poniedziałek, 28 stycznia 2013

Kulisy bloga - o blogowych współpracach

Najbardziej chyba kontrowersyjnym tematem w kwestii blogowania są współprace. Kto i z kim je podejmuje, na jakich zasadach, dlaczego i kiedy. Oczywiście nie ma jedynej słusznej odpowiedzi, bo każda współpraca jest inna, ale postaram się Wam dziś przybliżyć, jak to wygląda oraz jak powinno wyglądać moim okiem. Mam nadzieję, że pomoże to nieco zrozumieć temat "świeżym" blogerkom. Zapraszam do czytania :)
  
Myślę, że najlepiej będzie napisać to w formie pytań i odpowiedzi, więc do dzieła...

Czy współpraca to coś złego?
Absolutnie nie, o ile jest zawarta na rozsądnych warunkach. Wszystko zależy od firmy i od blogerki.

Czy współpraca to kosmetyki za darmo?
 Nie. Nie za darmo. Blogerka otrzymująca kosmetyki "płaci" za nie byciem królikiem doświadczalnym oraz czasem poświęconym na testowanie i recenzowanie produktu - a wcale nie jest to takie "hop-siup". Każda recenzja zajmuje trochę czasu - oczywiście testy, zrobienie i obrobienie zdjęć, napisanie recenzji, poprawki...

Czy recenzja produktu otrzymanego do testów jest wiarygodna?
Powinna być. To również zależy od blogerki, ale założenie jest takie, że blogerka pisze szczerze, co myśli o danym produkcie, bez słodzenia i bez owijania w bawełnę. Poważne firmy negatywne uwagi biorą pod uwagę i zdają sobie sprawę, że "nieważne jak piszą, byle pisali". W końcu produkty wysyłane są do testów, a nie do reklamy.

Czy firma może żądać pozytywnych recenzji?
 Teoretycznie może, ale na szczęście mało takich firm jest. Szanująca się blogerka nawet nie pomyśli o tym, żeby na taką propozycję się zgodzić, wówczas współpraca nie dochodzi do skutku. Są niestety blogerki, które się na to godzą, ale zwykle są to typowe "testerki", które na blogu mają 3 obserwatorów i 50 współprac z każdej możliwej kategorii ;)

Czy można pisać do firm propozycje współprac?
 Można i nie ukrywam, że swego czasu sama parę maili wysłałam. Szczerze Wam jednak powiem, że sto razy większą satysfakcję mamy, gdy firma sama się do nas zgłosi z propozycją, co na pewno się stanie, gdy nasz blog się już w jakiś sposób wybije :) Najlepsze współprace jakie podejmowałam to te, które zostały mi zaproponowane, nie odwrotnie. 
Jeśli już jednak piszecie maila w tej sprawie, upewnijcie się, czy jest on w odpowiednim tonie i stylu, czy nie macie błędów czy literówek, a przede wszystkim napiszcie zwięźle i na temat - kim jesteście, jakiego bloga prowadzicie, jakie macie statystyki (można załączyć screen z wykresem wyświetleń) i dlaczego interesuje Was akurat ta marka - bez ściemniania, że to Wasza "najulubieńsiejsza marka eveeeer <3" ;)

Kiedy można podejmować współpracę?
 Myślę, że zanim pomyślimy o współpracach, warto zadomowić się w blogosferze - uzbierać grono czytelników (3 to nie grono!), wyrobić sobie własny styl i wygląd bloga, zrecenzować trochę produktów czy napisać parę notek, żeby dojść do wprawy. Zawsze śmieszyły mnie blogi, które przed opublikowaniem pierwszej notki miały już zakładkę "Współpraca", najlepiej z treścią skopiowaną z innego bloga.

Jak powinna wyglądać współpraca?
 Współpraca, jak sama nazwa wskazuje, powinna być relacją dwóch stron, blogera i firmy w tym przypadku, z korzyściami dla obu z nich. Gdy mowa o blogu takim jak mój, zwykle chodzi o kosmetyki. Firma więc przysyła wybrane przez blogerkę albo dopasowane do profilu urody kosmetyki, a blogerka je testuje. Nie ma ograniczeń czasowych, wiadomo, że na przykład krem trzeba używać przez jakiś czas, by wyrobić sobie o nim opinię. Wówczas blogerka publikuje szczerą recenzję na blogu, a link do niej wysyła przedstawicielowi firmy, by ten miał wgląd w opinię. Czasem firma może prosić o umieszczenia banera czy reklamy, ale to już sprawa blogerki, czy się na to zgodzi czy nie. W przypadku współpracy stałej zdarza się, że firma bez zapowiedzi przysyła swoje nowości, niezależnie od profilu cery. Wtedy także wyłącznie od blogerki zależy, które recenzje się pojawią i kiedy. Bardzo miłym dodatkiem do współpracy jest fakt, że czasem niektóre firmy serwują upominki, niekoniecznie kosmetyczne ;) Warto też wspomnieć, że wielu przedstawicieli to naprawdę świetni ludzie, z którymi po krótkiej wymianie maili już można pogadać bez oficjalnego tonu :)

