niedziela, 10 lutego 2013

Fuss Wohl - Rozświetlający lotion do nóg

Przy takich kosmetykach, jak bohater dzisiejszej recenzji, od razu przypominają mi się moje pisklęce lata, kiedy to w podstawówce na szkolnych dyskotekach rządziła ta dziewczynka, która miała na sobie więcej brokatu - na skórze, we włosach, na ubraniu, gdzie się da ;) Zawsze był to dla mnie mały koszmar, bo za takimi błyskotkami nie przepadałam i w sumie... niewiele się zmieniło (wyjątkiem są paznokcie ;)). Zapraszam jednak do recenzji lotionu, który wtedy nadałby się w sam raz ;)
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w Rossmannie, ok. 6zł / 125ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
To chyba mój pierwszy kosmetyk tej marki, ale nie zrobił na mnie zbyt pozytywnego wrażenia...
Tubka jest spora, bo ma 125ml. Nie jest to krem do stóp, ale właśnie do nóg, czego nie do końca rozumiem - czemu akurat do nóg? Myślę, że można go używać z takim samym powodzeniem na całym ciele. Wygląd opakowania jak dla mnie nieco odstrasza, jest tandetne, wygląda tanio. Sam "lotion" jest zwyczajnym kremem, dość gęstym i treściwym, ale szybko się wchłaniającym. Pachnie ładnie, kwiatowo, ja nie czuję w nim jaśminu i wanilii, ale zapach mi się podoba.
  
  
Po rozsmarowaniu krem zostawia na skórze srebrne drobinki, dosyć drobne i dosyć rzadkie - nie jest to rozświetlenie, jakiego się spodziewamy. Na zdjęciu poniżej wydaje się ich być dość sporo, ale to dlatego, że rozsmarowałam krem na małej powierzchni - na dłoni. Krótko mówiąc - rozświetlenia nam to cudo nie gwarantuje. Ładnie jednak nawilża skórę, więc myślę, że nawet jeśli komuś nie będzie pasował jako "rozświetlający lotion do nóg", zawsze można zużyć do nawilżania stóp czy dłoni (o ile nie przeszkadzają nam wówczas drobinki ;)). 
 Wg mnie jest to kosmetyk zupełnie zbędny, ale dla fanek delikatnego drobinkowego rozświetlenia może się nada? Osobiście jestem na nie ;)
    
   
 Przeżywałyście również te czasy, kiedy brokat na nastolatkach można było ważyć kilogramami? Poddałyście się tym trendom czy niekoniecznie? :)

sobota, 9 lutego 2013

Kolorowe buziaki od Orlicy! :)

Zachciało mi się makijażowych eksperymentów... :D
Zakochałam się ostatnio w efekcie, jaki Trustmyself wyczarowała na ustach (klik). Postanowiłam wczoraj z nudów spróbować po swojemu ;)
Jak zwykle wyglądają moje makijażowe eksperymenty wiecie - nie zostałam do nich stworzona :P Ale muszę przyznać, że maziając usta intensywnymi kolorami jak wczoraj całkiem nieźle się bawiłam (a jeszcze lepiej, jak później goniłam po mieszkaniu 6-letniego brata, udając, że chcę go pocałować :D).

Zrobiłam dwie próby - mniej i bardziej udaną.
Najpierw może pokażę tę bardziej udaną, czyli próbę nr 2, jak łatwo się domyślić :)
  
  
Użyłam tutaj wazeliny i dwóch sypkich cieni, które kiedyś, dawno temu, kupiłam jako odsypki pigmentów MACa ;) Było się młodym i naiwnym, nie znało się Wizażu :P Wg Trust taki makijaż ust powinno się wykończyć błyszczykiem bezbarwnym, ale raz, że takowego nie posiadam, dwa, że taki półmat nawet bardziej mi pasuje, a trzy, że pewnie bym rozmazała wszystko :P Wiadomo, że nie jest to makijaż, w którym wyszłabym z domu, ale poszaleć w domowym zaciszu nie zaszkodzi ;)
  
I druga (a właściwie pierwsza) wersja:
  
   
Ta wersja jest mniej udana pod względem tych "pęknięć", ale strasznie mi się podoba nawet na co dzień. Połączenie czerwieni i złota to klasyka dla mojego jesiennego typu urody :) Użyłam tutaj jednej z moich ulubionych szminek, Avon Ultra Color Rich - Buttered Rum, a na nią nałożyłam sypki cień Inglota, nie pamiętam numerka, starł się.Te dwa kolory średnio ze sobą kontrastują i słabo widać powstałe prążki, ale to właśnie czyni z tego makijażu ciekawą alternatywę na co dzień :)

Obie wersje nie są idealne, ale już wiem, co źle robiłam - żeby te prążki były wyraźniejsze powinnam po zwinięciu ust w dzióbek cień sypki nakładać palcem, a nie pędzelkiem, jak robiłam to w tych przypadkach. Pędzelek dostawał się do tych "szczelin" i zostawiał tam cień, a chodzi o to, żeby właśnie tego nie robił.

Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła pochwalić się Wam nowymi lepszymi wersjami takich makijaży, bo spodobała mi się ta zabawa ;) Będę testować różne opcje ;)
  
Która wersja bardziej Wam się podoba? A może obie do Was nie trafiają? ;)
Lubicie czasem w podobny sposób udziwnić makijaż? :)

piątek, 8 lutego 2013

Pharmatheiss Granatapfel - Krem do rąk z granatem

Na dziś mam dla Was parę słów o kremie, którego używam od dłuższego już czasu i nadal mam mieszane uczucia... Chodzi o krem do rąk z granatem Pharmatheiss Granatapfel. Okazał się zupełnie inny niż się spodziewałam, trochę na plus, a trochę na minus. Zapraszam do recenzji :)
  
  
Opis producenta:
Szorstkie, zniszczone dłonie wymagają specjalnej pielęgnacji. Drogocenna kombinacja olejku z pestek granatu, olejku z awokado oraz oliwy z oliwek tłoczonej na zimno chroni skórę przed przedwczesnym starzeniem i czyni ją jedwabistą i delikatną.
  
Gdzie i za ile: w aptekach, 32zł / 75ml
  
Skład:
  
 Moja opinia:
Opakowanie kremu jest aluminiowe (chyba ;)), co jest ładne i wygodne w używaniu na co dzień, ale sprawia też, że krem absolutnie nie nadaje się do noszenia w torebce - wygniecie się i może pęknąć. Taka tubka jest praktyczna jednak pod tym względem, że bez trudu zużyjemy krem do końca, wyciskając go ze sztywnego opakowania. Zakrętka kojarzy mi się z farbą :)
Spodziewałam się, że krem będzie gęsty, treściwy, maślany - nic bardziej mylnego, jest wręcz przeciwnie, dość rzadki (ale nie tak, żeby wypłynąć samemu z tubki), leciutki i wydajny. Pachnie granatem, choć ja tutaj dodatkowo czuję też jakieś kwiatowe nuty, ogólnie mówiąc, zapach jest ładny i dosyć delikatny.
  
  
Jak już pisałam, krem jest bardzo lekki, bo roztarciu na dłoniach momentalnie znika, przez chwilę ma się wrażenie, że dłonie są zwyczajnie mokre, a po pół minuty i to wrażenie znika. Dla mnie to plus, bo nie lubię, kiedy po kremie cała się kleję czy "tłuszczę". Po nim dłonie są miękkie, ale zaskakująco... tępe? Kiedy pocieramy jedną o drugą efekt jest podobny do "głaskania" szyby, jeśli wiecie o co mi chodzi ;) To z kolei utrzymuje się przez jakąś godzinę, czyli dłużej niż uczucie nawilżenia! Właśnie - krem nawilża słabiutko w moim odczuciu, a nie mam problemu z suchymi dłońmi...
Plusem jest to, że jest wydajny, szybko się wchłania i ładnie pachnie, więc można go używać często, np. oglądając film, a nawilżenie jakieś tam będzie. Obawiam się jednak, że trudno ten krem określić jednak mianem "dobrego". Już granatowy krem z Alterry sprawdził się u mnie o wiele lepiej.
Czy polecam? Niestety nie, na pewno nie za taką cenę o.O
  
  
Używałyście kosmetyków tej marki? Co o nich myślicie?

czwartek, 7 lutego 2013

Wygraj zestaw kosmetyków FlosLek!

Stuknęło mi niedawno 1400 obserwatorów i 700.000 wyświetleń bloga (dziś w nocy :)), czas najwyższy więc na konkurs! :) Zainteresowane?
   
  
Do wygrania są tym razem aż trzy zestawy kosmetyków FlosLek!
Każdy z nich składa się z czterech kosmetyków:
+ nawilżającego kremu do twarzy Hydrobalans
+ płynu micelarnego do skóry wrażliwej
+ masła do ciała Natural Body Mango+Marakuja
+ pomarańczowej wazeliny do ust Lip Care

Wydaje mi się, że nagrody są bardzo atrakcyjne - dokładnie tę samą wazelinkę mam i uwielbiam, a masło mam w innej wersji zapachowej i też bardzo mi odpowiada :) Mam nadzieję, że skuszą i Was ;)
  
A co zrobić, żeby wygrać jeden z zestawów?
Otóż wystarczy odpowiedzieć na pytanie:
  
Co robisz, by być piękną i zadbaną?

