drugim sezonie grała ją prześliczna Lesley-Ann Brandt, którą później zastąpiła Cynthia Addai-Robinson, która nijak nie pasowała mi do tej roli... Sami zobaczcie:


Inną wadą może być to, że wiele scen było bardzo "komputerowych" - tzn. widać było, że są kręcone na tak zwanym "green screenie", gdzie tło dorabiane jest komputerowo:

http://www.artofjohnwalters.com/artofjohnwalters/wp-content/uploads/2012/09/Spartacus-Gods-of-the-Arena-EP1-Green-Screen1.jpg
Mnie jednak to nie przeszkadzało, myślę nawet, że mógł to być celowy zabieg producentów. 
Jakieś ciekawostki?
Koniecznie! Choćby to, że ze względu na chorobę Andy'ego drugi sezon był retrospekcją, i choć nadal miał imię Spartacusa w tytule, on sam nie pojawił się tam ani na chwilę. Drugi sezon ukazuje wcześniejsze dzieje ludus Batiatusa, początki Crixusa i historię jedynego gladiatora, który wygrał wolność na arenie - Gannicusa. Ciekawostką jest też to, że wiele postaci w serialu jest autentycznych - poza Spartacusem mamy tu do czynienia z innymi historycznymi osobistościami - Batiatus, Crixus, Glaber i inni rzymscy przywódcy, pojawia się też młodociany Juliusz Cezar! Jest też jedna postać, która z punktu widzenia historii nie miała racji bytu - gladiator Barca znany jako bestia z Kartaginy miałby około stu lat, ponieważ Kartagina upadła prawie 80 lat przed wydarzeniami z serialu ;)
Kwestie techniczne?
Proszę bardzo :) Jak już pisałam, każdy odcinek trwa niecałą godzinę. Serial ma cztery sezony po 10-13 odcinków, jednak sezony nie są chronologiczne. Jak już pisałam, drugi sezon, czyli "Bogowie Areny", powstał by "zabić czas" podczas choroby Andy'ego, więc nie ma tam Spartacusa, sezon obejmuje czasy sprzed pierwszego sezonu. Chronologicznie więc warto oglądać sezon drugi, pierwszy, trzeci i czwarty. Z tego co wiem, w tej chwili serial ten nie jest nadawany nigdzie w telewizji, ale pojawiał się na HBO (można obejrzeć na HBO GO), TV Puls i AXN Black. Zawsze też można znaleźć go online - wtedy polecam wersję z napisami, a nie z lektorem ;)
Kilka zdjęć:
http://www.baiscopelk.com/wp-content/uploads/2013/02/Spartacus.jpg
http://designinspirator.files.wordpress.com/2013/10/women_of_spartacus_sangue_nebbia.jpg
http://historum.pl/u/2012/07/Spartacus-War-of-the-Damned-6.jpg
http://1.fwcdn.pl/ph/40/34/624034/308418.1.jpg
http://kh.i1.fdbimg.pl/hxtvvcr1_mt4a0p.jpg
http://www.ewok.com.pl/wp-content/uploads/2013/03/dustin-clare-spartacus-gods-of-the-arena-the-bitter-end-04.png
Ufff, ode mnie to tyle. Teraz czekam na Wasze opinie - widziałyście ten serial? Podobał się Wam? A może właśnie Was do niego zachęciłam? :)

niedziela, 2 marca 2014

Yves Rocher Sebo Vegetal - Serum zwężające pory

Wiem wiem, zaniedbuję Was ostatnio i muszę za to przeprosić. Żeby trochę o sobie przypomnieć, napiszę dziś recenzję produktu, który bardzo mile mnie zaskoczył, choć... nie spełnia swojego podstawowego zadania. Chodzi o serum zmniejszające pory z nowej serii Yves Rocher do cery mieszanej i tłustej - takiej jak moja. Krótko mówiąc - porów nie zmniejsza, a i tak na stałe zagości na mojej półce. Ciekawe, dlaczego? Poczytajcie :)
  
  
Opis producenta:
  
Gdzie i za ile: strona Yves Rocher, 72zł / 30ml (łatwo o spore promocje, teraz za 49zł)
  
Skład:
   
Moja opinia:
Opakowanie serum to mała szklana buteleczka z pompką, przezroczysta i sprawiająca bardzo ładne wrażenie wizualne - wygląda wręcz ekskluzywnie wg mnie, choć ma wady - mogłaby być airless i nieprzezroczysta, by chronić produkt. Nie mam jednak nic do zarzucenia pod względem wygody używania. Na górę buteleczki jest mała nasadka, która chroni przed przypadkowym wyciśnięciem serum, nie jest ona jednak zbyt mocno umocowana - w kosmetyczce luzem mogłaby spaść.
Samo serum ma postać zielonkawego gęstego żelu o świeżym zapachu. Jest leciutkie, ale dość tępo się je rozsmarowuje po twarzy. Przyznam dodatkowo szczerze, że nie doczytałam, że serum powinno się stosować 2-3 razy w tygodniu - stosuję je prawie codziennie. Nie zauważyłam jednak żadnych złych efektów ubocznych ;)
  
  
Co się zaś tyczy samego działania... Tak jak napisałam na wstępie - serum nie zwęża porów, a przynajmniej ja takich efektów niestety nie zaobserwowałam na swojej twarzy. Działa jednak inaczej, co bardziej cenię - zastosowane rano sprawia, że cera jest matowa przez dobre pół dnia bez użycia czegokolwiek więcej! Nie spotkałam się jeszcze, żeby jakikolwiek krem, podkład czy puder (!) lepiej matowił moją cerę, zakochałam się w tym efekcie! Lekką wadą może być to, że potrafi się nieco zrolować, jeśli w ciągu dnia potrzemy mocniej twarz, ale mnie ten fakt nie przeszkadza jakoś specjalnie. Ponadto serum jest wydajne (zwłaszcza stosowane wg zaleceń, 2-3 tygodniowo ;)), więc myślę, że nawet koszt 72zł w cenie regularnej nie jest zbyt wygórowany. Gdy skończę tę buteleczkę, zapewne kupię nową :)
Czy polecam? Dla błyszczących cerą - zdecydowanie tak, ale nie liczcie na zwężenie porów ;)
  
   
Używałyście innych kosmetyków z serii Sebo Vegetal? Jakie wrażenia? Co polecacie, a czego nie? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...