Czy wszystkie firmy nawiązują współprace?
Nie, ale myślę, że niedługo tak będzie. Marketing w Polsce dopiero zaczyna dostrzegać "potęgę blogów". Daleko nam do takiego uznania jak na zachodzie, ale myślę, że powoli i do reszty polskich firm dotrze, jak skutecznym narzędziem mogą być blogi :)

Jakie są inne rodzaje współpracy?
 Zdarzają się także propozycje niedotyczące typowej współpracy, a na przykład wymiany banerów reklamowych, napisania posta na konkretny temat, a także oferty programów partnerskich ze sklepami, gdzie bloger otrzymuje jakiś odsetek zysków ze sprzedaży dokonanych za pośrednictwem jego bloga. Zdecydowana większość takich propozycji zupełnie mnie nie interesuje, więc i doświadczenie w tym temacie mam niewielkie.

Jakich współprac NIE podejmować?
Ogólnie mówiąc, takich, które nie zgadzają się z naszymi przekonaniami. Nie podejmujemy współprac, w których wymaga się pozytywnej opinii albo reklamowania czegoś na siłę w inny sposób, chyba że jawnie i bezstronnie (np. umieścić baner firmy w zamian za wynagrodzenie, ale nie pisać fałszywych pochwał o produkcie). Nie godzimy się także na propozycje zrobienia czytelników w balona. Jeśli chcemy, żeby nas czytano i nam ufano, musimy na to zaufanie zasłużyć.
Poza tym mając bloga kosmetycznego nie współpracujemy z producentami tosterów, żelazek, nocników, kociej karmy, zupek chińskich czy szablonów do fryzur intymnych (true story!). Trzymajmy się swoich tematów albo chociaż nie wyskakujmy jak Filip z konopii z czymś kompletnie niezwiązanym z tematyką bloga - jeśli chcemy napisać o czymś innym, musimy umiejętnie to wpleść w całokształt.
  
Czy polskie firmy szanują, rozumieją i doceniają blogosferę?
W większości tak, choć zdarzają się także absurdalne oferty współpracy od firm, które myślą, że blogerka jak pies poleci na każdy rzucony jej ochłap - wcale tak nie jest. Przykłady takich ofert? 
- Firma V prosi o wybranie kosmetyków do recenzji. Po dwóch miesiącach bez kontaktu wysyła paczkę z zupełnie innymi, niedopasowanymi produktach, po tygodniu burzy się, że jeszcze nie ma recenzji.
- Firma X oferuje, żebym kupiła sobie ich produkt, zrecenzowała go, a jak im się spodoba wpis to moooże wyślą mi jakiś gadżet. Jupijajej, już lecę!
- Firma Y prosi o recenzję dowolnego produktu z ich strony (oczywiście zdobytego we własnym zakresie) i zalinkowanie do nich, a także umieszczenie banera i długiego pochwalnego wpisu z konkretnymi słowami kluczowymi odsyłającymi do ich sklepu. Nagrodą jest 60zł do wykorzystania w sklepie, gdzie ceny zwykle są trzycyfrowe.
- Firma Z proponuje wysłanie swoich produktów za jakiś czas w zamian za zrobienie ze swojego bloga słupa ogłoszeniowego o ich akcjach, nowościach i promocjach. Oczywiście kontakt się urywa.
Takich przykładów mogłabym podawać na pęczki, ale nie o to tu chodzi, prawda? ;)

Czy mogę założyć bloga dla współprac?
Nie. Jeśli zakładasz bloga tylko po to, żeby dostać "darmowe kosmetyki", proponuję od razu rąbnąć głową w klawiaturę i przemyśleć sprawę raz jeszcze. Nie o to w blogowaniu chodzi, a jeśli zakładasz bloga, licząc tylko na "gratisy", nie ma to żadnego sensu. Nikt nie będzie tego czytał i nikt takiej "testerki" w blogosferze szanować nie będzie, to mogę zagwarantować. Poza tym jak już pisałam - żeby zacząć myśleć o współpracach, trzeba mieć już wyrobioną jakąś markę bloga - grono czytelników i własny styl.

ISTOTA WSPÓŁPRAC?
Byle z umiarem!
Nie dopuśćmy do tego, żeby na blogu pojawiały się tylko współpracowe recenzje czy żebyśmy tonęły w kosmetykach czekających na przetestowanie. We wszystkim trzeba zachować umiar!
  
