piątek, 18 stycznia 2013

Kulisy bloga - o znaku wodnym w PhotoFiltre

Przy okazji posta o zdjęciach i o tym, jak je obrabiam na bloga, padło mnóstwo pytań o znak wodny - jak go zrobiłam i jak go wstawiam na zdjęciach. To naprawdę banalna kwestia, ale dziś przedstawię Wam moją metodę, choć pewnie w sieci znajdziecie mnóstwo innych, być może lepszych.

Mój mały tutorial opiera się na programie PhotoFiltre, bo to na nim głównie pracuję.
  
  
Przede wszystkim, wybieramy symbol, który ma być naszym znakiem wodnym. Jeśli ma on postać prostokąta - nie mamy problemów, możemy zastosować właściwie tylko kilka ostatnich kroków z wklejaniem go na zdjęcie.
Sprawa komplikuje się minimalnie, gdy nas znak ma mieć nieregularny kształt, jak choćby koło czy fikuśna ramka, jak u mnie na blogu. Wówczas musimy sprawić, żeby jego tło było przezroczyste.
Oto, jak to zrobimy.

Otwieramy nasz obrazek w PhotoFiltre:
  
  
Musimy teraz nadać kolor tłu - musi być on inny niż cokolwiek, co jest elementem naszego znaku. W moim przypadku jest to fiolet - "pokolorowałam" nim obrzeża obrazka, czyli te elementy, które nie są znakiem. Użyłam do tego narzędzia z ikonką rozlewanej puszki farby, chyba każdy z nas ją kojarzy :)
  
  
Wchodzimy w menu "Image" i klikamy "Transparent color...".
  
   
Ustawiamy kolor, którym oznaczyliśmy zbędne elementy obrazu i dostosowujemy tolerancję tak, żeby na pewno "zjadło" tylko to, co chcemy. Korzystamy z opcji podglądu - pola przezroczyste zostaną zakratkowane jak na screenie powyżej. Jeśli pasuje, klikamy OK.
  
  
Teraz musimy zapisać nasz znak wodny w formacie .gif albo .png, żeby zachował swoją przezroczystość. Proponuję też od razu zmniejszyć obraz do takiego rozmiaru, jakiego będziemy używać przy wklejaniu na zdjęcia.
   
   
Teraz faza wklejania. Otwieramy już "zgifowany" znak wodny oraz zdjęcie, jakie chcemy oznakować. Korzystając z opcji "Kopiuj - Wklej", wklejamy znak na zdjęcie, uważając, żeby go nie zatwierdzić - musi być wokół niego ta migająca ramka.
  
  
Prawym przyciskiem myszy klikamy na pole znaku i wybieramy "Paste options...".
  
  
Teraz możemy dostosować przezroczystość znaku, posługując się suwaczkiem określonym jako "Opacity". Wg mnie 40% to taki max, żeby obraz był znakiem wodnym, powyżej 40% jest już zbyt intensywny.
  
   
Ustawiamy wszystko i klikamy OK - mamy znak wodny. Na koniec trzeba go zatwierdzić - są na to dwie opcje: albo klikamy prawym przyciskiem i wybieramy "Validate paste" albo klikamy ikonkę prostokąta ze strzałką w górnym rzędzie ikon, zaraz po lewej stronie znaku "T" :)
I to wszystko! Opisałam to w tylu krokach, ale zajmuje to kilka sekund i jest naprawdę proste :)
   
 Jakbyście miały jakieś problemy w tej kwestii, śmiało piszcie, postaram się pomóc.
   
