sobota, 16 marca 2013

To by było tyle...

... jeśli chodzi o adopcję małej Missy.
Wszystko było ustalone, umowa adopcyjna wydrukowana, kupiona nowa miseczka, wyprawka, zapas karmy, jeszcze wczoraj tymczasowi właściciele wysyłali nam aktualne zdjęcia kotki.
Miała zostać przywieziona do nas dzisiaj między 13:00 a 14:00. Zrezygnowałam nawet z pracy w ten weekend, żeby móc przy tym być. O godzinie 13:30 wszyscy siedzimy jak na szpilkach, czekamy na kota, a nagle dzwoni telefon, to pani, która miała nam ją przywieźć. Okazało się, że kotka jednak nie jest do adopcji. Decyzja z ostatniej chwili. Rodzina tymczasowa uznała, że jednak za bardzo zżyli się z małą.
Aż nie wiem, co o tym myśleć, jest mi niesamowicie przykro. Wcześniej nie udało się z Wiewiórką, teraz z Missy, a w ogłoszeniach (przekopałam wszystko!) nie ma żadnej młodej kotki, która mogłaby mieszkać z dorosłym kocurkiem i psem.
To tyle, chciałam tylko dać Wam znać, bo od rana mnie pytacie, czy mała już jest... :(
  

piątek, 15 marca 2013

Orlica piecze! #8 - Tarta jabłkowo-cynamonowa

Ojoj, całe wieki nie dawałam tu żadnego przepisu, prawda?
Jakiś czas temu wkręciłam się w pieczenie tart, a zaczęło się od takiej "w proszku" kupionej za grosze w Lidlu. Upiekłam ją dwa razy korzystając z tego półproduktu, ale w końcu wzięło mnie na ambicję pod tytułem "przecież umiem upiec ją sama". Wycięłam więc z kartonika skład mieszanki, podumałam chwilę nad proporcjami i upiekłam. Tarta wyszła przepyszna, choć znalazła się mała rzecz do poprawki, co natychmiast zrobiłam. Tutaj pokażę Wam oczywiście wersję ostateczną :)
    
  
Przygotujcie się najbardziej naładowany zdjęciami post w historii bloga :P Przepis jest ogólnie mówiąc całkiem prosty, ale jakoś nie umiałam streścić go w kilku krokach, może dlatego, że mi samej łatwiej jest wszystko wypunktować i dokładnie rozpisać :) Zapraszam więc do lektury :)
  
Czego potrzebujemy?
+ 300g mąki pszennej
+ 150g (+ 4 łyżeczki) cukru
+ łyżeczka proszku do pieczenia
+ pół paczki budyniu albo 2 łyżki skrobi ziemniaczanej
+ szczypta soli
+ 1,5 łyżeczki cynamonu
+ 1 jajko (samo białko)
+ 150g miękkiego masła albo Palmy
+ 1 kg jabłek - ok. 6 średnich (oczywiście musiałam o tym drobiazgu zapomnieć na zdjęciu)
+ forma do tarty

  



W misce mieszamy mąkę, cukier, proszek do pieczenia i odrobinę soli.






  




Odzielamy białko od żółtka i 3/4 białka wlewamy do suchych składników. Dokładamy też pokrojone na kawałki masło.









Teraz najmniej przyjemna część - wyrabiamy ciasto do uzyskania gładkiej konsystencji - w miarę szybko, żeby masło nie zdążyło się roztopić.
   








Gotowe wyrobione ciasto dzielimy na dwie części - 2/3 i 1/3. Mniejszą kulkę wkładamy na razie do lodówki.








Większą kulkę rozprowadzamy na formie do tarty. Jeśli stosujemy taką jak ja, silikonową, nie ma potrzeby, żeby dodatkowo smarować ją tłuszczem, ciasto i tak idealnie od niej odchodzi. Rozprowadzamy je tak, żeby przy brzegach była "ścianka" o wysokości ok. 2cm.








Jabłka obieramy, usuwamy gniazda nasienne i kroimy w kosteczkę. Inną szkołą jest krojenie na plastry, ale jest wtedy więcej zabawy z układaniem i ciasto wygląda wg mnie mniej ciekawie ;)









W małej miseczce przygotowujemy mieszankę - pół paczki budyniu lub dwie łyżki skrobi ziemniaczanej, 1,5 łyżeczki cynamonu i 4 łyżeczki cukru. Dokładnie mieszamy...