  
I na koniec mam bonus - zapytałam kilku przedstawicieli firm, z którymi sama mam kontakt, o to, jak wybierają blogerów, z którymi chcą współpracować. Myślę, że warto przeczytać:
  
Pani Iwona, przedstawicielka marki Virtual
Marka Virtual rozpoczęła współpracę z blogerkami jako jedna z pierwszych i współpraca ta trwa szczęśliwie już prawie 3 lata. Otrzymujemy wiele zapytań dotyczących współpracy, niestety niezwykle często zdarzają się wiadomości od osób , które właśnie założyły bloga i proszą o kosmetyki do testów. Niestety ważnym kryterium jest popularność bloga, ilość komentarzy pod postami, częstotliwość wpisów itp. Zawsze prosimy o podesłanie linku do recenzji , które umieszczamy na Facebooku. Zależy nam na rzetelnych i obiektywnych opiniach o naszych produktach. Zdjęcia użytych produktów są bardzo mile widziane. Doceniamy także publikacje informacji o nowościach marki, które wysyłamy przy każdej nowości do blogerek. Dalszą współpracę dyskwalifikuje brak recenzji po otrzymaniu kosmetyków, co kilkakrotnie nam się zdarzyło.
   
Pani Ania, przedstawicielka marek Lirene i Under Twenty
Recenzje Blogerek kosmetycznych to niezwykle cenne źródło informacji o produkcie. Cenne dla naszych konsumentek, które mogą się dowiedzieć niezależnej opinii na temat kosmetyku, jego działania, skuteczności, przyjemności stosowania etc., ale również cenne dla nas - producentów kosmetyków. Od Blogerek czerpiemy wiedzę, jakie są oczekiwania naszych konsumentek, jakie są ich wymarzone kosmetyki, co należy zmienić w produkcie, aby jeszcze pełniej odpowiadał na te oczekiwania. Osobiście, bardzo sobie cenię współpracę z Blogerkami. Kontakt z niektórymi z nich trwa już od ok. 2 lat - przez ten czas nauczyłam się, co jest dla nich ważne, wypracowałam własny model współpracy, oparty przede wszystkim na bezpośrednim, indywidualnym kontakcie, słuchaniu potrzeb drugiej strony. Nigdy nie wymagałam od Blogerki, aby pisała pozytywnie o naszych produktach. Nie naciskam również na terminy, wykazywanie statystyk etc. Wierzę, że podstawą naszych relacji jest szczerość. Staram się odpowiadać na każdego maila, dobierać produkty tak, aby odpowiadały potrzebom Blogerki, z wieloma dziewczynami przeszłam już na "ty", a niektóre kontakty zaowocowały nawet bardziej prywatnymi relacjami To wymaga trochę czasu i wysiłku - ale uważam, że w 200% warto Kierując się etyką, oczekuję od Blogerki, że ona również będzie postępować zgodnie z "kodeksem Blogera", nie kopiując recenzji czy zdjęć, rzetelnie recenzując większość produktów, które dostaje etc. Tygodniowo dostajemy kilkanaście - kilkadziesiąt próśb o współpracę. Z wielu względów nie jesteśmy w stanie pracować z wszystkimi chętnymi. Nawiązując współpracę z Blogerkami, zwracamy uwagę na różne aspekty. Patrzymy na doświadczenie Blogerki (początkującym dajemy trochę czasu na rozwinięcie bloga), na zaangażowanie jej Czytelniczek (wyrażone choćby w komentarzach), na jakość recenzji, język, jakim są pisane etc. Staramy się współpracować z dziewczynami, które blogowanie traktują naprawdę poważnie, a ich recenzje są rzetelne, ciekawe, wnoszą coś nowego. Nie bez znaczenia jest również wygląd bloga, jakość zdjęć etc. Osobiscie, bardzo sobie cenię i jestem otwarta na wszelkie niestandardowe pomysły Blogerek. Lubię zaangażowanie dziewczyn i kreatywne myślenie, które rozwija ich blogi, jest ciekawe dla ich Czytelniczek, a jednocześnie daje szansę na informowanie o produktach Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris.
   
Pan Darek, który chciał pozostać względnie anonimowy ;)
Przed podjęciem współpracy sprawdzam wszystkie blogi, które zostały przysłane na maile stron produktowych, czyli na mój :) Zwracam uwagę na ilość obserwatorów, ogólny graficzny wygląd bloga, przeglądam wpisy z ostatnich kilku tygodni, czytam komentarze pod postami, obserwuję jakość zdjęć, czy są makijaże na twarzy i paznokci (to zawsze zwiększa szanse), z kim współpracuje blogerka. 
  