To co, kolejne kulisy bloga o współpracach czy o byciu królikiem doświadczalnym? :D
A może macie inny pomysł na temat w tej serii?

czwartek, 17 stycznia 2013

Delia Dermo System - Płyn micelarny

Już dawno przerzuciłam się na płyny micelarne, jeśli chodzi o demakijaż. Są bardziej uniwersalne i skuteczne, ale ciągle szukam idealnego (choć płynowi Lirene >klik< było do niego blisko), dlatego nadal testuję nowe. Ostatnio postanowiłam wypróbować płyn Delii. Nigdy chyba nie miałam nic tej marki, więc ciekawość zwyciężyła. Co wynikło z testów? :)
  
     
Opis producenta:
   
Gdzie i za ile: w małych drogeriach i np. na DolinaKremowa.pl, 9zł / 210ml
   
Skład:
   
Moja opinia:
Płyn dostajemy w plastikowej bezbarwnej butelce w dość nietypowym kształcie - widzicie na zdjęciu. Niestety jest odkręcana, co dla mnie jest minusem - zdecydowanie łatwiej i szybciej jest posłużyć się zamknięciem na zatrzask. Po odkręceniu ukazuje nam się mała dziurką, którą dozujemy płyn. Jest na tyle mała, że nie ma obaw, że wylejemy go za dużo, bez problemu wydobywamy tyle, ile chcemy.
Płyn jest oczywiście bezbarwny i bezzapachowy, choć akurat to mnie zdziwiło. Nie jest hipoalergiczny, więc spodziewałabym się chociaż lekkiego zapachu. Jego brak mi nie przeszkadza - lepsze to niż jakiś smrodek ;)
  
   
A jak się sprawuje w praktyce? Cóż, przede wszystkim ma dziwną cechę - pieni się, gdy przecieramy nasączonym nim wacikiem twarz. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałam, nie wiem, czy świadczy to dobrze czy źle - może ktoś z Was mnie oświeci? ;)
Z makijażem radzi sobie całkiem nieźle. Trzeba się co prawda chwilę namachać i zużyć kilka wacików, ale ostatecznie zmyje wszystko. Nadaje się też do stosowania codziennego jako tonik - nie wysusza, nie ściąga skóry, a ładnie oczyszcza i odświeża. Jeśli chodzi o wydajność, określiłabym ją jako przeciętną.
Ogólnie cały płyn jest właściwie przeciętny. Owszem, zmywa makijaż i funkcję swoją spełnia, ale absolutnie niczym mnie nie zachwycił. Ot, taki zwyklak. Zużyję do końca, ale więcej nie kupię, będę dalej szukać idealnego, aż wreszcie wrócę w końcu do Lirene ;)
   
    
Czym Wy zmywacie makijaż? :) A może używałyście płynu Delii?

środa, 16 stycznia 2013

Porozmawiajmy o łupieżu...

Kilka dni temu otrzymałam prośbę o napisanie posta na temat problemu łupieżu. Sama się z nim co jakiś czas borykam, więc uznałam, że to dobry pomysł, zwłaszcza, że uzyskałam także dostęp do ciekawych badań na ten temat.
Zastanawiałam się długo, jak napisać tego posta, ostatecznie stwierdziłam, że nie będzie to "encyklopedyczny wpis" o łupieżu - wiele informacji na ten temat znajdziecie w necie, nie mam potrzeby dorzucania swoich trzech groszy ;)
  
Sama łupież mam od czasu do czasu, nie jest on jednak moim wielkim problemem - wystarczy, że umyję głowę szamponem przeciwłupieżowym parę razy i problem znika - przynajmniej na jakiś czas. Wiem jednak, że są osoby, których problem ten dotyczy w znacznie większym stopniu i o tym chciałabym dziś co nieco napisać. 
  
Najpierw przedstawię Wam ciekawą infografikę przygotowaną przez PolPharmę - stąd nazwy konkretnego szamponu ;) Warto przeczytać, sama się kilku ciekawostek dowiedziałam :)
  
 
 Dojechałyście do końca? Gratuluję sprawnego scrolla ;)