... i dosypujemy do pokrojonych jabłek. Mieszamy znowu tak, by wszystkie jabłka pokryły się brązowym kolorem.









Teraz układamy jabłka na formie. Będą nieco wystawać ponad nią, ale nie szkodzi, a wręcz o to chodzi, bo w czasie pieczenia i tak stracą nieco na objętości.







Wyjmujemy pozostałą część ciasta z lodówki i rozwałkowujemy. Teraz wykrawamy z niego pasy, starając się, żeby były w jednym kawałku ;) Ja niestety zapomniałam o lodówce i ciasto było bardzo miękkie - pasy rwały mi się w palcach, nie było to łatwe zadanie... Mój błąd.
  






Układamy pasy na cieście, w ten sposób jak na zdjęciu. Można się pobawić w ich przeplatanie, ale na pewno nie w przypadku miękkiego ciasta, poza tym takie 3 pasy pionowe i 3 poziome też wyglądają całkiem efektownie :) Pozostałym ciastem możemy wzmocnić brzegi na formie.








Bierzemy odłożoną 1/4 część białka i smarujemy nią pasy i brzegi naszej tarty, żeby ładnie się zarumieniły przy pieczeniu.










Wkładamy teraz tartę do piekarnika nagrzanego do 180 stopni z termoobiegiem i pieczemy przez 40-45 minut.







  Po tym czasie wyjmujemy ciasto z piekarnika i dajemy 10 minut na ostygnięcie, wtedy delikatnie przekładamy z formy na talerz. Najlepiej podać od razu, bo na ciepło jest przepyszne - możemy dodać do tego gałkę lodów czy bitą śmietanę, tarta zrobi jeszcze większe wrażenie :)
SMACZNEGO! :)




  
A tak wyglądała moja tarta 5 minut po przełożeniu na talerz ;)

Jeśli skorzystacie z przepisu, koniecznie dajcie znać, jak Wam wyszło, zdjęciami Waszych wypieków też nie pogardzę, śmiało piszcie na maila! :)

czwartek, 14 marca 2013

Madame Lambre - Cienie do powiek - 2 & 26

Cienie, o których dziś Wam napiszę trafiły do mnie w dość losowy sposób - dostałam je do recenzji, ale współpraca okazała się nie taka, jak oczekiwałam, bo nie wybrałam sama, tego co będę testować, a dostałam "to, co było" - i bardzo mi z tego powodu przykro, bo duże nadzieje pokładałam w tej współpracy. Wyszło jak wyszło, a ja pokornie biorę się za recenzję dwóch cieni z różnych bajek.

 
Opis producenta:
Cienie prasowane - to aksamitna masa cieni na delikatnej skórze Twoich powiek. W składzie zawierają cząsteczki naturalnego minerału miki, stanowiącego uwolniony krzemian potasu, sodu, żelaza, manganu, glinu, fluoru i litu. 
  
Gdzie i za ile: drogerie Hebe, sklep internetowy, 8zł / wkład 2g

Skład:

Moja opinia:
Cienie, które dostałam to wkłady do paletek, a paletki marki Madame Lambre są naprawdę godne uwagi - piękne, drewniane, baaardzo urokliwe. I drogie, oczywiście ;) Na razie więc wolę wpakować cienie do paletki magnetycznej i tu warto wspomnieć, że wkłady NIE pasują do paletek Kobo czy Inglota - są nieco większe. Dostajemy je w kartonikach, ale nie są one praktyczne, mnie wygodniej jest od razu przepakować do paletki. Na kartonikach mamy nr cienia i skład, co ważne dla niektórych - ja go analizować nie będę, bo jak może już wiecie - potrafię analizować tylko naturalne ekstrakty :P
   
  
Mam tu dwa kolory, zupełnie z innych beczek. Nr 2 to typowy rozświetlacz, perłowo-cielisty o lekko różowym połysku. Nr 26 to ciemny granato-fiolet. Oba mają piękne tłoczenia z logo marki, które kojarzy się też z pewną inną marką, ale nie sądzę, żeby to był efekt zamierzony ;) Tłoczenie w każdym razie jest śliczne.
   