Bardzo dziękuję (raz jeszcze ;)) za te wypowiedzi :)
 
Jeśli ktoś dotarł do końca tego długaśnego posta - gratuluję :)
Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania - śmiało piszcie, postaram się odpowiedzieć.
 
Zaznaczam tylko, że wszystko, co tu napisałam, jest moim własnym punktem widzenia i ktoś się może ze mną nie zgodzić. Swojego zdania jednak nie zmienię, więc moje stanowisko już znacie :)

niedziela, 27 stycznia 2013

Perfecta Spa - Dotleniający mus do ciała Zielona Herbata

Nawet w czasie tak mroźnej zimy jak ta czasem mam potrzebę użycia czegoś o orzeźwiającym zapachu, czegoś, co nie pachnie czekoladą czy innymi rozgrzewającymi słodkościami. Głównie chodzi tu o żel pod prysznic albo jakieś smarowidło do ciała, a dziś napiszę Wam parę słów właśnie o tym drugim - orzeźwiającym musie do ciała od Perfecty. Używam go ostatnio, bo chwilowo mam dość słodkich "zimowych" zapachów ;)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: np. DolinaKremowa.pl, ok. 10zł / 225ml
   
Skład:
   
Moja opinia:
Mus kryje się w niebiesko-zielono-białym plastikowym słoiczku, który wygląda na większy niż faktycznie jest - wewnątrz jest mniejsza pojemność niż wskazywałaby na to zewnętrzna "obudowa" słoika. Kolory i wzór są ładne, dość charakterystyczne, ale nie rzucają na kolana designem ;) Po odkręceniu słoika widzimy grubą aluminiową osłonkę, dzięki czemu wiemy, czy kosmetyk jest na pewno świeży. 
Mus jest jasnozielony, właściwie pistacjowy i ślicznie pachnie - bardzo podobnie do perfumowej wersji zielonej herbaty. Nie jest to zapach naturalny, ale najładniejszy z chemicznych ;) Jest delikatny i nienachalny. 
  
  
Mus faktycznie jest musem - bardzo lekki, puszysty, naprawdę świetna konsystencja, idealna na lato, choć dziwnie to pisać w środku zimy ;) Jest wydajny, łatwo rozprowadza się po skórze i błyskawicznie wchłania, pozostawiając bardzo miłe uczucie odświeżenia - bez żadnego filmu czy tłustej warstwy. Jest bardzo przyjemny w użytkowaniu, ale nie zauważyłam, żeby nawilżał w jakimś znaczącym stopniu. Może jest wręcz zbyt lekki? Jeśli tak - nie szkodzi, wybaczam mu ;) Musu tego używam dla odprężenia i odświeżenia, mam wrażenie, że faktycznie dotlenia skórę, choć raczej ciężko to zauważyć. Niemniej, przyjemność przy jego używaniu jest dla mnie wystarczająca, by pozostał na mojej półce :)
Czy polecam? Tak, ale nie, jeśli potrzebujecie solidnego nawilżenia - ten mus Wam tego nie zapewni.
  
  
Trzymacie się zimą zimowych zapachów czy tak jak ja potrzebujecie czasem orzeźwienia?
Co je Wam zapewnia w kosmetycznej kategorii? :)

sobota, 26 stycznia 2013

Dookoła świata na paznokciach :)

Być może wiecie, że przed tym blogiem poświęciłam półtora roku na bloga poświęconego samym paznokciom. Być może nawet któraś z Was go pamięta - jeszcze istnieje, nazywa się Confessions of a Polishaholic i znajdziecie go pod adresem lakieroholiczka.blogspot.com.
Jedną z serii prowadzoną na tamtym blogu było "Dookoła Świata" - co jakiś czas publikowałam manicure inspirowany konkretnym państwem. Oczywiście w ramach ciekawostki, bo nie są to paznokcie, z którymi chodzi się na co dzień ;)
Zapraszam więc na małą wycieczkę - chciałabym pokazać Wam te manicure'y, ponieważ są dla mnie bardzo pozytywnym wspomnieniem z tamtego bloga. Wybaczcie "stare" podpisy na zdjeciach :)
  
Egipt to miejsce owiane starożytną tajemnicą, a piramidy wyglądają tak majestatycznie... Przejdźmy się, rozwiążmy zagadkę Sfinksa, odpocznijmy w cieniu palm i przejedźmy się na wielbłądzie.
Użyłam Wibo Extreme Nails - 304 jako bazy, Miss Sporty Clubbing Colors - 303 i 301 do słońca, Essence TE Metallics - 02 Copper rulez! do piramid, Safari Trendy Colours - 281 do piasku i My Secret - 121 do wielbłąda i palmy. 
  