Najciekawsze jednak okazały się dla mnie wyniki badań przeprowadzonych przez TNS OBOP
dla ComPress - "Polacy o szamponach przeciwłupieżowych i łupieżu". Badania zostały przeprowadzone na losowej grupie 1004 Polaków w wieku 15 lat i więcej.
Z badań tych wynika między innymi to, że 14% Polaków wierzy, że nie ma skutecznych sposobów na łupież. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam i bardzo mnie zastanawia, dlaczego aż taki odsetek woli poddać się bez walki o zdrową skórę głowy. Czy są to osoby, którym w ogóle nie chce się w ogóle próbować pozbyć się łupieżu, czy może takie, które wypróbowały 1-2 szampony i sprawę uznały za przesądzoną? Co o tym myślicie? Przyznaję, że mój problem nie jest poważny, ale pozbywam się go bez większego problemu i nie sądzę, żeby było to niewykonalne w cięższych przypadkach...
  Inną kwestią wynikającą z badań jest to, że najczęściej wybieraną bronią do walki z łupieżem jest szampon apteczny - i z tą większością się zgodzę, niestety. Szampony drogeryjne często są przeciwłupieżowe tylko z nazwy. Te dostępne w aptekach za to kosztują zwykle znacznie więcej, ale i są skuteczniejsze. I znowu, tu powinnam przyznać się, że sama ratuję się "Hedenszoldersem", ale w sytuacji kryzysowej nie waham się polecieć do apteki po odpowiedni specyfik - często są one dostępne w saszetkach na 2-3 użycia.
Kolejna ciekawostka - łupież na głowie nowo poznanej osoby zniechęca do niej 14% Polaków. Tu się trochę dziwię - kiedyś kogoś poznaję nie patrzę mu od razu w przedziałek, czy przypadkiem nie ma "śniegu" ;) A nawet gdyby miał - to co? Odrzuca Was od osób z łupieżem? Rozumiem taki efekt przy braku higieny, nieprzyjemnym zapachu, ale żeby łupież działał jak strach na ludzi?
I ostatnia interesująca dla mnie sprawa - 11% Polaków uważa, że apteczne szampony przeciwłupieżowe niszczą włosy. Cóż, ja na chemii kosmetycznej nie znam się dostatecznie, ale na logikę rzecz biorąc szampony te zawierają silne substancje, które faktycznie mogą (ale nie muszą) wpływać także negatywnie na stan włosów czy skóry głowy. Jak sądzicie? Na pewno nie są to specyfiki do stosowania non-stop, ale czy to oznacza, że ich "przedawkowanie" jest możliwe?
     
Od siebie dodam jeszcze jedno - łupież to problem kosmetyczny, ale może być również chorobą. Jeśli męczymy się z nim dłuższy czas i nie możemy się go pozbyć, lepiej nie inwestować w setny magiczny szampon, a udać się do dermatologa. Czasem tylko lekarz jest w stanie stwierdzić, co jest przyczyną problemu w danym przypadku i na podstawie tego dopasować odpowiedni lek. 
       
Chciałabym, żeby ten post był nie tylko moim monologiem, ale także dialogiem, więc liczę na dyskusje na ten temat w komentarzach :)
Może macie jakieś skuteczne sprawdzone sposoby na walkę z łupieżem? Jeśli nie, jak inaczej go zwalczacie? Ufacie drogeriom, aptekom, zielarniom?

wtorek, 15 stycznia 2013

Lakiery do paznokci Orly - Jealous, much? + Go Deeper

Na dziś mam dla Was lakiery Orly - kiedy pokazywałam zapowiedź najbliższych recenzji na stronie bloga na FB, większość z Was wypowiedziała się właśnie za nimi :) A ja bardzo chętnie o nich napiszę, bo Orly to ścisłe top 3 w moim rankingu lakierów do paznokci, ramię w ramię z China Glaze i Joko. Przedstawiam Wam więc dwa kolejne kolory :)
   
  
Bohaterami dzisiejszej notki są dwa zupełnie różne lakiery - miętowy pastel i ciemny brokatowy topper. Myślę, że świetnie do siebie pasują, wyraźnie polubiły się już w szufladzie mojego lakierowego helmera ;) Byłoby więc grzechem pokazać je oddzielnie.
Nie mają za dużo wspólnych cech, ale te, które mogę wymienić to długi, wygodny pędzelek i oryginalna zakrętka, z gumową powłoczką, dzięki której otwieranie lakieru, nawet zaschniętego, jest łatwe i lekkie. Jednocześnie nie ma obaw, że lakier odkręci się sam ;)
  