O ile rozświetlająca dwójeczka przyda mi się na co dzień, o tyle drugi kolor wydał mi się zupełnie nie mój - za mocny, zbyt granatowy, a mnie we wszelkich niebieskościach jest zwyczajnie nie do twarzy ;) Szczęście w nieszczęściu - okazało się, że cień strasznie znika przy rozcieraniu. Próbowałam zrobić makijaż, używając tylko tych dwóch cieni, martwiłam się, jak rozmyję granicę tego granatu, ale niepotrzebnie, bo na powiece, przy rozcieraniu, zupełnie stracił na intensywności. Jest to raczej wada cienia, ale w tym przypadku zadziałała na jego korzyść. Wiecie, że nie jestem mejk-ap-artist, ale zobaczcie, co wyszło z połączenia tych dwóch cieni:
   

Możliwe, że bardziej doświadczone dziewczyny wyciągną z niego więcej - ja nawet nie próbuję. Wystarczy mi ta fioletowa "mgiełka" nad okiem. Dodam, że cienie nie osypują się, ale są bardzo miękkie, więc łatwo nabrać ich za dużo i "rozbabrać" cały wkład. Tłoczenie też szybko niestety znika.
Na powiekach utrzymują się poprawnie, choć nie rewelacyjnie, na bazie zaczynają się rolować po ok. 6-7 godzinach.
Podsumowując - szkoda, że nie miałam możliwości sprawdzić bardziej "moich" kolorów. Pozostaje mi iść do Hebe i wybrać coś samemu ;) Na podstawie tych dwóch cieni mogę powiedzieć, że nadają się do codziennego, delikatnego makijażu, raczej nie sprawdzą się u fanek intensywności. Oczywiście inne kolory mogą być lepsze pod tym względem.

Macie jakieś produkty Madame Lambre? Co w nich lubicie (poza opakowaniami <3), a czego nie? :)

środa, 13 marca 2013

Włosowa aktualizacja - Marzec

Ostatni miesiąc minął mi pod znakiem intensywnej opieki nad włosami, zajęłam się zwłaszcza problemem ich wypadania, na co znalazłam idealny środek. Udało mi się je nieco wzmocnić, z czego jestem bardzo zadowolona, choć na zdjęciach nie ma zbyt dużej różnicy, zobaczcie same.
  
       
Długość z przodu - 49,5 cm
  
                                                                                                                      A było:

  
   
Jeśli dobrze mierzę, moje włosy urosły ok. 2cm w ciągu miesiąca - to bardzo dobry wynik jak na nie! Przyznaję, "nawoziłam" je różnymi wcierkami, więc cieszę się bardzo, że jakiś efekt we wzroście włosów jest :) Ba, nie tylko we wzroście - wcierki zdziałały cuda, włosy ogólnie się poprawiły!




Spójrzmy chociażby na kwestię wypadania... Oto, co wczoraj zdjęłam ze szczotki po rozczesywaniu włosów po myciu:


Tyle co nic! Dla porównania - stan sprzed miesiąca:

  
  
Najlepsze jest to, że w tym przypadku mogę z całą pewnością podać Wam tego cudotwórcę - otóż sprawiła to kozieradka. Stosowałam ją przez jakieś półtora tygodnia, a efekty widzicie powyżej. Już wiem, za co chwycę następnym razem, kiedy włosy zaczną mi lecieć z głowy ;)




A wiecie, co jeszcze znalazłam?


Pierwszy raz od dawna zaczesałam włosy do tyłu w kitka i oto, co mnie zdziwiło - masa babyhair! Tutaj zasługę przypisuję już nie tylko kozieradce, ale także stosowanej kuracji rzepowej Joanny, którą już wykończyłam, wodzie brzozowej Isany i odżywce pokrzywowej Anny - ogarnęła mnie wcierkomania! :)

Zerknijmy może na mój aktualny arsenał włosowy, którego używam najczęściej :)





Najpierw codzienna podstawowa pielęgnacja, czyli szampon i odżywka. Szamponu używam tego samego, co miesiąc temu - to Love2Mis Organic - szampon z pomarańczą i chili - okazał się wydajny :) Myślę, że i on przysłużył się do przyspieszenia wzrostu włosów i do "narodzin" nowych babyhair. Odżywkę wzmacniającą Joanna Z Apteczki Babuni też już męczę byle wykończyć, co nastąpi na dniach. Jest ona przeciętna, używam głównie dla wygładzenia włosów po myciu. Jak wreszcie zmieni się w denko, sięgnę po mleczną maskę BingoSpa.