Brrr, jak tu zimno! Ale spójrzcie na te słodkie zwierzaki! Chodźcie i popatrzcie na fokę, bawiącą się w wodzie. A może i pingwiny chcą pobawić się razem z nią? Wyglądają na szczęśliwe :) Przemarzliście? Żaden problem, nasz eskimoski przyjaciel zaprasza nas na szklankę czegoś ciepłego do swojego igloo :)
Użyłam tu Revlon - 044 Blue Lagoon jako bazy, Italian Beauty do śniegu, mew i oczu, IsaDora Graffiti Nail Top - 802 White Art do kry, Essence TE Denim Wanted - 05 Fivepocket grey do foki i futra Eskimosa, Golden Rose Pretty Color - 107 do jego skóry, Essence Nail Art Pen - 04 Juicy Orange do dziobów i łapek mew i pingwinów i do napisu na tablicy, My Secret - 121 do pingwinów i oczu wszystkich postaci, UMA - she-devil do czerwonych elementów tablicy.
  
 Jajć, jest tu tak słonecznie i gorąco! Gdzie my jesteśmy? Czy to... tak, to plaże w Miami! Oooj, te palmy, seksowne dziewczyny w bikini i przystojni faceci z deskami surfingowymi, zimne napoje, palący piach i... drapacze chmur w tle. Niesamowity widok! Chodźmy, nabierzmy pięknej opalenizny i powylegujmy się na leżakach ;)
Tym razem użyłam całego mnóstwa lakierów... Jako bazy - Nina Ultra Pro - Bossa Nova, do piasku - Lemax - Sandstone Beauty, do wody - Essence Colour&Go - 38 Choose me!, do budynków - China Glaze - Recycle i Essence TE Denim Wanted - 05 Fivepocket grey zmieszane z białym lakierem Italian Beauty, do słońca i włosów blondynki - Miss Sporty Clubbing Colors - 301, do skóry ludzików - Golden Rose Pretty Color - 107, do bikini, deski surfingowej i parasola - Essence MultiDimension - 59 Purple Diamond, do pni palm - Essence TE Metallics - 02 Copper rulez!, do liści palm - Essence TE I love Berlin - 02 I'm a Berliner, do pomarańczowych części parasola - Miss Sporty Clubbing Colors - 303, do czarnych elementów - linera Lemax.
  
 Wow, to czysta dzicz! Wszystkie te pnącza dookoła nas czynią to miejsce bardzo tajemniczym... Czy widzicie coś za nimi? To chyba ruiny przedwiecznej świątyni... Ta dżungla wygląda na nietkniętą przez człowieka, ale mieszka tu pewien mały chłopiec. Ma na imię Mowgli, znacie go? Jest taki dzielny - nie boi się tutejszych zwierząt - tygrysów, węży... Ale chyba boi się nas, wracajmy więc do naszego obozu...
Wymienianie wszystkich użytych lakierów jest najmniej przyjemną rzeczą w tej serii... Jako bazy użyłam Beauty UK - 62 Sage Green, ozdobiłam z użyciem płytki Bundle Monster nr BM21 i lakieru L.A.Girls Matte - Matte Alpine Green i raz jeszcze, lakierem Essence MultiDimension - 53 All Access, do ruin użyłam China Glaze - Recycle, do ziemi i gałęzi - Joko Find your Color - 138 Bronze Secret, do tygrysa - Miss Sporty Clubbing Colors - 303, do węża - Miss Sporty Clubbing Colors - 301, do skóry Mowgliego - Golden Rose Pretty Color - 107, do wszystkich czerwonych elementów - OPI - Off with Her Red, a do czarnych - My Secret - 121.
  
 Cóż, musieliśmy użyć wehikułu czasu i tak oto znaleźliśmy się w... Starożytnym Rzymie! Oooj, ta wieża naprawdę nie stoi zbyt prosto... Usiądźmy w jej cieniu i skosztujmy wina z miodem, jest przepyszne. Później wybierzemy się na arenę, Koloseum, słyszałam, że dziś jest potyczka samych czempionów. Mam nadzieję, że to będzie przyjacielska walka, bo nie jesteśmy starożytnymi Rzymianami i nie lubimy oglądać mnóstwa krwi, prawda?
OK, wiem, że ten mani nie należy do najbardziej udanych w tej serii... Najwyraźniej miałam zły dzień... Mam nadzieję tylko, że nie jesteście totalnie rozczarowane. Użyłam następujących lakierów: jako bazy - Collection 2000 Hot Looks - 32 BMX Bandit, do podłogi, wieży, Koloseum i skóry Rzymianina - Barbra Colour Alike - 12 Cafe Macchiato, do okien, amfory i włosów Rzymianina - Joko Find Your Color - 138 Bronze Secret, a do jego łaszków - Avon white for french manicure. Tym razem malutko. ;) BTW, wiem, że wieża to średnio trafiony pomysł, ale nie miałam lepszego ;)
  