   
Opiszę może lakiery pojedynczo, myślę, że mi to wybaczą :)
Z góry przepraszam za jakość niektórych zdjęć - w takim świetle naprawdę trudno robić tego typu fotki :(
  
  
Jealous, much? to chłodny odcień mięty, bardziej niebieski niż zielony, ale jednak to nadal mięta ;) Jest zupełnie "gładki" - nie ma żadnych drobinek. Nie chciałabym użyć tu słowa "kremowy", bo jego konsystencja i formuła kojarzą mi się bardziej z żelowym lakierem - takim rzadkim, słabo nasyconym. Niestety, taki właśnie jest - do pełnego pokrycia paznokci potrzebowałam aż trzech warstw lakieru, a jak widać na zdjęciach, nadal trochę prześwitują końcówki. Na szczęście schnie szybko i dość długo się trzyma, to go ratuje ;)
  
  
Tutaj już dodałam do niego jego granatowo-zielonego kolegę, Go Deeper. Prawda, że świetnie razem wyglądają? :) Topper to półprzezroczysta baza w morskim kolorze, zawierająca spore ilości brokatu i większych sześciokątnych drobinek, mieniących się na zielono i granatowo. Dałam tu tylko jedną warstwę, ale dwie wyglądają jeszcze lepiej :) Powierzchnia lakieru jest dość gładka, drobinki nie haczą, dość równo przylegają do paznokcia. Pedantki pewnie będą chciały użyć na to jeszcze bezbarwnego topa, ale dla mnie jest on zdecydowanie zbędny :)
    
I jak Wam się podobają orlisie Orlicy? :P 
Coś czuję, że moja kolekcja topperów tej marki się wkrótce powiększy ;)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Włosowa aktualizacja - Styczeń

I znowu przyszedł czas na włosową aktualizację, a ja nie mam o czym Wam pisać :(
Zaniedbałam włosy, przyznaję. Nie mam nawet za bardzo ochoty, żeby coś z nimi robić, co chyba po nich widać w ich obecnym stanie... Oto jak się prezentują:
   
     
Długość z przodu - 46,5 cm
  
A było:                                                                                                                     
       
Od razu zastrzegam - nie są krzywo ścięte, to ja się jakoś koślawo ustawiłam do zdjęcia ;) 
Utraciły już trochę koloru i sporo blasku - w końcu minął ponad miesiąc od farbowania, więc nie ma co się dziwić. Ich kolor jednak nadal mi się podoba, choć powolutku zaczyna wracać do naturalnego. 
Nie urosły za bardzo, ok. 0,5cm góra. Coraz wolniej rosną, pytanie tylko, czy to już kwestia osiągniętej długości czy może zimy? Jak myślicie?


 
  Nie używam aktualnie zbyt dużo wspomagaczy do włosów, a na pewno żadnych nowych, których bym tu jeszcze nie pokazywała. Męczę włosy wcierką rzepową Joanny i mgiełką Radical, liczę, że przestaną wypadać - już chyba widzę pewną poprawę. Wypróbowałam także kremowanie włosów, użyłam do tego kakaowego kremu do ciała Isany. Efekt mi się podobał, ale po pierwsze szkoda mi nieco tego kremu, a po drugie dość ciężko go zmyć, bo przez noc zmienia włosy w twarde strąki.
  
Eksperymentuję teraz trochę z szamponami, używam trzech:
  
    
Szampon Biovax do włosów farbowanych to taki zwyklak, że nie ma nawet sensu o nim pisać, więc nie proście mnie o recenzję ;) O szamponie Novoxidyl pisałam Wam już - używam go co parę dni, myje nieźle, a może coś pomoże w kwestii wypadania włosów, kiedy nie stosuję go z okropnym tonikiem, a ze sprawdzonym duetem rzepowo-radicalowym. Jeśli chodzi o szampon Alterra z biotyną i kofeiną, aktualnie używam go najczęściej i powolutku szykuję się do jego recenzji, na razie nic więcej nie napiszę :)
   
To właściwie tyle. Obym za miesiąc miałam Wam więcej do opowiedzenia...
  
A jak się mają Wasze włosy? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...