  

 Teraz magiczne wcierki, których używam zamiennie, ale nie codziennie - obie nieco zmieniają stan/zapach włosów, więc nie zawsze mogę ich użyć. Woda brzozowa Isana nie skończy mi się chyba nigdy, ale odżywka pokrzywowa Anna bardzo się moim włosom spodobała - na pewno jest "współwinna" tych ślicznych maluszków nad czołem ;) Za jakiś czas ją dla Was zrecenzuję :)
  













 
 Na koniec może jeszcze pielęgnacja uzupełniająca. Co któreś mycie stosuję płukankę octową na bazie octu jabłkowego Kamis. Wierzę, że daje to jakieś efekty, choć gołym okiem ich nie widzę. Dodatkowo co parę dni zamiast "zwykłej" odżywki używam maski regenerującej BioVax. Kiedyś już ją miałam i nieźle mi służyła, teraz mam wrażenie, że coś się w niej zmieniło, ale nie wiem co...







OK, dość o włosach :) Jeśli jesteście ciekawe mojego codziennego pielęgnacyjnego "rozkładu jazdy", zapraszam do zakładki "Jak dbam o włosy? - DZIENNIK", gdzie na bieżąco spisuję to, czego używam.
  
Jak się mają Wasze włosy? :)

wtorek, 12 marca 2013

Virtual - Tusz do rzęs Mission Extension

Blogowe czytelniczki mają to do siebie, że lubią czytać negatywne recenzje. Raz, że pomogą one uniknąć złego zakupu w przyszłości, a dwa, że można się trochę "ponabijać" z kiepskiego produktu. Dziś więc mam dla Was właśnie taką recenzję. Chodzi o tusz Virtual - Mission Extension. Cóż, jak dla niestety mission failed...
  
  
Opis producenta:
Misja do spełnienia? Maksymalne wydłużenie! Mascara Mission Extension dzięki wąskiej i twardszej szczoteczce idealnie dociera do każdej rzęsy i precyzyjnie rozprowadza tusz bez tworzenia grudek. Kombinacja oleju z nasion jojoba oraz wosku japońskiego otula rzęsy warstwą ochronną, zapewniając trwałość i elastyczność. Kosmetyk może być stosowany przez właścicielki oczu wrażliwych i szkieł kontaktowych. Zawarty w produkcie Carbon Black zapewnia spojrzeniu magnetyzującą głębię i spektakularną czerń.
  
Gdzie i za ile: na stoiskach Virtual albo np. na Inermis.pl, ok. 14zł
  
  
Moja opinia:
Opakowanie tuszu jest metalicznie połyskujące i fioletowe z żółtymi elementami. Nie jest może tandetne, ale z elegancją również się raczej nie kojarzy... Ot, mascara dla nastolatek czy młodych kobiet ogólnie. Szczoteczka jest z włosia - wiecie pewnie, że takich nie lubię, więc tusz miał u mnie niskie noty, zanim zaczęłam go używać. Zdecydowanie bardziej wygodne są dla mnie szczoteczki silikonowe. Ta jest... cóż, po prostu normalna, bez udziwnień z kształtem czy ułożeniem włosia. Jest dość gęsta i faktycznie twarda.
  
  
Na rzęsach nie sprawdza się niestety w ogóle. W tym zakresie ma tylko jedną zaletę - kolor to faktycznie głęboka czerń, szkoda, że i tak tego nie widać... Tusz z założenia ma być wydłużający - zgoda. Moje rzęsy są długie, ale rzadkie i cienkie. Niestety efekt, jaki na nich daje jest... żaden. Kiedy pomalowałam jedno oko, siostra nie mogła rozpoznać które. Nawet dwie warstwy tuszu dają tak naturalny efekt, że właściwie go nie widać, zobaczcie same na zdjęciu poniżej.
Z trwałością jest średnio - nie osypuje się, ale znika po paru godzinach zupełnie, wtedy nawet te szczątki podkreślenia rzęs odchodzą w niepamięć. Wspomnę jeszcze, że przy nakładaniu drugiej warstwy tuszu rzęsy mogą się mocno posklejać, warto mieć szczoteczkę czy grzebyk do ich rozczesania pod ręką.
Niestety tego tuszu polecić Wam nie mogę, choć kto wie - może na krótkich, ale grubych rzęsach by się sprawdził? Mogę tak sobie gdybać, ale to nie zmienia faktu, że dla mnie nawet kiepściutki Secret Trick tej samej marki okazał się lepszy od tego...
  
  
Używałyście tuszy Virtual? Których? Jak się sprawdziły?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...