 Mam nadzieję, że zabraliście kapelusze, bo tutejsze słońce może być naprawdę złośliwe... I nie ma nigdzie cienia, by się schronić i odpocząć. Jedyne drzewa to akacje i baobaby, ale nie ukryłabym się pod nimi... Wszyscy wiemy, że stanowią schronienie dla niebezpiecznych zwierząt, które jak my nie mogą znieść upału. Myślę, że nie chcemy stać się częścią lokalnego kręgu życia, prawda? ;) Ale też nie widzę żadnych przeciwwskazań, żeby poobserwować z bezpiecznej odległości zwierzęta w ich naturalnym środowisku. A widzicie tą wielką skałę na horyconcie? To Lwia Skała, siedziba króla. Króla lwa, oczywiście. Oj, widzę, że nadchodzi, bądźcie lepiej uprzejmi!
Do tego mani użyłam Eveline Colour Show - 636 jako bazy, Barbra Q by Colour Alike - 153 Ja-jo zmieszane z Barbra Q by Colour Alike - 154 Mechaniczna Pomarańcza do słońca i GCOCL black polish do wszystkich czarnych elementów.
  
 Chiny! Przejdźmy się wzdłuż Wielkiego Muru, zwiedźmy tradycyjną świątynię, nakarmmy słodką malutką pandę (lubi bambusa!) i... oj, uciekajmy lepiej przed smokiem - nie możemy być pewni, czy jest przyjazny!
Szczerze mówiąc, nie jestem dumna z tego manicure'u. Tym razem nie wyszło mi nic ciekawego. Cóż, bazowy niebieski lakier to Sensique Summer 2011 - 251 Sea Breeze, a zielony - China Glaze - Starboard. Dach świątyni namalowałam lakierem Essence Metallics TE - 02 Copper rulez!, jej wnętrze - Essence Colour&Go - 34 Walk of Fame, a latarnie - Miss Sporty - 303. Wielki Mur Chiński powstał z użyciem Essence Colour&Go - 34 Walk of Fame i Barbra Colour Alike - 12 Caffee Macchiato. Białe części pandy i zęby smoka to Italian Beauty - French polish, czarne elementy i oczy smoka - GCOCL Black Stamping Polish. Skóra smoka to Miss Sporty - 303, a ogień to OPI - Off with her red
 
Moimi osobistymi faworytami z tej serii są: Biegun Północny, indyjska dżungla i afrykańskie safari. Z kilku nie jestem dumna, ale niech będą ;) A Wam które się podobają, a które nie? :)

piątek, 25 stycznia 2013

W7 - Puder brązujący Africa

To chyba ostatni wpis powstający "na dziko" - jutro wracam do domu, choć wcale się z tego powodu nie cieszę, wręcz przeciwnie - cudnie mi się mieszka z Ukochanym, nawet, jeśli muszę robić za jego osobistą pielęgniarkę - pisałam Wam na blogowym fejsie, że odniósł poważną kontuzję...
W każdym razie dzisiejszy post dotyczyć będzie bardzo ciekawego kosmetyku - różo-bronzera Africa marki W7. Pewnie go kojarzycie, bo jest bardzo charakterystyczny :)
  
  
Opis producenta i skład:
  
   
Gdzie i za ile: kosmetykomania.pl, 15,50zł / 8g
  
Moja opinia:
Bardzo charakterystycznym elementem tego produktu jest jego opakowanie. To sztywny tekturowy kartonik z centkowanym motywem w kształcie Afryki. Stanowczo nie nadaje się do noszenia w luźnej kosmetyczce czy torebce, bo otwiera się go bardzo łatwo, zdejmując po prostu wierzchnią część - jak pudełko prezentowe ;) Nie ma żadnego zabezpieczenia, więc łatwo może otworzyć się samo. Po zdjęciu wieczka widzimy najpierw pędzelek. Wydaje mi się dość tandetny i bałam się go użyć - włosie ma średnio twarde, ale dla mnie jednak się nie nadaje, wolę używać własnego sprawdzonego pędzla - kształt tego też mnie nie przekonuje. Pędzelek zabezpieczony jest folią. Wyjmujemy go i widzimy właściwy kosmetyk - sprasowany puder w iskrzących kolorach brązu i różu, ułożonych w panterkowy wzór. Kryje go dodatkowa warstwa folii ochronnej.
      