Oczywiście jak to u mnie - można popuścić wodze fantazji ;)
  
Krótki regulamin konkursu:
  1. Nagrody sponsoruje firma FlosLek.
  2. Konkurs organizowany jest dla jawnych obserwatorów mojego bloga.
  3. Zestawy nagród otrzymają 3 osoby, które najciekawiej odpowiedzą na pytanie konkursowe. Zwycięskie odpowiedzi zostaną wybrane przeze mnie - autorkę bloga.
  4. Konkurs trwa trzy tygodnie - od momentu opublikowania do dnia 27 lutego 2013, do godziny 23:59.
  5. Nagrody zostaną wysłane tylko na terenie Polski.
  6. Uczestnicy konkursu, którzy nie ukończyli 18 lat, muszą mieć zgodę opiekuna na udział.
  7. Wyniki ogłoszone zostaną w ciągu 72h od zakończenia konkursu, a zwycięzcy otrzymają e-maila z informacją o wygranej. 
  8. Zgłoszenia należy składać w komentarzach pod tym postem, wg wzoru:
  • Obserwuję jako...
  • E-mail:...
  • Odpowiedź... 
 Nie jest to oczywiście warunek konieczny, ale będzie mi bardzo miło, jeśli polubicie także profil bloga na FB (klik) (tam wiele się dzieje ;)) oraz podacie mi swoje typy w zakładce "Co wkrótce?" (klik). Dziękuję :)
  
Czekam więc na Wasze odpowiedzi - zaskoczycie mnie? :D
Powodzenia i weny życzę! ;)

środa, 6 lutego 2013

Joanna Z Apteczki Babuni - Wzmacniająca odżywka do włosów

Co prawda ostatnio pisałam o szamponie, a zwykle nie lubię pisać recenzji z tych samych kategorii pod rząd, ale Wasze facebookowe życzenia co do kolejności recenzji były jasne ;) Tę odżywkę też obiecywałam Wam już jakiegoś czasu, więc niech już będzie :P
  
  
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: wszędzie, ok. 6zł / 300ml
  
Skład:
   
Moja opinia:
Odżywka zamknięta jest w typowym dla babcinej serii opakowaniu - biała butelka o charakterystycznym kształcie, oprawiona naklejką z delikatnymi napisami i motywem ziół. Nieraz już wspominałam, że uwielbiam design tej serii :) Opakowanie zamyka się na zatrzask, jest wygodne w użytkowaniu, choć brak płaskiej góry mógłby przeszkadzać w wykańczaniu odżywki (uniemożliwiając postawienie butelki do góry nogami), ale w tym przypadku to zbędne, bo odżywka jest bardzo rzadka. Może nawet za rzadka, bo wręcz wylewa się z butelki, trzeba więc uważać przy wydobywaniu jej. Ma biały kolor, jest półprzezroczysta - nie powiem, z czym mi się kojarzy, bo i bez tego mam dziwne hasła w wyszukiwaniach :P Zapach odżywki jest typowo ziołowy, choć nie jestem w stanie rozpoznać konkretnych ziół.
  
  
Odżywka bardzo łatwo nakłada się na włosy i rozprowadza po nich. Przez swoją konsystencję może spływać nam z dłoni, ale na włosach trzyma się całkiem nieźle. Jest też bardzo wydajna, będę jej używać kilka miesięcy (nie stosuję odżywek codziennie). Spłukuje się bez większych problemów, sprawiając, że włosy poplątane od szamponu się rozplątują (przynajmniej w pewnym stopniu ;)). Po wyschnięciu są miękkie i puszyste, ale nie zauważyłam żadnego wzmocnienia, efekt jest raczej doraźny. Może, gdybym zużyła kilka opakowań byłoby inaczej, ale na razie jestem w połowie opakowania, którego używam od ponad miesiąca i trwałych efektów brak. Teraz obiecuję sobie większą regularność i jeśli coś się zmieni - edytuję recenzję i dam Wam znać ;)
Czy polecam? Trudno mi powiedzieć, odżywka to raczej przeciętniak. Jest tania, więc można wypróbować, ale nie sądzę, żebym ją jeszcze kiedyś kupiła. Pokrzywowy balsam Green Pharmacy pasował mi znacznie bardziej.
   
   
Używacie odżywek tego typu? A może odkryłyście jakiś nowy włosowy trik pielęgnacyjny? ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...