   
Puder jest dość miękki, ale nie sypie się za bardzo. Wystarczy lekko musnąć pędzlem jego powierzchnię, żeby nabrać odpowiednią ilość pudru i nałożyć na twarz. Efekt, jaki z jego pomocą osiągamy, bardzo mi się spodobał - jest to cieplejsza wersja bronzera, bardzo odświeżająca wygląd twarzy, dodająca pewnego uroku. Iskrzy się, ale w ładny sposób - nie mamy tutaj tandetnych drobinek, ale ładne delikatne rozświetlenie. Nie migruje na szczęście po twarzy, chyba że same niechcący rozetrzemy dłonią ;) Znika mniej więcej po upływie 8 godzin, nie zostawia plam czy smug, po prostu z czasem się "wypala".
Myślę, że na stałe zagości w mojej kosmetyczce - po raz kolejny spodobało mi się połączenie bronzera i różu. Jeśli również takie lubicie, mogę polecić puder W7, ale lepiej miejcie własny pędzel ;)
   
  
Używacie różo-bronzerów, różów czy bronzerów? ;) A może niczego albo wszystkiego po trochu? ;)

czwartek, 24 stycznia 2013

Coś do poczytania... #6

Pora na kolejnego posta z kilkoma minirecenzjami książek, jakie ostatnio przeczytałam.
Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu, bo trafiłam na parę książek, których nie byłam w stanie doczytać i przy każdej utknęłam na jakiś czas... Poza tym aktualnie mam "fazę na seriale", czyli przeciwieństwo "fazy na czytanie" :P Niemniej, pięć książek do opisania mam, więc zapraszam :)
  
     
      
"Dotyk Julii" Tahereh Mafi
   
"Nikt nie wie, dlaczego dotyk Julii zabija.
Bezwzględni przywódcy Komitetu Odnowy chcą wykorzystać moc dziewczyny, aby zawładnąć światem. Julia jednak po raz pierwszy w życiu się buntuje. Zaczyna walczyć, bo u jej boku staje ktoś, kogo kocha."
  
Z początku powieść wydała mi się mocno "schizowa" - napisana takim językiem, że brzmiała naprawdę jak twór osoby o nadwyrężonej psychice ;) Przekreślenia, powtórzenia, fragmenty bez interpunkcji - wszystko to jednocześnie nieco przerażało, ale i dodawało powieści specyficznego klimatu. Stopniowo powieść z poważnej i niepokojącej zmieniła się w lekką lekturę o superbohaterach. Czytelnik od razu pała sympatią do Julii i Adama, kibicując im w ich poczytaniach. Akcja jest wartka, nie ma kiedy się nią znudzić, więc czyta się lekko, jednym tchem - pochłonięcie 350 stron zajęło mi jakieś 4 godziny :) Zakończenie zwiastuje kolejne tomy :)
     
    
"Deja Dead" Kathy Reichs 
      
"Minął rok, odkąd Temperance Brennan opuściła Północną Karolinę i pozostawiła za sobą burzliwe małżeństwo. Praca często stawiała pod znakiem zapytania jej weekendowe plany, dlatego nie zdążyła jeszcze zbyt dobrze poznać Quebeku. Kiedy zostają odnalezione poćwiartowane zwłoki kobiety, którego części upchnięto w plastikowe torby, Tempe zaczyna dostrzegać pewien niepokojący wzór. Bez opamiętania rzuca się w wir pracy, usiłując jak najszybciej odnaleźć mordercę. Nie wie jeszcze, że śledztwo zaprowadzi ją do jej najlepszej przyjaciółki i własnej córki, które znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie."
 
Sięgnęłam po tę powieść dlatego, że wiedziałam, że na jej podstawie nakręcono jeden z moim ulubionych seriali - "Kości". Mocno się jednak zawiodłam, bo jedyne wspólne elementy to imię, nazwisko i zawód głównej bohaterki. Nie ma śladu po specyficznym charakterze Tempe, nie ma Bootha, Hodginsa, Angeli, Cam... Gdyby nie nazwisko bohaterki, w życiu nie wpadłabym na to, że książka ta ma cokolwiek wspólnego z serialem. Czytałam ją więc jako niezależny kryminał. Muszę przyznać, że niezły kryminał! Fabuła nie jest przewidywalna, jest tu sporo zwrotów akcji, ciekawie opisanych bohaterów, nawet zabawnych fragmentów. Baaardzo wciąga. Zauważyłam też niestety kilka błędów gramatycznych, jestem na nie bardzo wyczulona. Mimo to - polecam, ale nie nastawiajcie się na papierowe "Kości" ;)
    
     
"Intruz" Stephenie Meyer 
    
"Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć."
   
Na samym początku przyznam, że mój zachwyt nad tą powieścią wynika głównie z tego, że w życiu nie spodziewałabym się przeczytać czegoś DOBREGO, co wyszło spod pióra pani Meyer. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! Różnica między "Zmierzchem" a "Intruzem" jest powalająca.
Książka jest długa, obawiałam się, że będzie się ją czytało mozolnie, ale nie dało rady - niesamowicie pochłania. Dobrze, że rozdziały są krótkie, łatwiej sobie dawkować ;)
Bardzo polubiłam głównych bohaterów - Mel, Wandę, Jamiego, Iana. Podobał mi też się kontrast między dwoma mieszkankami ciała Mel - to dwie zupełnie inne osoby, zmuszone do specyficznej koegzystencji. Ciekawa mieszanka, nieco wybuchowa ;)
   
    
"Ciemniejsza strona Greya" Erica Leonard
    
"Młodziutką studentkę Anę Steele i charyzmatycznego miliardera Christiana Greya połączył niecodzienny układ, który z czasem przerodził się w coś znacznie głębszego. Jednak demony Greya zwyciężyły, Ana zerwała uzależniający związek i zajęła się karierą. Rozstanie okazuje się bolesne. Ogarnięci obsesyjną tęsknotą kochankowie nie potrafią bez siebie żyć. Kiedy więc Christian proponuje Anie zupełnie nowy układ, dziewczyna nie potrafi mu odmówić. Wkrótce zaczynają uczyć się siebie nawzajem. Christian walczy z wieczną potrzebą kontroli i stopniowo oswaja drzemiące w nim demony. Ana uczy się życia w luksusie i bronienia własnej niezależności. Kiedy wydaje się, że świat miłości, pasji i nieskończonych możliwości stoi przed nimi otworem, ciemne chmury gromadzą się nad luksusowym wieżowcem, w którym mieszkają…
Drugi tom wyczekiwanego bestsellera wszech czasów."
  
Moja opinia o tej książce nie będzie się znacząco różnić od tej, którą napisałam na temat pierwszego tomu. Nadal mamy tutaj mnóstwo głupich powtórzeń, bardzo ubogie słownictwo, dziwne wstawki (Rany Julek!, choć darowano nam tym razem świętego Barnabę...). Sceny erotyczne są nieco mniej liczne niż w pierwszej części, ale równie intrygujące. Rzuca się jedynie w oczy dość wyidealizowany ich przebieg - gdyby tak mógł wyglądać każdy seks (trzy ruchy i voila, równoczesny orgazm!), połowa społeczeństwa nie wychodziłaby z łóżek ;) Mimo wszystko jednak ta część podobała mi się bardziej, bo wreszcie pojawia się jakaś akcja! No, zalążki akcji, ale jednak. Może w trzeciej części rozkręci się to jeszcze bardziej :)
  
  
"Hobbit, czyli tam i z powrotem"  John Ronald Reuel Tolkien
   
"Hobbit to istota większa od liliputa, mniejsza jednak od krasnala. Fantastyczny, przemyślany do najdrobniejszych szczegółów świat z powieści Tolkiena jest również jego osobistym tworem, a pod barwną fasadą nietrudno się dopatrzyć głębszego sensu i pewnych analogii do współczesności.
Opowiada o wyprawie podjętej przez hobbita Bilba Bagginsa, trzynastu krasnoludów (Thorin, Oin, Glóin, Balin, Dwalin, Fíli, Kíli, Dori, Nori, Ori, Bifur, Bofur, Bombur) i czarodzieja Gandalfa do siedziby smoka Smauga w celu zabicia go i odzyskania zagarniętego przez niego skarbu. Grupa wędrowców w czasie swej podróży doznaje wielu niebezpiecznych przygód. Zawsze jednak wychodzi z nich cało dzięki znalezionemu w jaskini Golluma magicznemu pierścieniowi, który czyni Bilba niewidzialnym.
Powieść uznawana jest za prolog Władcy Pierścieni."
  
Po 12 latach, z okazji premiery filmu, postanowiłam odświeżyć sobie pamięć o książkowej wersji "Hobbita". Muszę przyznać, że nie wszystko pamiętałam, poza tym zupełnie inaczej zapamiętałam tolkienowski styl w "Hobbicie". Nie ma tu prawie nic ze stylu występującego we "Władcy Pierścieni", właściwie to nawet brakuje mi przydługich opisów i charakterystyk całych drzew genealogicznych ;) Wydaje mi się, że jest to wersja "light", Tolkien dla dzieci ;) Chciałam nawet czytać tę powieść mojemu 6letniemu bratu i bardzo żałuję, że nie był zainteresowany - jest na etapie "starłorsów" :P
Ogólnie mówiąc - "Hobbita" warto przeczytać jako ciekawostkę, zwłaszcza, jeśli jest się fanem "Władcy..." - nie jest to to samo, ale myślę, że trudno to rozdzielić ;)
     
Czytałyście może którąś z tych powieści? Chętnie o nich porozmawiam :)
  
Zdjęcia okładek i opisy pochodzą ze strony LubimyCzytac.pl

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...